Instytut Psychologii Stosowanej

 

Na stronie „O mnie” umieściłam informację, że uczę się w IPS. Sporo czytelników pyta mnie, co to za szkoła i jakie korzyści dla mnie płyną z zajęć, na, które uczęszczam. Postanowiłam odpowiedzieć, że tak powiem globalnie, czyli w jednym wpisie.

Instytut Psychologii Stosowanej to szkoła kształcąca głównie psychoterapeutów, jednak takie kierunki jak Psychotronika i Biotronika cieszą się również dużym zainteresowaniem słuchaczy. Wszystkie dane oraz informacje znaleźć można na stronie internetowej:

http://www.psychologia.org

Dla tego nie będę się rozpisywać na temat naboru, warunków finansowych czy innych spraw technicznych. Kiedy zaczęłam naukę nie wiedziałam o tej szkole praktycznie nic. Wybierając ją kierowałam się jedynie intuicją i odległością od mojego miejsca zamieszkania. Tu trzeba przyznać, że IPS posiada przewagę nad innymi tego typu uczelniami. Mianowicie oprócz Warszawy jego oddziały znajdują się w Katowicach, Poznaniu i Wrocławiu. Zważywszy, że zjazdy odbywają się z reguły dwa razy w miesiącu jest to istotny sprawa.

Wśród moich koleżanek i kolegów poznałam wiele interesujących osób. Bardzo wrażliwych, serdecznych i na swój sposób niepowtarzalnych. Nasi wykładowcy i trenerzy to również ludzie niezwykli. W przeważającej mierze znani dzięki licznym publikacjom oraz książkom, które cieszą się ogromną popularnością. Latami zdobywali wiedzę i w sposób praktyczny wykorzystywali swoje umiejętności.Dzięki temu zajęcia nigdy nie są nudne i nie zawierają jedynie przekazu teoretycznego. Wspomnę o osobach, które zrobiły na mnie największe wrażenie – oczywiście kolejność jest absolutnie przypadkowa.

Pani Elżbieta Jarosławska prowadziła dwukrotnie warsztaty wyjazdowe ( każdy z nich trwa tydzień) poświęcone Ajurwedzie i nauce masażu Abhyanga . Ciepła, wspaniała kobieta, która poświęcała każdą chwilę swoim uczniom. Cierpliwa, życzliwa osoba. Niezmordowana w wysiłkach mających na celu zainteresowanie nas medycyną indyjską oraz opanowaniem przez wszystkich tej niełatwej techniki masażu. Jestem szczerze wdzięczna za każdą wspólną chwilę.

Pani Marzena Gęsiarz wprowadzała nas w tajniki Feng Shui. Jest wybitną specjalistką w tej dziedzinie, autorką książki „Feng Shui sekret szczęścia, miłości i bogactwa”. Ogromnie zaangażowana w prowadzone zajęcia. Uświadomiła nam jak bogata i złożona jest ta dziedzina wiedzy. Zadanie miała nie łatwe, ponieważ większość z nas kojarzyła temat jedynie z publikacjami w prasie kobiecej, które traktując Feng Shui w sposób powierzchowny robią więcej szkody niż pożytku. Znakomite zajęcia i przesympatyczna osoba.

Wspomnę jeszcze dwóch panów Dariusza Cecudę i Karola Wdowiaka – świetnie prowadzone i bardzo rozwijające zajęcia. Zawsze pozostawiające niedosyt i chęć na kolejne spotkania.

Szkoła dała mi możliwość weryfikacji pewnych zdolności i uświadomiła ile pracy wymaga ich rozwój. Otworzyłam się na zupełnie nowe tematy. Jeśli chodzi o inne wiem już, że mogę je traktować wyłącznie hobbystycznie gdyż zgłębienie ich i praktyczne zastosowanie wymaga koncentracji i specjalizacji. Wielokrotnie, zwłaszcza przy wyborze warsztatów żałowałam, że nie mogę się rozdwoić. W tym roku wybrałam bioenergoterapię – warsztaty odbywają się w Jastrzębiej Górze i, co tu dużo mówić nie mogę się doczekać.

Jeśli te informacje pozostawiają niedosyt – chętnie odpowiem na każde pytanie .

 

W tak wielu kolorach …

Miałam bardzo ciekawego rozmówcę, którego zwyczajowo przywiódł do mnie Tadeusz. Jak już wspominałam swoiste pośrednictwo Tadeusza jest dla mnie sprawą kluczową, ponieważ wiem, że mogę czuć się bezpiecznie, a osoba rozmówcy jest tą, za którą się podaje. Niedawno zadałam Tadeuszowi kilka pytań, a konwersacja z Karolem, bo tak nazywa się mój ostatni gość, potwierdziła jedynie wcześniej uzyskane odpowiedzi.

Znalazłam się przed budynkiem, którego architektura najbardziej kojarzy mi się z klasztorem. Nieopodal mnie pojawił się młody mężczyzna. Ubrany był w mundur przedwojennego policjanta. Średniego wzrostu, sylwetka raczej szczupła, przyjemna twarz, jednym słowem prezencja nienaganna. Powiedział, że ma na imię Karol. Wskazał ręką na budynek i oznajmił: tu wszystko się zaczęło.

Ponieważ kompletnie nie wiedziałam gdzie się znajdujemy, a jedyną podpowiedzią była charakterystyczna architektura budynku zapytałam- czy ciebie zabili Sowieci?

– Tak, zamordowali mnie w Twerze. Służyłem w Policji i pokazuję się tobie w mundurze, bo jestem z tego dumny. Dumny z tego, kim byłem.

Przywieźli nas do tego klasztoru i nie mogę powiedzieć warunki były trudne, ale nie tragiczne. Po pewnym czasie zaczął mi doskwierać głód. Zawsze sporo jadłem, miałem taką dziwną przemianę materii, że ile bym nie zjadł to nie tyłem. Na dzień przed moją wywózką, razem z kolegą zwędziliśmy z zapasów żołdaków, którzy nas pilnowali tuszonkę i chleb. To była uczta! Kolega był trochę wystraszony, a ja powiedziałem wtedy coś bardzo głupiego -wolę umrzeć syty niż siedzieć tu wiecznie głodny. Chyba moje słowa padły w złą godzinę. W tym czasie wywieziono już wiele osób. Rosjanie mówili, że przenoszą ich do miejsca gdzie będą mieli zapewnione lepsze warunki. Nam już nic takiego nie obiecywali. Kazali zabrać rzeczy osobiste i wsiadać do ciężarówek. Trafiliśmy na stację kolejową, a potem znowu do ciężarówek. Bardzo się bałem. Na miejscu sprowadzili nas do piwnic. Straciłem nadzieję. Był tam taki mały pokój, a potem nic nie pamiętam.

Nagle zobaczyłem, że stoję nad wielkim dołem i z przerażeniem stwierdziłem, że jednocześnie leżę w tym dole. Nie miałem pojęcia, co się ze mną dzieje. Myślałem, że to szok, że tam w dole to nie moje ciało. Obok mnie przeszedł jeden taki z NKWD. Zdałem sobie sprawę, że mnie nie widzi. Dookoła krążyły różne niepokojące, ciemne kształty. Instynkt podpowiedział mi, że one są złe. W pewnym momencie stała się rzecz dziwna. Z tego dołu zaczęły unosić się kolorowe obłoki, albo raczej smugi światła. Z minuty na minutę było ich coraz więcej. Splatały się i unosiły w górę. Wyglądało to jak kolorowy dziecięcy lizak. Wiem, że to trochę głupio brzmi, ale takie było moje pierwsze skojarzenie. Czułem, że mogę do nich dołączyć, ale byłem zbyt zdumiony i zajęty obserwacją tego zjawiska, aby podjąć jakąś decyzję. Wreszcie kolorowe światła znikły. Zostałem sam. Docierało do mnie, w jakim położeniu jestem. Widziałem kolejne transporty. Nie mogłem nic zrobić. Ta bezsilność bolała. Po jakimś czasie, jeśli można to tak ująć, dołączył do mnie kolega. On też nie rozumiał, że jesteśmy jedynie duchami. We dwóch było jakoś lepiej. Mój kolega miał na imię Stanisław. Jednego dnia powiedział, że najbardziej na świecie chciałby zobaczyć swojego synka. Wtedy tak jakby coś nami szarpnęło i znaleźliśmy się w jego mieszkaniu. To dało nam do myślenia. Po pewnym czasie przenieśliśmy się do tego klasztoru, gdzie nas przetrzymywali. Niestety nikogo tam już nie było, to znaczy nikogo z naszych kolegów. Spotkaliśmy zakonnika, widział nas, więc też już do świata żywych nie należał. Modlił się pod ścianą, na której pozostał ślad po wielkim krzyżu. Zapytaliśmy go, za kogo tak się modli? Odpowiedział, że za swoich rodaków, którzy dopuścili się strasznych zbrodni. Zauważyliśmy, że te ciemnie postaci przed nim uciekają. Zapytany wyjaśnił, że to duchowa moc je odgania i niszczy. Nauczył nas, abyśmy broniąc się przed nimi, kierowali myśli do Boga lub przywoływali pamięć o kimś, kogo kochamy, albo wspomnienia pięknych chwil. Prosił nas o wybaczenie dla oprawców. Powiedziałem, że wybaczać mogę tylko w imieniu własnym. Staszek tak samo przebaczył im swoją krzywdę. Kiedy odpuściliśmy im, poczułem ulgę. Takiego stanu uniesienia nie pojmowałem.

Zapytałam gdzie jest teraz Stanisław?

Odpowiedział, że już odszedł. Był zmęczony walką z ciemnymi postaciami, którym obaj wytoczyli duchową wojnę. Karol też chce odejść, tylko czeka na brata. Nie zostawi go, teraz ciężko chorego właściwie w stanie terminalnym. We dwóch zawsze raźniej.

Karol bardzo mnie wzruszył. Obiecał, że przyjdzie się pożegnać. Mam nadzieję, że słowa dotrzyma.

Wycieczka do Pragi


Opiszę dzisiaj historię opowiedzianą mi przez moja koleżankę. Bardzo żałuje, że nie chciała sama przelać na papier swoich doświadczeń. Niestety nie dała się namówić.

Małgosia od lat bardzo interesuje się ezoteryka, medycyną naturalną oraz Feng Shui. Stara się leczyć siebie i bliskich metodami naturalnymi i dba o ochronę energetyczną domu. Nie zajmuje się tymi dziedzinami zawodowo, jednak bezsprzecznie posiada dużą wiedzę i doświadczenie.

Małgosia ma starszą siostrę Annę, która od wielu lat mieszka poza granicami kraju. Dwa lata temu siostra zaproponowała jej wspólna wycieczkę do Pragi. Wszystko składało się znakomicie. Mąż Anny razem z synem udali się na męską wyprawę wędkarską. Małgosia wysłała dzieci na obóz pływacki. Miały mnóstwo czasu dla siebie. Anna przyleciała do Polski, pobyły kilka dni razem, a następnie odjechały autokarem na wymarzoną ekskursję. W dzień zwiedzały, wieczorami gadały bez końca. Ostatniego dnia pobytu odkryły sklep ze starociami. Czego tam nie było! Stylowe meble i eleganckie antyczne precjoza mieszały się ze zwykłymi rupieciami. Wiekowe woluminy walczyły o miejsce na półkach z dziełami Lenina przełożonymi na język czeski. Dla dziewczyn była to istna skarbnica rozmaitości. Szperały tam przeszło dwie godziny i oczywiście kupiły kilka rzeczy. Anna wybrała dla siebie między innymi obraz w pięknej ramie. Był to pejzaż przedstawiający ruiny zamku. Wyglądał niczym ilustracja ze starej bajki. Małgosia twierdzi, że od początku czuła niechęć do tego malowidła. Oczywiście podzieliła się swoimi niepokojem z siostrą, ale ta skwitowała sprawę krótko: „ty masz po prostu inny gust”

Anna wróciła do siebie. Już przy wieszaniu nowego nabytku, doszło do nieprzyjemnego wypadku. Mąż Anny zranił się w dłoń. Konieczne była wizyta w szpitalu i szycie. Był to początek pasma nieszczęśliwych zdarzeń, wypadków i chorób, jakie zaczęły nawiedzać tę rodzinę. Gdyby wyliczyć je wszystkie, stanowiłyby kanwę do horroru i to niestety klasy „B” Do tej pory Anna i jej bliscy żyli spokojnie, można by rzec jak przysłowiowe pączki w maśle. Nie chorowali, nie mieli praktycznie żadnych większych problemów. Odmiana losu była dla nich prawdziwym szokiem. Przerażona Anna zadzwoniła do Małgosi i w rozpaczy wykrzyczała w słuchawkę, ”nas chyba ktoś przeklął”. Ponieważ Małgosia nie mogła pojechać do siostry, zaangażowała w sprawę swoją koleżankę, która również mieszka za granicą i to w stosunkowo niewielkiej odległości od Anny. Julia, specjalizuje się w medycynie naturalnej. Małgosia skontaktowała się z Julią i poprosiła, aby ta odwiedziła jej siostrę i zorientowała się w sytuacji. Julia zgodziła się na mały rekonesans.

Niebawem podzieliła się z Małgosią swoimi wrażeniami. Od pierwszej chwili, kiedy weszła do ich domu, dźwięczała jej w uszach stara niemiecka piosenka. Słyszała śpiew kobiet i dźwięki akordeonu. Oczywiście w domu panowała cisza, ta piosenka stanowiła jedynie cząstkę przekazu mentalnego, jaki otrzymała. Zbadała praktycznie wszystkie pomieszczenia i zlokalizowała źródło negatywnej energii właśnie w salonie. Poleciła Annie, aby pozbyła się obrazu, mimo tego, że został przez nią oczyszczony energetycznie. Twierdziła, że nie spotkała jeszcze tak silnego emitera zarówno zieleni ujemnej jak i innej nieznanej energii, która u niej samej wywoływała bardzo złe odczucia. W pewnej chwili dotknęła ramy i miała spontaniczną wizje związaną z wielkim portretem Adolfa Hitlera. Obrazy wisiały kiedyś w jednym pokoju naprzeciw siebie. Julia nie miała ochoty zgłębiać dalszej historii pejzażu.

Anna zdecydowała o usunięciu obrazu z domu. Całą rodziną jechali  do domku letniskowego, który był ich własnością. Zabrali obraz ze sobą. Wyruszyli z mocnym postanowieniem spalenia go przy okazji ogniska, tradycyjnie organizowanego na zakończenie sezonu letniego Zbieg okoliczności sprawił, że nie zdążyli tego zrobić. Mąż Anny musiał wracać do pracy w związku z jakąś awarią. Zostawili obraz w szopie przy domku.

Dwa dni później otrzymali wiadomość, że ich domek spłonął. Włamali się tam jacyś włóczędzy i najprawdopodobniej zaprószyli ogień. Stało się, co się stać miało. Obraz został zniszczony. Zycie całej rodziny wróciło do normy.

Jestem daleka od tego, aby straszyć Państwa i zniechęcać do zakupu przedmiotów wiekowych. Namawiam jedynie do zachowania ostrożności. Jeśli trafia się w otoczeniu życzliwa dusza, która odradza nabycie konkretnej rzeczy , warto rozważyć czy nie ma racji.

 

 

 

 

Malowanie mandali – polecam !

 

Brałam udział w warsztatach poświęconych malowaniu mandali. Warsztaty prowadziła Pani Marzena Gęsiarz i trzeba przyznać, że zrobiła to znakomicie. Z Panią Marzną miałam wcześniej zajęcia z Feng Shui . Już wtedy byliśmy, jako grupa pod dużym wrażeniem jej wiedzy i pasji, z jaką potrafi przekazać tę wiedzę innym. Powiem szczerze zakochałam się w mandalach.

Malowałam je razem z moimi dziećmi i było to wspaniałe doświadczenie. Czas wspólnie spędzony to przyjemność sama w sobie, ale w przypadku mandali to nie wszystko. Malowanie mandali nie wymaga zdolności plastycznych, zakupu specjalistycznych farb, sztalug czy innych akcesoriów. Wystarczy papier i kredki.

Oczywiście podczas warsztatów najpierw odbywa się medytacja, a następnie malowanie intuicyjne dowolnego obrazu. Mandala poprzedzona takim wstępem dosłownie płynie sama.

Zachęcam bardzo serdecznie do tej formy relaksu, ponieważ pozwala ukoić przeciążony system nerwowy i poprawia koncentrację.Spotkałam się również z teorią, że harmonizuje pracę czakr. Jakby nie patrzeć same korzyści. Jednym słowem rysujmy mandale, aby uświadomić sobie, jacy jesteśmy podobni lub jak pięknie się różnimy.