Nie łatwo jest być medium!

Jest to historia z życia mojego znajomego radiestety.

Nieoczekiwanie zadzwoniła do niego siostra. To była dramatyczna rozmowa.

– Piotrek proszę cię przyjedź, Tomasz jest w szpitalu.

– Co się stało siostrzyczko?

– Wczoraj przyjmował pacjentki do późna, znalazła go pani Henia, wiesz ona wieczorami sprząta.

– Izuniu, ale, w czym ja ci mogę pomóc, nie jestem lekarzem.

– Piotrek, proszę przyjedź i sprawdź ten gabinet swoimi metodami. Tomasz zostanie w szpitalu przez kilka dni, a ja mam klucze.

– Podejrzewasz, że przebywanie tam szkodzi Tomkowi?

– Jestem pewna, kiedy poprzednio źle się poczuł, zrobili mu dziesiątki badań i diagnoza jest jednoznaczna: zdrowy jak koń.

Piotr obiecał siostrze, że przyjedzie i zrobi, co w jego mocy. Nie lubił, gdy siostra używała zwrotu „twoimi metodami”. Nigdy nie powiedziała radiestezyjnie albo, chociaż przy pomocy wahadła. Zawsze wyszukiwała terminy zastępcze. Zapewne wpływał na to jej mąż, który był pragmatyczny, sceptyczny i cyniczny. Nie uznawał medycyny alternatywnej, nie wierzył w duchy, ani w nic, czego nie da się dotknąć i zbadać. Dawał jedynie wiarę w teorię żył wodnych, których promieniowanie może mieć szkodliwy wpływ na zdrowie człowieka.

Piotr spotkał się z siostrą pod budynkiem, gdzie Tomasz prowadził swoja praktykę lekarską.

Stara budowla o ciekawej architekturze, świeża elewacja, doskonałe położenie. Weszli do środka, klatka schodowa wyremontowana i aż pachnąca czystością – jednak Piotr zaczął odczuwać dziwny niepokój. Gabinet urządzony podług najnowszej mody, wszystko piękne, tylko nie da się normalnie funkcjonować, pomyślał z goryczą.

Po kilku minutach przebywania w tym pomieszczeniu Piotr odebrał obecność bardzo ciężkiej energii, przygnębiającej i złej, po prostu złej.

– Wiesz wydaje mi się, że Tomasz wbrew poglądom, które wszem i wobec głosi jest bardzo wrażliwym medium. Iza odpowiedziała: chyba masz rację, bo ja czuję się tu bardzo dobrze, sama urządzałam to wnętrze.

-Chciałbym zejść do piwnicy, czy masz klucz?

– Myślisz, że w piwnicy coś znajdziesz?

– Chce to zbadać, wezmę przyrządy, może to zaburzenia geopatyczne. Piotr wiedział, że okłamuje sam siebie, czuł, że ten piękny, zadbany budynek nosi w sobie coś bardzo mrocznego.

Już przy wejściu zdziwił go wygląd drzwi wiodących z korytarza do piwnic.

– Iza te drzwi wyglądają jakby prowadziły do celi więziennej.

– No, może trochę, ale są solidne i podjęliśmy decyzję żeby je zostawić.

Schody i korytarz piwniczny również nosiły ślady gruntownego remontu. Piotra przepełniał coraz większy niepokój, żeby nie powiedzieć trwoga. Iza długo szukała odpowiedniego klucza, powiedziała:

– Piotrek nie gniewaj się, ale ja tu jeszcze nigdy nie byłam.

Weszli do niewielkiego pomieszczenia, praktycznie pustego. Piotr przyglądał się ścianom i w pewnym momencie bezwiednie dotknął jakiegoś dużego haka wystającego ze ściany. Wizja pojawiła się niemal natychmiast i dosłownie zwaliła go z nóg.

Zobaczył młodego mężczyznę przykutego do ściany. Był bestialsko pobity, wręcz konający.

– Cichutko wołał mamo, mamusiu!

Gdyby nie przytomność Izabeli, Piotr upadłby całym ciężarem ciała na podłogę.

– Piotr, co jest? Mnie możesz powiedzieć. Piotr blady jak ścian odparł tylko; muszę stąd wyjść natychmiast!

Kiedy znaleźli się na klatce schodowej Piotr zaczął przytomnieć i z całych sił szukał właściwych słów, aby opisać to, co zobaczył? W tym momencie drzwi mieszkania na parterze uchyliły się i wyjrzała przez nie starsza pani.

– Dzień dobry pani doktorowo dawno pani nie widziałam! Siostra przywitała się i przedstawiła Piotra. Sąsiadka przyjrzała się różdżce radiestezyjnej, którą Piotr kurczowo ściskał w dłoni.

-A pan tu żył wodnych szuka?

– No tak chciałem sprawdzić wybąkał zmieszany Piotr.

-Panie kochany, tu nie trzeba szukać niczego więcej niż to, co jest.

-A, co tu jest? Zapytała zaciekawiona Iza.

-Wejdźcie to wam, co nieco opowiem, mieszkam w tym domu od wielu lat.

Urocza starsza pani przyjęła gości znakomitą herbatą i domowymi ciasteczkami. Piotr dziękował opatrzności, za tą niespodziewana okazję do odpoczynku i ochłonięcia z nadmiaru wrażeń.

Myśmy widzieli, że te piwnice są dziwne, podjęła swoją opowieść kobieta, ale nikt się nad tym dłużej nie zastanawiał. Wiecie państwo mieszkanie w takim budynku było na wagę złota, poza tym my byliśmy tu obcy, przyjezdni. Wszystko zaczęło się od wanny, którą pierwszy lokator znalazł w piwnicy i wykorzystał w swojej łazience. Jego córka się w niej utopiła, inne dzieci budziły się w nocy i opowiadały niestworzone rzeczy, ludzie zaczęli się dopytywać tu i ówdzie. Mój świętej pamięci mąż powiedział mi, że tu była siedziba NKWD a później UB. Oni w tych piwnicach trzymali niewygodnych ludzi i męczyli ich. Działy się tu okropne rzeczy nie chcę dłużej o tym mówić.

Sąsiedzi też się dowiedzieli i w miarę możliwości starali się opuścić to miejsce.Piotr zapytał: – jak wobec tego pani tu wytrzymała tyle lat?

-Wie pan ja się za nich modlę, msze zamawiam, myślę o nich dobrze i nic mnie nie spotyka.

Po wizycie u sąsiadki Iza nerwowo zapaliła papierosa; – Piotrek, co z tym fantem zrobić?Przecież wiesz, że dla mojego męża duchy to żaden argument, w jego pojęciu to przewidzenia histeryczek! Piotr przemyślał sprawę i znalazł rozwiązanie.

Następnego dnia odwiedził szwagra w szpitalu i opowiedział mu o gruntownych badaniach radiestezyjnych w obrębie budynku. Stwierdził, tonem kategorycznym, że występują tam wszystkie możliwe zaburzenia i to one mają tak destrukcyjny wpływ na jego zdrowie.

Ponieważ koledzy po fachu nie wykryli żadnych schorzeń, Tomasz przyjął wersję Piotra i z rezygnacją oświadczył, że nie widzi innego wyjścia jak tylko opuścić gabinet. Bardzo szybko podjął stosowne kroki i sytuacja wróciła do normy.

Dzisiaj w tym budynku cały parter zajmuje bank, a na piętrach znajdują się kancelarie i biura. Ciekawe, jakie samopoczucie maja pracujący tam ludzie?

Mam nadzieję, że czas, który podobno uzdrawia wszystko, wpłynął na energię tego miejsca.

 

Abramek

Pan Staszek, który opowiedział mi tę historię pojawił się w firmie, gdzie pracowałam, aby zbadać bilans – był biegłym rewidentem. Starszy pan po siedemdziesiątce, ale sprawny fizycznie, że o intelekcie nie wspomnę. Nawiasem mówiąc powinnam w tym momencie życzyć sobie i czytelnikom, abyśmy w tak świetnej formie doczekali sędziwego wieku.

Obawiałam się przebiegu naszej współpracy. Z jednej strony ja młoda adeptka zawodu, z drugiej biegły rewident, a więc absolutna pierwsza liga w księgowości. Niepotrzebnie się stresowałam, gdyż pan Staszek okazał się człowiekiem nie dość, że wyrozumiałym to jeszcze obdarzonym poczuciem humoru.

Był to czas krótko przed Barbórką i na jednej z kopalń wydarzył się poważny wypadek. Zaczęła się rozmowa o Skarbniku, który rokrocznie zbiera okup w tym czasie. Niestety tą zapłatą jest ludzkie życie. Zapytałam pana Staszka czy wierzy w historie, które opowiadają górnicy. Odparł, że jak się przeżyje to, co on to można uwierzyć w wiele rzeczy.

I tu zaczyna się ciekawa opowieść.

Pan Staszek mieszkał w Kielcach gdzie pracował, jako rachmistrz. Kiedy wybuchła II Wojna Światowa nie został powołany, ponieważ od dziecka miał problemy ze stawem biodrowym i lekko utykał. Kiedy już nowa rzeczywistość zwycięzców zapanowała na dobre, usiłował znaleźć jakąś pracę. Zatrudnił się u jednego ze znajomych. Sądząc z opisu był to chyba pierwowzór Kurasia z filmu Polskie Drogi Tak samo zaradny i z talentem do handlu. Wszędobylski i mający tak zwane układy. Pan Staszek robił dla swojego nowego pryncypała różne rzeczy. Od zamiatania liści do pośredniczenia w bardzo delikatnych negocjacjach finansowych z okupantem.

W tym czasie „rasa panów” z wielkim zaangażowaniem tworzyła getto. Oczywiście żydowscy mieszkańcy potrzebowali żywności. Nielegalny handel kwitł w najlepsze. Problemem był jedynie przerzut na teren getta zwłaszcza, kiedy zimą 1941 zostało ono zamknięte. Szef mojego rozmówcy zaangażował się w szmugiel.

Pan Staszek miał specjalną przepustkę kupiona za ciężkie pieniądze od okupantów. Wnosił na teren getta nie tylko żywność, ale też lekarstwa i papierosy, za, które można było uratować życie.  W gettcie odnalazł rodzinę swojego sąsiada, z którym był bardzo zżyty. Jego ulubieńcem był zwłaszcza mały Abramek. Pomagał im jak mógł. Kiedy zmarł ojciec Abramka ten, jak wiele innych dzieci, szmuglował żywność ze strony aryjskiej. Był drobny, zwinny, potrafił przecisnąć się przez każdą dziurę. Kiedy na tyfus zmarły matka i siostra Abramka, pan Staszek chciał zabrać go do swojego mieszkania i ukrywać, ale chłopiec się nie zgodził – pozostali członkowie rodziny liczyli na niego. Abramek równie sprawnie jak po powierzchni poruszał się w kanałach pokazał nawet panu Staszkowi najkrótsze przejście.

Kiedy pracodawca Staszka dowiedział się o planowanej likwidacji getta, usiłowali wspólnymi siłami, wydostać stamtąd Abramka. Niestety nie udało się tego dokonać. Pociąg wiozący chłopca ku niepewnej przyszłości odjechał.

W jakiś czas później Niemcy urządzili łapankę i dopadli również Staszka- mimo jego „twardych papierów”. Mówił mi, że po tym wszystkim, co widział wolał umrzeć niż pracować dla okupanta. Zaryzykował ucieczkę.

Biegnąc znalazł się na trasie, którą odbywał się szmugiel żywności. Poznał znajome kąty. Jedna ze studzienek kanalizacyjnych była uchylona, więc wskoczył do środka. Uciekał niestrudzenie. W pewnym momencie zorientował się, że jest ranny i krwawi. Stanął nasłuchując. Było cicho. Opatrzył ranę chusteczką i kawałkiem materiału oderwanego z koszuli. Zatrzymał się, aby przemyśleć swoje położenie.

Był osłabiony, ranny, a co najgorsze nie miał pojęcia gdzie się znajduje. Pomyślał „Boże ja tu umrę „. Nagle jak spod ziemi wyrósł przed nim znajomy chłopiec.

Zawołał – „Staszek chodź, ja znam drogę”.

Mój rozmówca zdębiał, ale posłusznie ruszył za swoim przewodnikiem. Abramek raz był bardziej raz mniej widoczny i mimo słownych zaczepek nie odpowiadał.

Kiedy wyjście, które ocaliło życie pana Staszka było już widoczne chłopiec zniknął za załomem muru. Staszek wołał za nim, ale bez rezultatu. Mało tego zorganizował razem ze znajomym coś na kształt wyprawy poszukiwawczej. Wierzył, że chłopiec ukrywa się w tym podziemnym labiryncie. Wszystko bez rezultatu.

Po wojnie szukał przez czerwony krzyż, rodziny Abramka. Zgłosił się jego kuzyn, potwierdzając, że chłopiec został zamordowany w Treblince.

Pan Staszek zapytał mnie jak myślę, kogo tam spotkał czy to był duch?

Odparłam, że stuprocentowej pewności nie mam, ale to nie jest odosobniony przypadek, kiedy w chwili zagrożenia życia wołamy o pomoc, a ona przychodzi z najmniej oczekiwanej strony.

Historia opowiedziana sercem

Moi Drodzy!

Otrzymałam wiele wiadomości, za które dziękuję!

Opisujecie swoje własne doświadczenia i historie waszych bliskich. Zawsze znajduję w nich wiele emocji i prawdy. Ta szczerość właśnie czyni je niezwykłymi.

Ponieważ nie czuję się właścicielką tego blogu, a co najwyżej gospodynią, oddaję część przestrzeni tylko dla Was.Dzisiaj pierwsza wzruszająca opowieść. Jednocześnie zaznaczam, że Pani podpisująca się, jako „Kasia” wyraziła zgodę na publikacje – inaczej być nie może, obustronne zaufanie jest bezcenne.

*

Różne rzeczy mi się w życiu przydarzyły i nauczyły mnie nie negować zjawisk, których nie można zmierzyć, zważyć czy uchwycić na taśmie.

Mój dziadek zmarł 11 lat temu. Chorował od długiego czasu, ale nikt o tym nie wiedział, więc jego śmierć była dla wszystkich sporym zaskoczeniem. Nie jestem w stanie opisać bólu, który towarzyszył mi przez kilka dni od jego śmierci aż do dnia pogrzebu. Żyłam wtedy jakby za zasłoną, jakby wszystko, co się działo, nie dotyczyło mnie, jakby przydarzyło się komuś innemu. A świadomość tego, ze już nigdy go nie zobaczę, nigdy z nim nie porozmawiam – to była najgłupsza myśl, najbardziej nielogiczna, nieracjonalna i nieprawdziwa. Bo jak mogłam żyć w świecie, w którym go nie ma? Dlaczego słońce świeciło, psy szczekały, dlaczego świat nie stanął w miejscu?

A potem przyszedł sen – w noc poprzedzającą pogrzeb. Mój dziadek siedział w ogródku, w swoim ukochanym miejscu. Ubrany był w garnitur, w którym następnego dnia widziałam go w trumnie. Była piękna, słoneczna pogoda, zupełnie żadnego wiatru i normalne na wsi dźwięki też jakby przytłumione – bzyczenie pszczół, szczekanie psa, pianie koguta. Dziadek siedział na pniaku ściętego drzewa, który stał tam od zawsze. Był spokojny, uśmiechnięty. Wziął moją rękę w swoje spracowane dłonie i uśmiechnął się, głaskał mnie po ręku i powtarzał „moja kochana wnusia”. Rozpłakałam się, bo gdzieś podświadomie czułam, że to sen, że on umarł i już go nie ma, żeby głaskać mnie i nazywać swoją kochaną wnusią. I siedzieliśmy tak – ja płacząc, a on uśmiechając się, głaszcząc mnie po dłoni i powtarzając „moja kochana wnusia”, patrząc na swój ukochany ogródek, wypieszczone kwiaty i warzywa. W pewnym momencie na jego twarz padł promień słońca i zrozumiałam, że się ze mną żegna, bo nie zdążył tego zrobić za życia. Jakby tym głaskaniem chciał mi przekazać, że wszystko dobrze, że już nic go nie boli i mam nie płakać. Potem podniósł się, pocałował mnie w czoło i odszedł ścieżką, charakterystycznie powłócząc jedną nogą i jakby rozpłynął się w kolejnym promieniu słońca. I ten dźwięk szurania po żwirze słyszałam jeszcze kilka razy na jawie i uśmiechałam się wtedy, bo wiedziałam, że przyszedł doglądać swojego ogródka.

Rano w dniu pogrzebu obudziłam się dużo spokojniejsza, wręcz z ulgą. Byłam w stanie normalnie ubrać się, pójść do kościoła i trzymać za rękę moją mamę i młodszego brata.

Nikomu nie opowiadałam tego snu. A dziadek przychodzi do mnie we śnie zawsze, kiedy mam do podjęcia jakąś ważną decyzję. Nie zawsze są to dobre sny, czasem bardzo się go boję, bo wiem, że nie żyje i że nie powinno go tu być. Czasem są to sny pełne spokoju i miłości, jak ten. I nie mogę się doczekać kolejnego snu, żebym mogła mu powiedzieć, że zostanie pradziadkiem:)

Mam jeszcze sporo do napisania, dużo do opowiedzenia.  Zostawię, więc kolejne historie na kolejny raz. Pozdrawiam:)

 

Nowy dział – „Recenzje” !

Moi mili postanowiłam utworzyć nowy dział w Biurze Duchów: „Recenzje”

Chciałabym dzielić się z Wami ciekawymi, wartościowymi pozycjami, które przeczytałam. Dzielić nie tylko w sensie opinii i wrażeń, ale również dosłownie!

 

Każda książka, której recenzja pojawi się na moim blogu, czeka na stępnego czytelnika. Wystarczy opisać swoją historię lub po prostu wyrazić chęć posiadania danej pozycji.

Wychodzę, bowiem z założenia, że ksiązki są po to, aby były czytane i radośnie wędrowały z rąk do rąk . Adres email znajduje się na stronie „O mnie”.

Na książkę inaugurującą ten dział wybrałam; „Duchy czy nieznana siła” autorstwa Pana Marcina Stachelskiego.

Zaznaczam – zdecydowanie nie jest to pozycja dla amatorów powieści z dreszczykiem!

Autor jest z wykształcenia historykiem i to zacięcie naukowo – badawcze determinuje styl i treść wspomnianej publikacji. Hylę czoła przed tytaniczną pracą, jaka bez dwóch zdań została wykonana podczas gromadzenia materiałów z tak wielu źródeł! Świadczy to nie tylko o rzetelności historyka, ale również o determinacji poszukiwacza, który chce dojść prawdy.

Pojawiają się tu bardzo interesujące i nieznane wątki biograficzne, dowiadujemy się wiele o pomnikowych postaciach polskiej literatury i nauki, których od tej strony zna zapewne tylko garstka badaczy.

Szeroko została przestawiona osoba Juliana Ochorowicza – wybitnego uczonego, wynalazcy, psychologa, prekursora polskiej parapsychologii, a przede wszystkim niestrudzonego badacza fenomenów parapsychicznych. Autor pozwala nam być świadkami eksperymentów, jakie Julian Ochorowicz przeprowadzał z udziałem mediów o niespotykanej sile takich jak Eusapia Palladino czy Stanisława Tomczyk. Opisy są tak bogate, realistyczne i wielowątkowe, że doprawdy czujemy klimat całej epoki.

Książki takie są bardzo potrzebne przede wszystkim, aby uświadomić wielu sceptykom, że spirytyzm i mediumizm są dziedzinami, których istota nie została do końca poznana , ale była i jest przedmiotem poważnych badań naukowych.

Fenomeny parapsychiczne są niczym innym jak tylko zdolnościami czy predyspozycjami umysłu ludzkiego, których nauka nie potrafi jeszcze właściwie sklasyfikować. Ja osobiście nie nazywam tych zjawisk nadprzyrodzonymi, są one dla mnie naturalne i głęboko humanistyczne.

Nie wierzę też, aby tak wiele wybitnych umysłów jak (wybieram z naszego podwórka) Sienkiewicz, Skłodowska-Curie czy chociażby Marszałek Piłsudski myliło się nadając miano i sens czemuś, co można „między bajki włożyć”.

Jeszcze raz serdecznie polecam „Duchy czy nieznana siła” Marcina Stachelskiego!

 

 

 

Wniebowstapienie przez piekło w cieniu krzyża

Dzisiaj pragnę podzielić się z Wami treścią przekazu, który otrzymałam kilka dni temu. Jest to dla mnie przebogate i bardzo specjalne doświadczenie.

Zacznę od tego, że wiele lat temu, jako mała dziewczynka, kolonistka, pojechałam na wycieczkę razem z całą grupą.

Niewiele z tego wielogodzinnego maratonu zapamiętałam. Wąskie, klaustrofobiczne korytarze, dziwny zapach i pomnik poświęcony więźniom obozu koncentracyjnego. Ludzi tych zmuszano do niewolniczej pracy, a kiedy zabrakło im sił mordowano. Ich ciała pozostały w wielu zasypanych korytarzach.

Pomnik znajdował się w podziemnej sali, przedstawiał sylwetki ludzi leżące w stężeniu pośmiertnym i okryte białym płótnem. Nie wiem, kto jest autorem tej pracy, ale artyście udało się idealnie oddać strukturę materiału. Każda fałdka wydawała się miękko okrywać leżące ludzkie ciała.

Po tak wielu latach, w mojej wizji, znalazłam się ponownie w tym miejscu i patrzyłam na umęczone ludzkie szkielety, byłam wzruszona. Miałam ochotę pochylić się i pogładzić głowę jednego z nich.

Nagle poczułam silny ruch powietrza i znalazłam się w olbrzymiej świątyni. Wielkie katedry, jawiły mi się wobec tego ogromu niczym wiejskie kapliczki. Proste strzeliste łuki wydawały się sięgać sklepienia nieba. Nie było tam żadnych ozdób, ani złotych ani jakichkolwiek innych. Na środku stał prosty drewniany ołtarz, a zanim wisiał obraz Jezusa, który namalowano na podstawie objawienia siostry Faustyny. Jego kopia stanowi miniaturę w niniejszym wpisie. Obraz był również olbrzymi. W świątyni stało wiele rzędów prostych ławek pachnących jeszcze żywicą sosnową. Nie mogłam ustalić źródła światła, wydawało mi się, że to sama świątynia emanuje taką jasnością, która rozświetla najdalsze zakamarki. Cisza, spokój, harmonia i pewność, przebywania we właściwym miejscu. Przed stopniami ołtarza spoczywała rzeźba, o której wcześniej wspomniałam. Nagle rozległa się cicha muzyka, bardzo delikatna i kojąca.

Ku mojemu zdumieniu sylwetki więźniów ożyły i odchyliły ten swoisty całun, który je spowijał. Ludzie powoli podnosili się i zajmowali miejsca w ławkach. Było ich tak wielu.

Przez cały ten czas w głębi siebie słyszałam wiersz, który otrzymałam dużo wcześniej, jako oddzielny przekaz:

Mario

Niema w tobie nic boskiego

Kiedy trzymasz w objęciach

Bezwładne ciało

Może tylko ból, który sięgnął nieba

Cała jesteś smutkiem

A rozpacz

Gaśnie wraz z tobą

Wierzę

Że wniebowstąpiłaś

Przez piekło

W cieniu krzyża

 

Jezu

W twoim umęczonym ciele

Nie ma nic boskiego

Może tylko miłość

Która nie była z tego świata

Kiedy błogosławiłeś ludzi nadzieją

Objąłeś ramionami krzyża

 

Wierze

W twoje królestwo

Przez wieczną światłość

Przez twoją śmierć

i obietnice

 

Pojęcia nie mam, dlaczego akurat w tym momencie odezwało się wspomnienie tego utworu.

Kiedy prawie wszystkie ławki zostały zajęte. Muzyka ustała, a obraz zaczął świecić przedziwnym ciepłym światłem. Wreszcie z serca Jezusa zaczęły wydobywać się promienie we wszystkich kolorach tęczy. Było to przepiękne widowisko. Promienie rozchodziły się po całej świątyni i powodowały, że ludzie siedzący w ławkach jakby rozpływali się w nich.

Kiedy tęcza zabrała wszystkich, światło zgasło, a ja podeszłam do pomnika przy ołtarzu.

Popatrzyłam na wielką białą płachtę, która z kamiennej przemieniła się w zwykłe płótno.

Usłyszałam:, czemu jesteś smutna czy nie widzisz, że grób jest pusty?

 

Po tych słowach obudziłam się we własnym świecie. Wyjątkowo nie skomentuję tego przekazu, pozostawiam to czytelnikom.

Mam tylko prośbę, jeśli ktoś kojarzy miejsce i tą specyficzną rzeźbę proszę o podanie lokalizacji: edel @op.pl

Dzięki uprzejmości jednej z Pań czytających bloga miejsce i rzeźba zostały zlokalizowane. Jeszcze raz dziękuję !

https://plus.google.com/photos/114857480009426475381/albums/5402824341294920273/5402833303720489666?banner=pwa&pid=5402833303720489666&oid=114857480009426475381

Historia kryminalna z duchem w tle

Historię tą opowiedziała mi zaprzyjaźniona starsza pani. Dzieje się ona w latach osiemdziesiątych, kiedy półki sklepowe świeciły pustkami, a zdobycie wielu produktów graniczyło z cudem.

 

Ten rok był dla Marka szczególny. Praktycznie w jednym miesiącu pożegnał ojca, którego bardzo kochał i poznał Annę, nową asesor w prokuraturze rejonowej, gdzie pracował.

W tej energiczniej i zawsze wesołej kobiecie zakochał się od pierwszego wejrzenia.

Dla matki Marka, Haliny również był to czas niełatwy. Z jednej strony odetchnęła, bo synowi starokawalerstwo już raczej nie groziło, ale śmierć Adama, z którym przeżyła wiele wspólnych lat była wielką traumą. Halina często chodziła na cmentarz i spędzała długie godziny przy grobie swojego męża. Jakieś pół roku po jego śmierci, Halina miała dziwny sen. Adam stał przed nią w samej bieliźnie i powiedział:

– Halinko zrób coś mnie jest tak strasznie zimno!

Sen ten zaczął się powtarzać pomimo odprawienia mszy za duszę zmarłego i ciągłych odwiedzin jego grobu. Wreszcie Halina zwróciła się do syna:

– Marek ja cię proszę otwórzmy grób, ja muszę zobaczyć, jak ojciec został pochowany!

Marek starał się wytłumaczyć mamie, że nieboszczykowi nie może być zimno. Przekonywał: – mamo jesteś jeszcze w żałobie i widocznie psychika nie wytrzymuje, może czas skorzystać z porady specjalisty

Matka zareagowała nerwowo:

– ty mnie do wariatkowa nie wysyłaj, ja wiem, że umarłemu ciepły koc jest niepotrzebny! Uważam, że stało się coś niedobrego i Adam chce zwrócić na to uwagę. Przysięgam, jeśli nie załatwisz zezwolenia na legalną ekshumację, a w końcu jesteś przecież prokuratorem to własnymi rękoma pomnik rozbiorę. Ja tego dłużej nie wytrzymam.

Marek obiecał mamie, że porozmawia na ten temat z przełożonym. Zastanawiał się jak ma to zrobić, przecież nie może powiedzieć, że jedyną przesłanką do ekshumacji są niepokojące sny, jakie ma pogrążona w żalu wdowa.

Bijąc się z myślami udał się na Bazar Różyckiego. Niedługo Anna będzie miała urodziny, a w sklepach pustki. Może dobra czekolada poprawiłaby nastrój mamie?

Marek chodził między straganami i nadziwić się nie mógł nad ilością deficytowych towarów, oferowanych przez jakże operatywnych rodaków. Kiedy zrobił zakupy i kierował się w stronę wyjścia z wielkim impetem wpadła na niego zapłakana kobieta. Torby wypadły obojgu z rąk, kobieta zaczęła przepraszać cały czas spazmatycznie szlochając. Marek zapytał;

-, co się stało, czy ktoś panią okradł? Proszę panią jestem prokuratorem, proszę mi powiedzieć wezwiemy milicję.

Kobieta z trudem powstrzymując płacz powiedziała:

– pół roku temu pochowałam siedmioletnią córeczkę, ciałko kazałam ubrać w sukieneczkę do Pierwszej Komunii, której nie doczekała.Dzisiaj zobaczyłam tą samą sukienkę na straganie, kiedy zapytałam skąd ta handlara ją ma zostałam zbluzgana i przegoniona.

– Czy jest pani pewna, że to ta sama rzecz?

– Proszę pana w sklepie pan takiej nie kupi to prezent od mojej siostry mieszkającej we Francji, sukienka miała nietypowy krój i obszyta była prawdziwą holenderską koronką. To absolutny rarytas i unikat!

Marek postanowił, że nie można zostawić tej sprawy bez zbadania. Zatrzymał przechodzący patrol i razem z milicjantami udał się we wskazane miejsce. Handlarka mętnie tłumaczyła sposób, w jaki weszła w posiadanie sukienki. Mlicjanci zamknęli stoisko, skonfiskowali jego zawartość i zatrzymali kobietę do wyjaśnienia. Marek już na komendzie przeglądał zarekwirowane przedmioty. Nagle cała krew odpłynęła mu z twarzy, znalazł papierośnicę ojca, którą mama razem z kilkoma innymi przedmiotami kazała włożyć do trumny.

No teraz miał gotowy i mocny pretekst do ekshumacji. Jakby tego było mało przesłuchał handlarkę, która przyznała, że sukienkę i inne przedmioty nabyła celem dalszej odsprzedaży od takich dwóch – tu padły nazwiska. Szybko ustalono, że ci dwaj panowie są pomocnikami w firmie kamieniarskiej. Jak się okazało firma działa na tym samym cmentarzu gdzie pochowano jego ojca i córkę owej zapłakanej kobiety?

Oczywiście hieny cmentarne zatrzymano, a kilkanaście grobów otwarto i stwierdzono, kradzież wartościowych przedmiotów.

Kiedy sprawa została zamknięta sny ustały, a Halina podsumowała zdarzenia następująco:

– mówiłam ci Marku, że ojciec chce zwrócić uwagę na jakąś niegodziwość i miałam rację, szkoda tylko, że przekaz był tak enigmatyczny, inaczej rozwiązałbyś sprawę jeszcze szybciej!

Działalność tak zwanych hien cmentarnych uważam za jedno z najbardziej obrzydliwych przestępstw potępianych nie tylko przez Kodeks Karny, ale również przez zwykła ludzką przyzwoitość. Ojciec Marka najwyraźniej myślał tak samo.

Ciekawe jest też spotkanie Marka i tej zapłakanej kobiety. Niejednokrotnie spotykamy właściwych ludzi, kiedy tego najbardziej potrzebujemy. Czy rzeczywiście los jest ślepy?

Przy okazji chciałabym polecić Państwa uwadze kwartalnik „Spirytyzm” wydawany przez Polskie Towarzystwo Studiów Spirytystycznych. Odkryłam tą pozycję wydawniczą niedawno, ale jest z pewnością warta uwagi i zainteresowani czytelników.

„Tu zaszła zmiana w scenach mojego widzenia”*

Historia ta wydarzyła się w rodzinie zagorzałych ateistów, ludzi nauki z upodobaniem negujących wszystko, co nie mieści się w światopoglądzie materialistycznym.

 

Główne postaci to Teresa, lekarz dermatolog, ordynator szpitala i jej mąż Andrzej inżynier architekt. Świetna para, dobrane małżeństwo. Obydwoje ambitni i bardzo pracowici.

Andrzej wyjechał w delegacje i już w czasie jej trwania poczuł się źle. Gorączka, ogólne rozbicie i dziwne zaczerwienienie na udzie, nie bolesne, ale dokuczliwe. W drodze powrotnej prosił swojego kolegę Piotra, aby prowadził samochód, bo sam nie był już w stanie.

Jak łatwo się do myśleć, żona zbadała go i zdiagnozowała, tzw. różę. Pocieszyła męża, że to nieprzyjemna dolegliwość, ale istnieją sprawdzone leki i można sobie z nią poradzić. Rzeczywiście terapia poskutkowała dość szybko. Tyle, że trzy miesiące później sytuacja się powtórzyła, a objawy nasiliły. Teresa zabrała męża do szpitala i tam zleciła serie dodatkowych badań. Nie będę zanudzać opisem całej terapii dość, że pomimo zastosowania najnowocześniejszych leków, sprowadzonych specjalnie z USA, historia się powtórzyła. Mało tego charakterystyczne zaczerwienienie rozprzestrzeniło się na twarz.

Teresie było bardzo przykro, że Andrzej tak się męczy. Jednak jako doświadczony specjalista zdawała sobie sprawę, że na tą chwilę znaleźli się pod ścianą. Nic więcej nie mogła zrobić.

Pewnego razu, na nocnym dyżurze usłyszała rozmowę dwóch pielęgniarek:

– Pani doktor to się zamartwi z powodu męża, żal mi jej, wiesz u mnie w rodzinie jest ciotka szeptucha , na granicy z Ukrainą mieszka ona nie takie rzeczy potrafi wyleczyć

– To powiedz o niej pani Teresie,

– Coś ty wiesz, jaka ona jest zasadnicza zaraz będzie ględzić, że to ciemnota i zabobony.

Po powrocie do domu Teresa podzieliła się z mężem treścią zasłyszanej rozmowy.

-Powiedz mi Andrzej, co o tym myślisz? Wiesz, że jestem przeciwna różnym znachorkom, ale w tej sytuacji … Zrozum ja ci już nie potrafię pomóc.

Andrzej zamyślił się leczenie u znachorki nie bardzo mieściło się w jego postrzeganiu świata. Był jednak wyczerpany już nie tylko fizycznie, ale i psychicznie.

– Teresko, – zwrócił się do żony – porozmawiaj z pielęgniarką, poproś o adres.

Teresa nie kryjąc zakłopotania przyznała, że słyszała rozmowę i poprosiła pielęgniarkę o adres znachorki.

-Pani doktor u nas się nie mówi znachorka tylko szeptucha.Ona jest bardzo skuteczna – tego nie można wytłumaczyć naukowo, ale trudno dyskutować z faktami, a świadczą one o dużej efektywności tej terapii.

Pojechali. Na miejscu, przywitała ich bardzo miła staruszka i zapewniła, że w jej pojęciu choroba jest uleczalna.  Najpierw Andrzej był zły, bo palenie jego włosów i kropienie go święconą wodą uznał za obrzędy żywcem wyjęte ze średniowiecza.

Później, kiedy objawi całkowicie ustąpiły czuł tylko wdzięczność, zmieniając diametralnie podejście do dziedzin niekonwencjonalnych.

Kiedy Andrzej ponownie spotkał Piotra, ten widząc kolegę w doskonałej kondycji powiedział: nie ma to jak żona lekarka, co? Wiesz Piotrek z moim leczeniem to dość skomplikowana i długa historia. Opowiedział o niepowodzeniach żony i o wizycie u znachorki.

Piotr zareagował spontanicznie: daj mi adres, pojedziemy tam! Jesteś chory? Piotr smętnie zwiesił głowę: od dziesięciu lat staramy się o dziecko, według lekarzy nie mamy szans.

Upłynęło kilka miesięcy i nagle – telefon od Piotra: wiesz byliśmy u tej szeptuchy i wyobraź sobie powiedziała, że przy pierwszej pełni zostanie poczęte dziecko. W słuchawce zapadła niezręczna cisza.

Andrzej to się stało! Moja żona jest w trzecim miesiącu, a ja obiecałem tej kobiecie zapłatę w dolarach, jeśli będzie dzieciątko.

Andrzej zapytał kolegę czy chce pożyczyć od niego te pieniądze. Piotr energicznie zaprzeczył: chodzi mi tylko o to czy  pielęgniarka, krewna szeptuchy,  jedzie na święta w swoje rodzinne strony? Czy może przekazać pieniądze  ciotce? Wiesz to bardzo daleko, a ja mam w pracy dosłownie urwanie głowy.

Andrzej powiedział, że dowie się i pomoże załatwić sprawę.

Piotr drżącym głosem dodał:

– wiesz ona przychodzi do mnie we śnie i domaga się swojej zapłaty, ponagla, bo będzie miała wesele wnuka!, Andrzej rozumiesz? Ja  nie chce jej oszukać, a ona mi się śni. Grozi mi palcem TY OBIECAŁ!

Jeszcze niedawno Andrzej , słysząc takie zwierzenia, kręciłby kółka na czole, teraz przyjął wszystko spokojnie i ze zrozumieniem.

Mówi się, że cierpienie uszlachetnia. Z mojego doświadczenia mogę dodać, że również otwiera, zmienia nawet, z pozoru ugruntowany światopogląd, a czasami i przekonania religijne.

Przyznam, że bardzo często korzystam z dobrodziejstwa medycyny naturalnej. Szczególnie wiele zawdzięczam homeopatii, którą z całego serca polecam !

* Sen Lorda Byrona

 

 

Ile historii może opowiedzieć jedna książka ?

Ksiązki mają swoją historię, oczywiście im są starsze tym opowieść jest dłuższa.

 

Dostałam kiedyś w prezencie  bardzo stary egzemplarz Atlasu Anatomii Człowieka dla studentów medycyny. Pomyślałam sobie; na co mi taka książka w dodatku napisana po niemiecku? Darczyńcą była moja koleżanka na stałe wyjeżdżająca z kraju. Dawała z całego serca i w głębokim przekonaniu, że sprawi mi przyjemność. Nie mogłam tego daru odrzucić.

Książka przeleżała parę tygodni na półce aż któregoś dnia robiłam porządki i pomyślałam, że czas najwyższy, aby do niej zajrzeć.

Okładka była podniszczona, ale w środku ksiązka prezentowała się dużo lepiej – przez tyle lat jej stronnic dotykało wiele osób. Ilustracje przedstawiały budowę ludzkiego ciała, mięśni, kości. Z zainteresowaniem studiowałam łacińskie nazwy. Nawet nie spostrzegłam, kiedy minęły ponad dwie godziny. Nie mogłam się od niej oderwać, czułam emocje osób, które miały z nią kontakt. Teraz potrzebowałam tylko czasu, aby  przetworzyć i poskładać zebrane informacje. Książka przemawiała do mnie przez kilka nocy.

Pierwsza wizja: mężczyzna w wieku około 40 lat, Niemiec, z profesji lekarz, szpital pełen ludzi. Wszystko wskazywało na epidemię. Pacjenci leżeli wszędzie nawet na podłodze w korytarzu. Nie wiem jaka choroba ich dręczyła, ale wśród ofiar było dużo dzieci. Mężczyzna dosłownie dwoił się i troił biegając między pacjentami. Później przez krótką chwilę widziałam go w domu. Wydaje mi się, że jego dziecko też zachorowało, a on nie mógł nic zrobić, aby mu pomóc. Dramat, porażka ojca i lekarza. Kryzys wiary i kompetencji.

Następny obraz to spory skok w czasie.  (Epokę oceniam zwykle na podstawie ubiorów, chyba, że istnieją przesłanki do precyzyjnego datowania). Książka znowu należy do lekarza, ale młody człowiek mówi po polsku. Jest ubrany w mundur legionisty. Moje serce rośnie! Mężczyzna jest w swoim domu, dochodzi do sprzeczki między nim a jego matką. Sięga po jakąś książkę i strąca z półki Atlas, nie podnosi go, wybiega z pokoju, a jego wojskowy but odciska się na okładce.

Następny kadr, krajobraz po bitwie, wszędzie ludzkie ciała i nagle zmiana, szpital polowy. Mój bohater jest zmęczony, ale szczęśliwy: to pewne – będzie wolna Polska. Jego radość udziela się i mnie. Niestety jęki rannych i fetor zgnilizny rujnują  podniosłość chwili.

Kolejny obraz – pan doktor ma syna, daje mu na imię Józef na cześć Marszałka. Widzi w nim swojego następcę – to będzie kolejny chirurg w rodzinie. Potem znowu ogromne emocje, na arenie historii pojawia się kryminalista, niejaki Adolf H. Lekarz zna niemiecki słucha radia, pali papierosa za papierosem.

Znowu  wojna, Józef student medycyny, pracuje w szpitalu, jako pielęgniarz. Nie zdążył ukończyć studiów, uczy się więc od innych lekarzy. Pomaga mu jego przedwojenny wykładowca.

Wybucha Powstanie, chłopak walczy dzielnie, jako żołnierz i lekarz. Jego odwaga i empatia zadziwia wszystkich. Ojciec jest dumny.

Odważny młody człowiek, zakochuje się i marzy o innym życiu, zwyczajnym, nudnym. Kiedy jego  oddział przechodzi przez cmentarz, Józef widzi wielki krzak różany, urywa jedną gałązkę dla swojej ukochanej. Dziewczyna dostaje kwiat i cieszy się, choć wie, że to róża cmentarna. Jakie to może mieć znaczenie, kiedy dookoła szaleje inferno.

Józef zostaje ranny w prawe ramię i dłoń. Będzie lekarzem, ale już wie, że nigdy chirurgiem.

Doszłam do wniosku, że ta niezwykła książka powinna dalej towarzyszyć komuś innemu.Podarowałam ją pani kardiolog, która ratowała moją mamę po ciężkim zawale.

Prezent przyjęła ze szczerą wdzięcznością, chociaż nie bez oporów. Powiedziała, że spodoba się również jej córce, studentce medycyny.

Atlas Anatomii Człowieka wrócił na swoje miejsce.

 

 

 

 

Enigmatyczna przepowiednia z zaskakującym epilogiem

Jest to historia przekazana mi przez moją Babcię.

W Warszawie mieszkała znana wróżka, do, której przed wojna ludzie chodzili, bo było to modne, a w czasie wojny, bo szukali nadziei, szukali swoich bliskich lub po prostu chcieli dowiedzieć się czegoś o przyszłości.

Madam Irma, nie była naciągaczką czy oszustką, lecz wybitnie uzdolnionym medium o sporych sukcesach w dziedzinie dywinacji jak i  odnajdywaniu osób  zaginionych. Madam posiadała rzadki dar, potrafiła przejrzeć człowieka i jego duszę na wylot. Była to kobieta egzotycznej urody, znająca kilka języków, jednym słowem niebanalna osoba.

Znajoma mojej Babci, pani Zofia zwierzyła jej się kiedyś z obaw dotyczących przyszłości swojego syna.

Babcia niewiele myśląc, poleciła jej wizytę u wróżki, zachwalając przy tym jej nadzwyczajne zdolności, których sama doświadczyła.

Pani Zofia zdecydowała się skorzystać z jej usług i udała  pod wskazany adres. Służąca wpuściła Zofię i uprzejmie poprosiła, aby poczekała w przedpokoju. Poinformowała też jak jest  opłata za usługę i pobrała ją z góry. Już na pierwszy rzut oka widać było, że Madam problemów finansowych nie ma . Obszerne mieszkanie i służba to luksus dostępny niewielu.

W pewnym momencie drzwi jednego z pokoi otworzyły się i wyszedł z nich, niemiecki oficer, który nadzwyczaj uprzejmie pożegnał się z Madam. W pierwszej chwili Zofia chciała wstać i wyjść, w głowie jej się nie mieściło, że są tam przyjmowani okupanci. Jednak pojawiła się Madam Irma i zaprosiła ją do środka.

Przez chwilę przyglądała się Zofii, po czym sięgnęła po szklaną kulę stojącą na podręcznym stoliku. Zanim Zofia zdążyła powiedzieć, co ją do Madam sprowadza, ta zapadła w jakiś dziwny trans. Po chwili ocknęła się i zwróciła do Zofii przedziwnymi słowami:

Przyszłaś tu w sprawie syna. Słuchaj, zatem kiedy na progu mieszkania zobaczysz kurę bez głowy, twój syn niech natychmiast ucieka, bo jego życie będzie w niebezpieczeństwie. Jeśli to zlekceważysz czeka go straszna śmierć. Na tym dywinacja zakończyła się.

Pani Zofia spotkawszy moją Babcię nie kryła oburzenia: gdzie mnie pani wysłała to jakaś wariatka, tu pojawiło się sprawozdanie z wizyty. Babci zrobiło się głupio i powiedziała tylko, że nie zna wróżki od tej strony. Zofia podzieliła się rewelacjami również z synem, który o dziwo  nie kręcił znaczących kółek na czole . Powiedział tylko ; mamo teraz są takie czasy, że i  wróżby mogą być nadzwyczajne.

Nie minęło kilka miesięcy, kiedy, pani Zofia usłyszała dziwne odgłosy dochodzące z klatki schodowej. Wyszła na korytarz , a jej oczom ukazał się zdumiewający widok. Z lokalu  położonego vis a vis,  przez otwarte drzwi wybiegła kura pozbawiona głowy. Zofii zabrakło tchu, wpadła do mieszkania  jak bomba, krzycząc do syna, aby uciekał, bo spełniła się wizja Madam Irmy.

( wyjaśniam, sąsiadka Zofii to przedwojenna elegancka dama, która w tamtej chwili niewprawną ręką usiłowała pozbawić życia cudem zdobytą kurę, drzwi były niedomknięte, a ptak w przedśmiertnych konwulsjach „opuścił” mieszkanie)

Syn Zofii zareagował natychmiast wyciągnął torbę, do, której wrzucił kilka rzeczy, pocałował ją i powiedział:  tu masz pieniądze uciekaj do siostry.

Za niespełna trzy godziny w mieszkaniu Zofii zaroiło się od gestapowców. Byli brutalni i przewrócili wszystko  do góry nogami. Zagadką pozostaje, czemu nie aresztowali Zofii.

Kiedy poszli, Zofia najpierw długo płakała masując spuchnięty policzek, potem zaczęła pakować swoje rzeczy. Raniutko udała się na poranną mszę, aby poradzić się księdza, co robić dalej. Na tej mszy spotkała moją Babcię i razem poszły na plebanię. Ustalili, że Zofia zostanie klika dni u mojej Babci, a później zorganizują jej transport na prowincję do siostry.

Tak też się stało.

Wyobrażam sobie ile osób czytając treść przepowiedni Madam, uśmiechnęło się z niedowierzaniem.

Powiem szczerze: nie dziwie się sama miałam takie odczucia.

Jako puenta pojawia się pytanie: czy istnieją ludzie, przed, którymi przyszłość uchyla rąbka tajemnicy? Jeśli tak, jak wiele mogą powiedzieć?

 

 

Uratowani od śmierci z rzezi wołyńskiej

Poprzedni wpis był związany z historią, która swój początek miała na kresach wschodnich Rzeczpospolitej, chciałabym zatrzymać się chwile w tym rejonie.Zapraszam do przeczytania kolejnej opowieści z pogranicza dwóch kultur i dwóch światów.

 

Mój rozmówca przyszedł na świat w 1940 roku, jako trzecie dziecko w polskiej rodzinie mieszkającej we wsi położonej na terenie dzisiejszej Ukrainy. Jego brat Jerzy urodził się 10 lat wcześniej w bardzo dramatycznych okolicznościach.  To był długi i ciężki poród, który bez pomocy mądrej Babci Hryciukowej mógł zakończyć się tragicznie. Przez wiele godzin życie matki i dziecka wisiało dosłownie na włosku. Walka została wygrana i Jerzy przeżył stając się ulubieńcem Babci.

Trzeba tu wspomnieć, kim była owa Babcia Hryciukowa .Można spokojnie powiedzieć, używając współczesnego słownictwa , że Hryciukowa była człowiekiem instytucją. Przychodzili do niej po pomoc i poradę wszyscy, bez względu na wiek, narodowość czy wyznanie. Ludzie przyjeżdżali z innych wsi, ponieważ nie było choroby, z którą  by sobie nie poradziła . Była zielarką, położną i jeśli zaszła taka potrzeba rozjemcą w sprawach spornych. W jej domu ikona wisiała obok obrazu Matki Boskiej Ostrobramskiej , a kiedy Babcia zaczynała dzień zawsze wrzucała do ogania garść ziół dla Wielkiej Matki. Jednym słowem ekumenizm  stosowała w praktyce .

Babica Hryciukowa wcześnie owdowiała , swoje gospodarstwo przekazała jedynemu synowi.Sama zajęła się tym, do czego została powołana.

We wsi ludzie żyli przez całe lata zgodnie , a małżeństwa mieszane to znaczy polsko-ukraińskie nie należały wcale do rzadkości. Wszystko to trwało, aż nastał czas ciemności i obudzony w 1939 roku demon wojny wlał jad nienawiści w serca ludzkie.

Kilka lat później, dla Polaków rozpoczęła się jedna z największych tragedii narodowych , określana mianem rzezi wołyńskiej .

Młodszym czytelnikom wyjaśniam , że ta zbrodnia ludobójstwa , miała charakter czystki etnicznej , dokonanej prze nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej. Według źródeł historycznych, UPA podjęła decyzję w tej sprawie w marcu 1943 roku. Ogrom zbrodni i okrucieństwa pozostawiał daleko w tyle dokonania III Rzeszy. Liczbę ofiar szacuje się na około 50- 60 tysięcy . Nie oszczędzano nikogo ani starców, ani kobiet , ani maleńkich dzieci..

Nakreśliłam sytuacje , aby czytający mieli świadomość, w jakim strachu i stresie żyli bohaterowie tej opowieści.

Do rodziców doszły już wieści o pogromach w innych miejscowościach. Zaczęli oni poważnie myśleć o opuszczeniu wsi. Nie jest jednak łatwo pozostawić dorobek życia i wyjechać w nieznane.

Którejś nocy, Jerzy usłyszał delikatne stukanie w szybę. Za oknem stała Babcia Hryciukowa i dawała znaki, aby do niej wyszedł. Jerzy nie budząc nikogo podszedł do zaryglowanych drzwi i uchylił je, Babcia nie chciała wejść do środka, powiedziała tylko: mój kochanieńki przyszłam was ostrzec, jeśli do niedzieli nie opuścicie tego domu wszyscy zginiecie, zaufaj mi wiem, co mówię , uciekajcie póki możecie. Idzie straszna śmierć, okrutny czas. Po czym nagle kobieta zaczęła się oddalać aż zniknęła w mroku nocy.

Jerzy niewiele myśląc obudził rodziców i powiedział o wizycie Hryciukowej .Ojciec obruszył się, : czemu nas nie budziłeś, kiedy z tobą rozmawiała . Jerzy odparł, że chciał Babcię zatrzymać, ale się spieszyła. Tej nocy już nikt nie zasnął, a decyzja została podjęta.

Rodzina z pomocą boską i ludzką uniknęła śmierci, wreszcie dotarli do Przebraża, gdzie wraz z innymi Polakami dzielnie odpierali ataki UPA , dzieki czemu ocaleli. Inni nie mieli tyle szczęścia.

Bohaterowie tej opowieści zostali przesiedleni i zamieszkali na Górnym Śląsku .Kiedy Jurek studiował na Politechnice Śląskiej , wysłano go na zjazd studentów z tzw. bratnich krajów.

Wśród studentów z  ZSRR rozpoznał Iwana, wnuka Babci Hryciukowej. Niewiele myśląc podszedł i przedstawił się, Iwan też go pamiętał. Kiedy zorganizowano wspólne ognisko i chłopaki mogli spokojnie porozmawiać Jerzy opowiedział Iwanowi o nocy, podczas, której otrzymali ostrzeżenie od jego Babci. Iwan zapytał, kiedy dokładnie to było, Jerzy podał konkretną datę ( są daty, których się nie zapomina ). Chłopak , po namyśle powiedział; cieszę się , że żyjecie, ale albo mylisz daty albo to nie była moja babcia .Staruszka zmarła dwa tygodnie wcześniej .

Jerzy po powrocie do domu opowiedział rodzinie o spotkaniu i poprosił rodziców, aby dobrze przypomnieli sobie fakty i daty . Kiedy potwierdzili jego wersję, wyjawił część dotyczącą śmierci Babci Hryciukowej .Wszyscy zaniemówili.

Po około dziesięciu latach od spotkania z Iwanem znaleźli się całą rodziną w ówczesnym ZSRR . Odnaleźli nawet grób Hryciukowej, wnuk mówił prawdę zmarła dwa tygodnie przed odwiedzinami w ich domu.

Poruszam ten temat z dwóch powodów. Pierwszy jest oczywisty chce przedstawić interesującą historię , drugi to wszechobecna poprawność polityczna w wyniku, której przemilcza się w większości mediów tragedię Polaków na Wołyniu. Dokonano zbrodni haniebnej i bestialskiej, znane są nazwiska osób, które do niej podżegały jak i bezpośrednich sprawców .W chwili obecnej Ukraińcy stawiają im pomniki i honorują czyniąc patronami szkół i ulic.

Nikt, chociaż symbolicznie nie przeprosił, nie pochylił głowy nad zbiorowymi mogiłami. Zaznaczam, że nie kieruje mną chęć odwetu, bo niskie to i niegodne człowieka.

Pytam tylko, kto dał nam żywym prawo zapomnieć i wybaczać w imieniu pomordowanych