Zapytałam Tadusza…

Należę do grona osób hołdujących teorii reinkarnacji. Wierzę, że w następnym wcieleniu zbiorę plon tego, co zasieję, czyli pozostawię po sobie w tym życiu. Tak rozumiem sprawiedliwość boską, nieomylną i prawdziwie niezawisłą. Przeczytałam kiedyś takie zdanie „ uważaj, co pozostawiasz za sobą – nic lepszego w przyszłości cię nie spotka„. Nie pamiętam, kto to powiedział. Czy był to wielki mędrzec czy osoba nieznana to bez znaczenia, po prostu miał rację.

Przyznam się, że parę razy patrząc na kalekie dzieci myślałam jakiż strasznych czynów musiały dopuścić się w poprzednim życiu, skoro w tym otrzymały tak trudną i bolesna lekcję. Oczywiście nie zmniejszało to mojej empatii, ot taka refleksja na temat zasad rządzących transmigracją.

Ostatnio rozmawiałam na ten temat z Tadeuszem i po raz kolejny przekonałam się jak wielka jest moja niewiedza, jak ciasne są granice mego poznania. Publikuję skrót jak zwykle z nadzieją, że przyda się komuś dla lepszego rozumienia.

-Chcesz o coś zapytać?

-Tak, jak okrutną zbrodnię trzeba popełnić, aby odrodzić się w całkowicie sparaliżowanym, bezwładnym ciele?

-Wiesz, myślałem, że pojęłaś już kwestię następstwa zdarzeń w kole karmicznym. Widzę, że nie do końca. Nie istnieje „kara za grzechy” w rozumieniu ludzkim. Kiedy działasz wbrew uniwersalnym prawom wszechświata, czyli popełniasz „grzech” cofasz swój własny postęp. O wiele bardziej krzywdzisz siebie niż innych. Konsekwencją, a nie karą jest powrót mający na celu poprawienie tego błędu. Jaki sens miałoby narodzenie w ciele bezwładnym, często o mocno ograniczonych możliwościach intelektualnych? Zaznanie bólu, rozpaczy, niemocy, poczucie straconego życia? Jaki błąd na własnej drodze rozwoju może naprawić osoba, która nie jest w stanie samodzielnie podnieść łyżki? Zastanów się, co czujesz patrząc na kalekie dziecko i na jego rodziców? Wobec dziecka odczuwasz litość, a rodzicom współczujesz?

-Masz rację tak właśnie jest.

-W moim pojęciu litość i współczucie to jednak nie to samo. Prawda jest taka, że wiele osób widząc upośledzone dziecko i jego często fizycznie i psychicznie wykończonych rodziców myśli – lepiej by było gdyby umarło i tak nic nie rozumie, nic z niego nie będzie. Współczują rodzicom, którzy muszą w szarej codzienności zmagać się z tym wyzwaniem. Ludzie widzą poświęcenie i miłość rodzica nie mając zielonego pojęcia, kto tak naprawdę jest tu kochającym bezwarunkowo. Dusze, które zdecydowały się narodzić w takim ciele podejmując tą heroiczną decyzję, stają w blasku miłości czystej, wręcz niepojętej. Zostają namaszczone, jako wyjątkowi mistrzowie duchowi. Przechodzą do tego wymiaru nie „za karę” tylko w darze. One swoją formą stwarzają możliwość odkupienia dla tych, którzy mają się nimi opiekować. Gotowi przyjąć ból fizyczny, cierpienia duchowe i wszystko to, co wiążę się z egzystencją pełną ograniczeń. Nie oszukujmy się życie w ciele fizycznym ma wiele zalet. Jest na swój sposób atrakcyjne. Pomyśl jak wielu wspaniałych chwil doświadczyłaś mając sprawne ciało fizyczne? Oni świadomie rezygnują z tego dla osób, które potrzebują podniesienia.

-Jestem wstrząśnięta. Nigdy o tym w ten sposób nie myślałam. Nie powiem w tej chwili, że do końca zrozumiałam twoje słowa. Na dzień dzisiejszy przekracza to moje wyobrażenie, moje pojmowanie.

-Rozumiem to nie jest łatwa prawda. Jednak zadałaś pytanie i otrzymałaś odpowiedź.

Śmierć kliniczna- czy ma konsekwencje astralne

Mój kolega zadał mi bardzo ciekawe pytanie. Zapytał mianowicie czy uważam, że doświadczenie śmierci klinicznej to jakby kolejne wcielenie w tym samym ciele? Wielokrotnie podkreślałam przecież, że stałam się innym człowiekiem. Poruszył też temat układu planet towarzyszących temu wydarzeniu.

Starałam się odpowiedzieć zaglądając w zakamarki własnej duszy. Publikuję ten tekst w nadziei, że pomoże komuś kto sam sobie zadaje podobne pytania lub ma tego rodzaju wątpliwości.

„Jak zwykle poruszyłeś frapujący temat. Nigdy  nie myślałam  o konsekwencjach śmierci klinicznej w ten sposób. Te doświadczenia same w sobie są niezwykle poruszające. Nie ważne jakiego jesteś wyznania lub czy w ogóle wierzysz w Boga. Każdy kto kiedykolwiek spontanicznie opuścił ciało, wraca odmieniony. To, nie bójmy się tego słowa, mistyczne przeżycie skłania do głębokich przemyśleń. Ludzie często odkrywają  samych siebie, odnajdują drogę do Boga, doceniają czas który jest im dany. Dla wielu osób to ostatni dzwonek przed zatraceniem, przed rozmienieniem swojego życia na drobne. Refleksje te mogą być różne, ale zwykle dotyczą tu i teraz. Ktoś zdaje sobie sprawę, że wypasionej fury nie da się zabrać na tamtą stronę. Kolejny wychodzi z nałogu ponieważ uświadamia sobie że poprzez nieśmiertelną duszę jest jedyny i wartościowy. Jeszcze inny uczy się po prostu  doceniać to co ma . Są to często lekcje bolesne, ale zawsze potrzebne. Nie wydaje mi się aby na tym świecie cokolwiek działo się bez przyczyny. Temat przewodni lekcji to stać się lepszą osobą i w tym sensie inną.

Oczywiście planety, gwiazdy, cały wszechświat mają wpływ na człowieka. Niedowiarkom podsuwam przykład związany z energią księżyca. Jeśli jest on w stanie oddziaływać na wodę o objętości oceanu, to jak dalece działa na ciało ludzkie, zbudowane  w minimum 60 % z tejże wody ? Odpowiedź wydaje się oczywista. Skoro astrolodzy konsekwentnie twierdzą, że po śmierci klinicznej, dokładnie z pierwszym oddechem zaczyna się nasze nowe życie i w związku z tym należy horoskop urodzeniowy stworzyć przyjmując inne parametry to pewnie mają rację. Podobnie z portretem numerologicznym. Bardzo podoba mi się określenie , którego użyłeś „reset układu z planetami”.

Czy to jest swoisty „myk duszy”, rozpaczliwie pragnącej zmiany? Być może. Mamy swoich opiekunów, którzy wspierają nas, ostrzegają, po prostu nad nami czuwają. Może dla kogoś taka teoria jest zbyt szalona, ale ja wierzę, że kiedy osoba systematycznie wręcz, niweczy swój plan wcieleniowy to opiekun w akcie desperacji prowokuje taką sytuację aby w konsekwencji doszło do opuszczenia ciała. Na upartego nazwijmy to działanie terapią szokową. Opiekun stawia wszystko na jedną kartę. Jest wielce prawdopodobne, że ów opiekun potrzebuje pomocy konkretnych energii lub projektuje rzecz całą tak aby ponowne narodziny, (choć w tym samym ciele) odbyły się ze wsparciem korzystnego lub bodaj przychylnego układu sił. W tym sensie pisanie horoskopu czy portretu numerologicznego na nowo ma znaczenie. Zapewne odzwierciedli odrodzoną naturę, charakter i bogatszą osobowość.

Tyle z mojej strony. „

William T.Stead „Listy z zaświatów”

„Listy z zaświatów” to tytuł w pełni oddający treść książki Williama T. Stead’a . Medium w osobie Stead’a prowadzi swoisty dialog z Julii Ames, zmarłą przyjaciółką i dziennikarką. Odpowiedzi uzyskuje dzięki psychografii, czyli innymi słowy stosuje pismo automatyczne. Julia kieruje jego ręką sprawnie i z polotem. Odpowiada szczerze i bez udziwnień, za to z wyczuwalnym zacięciem reportera. Oczywiście komunikaty bardzo osobiste lub dotyczące osób trzecich ze zrozumiałych względów nie zostały opublikowane.

Dzięki wydawnictwu Rivail zapoznajemy się z przekazami dotyczącymi nas wszystkich, którzy stoimy niepewni i zatroskani wobec tego, co znajduje się za zasłoną z „drugiej strony”.

Na temat żalu za umarłymi pada piękne i mądre zdanie: „Nikt prawdziwie wierzący smucić się nie może. Miara zmartwienia twego jest miara twej niewiary” celnie trafia w sedno. Bardzo mnie poruszyło.

 

 

„Sumienie zawsze mamy przy sobie ” cz. II

Przedstawiam dalszy ciąg historii „domu przy wierzbach”.

Pani Marylka postanowiła wyjechać w podróż sentymentalna do krainy dzieciństwa. Urodziła się we Lwowie i chciała koniecznie odwiedzić swoje ukochane miasto oraz dawno niewidzianych przyjaciół. Małgosia obawiała się czy starsza pani wytrzyma trudy podróży. Pani Marylka nie ustąpiła. – Jeśli nie teraz to, kiedy? Młodsza już nie będę.- Odpowiedziała stanowczo. Małgosia pomogła jej załatwić wszystkie formalności, razem wybrały się na zakupy. Pani Marylka chciała ofiarować przyjaciołom piękne i bardzo osobiste prezenty. Ona i jej mama zawdzięczały tej rodzinie życie.

Po powrocie Marylka odwiedziła Małgosię hojnie obdarowując lwowskimi pamiątkami i przepysznymi słodyczami. Małgosia z przyjemnością zauważyła, że ta wycieczka podziałała na Marylkę niczym pobyt w ekskluzywnym sanatorium. Wyglądała młodziej, promiennie i radośnie.

Dziecko zanurzyłam się w rzece wspomnień. Moje dzieciństwo było dostatnie i radosne. Otaczało mnie wielu mądrych, kochających ludzi. We Lwowie wszystkie wspomnienia ożyły. Odwiedziłam wiele ważnych dla mnie miejsc. Wiesz, co jest najciekawsze, magia smaków. Kiedy tylko jadłam jakąś potrawę czy słodki przysmak, znany i zapamiętany wcześniej, natychmiast przypominałam sobie mnóstwo twarzy, rozmów i sytuacji.  To było niesamowite. Cały ten czas moi przyjaciele serdecznie się mną zajmowali. Było wiele łez, ale jeszcze więcej radości. Mam też radę dla ciebie. Tak się złożyło, że kiedy wysiadałam z autokaru potknęłam się i uderzyłam w kolano. Myślałam, że skończy się na siniaku, ale kolano spuchło i bolało. Moi przyjaciele zawieźli mnie do zielarki. Często korzystają z jej pomocy, ponieważ mieszka w tej samej miejscowości. Obawiałam się trochę czy uda mi się z nią porozumieć. Los nade mną czuwał, mówiła dobrze po rosyjsku. Ponieważ przyjaciele zapewniali mnie, że ona potrafi zaradzić wszystkiemu, zapytałam czy wie jak odprawić duszę zmarłego, która uparcie trwa przy swoim domu. Chodziło mi oczywiście o biednego Henia. Ta mądra kobieta dała mi następujące wskazówki. Trzeba zmówić modlitwę za zmarłych i poprosić anielskich przewodników o przeprowadzenie tej duszy. Następnie spalić zdjęcie zmarłego mówiąc przy tym „z prochu powstałeś w proch się obrócisz”.

Małgosia zaniemówiła z wrażenia. Być może metoda jest skuteczna, ale skąd wezmę zdjęcie pana Henryka? Marylka wyciągnęła z torebki czarno białą fotografię.

To zdjęcie zrobione lata temu. Mój mąż i Henio postanowili wystartować w konkursie ogrodniczym. Wyhodowali wielką dynię. Ten okaz zapewnił im drugą lokatę. Chwilę triumfu uwiecznili na zdjęciu.

Stara fotografia przedstawiała dwóch mężczyzn wskazujących zamaszystym gestem na gigantycznych rozmiarów warzywo. Jeden tęgi, zażyty jegomość, śmiejący się dosłownie całym sobą. Uosobienie pogody ducha. Drugi szczupły, o melancholijnym spojrzeniu, uśmiechający się ledwie półgębkiem.

Zdjęcie męża chciałabym sobie zostawić, odetnij drugą część i zrób, co trzeba. Jeśli chcesz będę ci towarzyszyć. Szkoda mi Henia, niech wreszcie odpocznie w spokoju.

Rytuał został przeprowadzony następnego dnia. Wydaje się być skuteczny.

Dla pełnej jasności sytuacji – pierwszy raz w życiu słyszę o takiej metodzie. Niemniej nie widzę w niej żadnego zagrożenia ani dla jednej ani drugiej strony. Myślę, że chodzi tu głównie o odcięcie mentalnych więzi między duszą, a miejscem, do, którego jest tak uporczywie przywiązana. Podobno, jeśli nie dysponujemy podobizną osoby zmarłej, możemy narysować sylwetkę taj osoby na kartce papieru i ten symboliczny wizerunek potraktować zgodnie z instrukcją.

„Sumienie zawsze mamy przy sobie „

Jakiś czas temu opisywałam historie pewnego obrazu, który bardzo namieszał w życiu właściciela. Opowiedziała mi ją moja koleżanka Małgosia. Dzisiaj proponuję jeszcze jedną opowieścią tym razem dotyczącą bezpośrednio Małgosi.

Kilka lat temu Małgosia wraz z mężem podjęli decyzje o zakupie domu. Mieli już serdecznie dosyć wynajmowanych mieszkań, które często kryły różne niespodzianki. Od tych natury technicznej do współlokatora nie z tego świata. Przyszłość materialna rodziny rysowała się bardzo optymistycznie, jednym słowem nie było, na co czekać.  Sprawą znalezienia domu, który spełniałby kryteria lokalizacyjne i miał sensowny metraż zajęła się Małgosia. Obejrzała wiele budynków jednak żaden nie wydawał się odpowiedni. Kiedy już nieomal straciła nadzieję pojawiła się jeszcze jedna możliwość –„Dom przy wierzbach”. Małgosia zakochała się w nim od pierwszego wejrzenia. Ładny budynek, rozkład pomieszczeń jak na zamówienie, świetny dojazd do centrum, spory ogród i rozsądna cena upewniły ją, że oto znalazła wymarzoną przystań.

Kiedy  wróciła do siebie i ochłonęła z radosnej euforii zaczęła  na spokojnie ogarniać sytuację. W zasadzie tylko jedna rzecz nie dawał jej spokoju. Wcześniej oglądała dwa domy „po dziadkach”, które wystawione były przez ich spadkobierców. Oba w takim stanie, w jakim zostawił je ostatni lokator. Kafelki w kwiatki, boazeria, miejscami linoleum na podłodze, krótko mówiąc  styl „wczesny Gierek”. Tu było inaczej. Dom został gruntownie odnowiony. Co ciekawe mimo kosztownego remontu jego cena nie odbiegała specjalnie od średniej ceny podobnych domów. Moja koleżanka postanowiła przeprowadzić prywatne śledztwo. Najbliżsi sąsiedzi nie znali poprzedniego właściciela.  Małgosia spacerowała po okolicy zastanawiając się, co robić dalej. W bocznej uliczce odkryła niewielki sklepik, weszła tam i zapytała czy sprzedawczyni znała właściciela „domu przy wierzbach”. Pani potwierdziła, że tak i z przyjemnością wspominała miłego pana Henia. Zapytana czy wie coś więcej na jego temat zaprzeczyła. Niemniej dała Gosi cenną wskazówkę kierując ją do domu pani Maryli, która przyjaźniła się ze zmarłym. Starsza kobieta pielęgnowała akurat ogródek. Małgosia zagadnęła ją, przedstawiła się i  poprosiła o informacje, jeśli takowe posiada. Tłumaczyła, że pewne rzeczy nie dają jej spokoju. Błagalnie patrzyła Marylce w oczy. Pani Maryla zaprosiła ją do ogrodu i opowiedziała o swoim sąsiedzie.

– Henio był bardzo dobrym człowiekiem. Zaprzyjaźniliśmy się jeszcze w czasach, kiedy żyła jego żona i mój mąż. Gdy owdowiałam bardzo mi pomagali, ja opiekowałam się żoną Henryka, kiedy ta zachorowała. Pyta pani, czemu wnuk wyremontował dom?  To bardzo proste, nie miał innego wyjścia. Henio popełnił samobójstwo. Odkręcił gaz i w ten sposób rozstał się z życiem. Wszystko przesiąknięte było zapachem gazu. Trzeba było zrywać tapety i podłogi. Wyrzucić meble. Inaczej nikt by tego domu nie kupił. Mimo tego uważam, że nie ma się pani, czego bać. Powtarzam to był bardzo dobry człowiek. Owszem, dawno temu podjął złą decyzje, co wpłynęło na jego życie i na śmierć. Jeśli nawet jego dusza błąka się wokół domu nie zrobi pani nic złego.

Mąż Gosi również zachwycił się  domem i jego otoczeniem. Zapadła  decyzja o kupnie i przeprowadzce. Małgosia  od pierwszej chwili nie miała wątpliwości, że pan Henryk nadal tam jest. Świadomość jego obecności nie mąciła specjalnie jej spokoju. Raczej wzbudzała litość i prowokowała do szukania sposobu jak pomóc mu przejść na drugą stronę. Dość szybko między Gosią a panią Marylką zawiązała się nić sympatii. Tuż przed Świętem Zmarłych Gosia odwiedziła starszą panią proponując podwiezienie na cmentarz. Pani Maryla była wyraźnie w bardzo nostalgicznym nastroju.

-Pewnie myśli pani czasem, czemu Henio się zabił? Ja to wiem. Wyznał mi, co gnębiło go przez całe życie. On pochodził ze Śląska, jego rodzina miała niemieckie korzenie. Przeprowadzka w te strony miała pomóc mu uciec od przeszłości. Niestety nic to nie dało, sumienie zawsze mamy przy sobie. Henio był młodym chłopakiem, kiedy, dosłownie z ulicy zabrało go Gestapo. Chcieli żeby obciążył zeznaniami swoich sąsiadów. Oni byli Świadkami Jehowy, a faszyści takich nie lubili. Chcieli znaleźć pretekst żeby się ich pozbyć. Henio nie chciał niczyjej krzywdy, lubił tych ludzi i znał od lat. Niestety wystraszył się bicia, tortur. Ci bandyci grozili, że zniszczą jego rodzinę. Podpisał, co chcieli. Jego sąsiedzi zginęli w Oświęcimiu. Heniek po wojnie szukał ich, chciał wiedzieć, co się z nimi stało. Poznał gorzką prawdę i to go dobiło. Myślę, że jego śmierć też była symboliczna. Umarł od gazu, tak jak oni. Jakby chciał rozliczyć się sam ze sobą do końca. Niczego sobie nie oszczędził.

Małgosie bardzo wzruszyła ta historia. Postanowiła, że znajdzie sposób, aby pomóc Henrykowy przejść spokojnie do światła. Wszystko wskazuje na to, że jej się powiodło przy wydatnej pomocy pani Maryli. Opiszę ciąg dalszy niebawem.

Na marginesie dodam, że owi Świadkowie Jehowy byli ludźmi dość zamożnymi. Ich dom był bardzo zadbany i zwrócił uwagę wysokiego ranga gestapowca. Wpadł on na pomysł, że dom byłby idealnym prezentem ślubnym dla jego siostry. Załatwił sprawę swoimi metodami depcząc przy tym niejedno ludzkie życie.