Sabat Samhain, Dziady czy Halloween ?

Zbliża się Sabat Samhain, Dziady czy jak kto woli Halloween.

Samhain to jedno z najważniejszych świąt Celtów. Wierzyli oni, że tej nocy świat zmarłych znajduje się najbliżej świata żywych, a byty z innych wymiarów uzyskują możliwość przejścia na stronę śmiertelników. W tradycji celtyckiej w noc z 31 października na 1 listopada zamyka się Koło Roku i rozpoczyna Nowy Rok. Z tego powodu ta noc jest tak szczególna, nie należy ani do nowego ani do starego roku, w pewnym sensie jest poza czasem. W wigilię Samhain gasili ogniska i pochodnie, nadając domom wygląd opuszczonych. Wystawiali przed domy jedzenie, aby dusze posiliły się i odeszły.

Jest to ulubione święto, Wiccan, dekorują oni domowe ołtarze darami natury związanymi z ta porą roku. Niektórzy organizują tak zwane milczące wieczerze. Posiłek spożywany jest w ciszy, a na stole znajduje się dodatkowe nakrycie.   Oczywiście zwyczaj Halloween wywodzi się wprost ze święta Samhain.

My Słowianie i bracia Bałci nie jesteśmy gorsi. W tym czasie celebrujemy Dziady, które znakomicie opisał Adam Mickiewicz.Celem obrzędów jest głównie uzyskanie przychylności zmarłych. Słowianie palili ogniska, aby odstraszać upiory, oświetlali domy wskazując drogę dobrym duszom.

Chrześcijaństwo w swojej brutalnej ekspansji tępiło wszystkie stare zwyczaje. Ponieważ nie udało się wyprzeć Dziadów, więc nadano temu świętu nowy charakter i atrybuty.

Nadal jednak światło świec czy zniczy pozostało sygnałem dla drugiej strony – jesteśmy, pamiętamy, kochamy!

Mili Moi!

Pamiętajcie, że czas ten jest dobry dla wróżb, ale fatalny na medytację!

Nie można pozostawać bez ochrony mentalnej, kiedy po świecie krążą byty nie koniecznie nam przychylne.

Jeśli wyjeżdżacie to noga z gazu – nikt nie wymaga od nas ofiary z życia, a już na pewno nie ci, do, których tak szaleńczo gnamy.

Pozdrawiam bardzo serdecznie i cieplutko!

 

 

Dalszy ciąg historii Tadeusza cz.4

Podążam dalej za Tadeuszem. Jest mi coraz ciężej opisywać jego historię.

Moja żona dzielnie znosiła niewygody związane zarówno z jej stanem błogosławionym jak i z rzeczywistością miasta w stanie wojny. Bratowa martwiła się o męża i ten niepokój udzielał się również nam. W piwnicy urządziłem dla nas bezpieczne schronienie. Przynajmniej tak mi się wydawało.

Podczas jednego z nalotów dywanowych zbombardowano nasz dom. Moja żona przebywała wtedy w piwnicy, bratowa z dziećmi niestety nie. Wróciła do mieszkania, aby chłopców przebrać i dać im ulubione zabawki, o które prosili. Ja szukałem wody. Kiedy samoloty odleciały i nastała ta przerażająca złowroga cisza, ogarnęło mnie złe przeczucie. Z miejsca, w którym się ukryłem pobiegłem w kierunku domu. Nie zważając na ryzyko. Biegłem bez tchu. Na miejscu przeżyłem szok. Budynek przestał istnieć. Gołymi rękoma odrzucałem gruz, aby dostać się do piwnic. Z pozostałych kamienic, które ucierpiały w mniejszym stopniu, zaczęli wyłaniać się ludzie. Na prędce uformowała się brygada, która wspierała mnie w pracy. Przez cały czas krzyczałem: szybciej, szybciej tam są żywi ludzie. Wreszcie udało się odsłonić jedno z piwnicznych okienek. Dostałem się przez nie do środka. Korytarz wytrzymał i tylko gdzie niegdzie odpadło kilka cegieł. Zobaczyłem sąsiadkę z dziećmi, po chwili pojawili się inni. Moja piwnica była jedną z ostatnich. Piwniczny korytarz wypełniał się ludźmi. Dotarłem do mojej żony. Anna siedziała skulona rękoma osłaniając brzuch. Była nieobecna, otępiała. Miałem wrażenie, że w pierwszej chwili nie poznała mnie. Musiałem za wszelką cenę wyprowadzić ja na zewnątrz, na powietrze. Nie była w stanie iść, więc wyniosłem ją na rękach. Wszyscy pomagaliśmy sobie na wiele sposobów . Tylko solidarność i współpraca mogły nas uratować. Kiedy Anna znalazła się na powietrzu i nieco oprzytomniała, zapytałem ją gdzie bratowa i dzieci? Zaczęła płakać. Najpierw cicho później krzyczała, wyła wręcz pokazując jednocześnie na ruiny budynku. Wystarczyło spojrzeć na to rumowisko, aby stracić wszelką nadzieję. Tego nikt nie mógł przeżyć. Zachowałem się jak idiota. Zamiast wspierać ją i połączyć się w żalu, zacząłem krzyczeć na Annę. Robiłem jej wymówki, – czemu pozwoliłaś im wyjść? Jak ja teraz spojrzę w oczy mojemu bratu? Dopiero sąsiad złapał mnie za ramię i zdrową mną potrząsnął. Zawołał: coś pan zwariował, kobieta w ciąży, a pan się jej czepiasz? Tamta poszła z dziećmi i zginęła – taka widocznie wola boska. Ogarnąłem się i przytuliłem płaczącą Annę. W myślach błagałem brata o przebaczenie.

Noc zastała nas w piwnicy sąsiedniego budynku. Wcześniej przeniosłem trochę naszych rzeczy. Razem z innymi mężczyznami odgruzowałem bramę i wystarałem się o wodę. Anna pozostawała pod opieką kobiet. Ten wysiłek fizyczny pozwolił mi przynajmniej częściowo rozładować napięcie. Wróciłem do Anny, leżała na materacu w ręku trzymała różaniec, modliła się o łaskę dla nas wszystkich. Przyłączyłem się do niej. Pierwszy raz od wielu lat wzniosłem myśli do Boga. Prosiłem, aby „los przeciwny” został mi darowany. W nocy Anna zaczęła rodzić. Poród w ósmym miesiącu, w fatalnych warunkach sanitarnych, pod ostrzałem. Trudno wyobrazić sobie gorszy scenariusz. Jedna z pań pomagała nam z cierpliwością i oddaniem zaiste godnymi dobrego samarytanina. O transporcie do szpitala nie było mowy. Mijały minuty, godziny, które ciągnęły się w nieskończoność. Cierpienie Anny i moja bezsilność. Wreszcie na świecie pojawiła się moja córeczka. Sina, z pępowiną owiniętą wokół szyjki, bez oddechu. Próbowałem masować jej serduszko, tchnąć życie w to małe ciałko, bezskutecznie . Była martwa. Anna zdała sobie sprawę z sytuacji, dziecko nie płakało. Powiedziała żebym jej podał malutką. Zawinąłem ją w jakieś gałganki, które litościwie podała mi asystująca kobieta. Płakaliśmy obydwoje długo, bardzo długo. Powiem ci, że TAK płakać można tylko raz w życiu. Rozpoczął się kolejny nalot. Nie baliśmy się było nam wszystko jedno. W pewnym momencie Anna zaczęła bardzo intensywnie krwawić. Kiedy nalot dobiegł końca. Byłem ojcem martwego dziecka i wdowcem.

Popadłem w stan otępienia, nie płakałem, nie żaliłem się, nie bluźniłem. Kopałem grób na podwórkowym skwerze.Z pomocą towarzyszy tej niedoli pochowałem moje kobietki. Z samego pogrzebu nie pamiętam nic. Nie wiem czy trwałem w tym dziwnym stanie zawieszenia dzień czy dłużej. Jakaś pani podała mi miskę z rozgotowaną kaszą i zachęcała do jedzenia. Jedz, musisz jeść, przecież trzeba żyć. No właśnie wtedy doszedłem do wniosku, że niekoniecznie trzeba. Wstałem i bezmyślnie ruszyłem przed siebie. Trafiłem na mszę odprawianą na jednym z podwórek. Ludzie w tym czasie podzielili się na dwie grupy jedni zwątpili we wszystko nie wyłączając Boga, drudzy popadali w religijno-mistyczną egzaltację. Kapłan powiedział idźcie ofiara spełniona. Pomyślałem o tak hekatomba ofiarna składana jest każdego dnia.Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina. Czas za nią zapłacić, rozliczyć się z życia, stanąć na baczność i przyjąć do końca „los przeciwny”.

 

 

 

Usunięto posąg Światowida ze schroniska na Ślęży

Stali czytelnicy zdążyli się już zapewne zorientować, że góra Ślęża i sąsiadująca z nią Radunia to dla mnie miejsca szczególne. Podziwiam ich piękno i czerpię z ogromnych zasobów energetycznych, jakie posiadają. Kocham to miejsce. Zdarzyło mi się w tym roku wspinać na szczyt w towarzystwie koleżanki Barbary, która powiedziała: popatrz na tą mgłę, głazy ze znakami solarnymi, poczuj ten klimat całą sobą.Przecież to polski Avalon!

Miała rację i w tej sprawie i w wielu innych.

Dowiedziałam się właśnie, że usunięto replikę posągu Światowida, która znajdowała w schronisku na szczycie Ślęży. Osobiście nie badałam okoliczności, w jakich do tego doszło. Jednak w oparciu o oświadczenie Redakcji Kwartalnika „ Słowianić” oraz inne wiarygodne doniesienia nabieram przekonania, że w sprawę osobiście zaangażowany jest proboszcz tamtejszej parafii.

Kiedy Talibowie wysadzali w powietrze posągi Buddy oburzaliśmy się, mówiąc: dzicy, ciemni ludzie niszczą światowe dziedzictwo kultury ! Czujemy się współwłaścicielami tych skarbów i chcemy zachować je dla przyszłych pokoleń. Dla tego nie możemy milczeć, kiedy usuwa się ze Ślęży posąg Światowida, który jest również skarbem – naszej słowiańskiej kultury. Jeśli dziś przeszkadza kopia posągu to może jutro zniszczone zostaną inne artefakty niezgodne z doktryną proboszcza. Nie jest tajemnicą, że duchowny ten ma ambicję stworzenia sanktuarium na górze Ślęża. Nie rozumiem, po co? Czy w tym kraju usianym sanktuariami kolejne jest niezbędne? Kto dał mu prawo do zawłaszczania tej konkretnej przestrzeni dla jednej tylko racji, dla jednej religii? Jeśli ambicje księdza osiągną cel możemy się spodziewać, że ucierpi na tym nie tylko przyroda, ale kijem będą przeganiane grupy medytacyjne oraz każda osoba, która się po prostu nie spodoba samozwańczym strażnikom jedynie słusznej wiary.

Z całokształtu wydarzeń, jasno widać, że idea ekumenizmu, do której nawołują kolejni Papieże jakoś do Sobótki nie dotarła.W Polsce zarejestrowanych jest wiele związków wyznaniowych i konstytucyjnie zapewniona jest swoboda w tym względzie. Nasze słowiańskie korzenie były karczowane ogniem i mieczem przez wieki. Czas się temu przeciwstawić. Popatrzmy na inne narody. Anglicy z pietyzmem chronią miejsca kultu religijnego i odwołują się do tradycji Druidów. Narody skandynawskie czynią tak samo wobec swoich przodków, swoich korzeni, swoich pradawnych wierzeń. Nie trzeba czuć się poganinem, aby zrozumieć ich intencję.

Jestem wzburzona, czekam na dalszy rozwój wypadków.

Poniżej publikuję tekst oświadczenia redakcji „Słowianić”, pomimo, że jego stylistyka nie do końca zgadza się z moją. Niemniej najistotniejsza jest intencja, a ta zdecydowanie nas łączy.

 

 

Oświadczenie zespołu redakcyjnego Kwartalnika „Słowianie”
w sprawie usunięcia rzeźby Światowida z Domu Turysty PTTK na Ślęży

27.IX. 2010 R. w Domu Turysty PTTK na Ślęży umieszczono wierną replikę Światowida, którego oryginał znajduje się w Muzeum Archeologicznym w Krakowie. W oparciu o pisemną umowę, rzeźba pozostawała w Domu Turysty ponad 3 lata.
Obecnie – na skutek ciągłej presji psychicznej i gróźb miejscowego proboszcza – Ryszarda Staszaka – kierowniczka placówki była zmuszona usunąć rzeźbę z przestrzeni publicznej.
To, co zaszło na Ślęży, jest działaniem rozbójniczym, które w żadnej mierze nie może być tolerowane!
Nie pozwalamy na to, by wrogie nam siły, które odcisnęły już swoje ponure piętno na naszych przodkach, przeszkadzały nam teraz w sięganiu do naszych korzeni.
Pomrokę średniowiecza rozświetlimy jasnością naszych serc i umysłów.
Zawsze tu byliśmy i zawsze będziemy.
Mają Prawosławni swoją Grabarkę, maja Katolicy swój Watykan a świętym miejscem Słowian jest Ślęża!
My, Rodzina Słowiańska zjednoczona w Duchu, dajemy odpór zakusom ciemnych sił.
Czesław Białczyński
Piotr Kudrycki
Joanna Maciejowska
Marek Wójtowicz

Mój opiekun Tadeusz cz.3

Kontynuuję opowieść Tadeusza.

W nowej sytuacji odnalazłem się bardzo szybko. Moja matka mawiała, że ksiądz i lekarz zawsze dadzą sobie radę. Pracowałem w szpitalu, pacjenci jak zwykle potrafili okazać wdzięczność, miałem też sporo oszczędności w złocie i dolarach. Jak na tamte warunki żyło nam się dobrze. Mój brat na przykład, pracował fizycznie, ponieważ dla prawnika zajęcia nie było. Poza tym zaangażował się w działalność konspiracyjną i w tym wypadku jego praca, jak sam powiedział, stwarzała wiele możliwości. W całe to szaleństwo usiłował wciągnąć również mnie, ale dobitnie dałem mu do zrozumienia, że nie będę narażał życia Anny, aby rzucać się z motyką na słońce.

Tak w tedy myślałem. Skala terroru była ogromna. Pawiak zapełnił się błyskawicznie, krążyły wstrząsające opowieści o masowych rozstrzeliwaniach. Moi przyjaciele wydobyli syna z Pawiaka za łapówkę, której wysokość zapierała dech w piersiach. Chłopak był w złym stanie, więc poprosili mnie o poradę lekarską. Matko moja! W życiu czegoś takiego nie widziałem. Odbite nerki, złamany nos, że o innych obrażeniach nie wspomnę. Ten widok dał mi do myślenia. Szczerze mówiąc byłem przerażony! Przeczekać, trzeba przeczekać – słowa te stały się moją dewizą. Pewnego popołudnia mój brat przyszedł do nas bardzo podenerwowany i poprosił abym pojechał z nim do rodzącej kobiety, podobno żony jego kolegi. Po przybyciu na miejsce szybko zorientowałem się, że coś jest nie tak. Kamienica położona na uboczu. W bramie dwóch chojraków, którzy porozumiewawczo kiwali głowami w stronę mego brata. W mieszkaniu, jak się domyślasz, zamiast rodzącej zastałem dwóch rannych mężczyzn. Zrobiłem, co było w mojej mocy. Cały czas krążyła mi po głowie jedna myśl:, po co ja ich ratuje? Przecież, gdy tylko dojdą do siebie znów zaryzykują własnym życiem i prędzej czy później skończą tragicznie. Kiedy wyszedłem na zewnątrz brat czekał na mnie, minę miał nietęgą. Powiedział uwierz mi nie miałem wyjścia! Wybuchnąłem: nigdy więcej tego nie rób! Ty i twoi koledzy prowadzicie beznadziejną wojenkę. Wyłapią was jednego po drugim i rozwalą pod murem. Oni potrafią łamać ludzi, widziałem, co zrobili z tamtym smarkaczem, a to był tylko pionek.

Brat odsunął się ode mnie z obrzydzeniem. Nie czujesz się Polakiem? Nie masz honoru? Nasz ojciec w grobie by sie przewrócił, gdyby wiedział co ty wyprawiasz !

Tego było za wiele. Odparowałem.  Nasz ojciec był człowiekiem interesu, a nie sentymentalnym idiotą. Narażasz siebie, swoich bliskich i postronne osoby. A co do honoru to idź i powiedz o nim rodzinom tych, którzy zostaną rozstrzelani w odwecie za waszą niezłomność! Wstydzę się dzisiaj tych słów, ale padły one z moich ust. Wtedy ludzie z podziemia wydawali mi się grupą egzaltowanych żołnierzyków. Nie potrafiłem spojrzeć z szerszej perspektywy, poza czubek własnego nosa. Usprawiedliwiałem się troską o Annę, ale to była tylko świetna wymówka. Żyłem życiem tchórza i egoisty. Uratowałem tych rannych żołnierzy, mogłem pomóc innym, ale nie chciałem.

Mój brat nie kontaktował się ze mną. Bratowa odwiedzała nas tylko ze względu na usilne prośby mojej żony, z którą połączyła ją szczera przyjaźń. Anna uwielbiała dzieci, a moi bratankowie byli wyjątkowo udani. Kontakt z nimi nieco rekompensował jej niezaspokojony instynkt macierzyński. Od początku naszego małżeństwa chcieliśmy mieć potomstwo. Niestety „los przeciwny” przypomniał sobie o mnie. Anna straciła jedną ciążę, a w kolejną po prostu nie zachodziła. Był to nasz wspólny dramat, z tym, że to ja czułem się jego sprawcą. Wreszcie nasze marzenie spełniło się i Anna utrzymała ciążę. W czasie wybuchu Powstania była w siódmym miesiącu. Mój brat przywiózł do nas swoją żonę i dzieci prosząc abym się nimi zaopiekował. Wtedy ostatni raz uścisnąłem jego rękę i obiecałem, że zajmę się wszystkim jak trzeba. Nie miałem pojęcia, co tak naprawdę rozpoczyna się na moich oczach i jak bardzo zmieni życie wielu ludzi w tym moje. Po lewej stronie  Wisły rozegrał się klasyczny „konflikt tragiczny” po prawej mój osobisty dramat.

 

Mój opiekun Tadeusz cz.2

Opowieść Tadeusza przerwałam w momencie, kiedy dojrzał on do podjęcia ważnych życiowych decyzji.

Mój brat i bratowa organizowali przeróżne obiady i herbatki, na które zapraszali chyba wszystkie panny na wydaniu z całej okolicy. Ewidentnie za punkt honoru przyjęli wykonanie  zadania „ożenić starego kawalera”. Było to w równym stopniu zabawne jak miłe. Żadna z panien nie przyciągnęła mojej uwagi na dłużej. Pewnego dnia wracałem od pacjentki. Byłem zmęczony, bo poród trwał prawie całą noc. Jakoś nie spotkałem żadnej dorożki, a po za tym uznałem, że spacer dobrze mi zrobi. Nagle zdałem sobie sprawę, że zabłądziłem. Zauważyłem dwie kobiety stojące przy bramie wiodącej do dość obskurnej kamienicy. Podszedłem, aby zapytać o drogę. Obie płakały. Zapytałem, co się stało. Starsza odpowiedziała, że jej mąż jest bardzo chory i czekają na księdza, aby udzielił mu ostatniego namaszczenia. Zainteresowało mnie, co mu dolega. Młodsza popatrzyła na mnie tymi swoimi wielkimi brązowymi oczami i ze wstydem wyznała, że nie mają pieniędzy na lekarza, ojciec kaszle i ma wysoką gorączkę. Kiedy patrzyłem na nią poczułem się tak jakbym dostał obuchem w głowę. Ja! Stary podrywacz, straciłem cały swój rezon i nie mogłem wydukać choćby słowa. Kiedy wreszcie oprzytomniałem zaproponowałem, że zbadam jej ojca i spróbuję mu pomóc. Osłuchałem mężczyznę, miał zapalenie płuc. Zapytałem gdzie znajduje się najbliższy telefon, ponieważ zamierzam sprowadzić sanitarkę i zabrać go do szpitala. Obie były zszokowane, ale „mój Anioł” (jak ją w myślach nazwałem) zareagował. Zaprowadzę Pana do apteki tam mają telefon. Niestety mimo moich usilnych starań ojca nie udało się uratować, organizm był zbyt wyniszczony, aby walczyć z chorobą. Okazało się, że pan ten przehulał cały swój majątek, a następnie posag żony i obie kobiety zostały praktycznie z niczym. Anna, – bo tak miała na imię pracowała u modystki za marne grosze. Nie mogłem znieść myśli, że ona żyje w tak podłych warunkach. Zwierzyłem się z moich rozterek bratu. Odpowiedział krótko, skoro nie zależy ci na posagu, a jak widzę jesteś szaleńczo zakochany to oświadcz się. Łatwo powiedzieć, Anna ma 19 lat, a ja prawie 37! Biłem się z myślami długo i boleśnie. Wreszcie postawiłem wszystko na jedną kartę i oświadczyłem się Annie. Miała opory ze względu na swoją sytuację materialną, ale zgodziła się zostać moją żoną. Zaczął się najpiękniejszy czas, jaki dostałem po tej stronie.

Tadeusz opowiadał długo o ich wspólnym życiu, o podróżach, karnawale w Wenecji. Przeżywał to wszystko jeszcze raz i sprawiało mu to ogromną przyjemność. Całą tą euforię przerwał wybuch II Wojny Światowej.

Zostałem zmobilizowany i musiałem rozstać się z moim Aniołem. Zostawiłem Annę pod opieką jej matki, która zamieszkała z nami zaraz po ślubie. Jak nasza walka wyglądała nie muszę ci opowiadać, bo to wiesz. Zostaliśmy rozproszeni. Razem z kilkoma innymi kolegami trafiłem do wsi, gdzie jeden z gospodarzy przywitał nas serdecznie. W tym samym czasie jego córka zaczęła rodzić. Jak widać w życiu nie ma przypadków. Akuszerka nie dawała rady, poród pośladkowy, obróciłem dziecko i w ten sposób przyszedł na świat zdrowy chłopczyk, a jego matka przeżyła. Następnego dnia gospodarz przyniósł mi stare ubranie i powiedział: dałbym panu, co mam najlepszego, ale gadają, że Ruskie zabijają inteligentów. To mnie się zdaje, że odzienie na drogę dla pana doktora im gorsze tym lepsze. Rozdzieliłem się z kolegami, każdy poszedł swoją drogą. Myślałem tylko o tym, że skoro wojna przegrana to chcę się dostać do domu do mojego Anioła. Nawet przez sekundę nie dopuszczałem myśli, że mogło jej się coś złego przytrafić. Po drodze musiałem zatrzymać się u zakonników. Moje wygodne oficerki zamieniłem na zgoła inne obuwie, stopy miałem tak poranione, że nie dałem rady iść dłużej. Braciszkowie opatrzyli mnie i zaproponowali habit, jako strój na dalszą drogę. Uznali, że Niemcy osobę duchowną uszanują. Szedłem tak i rozmyślałem: najpierw ubiór biedaka, teraz mnicha – chyba to jakiś znak, zły znak?

Po przeszło dwóch miesiącach tułaczki dotarłem do domu. Budynek o dziwo stał nietknięty, a moje panie przetrwały dzielnie, wypatrując mojego powrotu. Nastał  złowrogi czas okupacji.

Ponieważ Tadeusz jest postacią niezwykle ważną w moim życiu będę kontynuowała jego opowieść w następnych wpisach. To nietuzinkowa dusza i warto poświęcić jej tyle czasu i uwagi ile potrzebuje.

Mój opiekun Tadeusz

Witam po przerwie!

Dzisiaj pragnę przedstawić Wam mojego Opiekuna, który towarzyszy mi podczas podróży poza ciałem. Użyłam takiego sformułowania gdyż tylko w ten sposób można wytłumaczyć kontakty z istotami bezcielesnymi. Spotkania na poziomie astralu są możliwe.

Mój towarzysz przedstawił się, jako Tadeusz i trwa przy mnie od wielu lat. Nie wiem czy to jego prawdziwe imię, ale szczerze powiedziawszy nie ma to dla mnie większego znaczenia.

Doskonale pamiętam nasze pierwsze spotkanie. We śnie przeniosłam się na ulicę, wydaje mi się, że była to uliczka na Saskiej Kępie. Głęboka jesień, zmrok, słabe światło latarni i mężczyzna idący przede mną. W takich to „okoliczności przyrody” znalazłam się w owej chwili. Nie wiem, czemu ale odczułam silny imperatyw, aby iść za nim. Mężczyzna zatrzymał się i odwrócił w moją stronę. Patrząc mi prosto w oczy zapytał – boisz się mnie? Odparłam, że nie. Uśmiechnął się i tym jeszcze bardziej mnie do siebie przekonał. Są na tym świecie urocze istoty obojga płci, które posiadają zadziwiającą zdolność uśmiechania się całą swoją osobą. Tadeusz stanowi sztandarowy przykład tego zjawiska. Zaprosił mnie do swojego ulubionego miejsca. Można się było domyśleć, że tak elegancko ubrany pan posiada równie wykwintnie urządzone lokum. Tak znalazłam się w jego gabinecie. Nie chcę Was zanudzać opisami wnętrza, ale (choć nie jestem znawczynią tematu) słowo „wyrafinowane” bezsprzecznie oddaje istotę sprawy. Moją uwagę przykuł obraz wiszący rzec można na honorowym miejscu. Był to portret młodej, bardzo ładnej kobiety o ciemnych włosach, w stylizacji  a’la Pola Negri.

Tadeusz przedstawił się i niejako podążając za moim wzrokiem, dopowiedział, a to moja żona. Musiała być od niego sporo młodsza. Zapalił papierosa i po krótkim wstępie zaczęła się jego opowieść.

Jestem lekarzem, który wielokrotnie złamał przysięgę Hipokratesa, a konsekwencje tych haniebnych czynów złamały mnie. Nie żyłem honorowo i tak samo zmarłem. Mam sobie wiele do zarzucenia. Zmarnowałem wszystkie dobrodziejstwa, jakimi hojnie zostałem obdarowany przychodząc na ten świat. Rozmyślam nad tym, co uczyniłem i czego zaniechałem, mimo, że moim świętym obowiązkiem było wykonać pewne zadania. Urodziłem się w zamożnej rodzinie, jako drugie dziecko. Byłem rozpieszczany do granic rozsądku. Rodzice bardzo dbali o naszą edukację. Jeśli ma się dwóch synów zwykle aspiracje rodziców to wykształcenie jednego, jako prawnika drugiego, jako lekarza. Tak też się stało. Mój brat zaraz po aplikacji ustatkował się i ożenił. Ze względu na splot wielu okoliczności rodzinnych wraz z żoną osiedli na stałe w Warszawie. Ja studiowałem we Wiedniu, praktykowałem za to we Francji i bardziej dla zabawy niż nauki podróżowałem po słonecznej Italii. Na krótką chwilę wróciłem do Paryża, gdzie wdałem się w burzliwy romans z mężatka. Jej mąż postawił warunek: albo wynoszę się do Polski ( odzyskaliśmy niepodległość, więc Polska nie była tylko przenośnią) albo on narobi mi kłopotów. Doskonale wiedziałem, co miał na myśli! Wiesz, lubiłem się zabawić, grać w karty, a to kosztuje. Rodzice opłacali naukę, ale ekscesów finansować nie zamierzali. Pojawiła się możliwość szybkiego zarobku i świetnych koneksji. Zacząłem jak to się mówi „wyciągać panny z kłopotu”. To nie były jakieś biedne dziewczyny, tylko żony, kochanki i córki znakomitych obywateli. Ich mężczyźni potrafili się zrewanżować nie tylko pieniędzmi, ale wsparciem i ochroną. Tym razem jednak trafiły się za wysokie progi, nawet na moje nogi. Wróciłem do kraju. Konkretnie zamieszkałem u brata i zacząłem organizować swoje życie w nowym miejscu. W odrodzonej Polsce o pracę dla lekarza nie było trudno. Z czasem stworzyłem własny gabinet, pracując jednocześnie w szpitalu. Pewnej mroźnej nocy pomogłem przyjść na ten świat mojemu bratankowi. Była to jedna z najpiękniejszych chwil w moim życiu. Radowałem się razem z jego rodzicami i wtedy po raz pierwszy pojawiła się refleksja na temat mojego dodatkowego źródła dochodu. Jak się domyślasz nie zaprzestałem świadczenia tych specyficznych usług. Przyśnił mi się mój profesor, który stał przede mną w wystudiowanej pozie i recytował przysięgę Hipokratesa, szczególnie dobitnie akcentując fragment:, jeżeli dochowam tej przysięgi, i nie złamię jej, obym osiągnął pomyślność w życiu i pełnieniu tej sztuki, ciesząc się uznaniem ludzi po wszystkie czasy; jeżeli ją przekroczę i złamię, niech mnie los przeciwny dotknie.

Postanowiłem zmienić swoje życie, założyć rodzinę i w pewnym sensie oszukać „los przeciwny”.

 

Historię Tadeusza będę kontynuować w następnym wpisie.

 

Jeśli chcecie poznać mnie lepiej

Mili moi!

Wróciłam z warsztatów zmęczona, ale szczęśliwa. Nauczyłam się wielu nowych rzeczy i poznałam wspaniałych ludzi. Ajurweda ma bogatą historię i kolosalną przyszłość. Traktuje człowieka i jego dolegliwości holistycznie uwzględniając również aspekty duchowe. Fascynująca filozofia i przebogaty program leczenia. Polecam!

Miłą niespodzianką jest świeżo opublikowany wywiad ze mną zamieszczony w dziale „Strefie Tajemnic” przez redakcję Onet.pl.

Jeśli macie ochotę dowiedzieć się czegoś więcej o mojej skromnej osobie zapraszam do lektury.

Udanego dnia!

Tytułem informacji

Moi Drodzy!

Wyjeżdżam na tygodniowe warsztaty z Ajurwedy.

Bardzo się na ten wyjazd cieszę. Jednak z doświadczenia wiem, że nie będę miała sposobności ani warunków, aby sprawdzać pocztę i odpisywać na maile. Proszę, więc o cierpliwość i wyrozumiałość.

Po powrocie nadrobię zaległości.

To dla mnie piękny, fascynujący ale i forsowny wyjazd.

Pozdrawiam Was wszystkich cieplutko !

Historia opowiedziana sercem III

Pozwolę sobie przedstawić relację Pani, której historia stanowi swoisty komentarz do wpisu pod tytułem „Jak nie kupować mieszkania” Jestem bardzo wdzięczna za takie relacje. Szczere i oparte na własnych doświadczeniach. Być może będzie to cenna wskazówka dla osób aktualnie szukających lokum do wynajęcia czy do kupienia. Oczywiście nie ma sytuacji bez wyjścia i każdą przestrzeń można odzyskać dla pozytywnych energii. Warto to zrobić wcześniej to znaczy zanim wprowadzimy się pod nowy adres. Tekst jak zawsze publikuje w oryginalnej postaci.

Miałam podobne doświadczenie! Ja i mój mężczyzna potrzebowaliśmy szybko kawalerki do wynajęcia. Do tej pory wynajmowaliśmy pokój w mieszkaniu z grzybem i właścicielką szachrajką. Jako, że mamy psiaka, nie było łatwo znaleźć dobrego lokum. I trafiła się okazja! Kawalerka za dość przystępną cenę, po wstępnych oględzinach bardzo nam się spodobała. Podłoga tylko w małym pokoiku była niedokończona – właściciel obiecał, że położy panele bardzo szybko. Nawet nie chcieliśmy tych paneli, bo psina się ślizga, a w innych pokojach były stylowe „klepki” lubiane przez nas, bo kojarzące się z dzieciństwem. Mieszkanko nie było jak się okazało wolne od wad: ostatnie piętro i kanalizacja wybijała, źle działające kaloryfery i spółdzielnia umywająca od wszystkiego ręce. Ale i tak byliśmy szczęśliwi! Nareszcie sami wolni od uciążliwych lokatorów. Spaliśmy w dużym pokoju aż do czasu, gdy z małego pokoiku  zrobiliśmy sypialnię.Zaczęło się nam spać gorzej lub w ogóle nie umieliśmy zasnąć. W pokoju było czasem bardzo duszno – tak, że dusiliśmy się niemal. Raz przy oglądaniu filmu (bardzo ładnego i spokojnego) odczuliśmy razem dziwną aurę.. Poczuliśmy się oboje bardzo zaniepokojeni i rozdrażnieni. Musieliśmy przerwać i pójść się przewietrzyć. Jeszcze niczego nie kojarzyliśmy.. Do czasu przygarnięcia drugiego psiaka. On dostał ten pokoik z racji tego, że z naszym się nie zaprzyjaźnił. Od tego momentu w mieszkaniu było czuć ciągle wydobywający się z pokoiku smród. Byliśmy pewni, że to nowy pies tak wonieje. Ale po przekazaniu go dalej w dobre ręce (byliśmy jego chwilową rodziną zastępczą) dziwny zapach pozostał. W końcu skojarzyliśmy fakty: listonosz zdziwiony, że nie mieszka tu już starsza pani, podłoga z panelami tylko w tym pokoju i zapach.. No tak – słodkawy mdlący..
Wyprowadziliśmy się w miarę szybko. I od tej pory uczę się ufać bardziej mojej intuicji.

P.S. Starsza pani chyba nie lubiła mężczyzn, bo ja sama z jej strony nie odczuwałam nieprzychylności (spędzałam w tym mieszkaniu całe dnie).
Mam nadzieję, że już opuściła ten smutny zakątek i jest szczęśliwa.

Pozdrawiam serdecznie!

Nimwe

Uwolnienie zbłąkanej duszy

Od momentu publikacji pod tytułem „Guwernantka, która zmieniła wszystko” otrzymałam sporo emaili z zapytaniem czy znam dalszy ciąg tej historii? Muszę przyznać, że macie Państwo znakomitą intuicję! Rzeczywiście ta historia ma ciąg dalszy. Całość mogłaby spokojnie stanowić kanwę, jeśli nie książki to przynajmniej obszernego opowiadania.

Na marginesie pragnę dodać kilka słów:

Nie jest tajemnicą, że marszałek Piłsudski, jak większość osób ze szczytów władzy, korzystał z rad jasnowidza. W tym wypadku wybór padł na wybitnie predysponowanego w tej dziedzinie Stefana Ossowieckiego, któremu marszałek ofiarował własną fotografię z dedykacją: „Panu Stefanowi Ossowieckiemu na pamiątkę naszych rozmów w zrozumieniu tego, czego nie ma, a co jest”. Gest wart jest odnotowania, ponieważ własnoręczne dedykacje marszałka zdarzały się nader rzadko. Szczególną estymą Wodza cieszyła się również Agnieszka Pilchowa – jasnowidząca z Wisły, która dodatkowo leczyła Józefa Piłsudskiego korzystając ze znajomości ziół oraz uzdolnień bioenergoterapeutycznych.

Tyle dygresji -ad rem!

Pan Michał rzeczywiście głęboko zainteresował się ezoteryczną strona życia. Za przykładem marszałka Piłsudskiego, brał udział w seansach spirytystycznych, a w chwilach podejmowania ważnych decyzji korzystał z pomocy samego Stefana Ossowieckiego. Michał walczył w kampanii wrześniowej, dostał się do niemieckiej niewoli, z której udało mu się uciec. Wrócił do stolicy, jednak ze zrozumiałych względów nie mógł przebywać pod adresem domowym. Ukrywał się u przyjaciół, a następnie został członkiem oddziału leśnego. Walczył przez cała okupację, brał udział w Powstaniu Warszawskim. Właśnie dzięki relacjom kolegów z konspiracji poznał dalszą historię tego miejsca i ducha nieszczęsnej dziewczyny. Właściciel majątku ziemskiego, którego Michał poznał kilka lat wcześniej okazał się prawdziwym patriotą. Współpracował z partyzantami. W pewnym okresie dosłownie pod nosem Niemców. Kiedy zagarnęli jego piękny, wygodny dom, łaskawie oferując w zamian możliwość zajęcia tak zwanego „domku letniego?. Zbłąkana dusza guwernantki w pewnym sensie przysłużyła się ojczyźnie i owemu dziecińcowi. Ukazała się, bowiem niemieckiemu oficerowi, kiedy ten wracał na kwaterę. Przyprawiła go o zawał serca. Jego kierowca zeznał, że w drodze powrotnej oficer nagle kazał zatrzymać samochód. Wysiadł z niego i zaczął iść w kierunku dużego drzewa, wykrzykując przy tym, „Co pani tu robi”. Nagle Niemiec gwałtownie zawrócił, zdążył jeszcze podbiec do samochodu i stracił przytomność. Wszystko to działo się przed oniemiałym kierowcą. Był to młody, prosty chłopak. Niewiele myśląc zapakował nieprzytomnego szefa do samochodu i odjechał. Wezwany lekarz stwierdził atak serca, co wyeliminowało oficera z pełnienia obowiązków. Jego następca okazał się człowiekiem dużo wyższej kultury, wielokrotnie okazał ludzką twarz i bardzo dobrze traktował gospodarzy oraz polaków w ogóle. To właśnie on ostrzegł dziedzica, aby uciekał przed nadchodzącą Armią Czerwoną, gdyż grozi mu wywózka w głąb Rosji albo śmierć. Gospodarze uciekli do rodziny mieszkającej w dużym mieście i tam przeczekali najstraszliwsze chwile. W tym czasie ich dom zajęto na kwaterę dla lejtnanta i jego podwładnych z bratniej armii. Osobliwy wypadek zdarzył się po wyjątkowo suto zakrapianej imprezie. Lejtnant razem z towarzyszami poszedł popływać w rzece. Co zobaczył niewiadomo? Najpierw gonił po polu wykrzykując, aby krasawica przed nim nie uciekała. Później wyjął z kabury broń i zaczął strzelać jak oszalały do koła, raniąc przy tym jednego z żołnierzy. Wprawdzie duchy, nawiedzone mosty i podobne zjawiska nie mieściły się w założeniach materializmu dialektycznego. Jednak obecność w tym miejscu źle wpływała na morale żołnierzy. Z uwagi na powyższe czerwonoarmiści opuścili majątek, a pechowy lejtnant wylądował w psychuszce.

Kiedy właściciele powrócili, zastali dom kompletnie zdewastowany. Szczęśliwie cenne przedmioty ukryli w lesie jeszcze przed wyjazdem. Z radością powitali Macieja (woźnicę), jego żonę oraz resztę swoich dawnych pracowników. Oczywiście było im dane przejść przez wywłaszczenie i wiele innych nieprzyjemności, ale przetrwali wszystko. Pewnego razu Maciej przywiózł do ich domu kobietę, którą znalazł przy budynku stacji kolejowej. Niewiasta była zabiedzona, rozgorączkowana, nieprzytomna. Zajęto się nią troskliwie. Sprowadzono lekarza, który stwierdził zapalenie płuc. Rokowania nie były optymistyczne, ale szczęśliwie kobieta doszła do siebie. Kiedy odzyskała przytomność powiedziała, że ma na imię Teresa. Nie chciała opowiadać o sobie. Napisała tylko list, który koniecznie powinien zostać dostarczyć do biskupa. Wezwany ksiądz po dłuższej rozmowie w cztery oczy, obiecał spełnić jej prośbę. Teresa odzyskawszy siły zaczęła spacerować po lesie i okolicznych łąkach. W tych wędrówkach towarzyszyła jej córka gospodarzy. Kiedyś zaszły aż do mostku i wtedy dziewczyna opowiedziała jej tragiczną historię guwernantki. Teresa po dłuższym namyśle obiecała, że rozwiąże tą sprawę gdyż trzeba skrócić cierpienia zagubionej duszy. Następnego dnia wybrała się w to miejsce sama. Jednak ciekawska młódka nie dała za wygraną i z pewnej odległości obserwowała poczynania Teresy. Z pozoru nie działo się nic nadzwyczajnego. Kobieta spacerowała z zamkniętymi oczami, w pewnej chwili zaczęła rozmawiać z, no właśnie, z kim? Teresa jeszcze dwukrotnie udawała się na mostek. Wreszcie oświadczyła, że samobójczyni wybaczyła sobie i innym, spokojnie odeszła do Boga.

Teresa również odeszła – w niedługim czasie przyjechały po nią dwie zakonnice i przedstawiły odpowiedź od biskupa. Kobieta pożegnała się z domownikami, serdecznie podziękowała za wszystko i prosiła żeby jej nie szukać, bo to może sprowadzić na wszystkich kłopoty. Od czasu działania tajemniczej Teresy ( nie przypuszczam, aby to było jej prawdziwe imię) żadne widzenia w okolicach mostu nie miały już miejsca. Tytułem podsumowania przychodzą mi do głowy tylko te słowa „ wybaczanie jest kluczem do szczęścia „