Wiara jako klucz do rzeczywistości


„Wiara jest kluczem do rzeczywistości. Prawie zawsze uważamy granice naszej wyobraźni i naszej fantazji za granice wszechświata. Ale jeśli niewiele wiemy i równie mało mamy fantazji, wówczas świat, w którym żyjemy, jest bardzo ograniczony. Wraz z każdym uprzedzeniem, które pokonujemy, staje się on nieco większy i piękniejszy.”*

Każdego dnia jakieś treści przyjmujemy lub odrzucamy. Nasz mózg nieustannie przetwarza i weryfikuje informacje. Kierujemy się przy tym bardzo często nie twardą logika, ale wiarą ,emocjami, sympatią bądź antypatią. Taka jesteśmy skonstruowani.

Jeden z czytelników bloga napisał „ Nic nie ma po śmierci, człowiek to mięso- a wy wierzycie w te bzdury o duszy, bo boicie się przyjąć tej prawdy. Wolicie się łudzić, że skończycie lepiej niż każda padlina zakopana w ziemi. To jest naiwne i żałosne” Rzekłabym skrajnie radykalna wypowiedź. Oczywiście rozumiem, że dla ateisty takie myślenie jest normą, skoro nie ma Boga to i dusza nie mieści w jego widzeniu świata. Tak sobie pomyślałam czy bałabym się przyjąć, że jestem tylko ciałem fizycznym? Śmiem twierdzić, że nie! Takie podejście wiele spraw upraszcza. Nie mam duszy, a więc podlegam tylko prawom ludzkim. Nie obawiam się żadnej kary za grzechy, czy ( w moim rozumieniu) karmicznych konsekwencji popełnionych czynów. Jednym słowem, jeśli uda mi się uniknąć „karzącej ręki sprawiedliwości” to „hulaj (nomen omen?) dusza piekła nie ma „ Czy było by mi smutno, że koniec będzie definitywny? Nie! Mam dzieci i rozpatrując sprawę w tych kategoriach, żyję w nich poprzez materiał genetyczny, który im przekazałam. Moje popioły użyźnią ziemię, a więc i w tym aspekcie można odnaleźć pozytywy.

Wolę jednak żyć z głęboką wiarą w Stwórcę i moją nieśmiertelną duszę. Nawet, jeśli okaże się, że żyłam złudzeniami ( żadnej możliwości nie wykluczam z góry w przeciwieństwie do autora powyższej widomości) to będzie życie piękne i bogate. Życie przepełnione nadzieją, że jeśli nawet popełnię jakieś błędy, będzie mi dane je naprawić. Nadzieją – a nie strachem przed konsekwencjami czy piekłem – bez względu na jego nazwę. Poszerzanie granic własnej percepcji to często ciężka praca, wymagająca treningu i dyscypliny. Pozwala jednak spojrzeć na rzeczywistość (sic!) w sposób, jaki nie każdemu jest dany. Taki odbiór świata jest moim wyborem. W konsekwencji, jako osoba biorąca odpowiedzialność za swoje życie, w mocno rozszerzonym znaczeniu tej deklaracji, staję przed wieloma dylematami, przed, którymi Pan drogi ateisto nigdy nie stanie. Zajmuję się nie tylko swoim mięsnym opakowaniem, ale także, a może przed wszystkim, duszą, którą pojmuje, jako prawdziwe JA.

Każdy z nas ma święte i niezbywalne prawo samostanowienia – nie ważne czy pojmowane przez pryzmat „wolnej woli” czy konstytucję. Nie rozumiem, więc skąd bierze się wrogie nastawienie wobec osób, które myślą i czują jak ja. Czyżby do pisania szyderczych emiali, prowokowała, mniej lub bardziej uświadomiona obawa, że ja i mnie podobni mamy rację ???

 

 

  • cytat pochodzi z książki L.Ingrish „Rozmowa z cieniem”
  • obraz autorstwa Agnieszki , którą przy okazji serdecznie pozdrawiam !

Historia opowiedziana sercem II

Otrzymałam dwie wiadomości od Pani, która doświadczyła bardzo wyrazistych i mocnych kontaktów z istotami bezcielesnymi. Uzyskałam zgodę na publikację. Tekst publikuje w oryginalnej postaci. Proszę mi wierzyć robi wrażenie .

Pierwszy duch, którego pamiętam był ubrany w mundur żołnierza, ale ja nawet nie wiedziałam, że był duchem. Zgubiłam się na grzybach, miałam jakieś pięć lat. Rozpłakałam się, wtedy zobaczyłam klęczącą przede mną postać, która uspokajającym tonem mówiła, że mam nie płakać i zaprowadzi mnie do dziadka. Żołnierz powiedział jeszcze jedną rzecz, że wie, iż bolą mnie nogi, że muszę iść na nogach, bo nie może mnie nieść. Trzymał mnie za to za rękę 🙂 Ani przez chwilę nie miałam wątpliwości, że idzie ze mną człowiek. Potem zobaczyłam dziadka, który trochę pobladł, bo widział, ze trzymam kogoś za rękę i z kimś rozmawiam. Nawet pytał, z kim rozmawiam, więc powiedziałam, ze z panem żołnierzem, który mnie znalazł i powiedział, że zaprowadzi do dziadka. Dziadek jeszcze pytał czy go widzę, co mnie rozbawiło, no, bo przecież widziałam. Potem odszedł w stronę, z której przyszliśmy. Dziadek się przeżegnał kilka razy. Dziadek zabrał mnie na grób, krzyż brzozowy z zardzewiałym hełmem. I kazał mi odmawiać Wieczny odpoczynek, czego zrozumieć nie mogłam 🙁 Bo dla mnie żołnierz był żywy. Więcej mnie na grzyby nie zabrali.

Nie był to jedyny duch, którego widziałam. Wszystkie wyglądały jak żywe osoby. Bardzo mnie też rozbawiły Cyganki w Wieliczce, które zabrały mi pieniądze z ręki i chciały wcisnąć jakiś bajer. Kiedy wzięła moją rękę w swoją, zbladła i oddała mi pieniądze, goniłam je i wtedy mi powiedziała, że za mną stoją duchy i uciekły.

 

Rzeczywiście duchy pojawiały się w sytuacjach, powiedzmy kryzysowych. Prawie…. zapomniałam o mężczyźnie w meloniku na schodach. Dwa razy byli świadkowie, którzy widzieli jak z duchem rozmawiam, ale sami go nie widzieli- mój dziadek, ojciec i mama. Ponieważ byłam wówczas dzieckiem, nie rozumiał ich durnych pytań w stylu widzisz ich, słyszysz etc.

 

Ale możliwe, że u mnie zdolność ich odczuwania, widzenia wynikała z zawieszenia między tym, a poprzednim życiem. To takie moje gdybanie 😉

 

Pamiętam jeszcze, że żołnierz odchodząc zrobił się jakby wyblakły, nie umiem tego opisać dokładnie, bo to takie wrażenie nierzeczywistości postaci. Takie samo wrażenie miałam, kiedy zaczepił mnie duch kobiet, ale o tym, że jest duchem przekonałam się później. Kobieta wiedziała jak mam na imię, wiedziała, ze mama jest w szpitalu i wiedziała, że myślę o tym, ze po jej śmierci ( bo taką ewentualność zakładałam) mogę trafić do domu dziecka. Akurat szłam do szpitala do mamy, a niedaleko  była cukiernia, gdzie chciałam kupić loda, niestety nie miałam wystarczającej ilości pieniędzy, więc wyszłam przed cukiernię. Wtedy do mnie podeszła. W pierwszej chwili myślałam, że to jakaś koleżanka mamy. Wiedziała jak mam na imię, że mama w szpitalu. Dała mi pieniądze, żebym w cukierni kupiła loda. Ale to nie ona płaciła, a sprzedająca wcale na nią nie patrzyła, jakby jej nie widziała. Po wyjściu na zewnątrz powiedziała mi, że mam się nie martwić, bo mama nie umrze, a ja nie pójdę do domu dziecka. Czekała przy krawężniku, aż przejdę na drugą stronę ulicy. Odwracałam się kilka razy i ona tam stała, nawet, kiedy jedną nogą stałam na krawężniku, a drugą jeszcze na ulicy i kiedy będąc już na chodniku odwróciłam się ona po prostu zniknęła. Jakby jej obraz się, nie wiem rozmył, stał półprzezroczysty, trudno to opisać. Oczywiście mama nie kojarzyła takiej kobiety, chociaż dokładny jej rysopis podałam.

Później jeszcze w lesie spotkałam ducha staruszki, nie wiedziałam, że to duch. Kuzyn zabrał mnie na grzyby, a potem mnie zostawił i śmiał się, że nie trafię do domu. Całą scenę obserwowała starsza kobieta, miała dużo spódnic na sobie i chustkę na głowie. Powiedziałam, że nie znam tego lasu. Powiedziała mi, że jak pójdę – prosto, wskazała kierunek, dojdę do strumyka, mam iść, aż do drogi, za drogą polami, aż do domu dziadka. Tak zrobiłam. W domu powiedziałam dziadkowi jak potraktował mnie kuzyn i że o mało nie potrącił tej starszej kobiety, na co mój kuzyn stwierdził, że jestem głupia, bo w lesie nikogo nie było.  Dziadek kazał mi ją opisać. Pokiwał tylko głową. Jakiś czas później jadąc na pogrzeb dziadka taksówką, w grudniową mroźną noc miałam się przekonać, że duch nie musi się zmaterializować. Taksówka wpadała w poślizg, akurat siedziałam z przodu, obok taksówkarza. Moja stroną… prawie uderzyła w drzewo. Widziałam jak pomiędzy drzewem, a taksówką stoi postać, pochylona, trzymająca ręce po obu stronach samochodu, ta postać to jakby zagęszczone powietrze, postać jakby półprzezroczysta… jakby guma, gąbka pomiędzy samochodem, a drzewem. Postać wyhamowała samochód, że nawet zderzak nie ucierpiał. Na pewno to nie był dziadek. Może to była ów postać, która czasem wyciągała mnie z tarapatów… nie wiem. Kiedy bawiliśmy się z kuzynem w turlanie z dachu stodoły i zatrzymywanie przy krawędzi, ale spadłam i coś mnie na dole złapało. Wyglądało tak jakbym była zawieszona w powietrzu i kuzyn wystraszył się i uciekł. Albo jak w środku nocy wracałam z apteki z antybiotykiem dla chorego, a w parku, po drugiej stronie było dwóch mężczyzn, którzy chcieli przejść na drugą stronę ulicy i nagle się wystraszyli wielkiego psa, który rzekomo szedł ze mną. Ja psa nie wiedziałam, ale widziałam na padającym śniegu odciski wielkich psich łap i tak mi było na duszy lekko, że nie idę sama 🙂

Świat duchów jest związany z ludzkim światem. Nigdy się nie wie, kogo się spotka. Widywałam kolory aury ludzi, mówiąc kolorowi ludzie. Wiedziałam, że ci bez umrą. Nawet powiedziałam kiedyś babci, że pan S. umrze. Umarł, babcia chciała wiedzieć skąd wiedziałam. Nie umiałam wyjaśnić, ale poszłam zobaczyć pana S. w trumnie. Być może to było powodem, że z taką łatwością ukazywały mi się duchy. W każdym razie z duchami jest jak z powietrzem. Nie widzimy, go, ale przecież jest. Duchy są, tylko nie każdy je potrafi zobaczyć. Nie przychodzą na każde wezwanie.

 

To nie wszystkie duchy, które spotkałam. Było ich więcej. Chociaż trudno pisać duch. Kiedy się rozmawia z kimś, dotyka go i on/ona istnieje. Trzyma się za rękę, odbiera pieniądze… Nawet, jeśli się ma wrażenie nierealności… to w sytuacjach, kiedy człowiek potrzebuje pomocy i nagle ta pomoc nadchodzi, jest wielka radość. Oni widzieli mnie, a ja ich. I pewnie sama bym w takie historie nie uwierzyła, gdybym nie przeżyła takich doświadczeń. Widząc kogoś,coś, zakładamy z góry, że inni widzą to samo, ale czy słusznie? Nie zawsze. Gdybym miała opisać ducha to napisałabym, że wygląda jak żywy człowiek, mówi, słyszy, w dotyku jest jak żywy człowiek, tylko potrafi zniknąć. Ach i wie więcej 🙂

 

 

Lekarz z powołania

Historia ta dzieje się na dwa lata przed wybuchem II Wojny Światowej, ale zdecydowanie mogłaby dotyczyć  czasów współczesnych.

Dwaj głowni bohaterowie to lekarze chirurdzy. Wiekowy, doświadczony Kazimierz i jego młodszy kolega Stanisław. Pan Kazimierz był bardzo szanowany za profesjonalizm i życzliwość okazywaną pacjentom. Po śmierci żony nieco zdziwaczał w wyniku czego, spędzał więcej czasu w szpitalu niż w domu. Pewnego razu jedna z pielęgniarek dość niefortunnie zażartowała, że jak tak dalej pójdzie to doktor umrze w pracy. Słowa te okazały się być prorocze. Kiedy przyjaciele i współpracownicy towarzyszyli Kazimierzowi w ostatniej drodze, Stanisław przebywał za granicą. Pojechał na zaproszenie swojego profesora z czasów studenckich. W klinice, którą profesor zarządzał przeprowadzano pionierskie jak na tamte czasy operacje. Kiedy Stanisław szczęśliwie wracał do kraju na dworcu czekała na niego ciotka Pela. Wyobraźcie sobie skrzyżowanie Hanki Bielickiej z postacią Natalii gospodyni księdza Mateusza z popularnego serialu. Jednym słowem osobowość nader wyrazista. Pelagia opiekowała się siostrzeńcem, dbała o jego mieszkanie i odzież oraz ustawicznie swatała z „odpowiednimi pannami”. Tonem nieznoszącym sprzeciwu zakomunikowała: dzwonili ze szpitala, tramwaj się wykoleił, jest wielu rannych, każdy chirurg na wagę złota, dorożka czeka, walizki sama odwiezie do domu. Stanisław zdążył jedynie powiedzieć – dzień dobry.

Dojechał do szpitala, gdzie praktycznie z marszu zajął się pacjentami. Operował wiele godzin, w życiu jeszcze nie był tak skrajnie zmęczony. Szczególnie dużo czasu poświęcił młodej dziewczynie, której  noga była złamana w kilku miejscach . Dziewczyna rozpaczała, bo za kilka miesięcy miała stanąć na ślubnym kobiercu. Stanisław dał jej słowo, że jako panna młoda zatańczy na swoim weselu. Wreszcie, po ostatnim zabiegu, oddalił się i zdrzemnął  w pokoju lekarskim. Nagle poczuł, że ktoś energicznie szarpie go za ramię.

Usłyszał głos Kazimierza – „ty tu śpisz a pacjentka się pogorszyła”.

Stanisław zerwał się na równe nogi i pobiegł za starszym kolegą, którego widział w całej okazałości. W stronę sali, gdzie przebywała wcześniej operowana dziewczyna spieszyła również pielęgniarka. Kiedy problem został zażegnany lekarz powiedział, dobrze, że mnie Kazik obudził. Pielęgniarka lekko pobladła i uświadomiła mu jak się sprawy mają. Lekarz był bardzo zakłopotany zwłaszcza, że wcześniej kpił z wojennych opowieści Kazimierza. Stary medyk często wspominał o duchach zmarłych żołnierzy, którzy odwiedzali go w lazarecie. Kilka miesięcy później podczas nocnego dyżuru Stanisław przyznał się innemu koledze do swojej „przygody z Kazikiem” i rozważał, jakie to figle płata mózg ludzki po wpływem  zmęczenia.

Odpowiedź zadziwiła go – ja też Kazia widziałem, był ze mną na sali operacyjnej, gdzie energicznie zganił mnie za brak precyzji podczas zabiegu.

Staszek to są rzeczy niezbadane, nie ma, co udawać chojraka, siostry mówią żeby za Kazia mszę zamówić, bo one również go widziały. Tak też się stało, odprawiono mszę, w której uczestniczyło wiele osób z personelu medycznego szpitala.

W niedługim czasie uwagę Stanisława przykuła urocza córka aptekarza, z którą spotkanie zaaranżowała niestrudzona swatka Pelagia . Życie toczyło się swoim rytmem, a Kaziu definitywnie przestał „wspierać” kolegów. Z resztą, kto by się wtedy skupiał na dobrej, choć zagubionej duszyczce. Na świat wypełzały okrutne demony wojny przeczuwając krwawą ucztę. One pochłaniały całą uwagę i niestety również energię ludzką.

Wyjątkowa opiekunka – spotkanie na Ślęży

Ślęża to góra legenda, ośrodek kultu solarnego, miejsce mocy. ”Od około 1300r. p.n.e. istniał na szczycie Ślęży monumentalny kamienny krąg, otaczający miejsce kultu poświęcone bóstwu słonecznemu. Wierzono, że na górze zamieszkują bogowie, dlatego też wykorzystywano ją, jako centrum kultowe. Nic dziwnego, że Ślężę zaczęto nazywać w publikacjach śląskim lub słowiańskim Olimpem.”*

Kiedy udało mi się dojechać do Sobótki, a następnie po mozolnej wspinaczce znaleźć na szczycie tej niezwykłej góry odczułam niewyobrażalny spokój i spełnienie. Postanowiłam, że spróbuje nie tyle medytować, co maksymalnie otworzyć się na to miejsce. Mogę śmiało powiedzieć, że los mi sprzyjał. Dwie grupy głośnych kolonistów oddaliły się w raz z opiekunami, a moje własne dzieciątka wyruszyły pod opieką taty na poszukiwanie „świętego źródełka”, które podobno posiada szczególne właściwości prozdrowotne. Usiadłam na dużym kamieniu starając się zrelaksować i zjednoczyć z energią, której bliskość odbierałam. W pewnym momencie opanowała mnie niesamowita senność, po czym gwałtownie ocknęłam się odczuwając czyjąś obecność. Jednak byłam sama! Ze zdumieniem skonstatowałam, że mój szczególny stan nie trwał kilka minut (jak przypuszczałam), ale przeszło pół godziny. Po chwili w polu widzenia pojawiła się moja kochana gromadka, wszyscy dumni z odnalezienia źródełka. Nota bene pozostającego w opłakanym stanie – zaniedbanego i zaśmieconego. Wróciliśmy wieczorem do domu i zadowoleni z tak owocnego dnia, udaliśmy się na spoczynek.

Tej nocy otrzymałam szczególny przekaz i zakładam, że jest on wart nie tylko mojej uwagi. Ponownie znalazłam się na Ślęży tuż przy kamiennych schodach prowadzących do starego kościółka. Nagle obok budynku kościoła zmaterializowała się postać kobiety. Szczupła, wysoka, o pięknych długich włosach, ubrana w prostą jasną szatę. Schodziła po schodach jednocześnie bacznie mnie obserwując. Nie miała skrzydeł ani aureoli, ale emanowała tak wielką siłą i dostojeństwem, że poczułam się bardzo onieśmielona, wręcz nie godna tego spotkania. Nie miałam też cienia wątpliwości, co do tego, że owa Pani ma całkowity wgląd w moją duszę. Kiedy stanęłyśmy twarzą w twarz jej łagodne oczy dodały mi odwagi – zapytałam, kim jest? Odparła, że opiekunką tego miejsca i przybywających wędrowców. Wspomniałam o swojej obecności w wciągu dnia. Potwierdziła, iż widziała mnie, a nawet sprawdziła (cokolwiek to znaczy). Zapytała, jaka jest moja intencja, czy chcę o coś prosić? Byłam skonsternowana i zaskoczona, ale udało mi się wyartykułować jedno zdanie: chciałabym tak kierować energią, aby leczyła. Moja rozmówczyni zastanowiła się przez chwilę i zapytała: czy wiesz, że jeśli życzenie się spełni, powinnaś służyć wszystkim, a nie tylko wybranym? Przytaknęłam. W tej samej chwili doznałam silnego mrowienia w dłoniach. Pani uśmiechnęła się na pożegnanie i zaczęła oddalać. Przebudziłam się niesamowicie spokojna i wypoczęta.

Oczywiście nie stałam się nagle Janem od Boga, ani nie uzyskałam mocy Bruna Groeninga. Otrzymałam jednak dar wiary, która pozwala mi pracować nad sobą i rozwijać pewne potencjały. Jestem głęboko wdzięczna za to piękne spotkanie. Nie ukrywam, że tęsknię za tym szczególnym miejscem i wyjątkową, szlachetną osobą, którą dane mi było ujrzeć.

Serdecznie polecam Państwa uwadze przepiękną okolicę Sobótki, a zwłaszcza Ślężę i Radunię nie tylko ze względu na możliwe przeżycia duchowe, ale na niewątpliwe walory turystyczne i wypoczynkowe.

* cytat pochodzi z książki autorstwa Pana Leszka  Mateli „Polska magiczna, przewodnik po miejscach mocy”

Dlaczego jestem spirytystą ? G.Melusson

Otrzymałam niedawno od wydawnictwa RIVAIL kolejna książkę, którą pragnę Państwu przedstawić oraz zgodnie z obietnicą ofiarować osobie, która wyrazi chęć jej przeczytania i poinformuje mnie o tym drogą poczty elektronicznej.

Autorem jest Georges Melusson, jeden z najbardziej znanych spirytystów w okresie przedwojennym, a jej tytuł to „Dlaczego jestem spirytystą”.

Można by rzec, że tytuł mówi sam za siebie. Faktycznie mamy tu do czynienia z bardzo osobistą wiwisekcją autora, który momentami z rozbrajającą szczerością, analizuje swoją długa drogę od sceptyka kontestującego spirytyzm do entuzjasty tej dziedziny. Jest w tym bardzo autentyczny i szczery. Poprzez własne badania oraz doświadczenia wprowadza czytelnika w świat idei spirytystycznych. W bardzo prostych słowach tłumaczy i rozróżnia, co jest bezpieczne i dobre, a co złe w tak zwanym spirytyzmie eksperymentalnym. Mówi wprost o oszustach, których sam zdemaskował. Pięknie, lecz jednocześnie rzeczowo podnosi sprawę reinkarnacji – jej sens i wagę dla rozwoju ludzkiej duszy.

Ksiązka jest niepozorna, ma około dziewięćdziesięciu stron. I dobrze, bo to najbardziej zwięzły i treściwy tekst dotyczący spirytyzmu, jaki czytałam. Trzeba wielkiego umysłu, by w takiej skromnej formie wyrazić tak wiele. Oddaję głos autorowi:

, „Dlaczego jestem spirytystą? Ponieważ to w filozofii spirytystycznej odnalazłem pogląd na życie, wyjaśnienie naszej egzystencji, naszego przeznaczenia, moralności i zrozumienie religii, które usatysfakcjonowały mnie pod każdym względem. To ona uwolniła mnie od strachu przed śmiercią, uświadomiła mi, czym jest szczęście i jak je osiągnąć. To dzięki niej uzyskałem najbardziej sensowne odpowiedzi na pytania:, Po co żyjemy? Kim jesteśmy? Skąd przychodzimy?”

Kolegom z Rivail dziękuję za miły czas spędzony przy lekturze, a Państwu polecam powyższą publikację.

Sen kryształowy – Atlantycki ?

Dzisiaj pragnę podzielić się z Wami przekazem, jaki otrzymałam kilka lat temu.

We śnie znalazłam się na plaży będącej częścią wyspy. Niebo było dziwnie zachmurzone, ale woda w morzu spokojna i przejrzysta. Wokół mnie wielu ludzi krzątało się w pośpiechu. Nie były to jednak działania chaotyczne, a raczej dobrze zorganizowana ewakuacja. Ludzie wsiadali do niedużych łódek, którymi podpływali do gigantycznego statku, unoszącego się na falach. Nie był to statek, jaki kiedykolwiek wcześniej widziałam. Kształtem przypominał Zeppelina lekko spłaszczonego przy krawędziach. Łódki wraz z pasażerami wpływały do jego luku załadunkowego. Wewnętrzny głos kazał mi podążyć w głąb lądu.

Znalazłam się w wielkim mieście. Mieszkańcy  ubrani byli w przewiewne ubrania o luźnym kroju. Mieli jasną skórę, włosy ciemne lub blond, a ich oczy były przeważnie niebieskie. Wszystkie budynki wydawały się być wykonane ze szkła i silnie połyskującego metalu. Moją uwagę przykuł błyszczący przedmiot usytuowany na wzniesieniu i osadzony na czymś, co nazwałabym postumentem. Od podstawy wzniesienia aż do postumentu biegły schody. Na całej ich długości stali ludzie. Wyglądało to jak gigantyczna kolejka. Bezwiednie stanęłam na jej końcu i wolno, lecz systematycznie przesuwałam się ku górze. Jednocześnie obserwowałam wydarzenia rozgrywające się wokół mnie. Widziałam plaże i kolejne łódki wpływające do wnętrza statku. Kiedy ostatni z nich zniknęła, wrota zamknęły się i statek odleciał. Bezgłośnie, jedynie silniejszy podmuch wiatru mógł stanowić świadectwo tego, co kilka sekund wcześniej zaszło na moich oczach. Pozostałe osoby nie reagowały. Stali spokojnie zajęci sobą, patrząc na nich nabrałam przekonania graniczącego z pewnością, że nie wynika to z obojętności. Oni wiedzieli, że ich towarzysze, którzy odlecieli są bezpieczni. Sami wybrali inną drogę. Kolejka przesunęła się i pojęłam, że ów błyszczący przedmiot to ogromny kryształ. Starannie oszlifowany i piękny. Co chwilę rozbłyskał wieloma kolorami. Zwróciłam uwagę, że morze robi się coraz bardziej niespokojne, a schody lekko drżą.

Kiedy znalazłam się bardzo blisko kryształu uświadomiłam sobie, że ludzie po kolei dotykają go, a ich ciała dosłownie rozpadają się na atomy. Nie towarzyszył temu ból czy strach i choć to zabrzmi dziwnie widowisko było przepiękne. Przede mną stał starszy pan, a przed nim jego córka, która trzymała na rękach małego chłopca. Mówili w dziwnym języku, ale rozumiałam każde słowo. Ten pan żartował z chłopcem chcąc urozmaicić mu czas oczekiwania. W pewnym momencie chłopiec obserwując działanie kryształu zapytał – czy kryształ nas zje? Dziadek roześmiał się serdecznie i powiedział nie obawiaj się kryształ nas zapamięta. Dodam, że im dłużej trwała ta sytuacja tym silniejsze były rozbłyski. W pewnym momencie miałam wrażenie, że całe miasto zsynchronizowało się kolorystycznie z kryształem. Wreszcie nadeszła moja kolej. Spokojnie jak pozostali podeszłam do kryształu i dotknęłam go. Poczułam ciepło i taka dziwna błogość. Jednocześnie widziałam swoje odbicie. Moje ciało fizyczne zostało rozpuszczone prze światło kryształu. Znalazłam się w jego wnętrzu i choć już nie, jako istota fizyczna, ale z pełną świadomością obserwowałam kolejne osoby poddające się temu rytuałowi. Kiedy na zewnątrz nie było już nikogo kryształ zaczął wolno wsuwać się do wnętrza postumentu. Wzbudziło to mój niepokój, ale poczułam, że tak musi być. Zrozumiałam też, że owszem kryształ nas zapamiętał, ale to my doładowaliśmy go energetycznie i dzięki temu odlecimy i uratujemy się – w tym czasie morze szalało, a niebo zrobiło się bardzo ciemne. Nagle to, co brałam za stały ląd poruszyło się, a część „budynków” wsunęła do środka. Dotarło do mnie, że to nie wyspa tylko olbrzymi statek kosmiczny.

We wnętrzu kryształu zapanowała radość – wracamy do domu.

Wiele mówi się o mocy kryształów oraz o ich zbawiennym wpływie na ludzkie zdrowie. Ten sen umocnił we mnie wiarę we wszystkie ich właściwości.

Połączone dusze – czy tylko u bliźniąt?

Bliźnięta były i są przedmiotem zainteresowania czy wręcz fascynacji. Mimo postępu nauki i medycyny patrzymy zdumieni, kiedy w naszą stronę biegną dwa identyczne maluchy.

Fizycznie  są dosłownie nie do odróżnienia. Jest to bez dwóch zdań związek nie tylko cielesny, ale też duchowy.Tajemnicza nić, która łączy umysły i dusze. Bliźnięta potrafią stworzyć własny język albo porozumiewać się bez słów. Jeśli jedno jest w niebezpieczeństwie drugie to po prostu wie. Poznałam w pracy panią, która miała bliźniaczą siostrę i opowiadała mi, że kiedy jej bliźniaczka zaczęła rodzić swoje pierwsze dziecko, ją z domu rodziców zabrało pogotowie z bólami podbrzusza, które trwały praktycznie całą noc. Ustały dokładnie w czasie, kiedy siostra urodziła. Takich przypadków jest mnóstwo i nie ma w tym żadnej sensacji. Opiszę jeszcze jeden, ponieważ wydaje mi się ciekawy.

Teść mojej koleżanki ma brata bliźniaka, który mieszka na południu Niemiec. Obaj panowie lubią majsterkować, kiedy teść pomagał im w remoncie, doszło do wypadku. Pracował z pistoletem do gwoździ i jednego wstrzelił sobie centralnie w dłoń. W tym czasie jego brat odczuł silny, wręcz paraliżujący ból w tej samej dłoni i również znalazł się w szpitalu. Zrobiono wiele badań, które nic nie wykazały. Sprawa wyjaśniła się, kiedy żony bliźniaków porozumiały się ze sobą.

Dla mnie nie mniej interesujące jest zjawisko bliźniaczych dusz, czyli osób blisko lub wcale niespokrewnionych, które również doświadczają szczególnej więzi. Oczywiście, jeśli wierzymy w wędrówkę dusz to jasne jest, że bliźniacze dusze mogły dzielić ze sobą niejedno życie. Mało tego mogą żyć w różnych relacjach na przykład matka- dziecko, dwie przyjaciółki itd. Trwa to zapewne tak długo aż oczyszczą powiązania karmiczne i odrobiwszy potrzebną lekcję będą mogły pójść dalej własną drogą. Chciałabym przedstawić pewną historię, którą można wytłumaczyć jedynie w kontekście bliźniaczych dusz. Innego rozwiązania nie znajduję.

Pani Gosia miała kuzynkę Elżbietę, z którą przyjaźniła się od dzieciństwa. Ich drogi rozeszły się w dorosłym życiu, kiedy Elżbieta wyjechała razem z rodziną do Niemiec. Niemniej często do siebie dzwoniły i sporadycznie odwiedzały. Ta odległość nie miała dla nich znaczenia ciągle czuły to wyjątkowe, silne połączenie. Kiedy Elżbieta zachorowała, a jej chorobę zdiagnozowano obie panie jeszcze bardziej umocniły wzajemne relacje. Elżbieta nie dopuszczała myśli, że właściwie zostało jej kilka miesięcy, miała wielką wolę życia. Bardzo schudła, a ponieważ posiadała mnóstwo ubrań wysłał je Gosi – nawet rozmiar odzieży nosiły ten sam. Pewnego dnia odbyły wyjątkowo długą rozmowę telefoniczną, podczas, której Elżbieta wydawała się bardzo ożywiona i optymistycznie nastawiona, co do swojej przyszłości. Wieczorem Gosia założyła przecudnej urody koszulę nocną otrzymaną od przyjaciółki i spokojnie położyła się spać. Zaczęła śnić koszmarny sen, powiedziała później, że walczyła w nim o swoje życie. Owszem budziła się na chwile, ale zasypiała ponownie. Twierdziła, że coś ją dusiło, czuła, że jej serce przestaje bić. Wreszcie wyrwała się z objęć tej makabry. Była spocona, wyczerpana, a na ciele miała liczne zadrapania. Te można jeszcze wyjaśnić bezwiednym samouszkodzeniem.Obie nie potrafimy rozwikłać zagadkowych obrażeń na plecach. Wyglądały jakby ktoś podrapał Panią Gosię obiema rękoma. Ślady były równe, głębokie i bolesne. Koszula i pościel nie miały ostrych obszyć ani guzików.

Tej samej nocy jej przyjaciółka zmarła. W pewnym sensie Pani Gosia towarzyszyła jej w agonii, a na pewno współodczuwała ten stan. Pod rozwagę należy przyjąć: czy fakt, że miała na sobie odzież należącą wcześniej do Elżbiety mógł spotęgować opisane doznania?

Interesujące, że na miejscu przy Elżbiecie byli jej najbliżsi, którzy widząc jak gaśnie mieli większą świadomość sytuacji i mogli spodziewać się najgorszego. Kiedy zaczęła umierać spali spokojnie, ponad tysiąc kilometrów dalej ktoś inny był blisko.

Jak się okazuje dla duszy czas i przestrzeń nie mają znaczenia, liczą się zupełnie inne kryteria.

 

Ochorowiczówka – miejsce zapomniane ?

Szczególnym dla mnie zrządzeniem losu znalazłam się w Wiśle.Miasto malowniczo położone i wszystkim dobrze znane.

Oczywiście korzystając z okazji odwiedziłam miejsca związane z jakże niedocenianą obecnie postacią Juliana Ochorowicza. Ten uczony, wynalazca, psycholog i niestrudzony badacz zjawisk parapsychicznych jest bez wątpienia jednym z najznamienitszych mieszkańców w historii miasta. W roku 1905 wybudował słynną willę „Ochorowiczówkę”, w której gościł miedzy innymi Bolesława Prusa, Władysława Reymonta czy Marię Skłodowską – Curie wraz z jej mężem Piotrem. Miejsce to najwidoczniej emanowało szczególnie twórczą energią skoro Reymont napisał tam pierwszą część „Chłopów”, a Prus zyskał inspirację do swojej wielkiej powieści „Faraon”. Nadmienić warto, że postać wynalazcy i naukowca Ochockiego z niemniej znakomitej „Lalki” Prusa swój pierwowzór literacki miała w osobie doktora Ochorowicza.

Postanowiłam zobaczyć na własne oczy miejsce tak ważne dla polskiej kultury. Najkrócej można by podsumować wizytę tak – przybyłam zobaczyłam, zapłakałam! Podwórko skromne, ale czyste jednak budynek w stanie opłakanym. Odpadające tynki, przeciekający dach oraz wiele innych zaniedbań po prostu rzucających się w oczy. Ponieważ mieszkają tam lokatorzy, oczywiste są normalne oznaki ludzkiej egzystencji jak antena satelitarna, czy /za przeproszeniem/ bielizna susząca się na słoneczku. I w tych „okolicznościach przyrody” prężą się dwie solidne tablice pamiątkowe. Jedna ku czci J. Ochorowicza, druga upamiętniająca fakt twórczej obecności Reymonta – uhonorowanego nagrodą Nobla w dziedzinie literatury. Przyszła mi do głowy taka oto analogia. Proszę sobie wyobrazić starego wiarusa, niezwykle zasłużonego dla polskiej historii w brudnym, podartym i zapuszczonym mundurze, któremu ktoś ważny przypina dwa medale zasługi i nie wspierając finansowo, każe je nosić z dumą.

Nie bardzo chce mi się wierzyć, biorąc pod uwagę tłumy turystów, że Wisła jest biedną gminą, która w żaden sposób nie potrafi znaleźć środków na przeniesienie lokatorów do odpowiednich mieszkań zastępczych / moim zdaniem mówimy o 3-4 rodzinach/, doprowadzenie budynku do pierwotnego dobrostanu i założenie tam muzeum z prawdziwego zdarzenia. Ciekawa jestem, co na to Towarzystwo Przyjaciół Wisły, którego notabene Julian Ochorowicz był założycielem! Czy władze Wisły chcą opierać popularność regionu jedynie na osobie Pana Adama Małysza? Z całym szacunkiem dla mistrza sportu, uważam taką myśl za niedorzeczną. Z roku na rok włodarze miejscy  czynią starania, aby stało się ono, że tak powiem znanym kurortem.Pretendując do takiego miana warto byłoby wziąć pod uwagę pamiątki związane z polskimi przedstawicielami świata nauki i kultury.

Pragnę zaznaczyć, że niedaleko od głównej alei spacerowej znajduje się tablica pamiątkowa również poświęcona Julianowi Ochorowiczowi.