Tym razem o mnie z humorem

 

Ostatnimi czasy kilkakrotnie zapytano mnie, czemu piszę tylko na poważnie. Każdy, kto mnie zna wie, że podchodzę do życia z humorem i dystansem. Postanowiłam przedstawić się dzisiaj z innej, nieznanej Państwu, strony.

Pierwsza sytuacja. Kilka lat temu umówiłam się z dawno niewidzianą koleżanką na kawkę z dużymi kaloriami, (czyli nieprzyzwoitej wielkości porcją lodów). Kawiarnia usytuowana była na terenie parku. W pewnej chwili podeszła do nas młoda cyganka. Jak łatwo się domyśleć prosiła o pieniądze. Bez wahania dałyśmy jej parę złotych. Niebawem okazało się, że tym aktem miłosierdzia ściągnęłyśmy na siebie spory kłopot. Cyganka nie chciała odejść, wyciągnęła z zanadrza wygniecione karty i koniecznie chciała nam powróżyć. Grzecznie, ale stanowczo odmówiłyśmy. Oddaliła się, aby po chwili wrócić i z jeszcze większą natarczywością oferować swoje usługi. Jej zachowanie bardzo nas rozdrażniło, koleżanka kazała jej odejść. Wtedy dziewczyna zaczęła wymachiwać kartami przed moją twarzą i zagroziła „ten, co odmawia ciężarnej cygance sam na siebie klątwę ściąga jak cię zauroczę to krosty dostaniesz”. Krew się we mnie zagotowała. W tym momencie moja koleżanka wypaliła „ Nie strasz głupa dziewczyno, bo nie wiesz, z kim masz do czynienia. Jak ta pani ( tu wskazała na mnie) klątwę na ciebie rzuci to dopiero zobaczysz”. Nie wiem skąd jej przyszło do głowy, że byłabym do tego zdolna, ale trudno trzeba się było jakoś bronić, zwłaszcza, że kelnerki nie reagowały. Cyganka roześmiała się szyderczo i zaczęła mnie prowokować. Niewiele myśląc skierowałam w jej stronę palec wskazujący i z całą powagą powiedziałam – oscilococcinum-. Cyganka przestraszyła się i uciekła tak szybko, aż się za nią kurzyło. W ten oto sposób zyskałam dowód na niezwykle szeroki zakres działania leków homeopatycznych.

Skoro już o tym skąd inąd zacnym specyfiku mowa…

W budynku gdzie mieszkam, konkretnie w tak zwanej wózkowni pojawił się nalot pod postacią kłaczków podobnych do waty. Ani chybi grzyb pozmyślam i zadzwoniłam w tej sprawie do zarządcy. Jak zwykle pełna naiwnego optymizmu liczyłam na szybką reakcję. Niestety sprawa utknęła w martwym punkcie, a grzybek niczym nie niepokojony narastał w zastraszającym tempie. Traf chciał, że pewnego poranka spotkałam tak zwanego „dozorcę”. Zdesperowana kobieta jak przysłowiowy chłop ”żywemu nie przepuści” zaatakowałam, co było pod ręką. Wywiązała się rozmowa;

-Pani poczeka, to ja do szefa zadzwonię

Owszem zadzwonił i w krótkich wojskowych słowach, których przez grzeczność nie przytoczę, wyjaśnił, w czym rzecz. Wreszcie zwrócił się był w moją stronę z miażdżącym pytaniem na ustach

-A pani wie, jaki to grzyb? Bo psikacz trzeba dobrać

W pierwszej chwili miałam ochotę wyrwać mu ten telefon i powiedzieć, co o tym myślę. Ostatecznie wymaganie, aby przeciętny lokator miał świadomość dotyczącą grzybów na poziomie mykologa to zdecydowanie ciężka przesada. Mój mózg najwidoczniej w jakiś sposób powiązał tą sytuację ze skutecznym „zaklęciem”, odpowiedź przyszła sama

-Ten grzyb to oscilococcinum

-Szefie ta pani mówi, że to jakieś oscilokocillum

Minęło kilkanaście sekund. Pan raczył zakończyć rozmowę i zwrócić swe oblicze w moją stronę.

-Szef sprawdził, na tego grzyba psikacz mamy. Wszystko będzie załatwione.

Rzeczywiście w dość krótkim czasie sprawa grzyba została zakończona definitywnie. Ja mam nadzieję, że nikt z moich znajomych czy sąsiadów nie przechodził akurat tamtędy i nie widział jak śmieję się sama do siebie stojąc po środku chodnika.

 

 

 

 

Historia pewnej niezwykłej kobiety

Historia, która opisuję została mi przekazana przez babcię mojej koleżanki podczas rozmowy telefonicznej dosłownie kilka dni temu. Moja rozmówczyni Pani Krystyna urodziła się na Kresach Wschodnich Rzeczypospolitej. Jej ojciec był weterynarzem, a mama położną. Te jakże praktyczne i potrzebne zawody w znacznym stopniu ułatwiły im przetrwanie najgorszych czasów. Mieszkali w pięknej, malowniczo położonej miejscowości, gdzie ludność ukraińska, polska i żydowska żyła bez większych konfliktów. Ich najbliższą sąsiadką była pani Żukowa nauczycielka matematyki. Wspaniały pedagog, osoba całym sercem oddana swoim uczniom. Po wybuchu wojny, kiedy ludność żydowska została pomordowana na miejscu lub wywieziona, a Polakom w niewybredny często sposób, dawano do zrozumienia, że „ich czas się zbliża”, rodzice Krystyny zapakowali najcenniejszy dobytek i po prostu uciekli. Gdyby tego nie zrobili zginęliby straszną śmiercią. Po wojnie dowiedzieli się od cudem ocalonych, że Pani Żukowa ratowała i ostrzegała wiedząc doskonale, na co się naraża. Żyła samotnie, a jedynym jej towarzyszem był wilczur Bej. Ta wspaniała kobieta za pomoc „Lachom” zapłaciła cenę najwyższą.

Po różnych perypetiach rodzina Krystyny zamieszkała na Górnym Śląsku. Minęło ładnych parę lat i Krystyna rozpoczęła studia na Politechnice. Pewnego razu wracała z zajęć wyjątkowo późno. Była jesień, mżyło. Dziewczyna marzyła tylko o tym, aby znaleźć się w domu. Pomyślała, że absolutnie wyjątkowo skorzysta ze skrótu przez „padoły” jak określano ten teren. Rodzice bardzo prosili żeby tego nie robiła. Znajdował się tam poniemiecki bunkier, w którym zbierało się szemrane towarzystwo. Poza tym stały ruiny jakiegoś budynku, rosły różne krzaki jednym słowem nie była to bezpieczna okolica. Młodzieńcza brawura zrobiła swoje. Krystyna skręciła w boczną uliczkę wiodącą wprost do „padołów”. Nagle zauważyła starszą kobietę z psem. Kiedy zbliżyła się do niej kobieta bardzo stanowczym głosem powiedziała – odejdź stąd tam źle się dzieje- wskazała jednocześnie ręką w stronę feralnego miejsca. Moja rozmówczyni stanęła jak wryta. Kobieta powtórzyła to samo zdanie. Krystyna jak na rozkaz zawróciła i zrobiła kilka kroków w przeciwnym kierunku. Dzisiaj nie potrafi tego wytłumaczyć, po prostu zachowała się jak automat wykonujący polecenie Po chwili uświadomiła sobie, że ta kobieta była niesamowicie podobna do Pani Żukowej. Odwróciła się, ale nikogo już nie było. Od strony „padołów” usłyszała dziwne odgłosy. Opanował ją nieopisany strach. Całą drogę do domu biegła, dopiero przed budynkiem zatrzymała się, aby nieco ochłonąć. Nie miała ochoty tłumaczyć domownikom swojego stanu. Następnego dnia dużo myślała o tym dziwnym zajściu. Kiedy wróciła do domu zastała rodziców bardzo poruszonych Okazało się, że na „padołach” znaleziono zwłoki kobiety. Po domach chodzili Milicjanci i rozpytywali ludzi o to czy w okolicy nie kręcił się ktoś podejrzany.

Pani Krysia w tym momencie nie wytrzymała, rozpłakała się i opowiedziała rodzicom o tym, co ją spotkało poprzedniego wieczora. Jej mama podsumowała sprawę krótko Pani Żukowa była wcielonym aniołem, a śmierć miała męczeńską wierzę, że ma szczególne łaski od Boga.

To nie koniec historii. Po ukończeniu studiów Krystyna podjęła pracę w dużym przedsiębiorstwie. Jej funkcja wiązała się z częstymi wyjazdami. Miedzy innym oddelegowano ją do Szczecina na zjazd branżowy. Jakież było jej zdziwienie, kiedy w gronie delegatów dostrzegła kolegę z lat dziecięcych. Andrzej – wyjątkowo żywy i psotny chłopak, takim go zapamiętała. Teraz był już lekko łysiejącym panem z zaokrąglonym brzuszkiem. Nie miała jednak żadnych wątpliwości, że to on. Był najgłośniejszy w całej grupie i miał charakterystyczne znamię na twarzy. Zaczepiła go pytając skąd pochodzi. Andrzej szybko skojarzył, jej osobę. Takie spotkanie po latach musiało mieć ciąg dalszy. Po zakończeniu części oficjalnej spotkali się na kolacji i wspominali czasy dzieciństwa. Wojenną tułaczkę. Rodzina Andrzeja kilkakrotnie zmieniała miejsce pobytu. W pewnej chwili Krystyna zapytała kolegę czy pamięta Panią Żukową? Potwierdził i z wielkim ubolewaniem odniósł się do okoliczności jej śmierci. Krystyna najpierw się zawahała, ale w końcu opowiedziała Andrzejowi zdarzenie z czasów studenckich. Kiedy mówiła kolega słuchał jej bardzo uważnie, przy czym dosłownie zmienił się na twarzy.

-Nie wierzysz mi, czy w ogóle nie wierzysz w takie rzeczy zapytała.

-Wiesz w tych sprawach jestem raczej sceptyczny, ale faktem niepodważalnym jest, że moja matka organizując nasz wyjazd w głąb Polski działała z inspiracji Pani Żukowej.  To znaczy miała taki dziwny sen, Pani Żukowa podała jej konkretną datę i zaznaczyła, że do tego czasu musimy znaleźć się u naszych krewnych w Galicji. Jeśli tego nie zrobimy wszyscy zginiemy. Mama moja bardzo wzięła sobie to do serca i wykorzystując wszystkie możliwości legalne i nielegalne doprowadziła do wyjazdu. Po drodze mieliśmy różne perypetie. W pewnym momencie zostaliśmy prawie bez grosza, a do przejechania był jeszcze szmat drogi. Rodzice sprzedali obrączki, aby nabyć bilety na pociąg. Spaliśmy w jakiejś szopie niedaleko dworca. Wtedy mamie ponownie przyśniła się nasza nauczycielka i powiedziała abyśmy nie wsiadali do tego konkretnego pociągu. Mama podobno zapytała, czemu mamy tego nie robić. Usłyszała, że stanie się coś złego. Przełożenie wyjazdu wiązało się z wieloma problemami. Mama w tym śnie płakała i powiedziała, że nie ma siły tak się męczyć. Pani Żukowa prosiła ją żeby była dzielna, bo przed nią długie życie, a z syna będzie bardzo dumna. Kiedy następnego dnia mama oznajmiła ojcu, że przekładamy wyjazd był wściekły powiedział, że z tego wszystkiego pomieszało jej się w głowie. Moja mama nie ustąpiła. Powiem ci tylko, że nie rozmawialibyśmy dzisiaj gdyby podróż odbyła się planowo. Mama rok rocznie o tej samej porze chodzi na cmentarz i w ten symboliczny sposób honoruje pamięć Pani Żukowej.

Staraniem kilku osób po latach udało się postawić symboliczny nagrobek dla tej niezwykłej kobiety.

 

Monika Ptak „Ajurweda medycyna indyjska”

Zdaję sobie sprawę, że mój blog ma nieco inny profil, mimo tego pragnę zarekomendować Państwu książkę „Ajurweda medycyna indyjska” autorstwa Pani Monik Ptak ,wydaną nakładem Studia Astropsychologii .

Jak mawia pewien znany „ojciec” z Torunia  „siać trzeba, siać”. Z każdym rokiem coraz trudniej o pomoc lekarza specjalisty, co gorsza trudno o fachowość w medycynie. Nie od dziś wiadomo, że lepiej zapobiegać niż leczyć. Jeśli jednak dopadnie nas taka czy inna dolegliwość warto spróbować metod naturalnych. Niech Państwa nie zniechęca fakt, że Ajurweda, jako tradycyjna medycyna wywodzi się z dalekich Indii. Wszak pochodzimy od tych samych przodków Indoeuropejczyków. Odpieram też potencjalny zarzut „cudze chwalicie swego nie znacie” Owszem znam i wiele zawdzięczam ziołom z naszych łąk i pól. Dzięki wspaniałym uzdrowicielom jak chociażby nieodżałowany Ojciec Klimuszko mamy gotowe recepty na przeróżne przypadłości ciała i duszy. Jednak dobrego nigdy za wiele. Skoro istnieje praktyczny, sprawdzony przez wieki system leczenia holistycznego, jakim bez wątpienia jest Ajurweda warto z niego korzystać. Indie przepełnione są mistyką i nawet masaż staje się rytuałem pełnym duchowości. Wykonuje osobiście masaż Abjanga, przy którym masaż sportowy to nie przymierzając rąbanka siekanka. Wracając jednak do książki, bez dwóch zdań jest to bogate kompendium wiedzy, w mojej opinii jedyne tak treściwe na naszym rynku wydawniczym. W domowej kolekcji posiadam cztery inne wydawnictwa z tej dziedziny, ale żadne nie może się równać z praca Pani Moniki Ptak. Same konkrety, od określenia typu konstytucyjnego, przez dobór diety, aktywności fizycznej do leczenia. Całość napisana w przystępny sposób, co jest kolejnym atutem tej ksiązki.

Jeszcze raz serdecznie polecam.

Książka do nabycia tutaj – kliknij.

Rozmowa z egzorcystą Piotrem Grudą

Mam wyjątkowa przyjemność przedstawić wywiad z Piotrem Grudą. Bioenergoterapeutą, radiestetą, doskonałym szkoleniowcem z zakresu DU i hipnozy. Jakby tych rozlicznych umiejętności było mało Piotr Gruda jest również znanym świeckim egzorcystą.

Zapraszam do lektury i mam nadzieję, że sprawi ona Państwu tyle przyjemności ile mnie sprawiła rozmowa z Piotrem.

Biuro-Duchów: Piotrze na początek wytłumacz proszę, jaka jest różnica między egzorcystą świeckim, a kościelnym? Zapewne nie dotyczy ona tylko święceń kapłańskich bądź ich braku.

Piotr Gruda: Egzorcyzm kościelny opiera się od stuleci na tych samych dogmatach i przebiega według jednego ściśle ustalonego rytuału, którego celem jest wypędzenie złego ducha. Podkreślam: wypędzenie i odesłanie właściwie donikąd. Natomiast egzorcysta świecki bazuje na biotronice (badającej zależności między biopolem a czynnikami zewnętrznymi), która stanowi jedną z gałęzi psychotroniki. Jako świecki egzorcysta odprowadzam ducha w miejsce mu należne. Tym samym dbam tak o osobę egzorcyzmowaną, jaki i istotę, która bytowała na danym obszarze. Jeżeli mówimy „apage” i pozostawiamy całą sprawę niewyjaśnioną, stwarzamy potencjalne zagrożenie dla osób trzecich lub osoby wcześniej egzorcyzmowanej. Wygnany byt nie znika jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Egzystuje nadal i zapewne będzie szukał rozwiązań najlepszych dla siebie. Dlatego moim zadaniem jest pomóc jednemu i drugiemu.

BD: Piotrze czy uważasz, że wywoływanie duchów może być niebezpieczne?

PG: W skrajnych wypadkach tak. Dlatego radzę, aby robić to w obecności doświadczonego spirytysty, w większej grupie osób i nigdy dla żartu. Oczywiste jest też, że uczestnicy seansu nie mogą znajdować się pod wpływem alkoholu, narkotyków czy silnych środków psychotropowych.

BD:, Jakie mogą być konsekwencje w przypadku nie przestrzegania wymienionych przez Ciebie zasad?

PG: Bardzo różne od pozostania ducha w mieszkaniu do opętania włącznie. Duch, który decyduje się na podjęcie wysiłku rozmowy z nami to dostojny gość, którego należy traktować z szacunkiem. Jeśli zorientuje się, że bawimy się jego kosztem zapewne zareaguje zgodnie z własnym temperamentem i da wyraz swojemu niezadowoleniu w ten czy inny sposób.

BD: Powiedziałeś zgodnie z własnym temperamentem, co dokładnie masz na myśli?

PG: Umarli tak jak żywi mają swoje nawyki, oczekiwania, charakter po prostu. Stan pośmiertny nie wymazuje osobowości. Jeśli ktoś za życia był cholerykiem i awanturował się o byle, co, to nie zmieni się nagle w spolegliwą i łagodną osobę.

BD: Rozumiem. Mam kolejne pytanie. W dzisiejszej dobie ludzie często zmieniają miejsce zamieszkania. Co powinno zaniepokoić lokatorów, jakie objawy fizyczne mogą pojawić się, jeśli w przestrzeni mieszkania czy domu bytuje istota bezcielesna?

PG: Przede wszystkim pogarsza się stan zdrowia. Może pojawić się odrętwienie z silnym uciskiem na klatkę piersiową. Ludzie słyszą głosy. Pojawiają się nastroje depresyjne, spadek sił witalnych. Może również dochodzić do materializacji częściowych lub całkowitych tego bytu nie fizycznego. Bywa również, że występują zjawiska psychokinetyczne. Im więcej czynników pojawia się jednocześnie tym sytuacja jest groźniejsza dla domowników.

BD; W takich wypadkach egzorcysta jest zapewne bardzo pomocny?

PG: Oczywiście pomoc w takich właśnie sytuacjach to część mojej pracy.

BD: Skąd bierze się tak silny sentyment zmarłego do określonego miejsca?

PG: Przyczyn może być wiele. Od chorobliwego wręcz przywiązania do konkretnych przedmiotów materialnych, przez wieź emocjonalną z bliskimi do sytuacji, w której umiera nie rozumiejąc kompletnie, co się z nim dzieje. Taki duch pozostaje w danym miejscu, ponieważ nie wie, co ze sobą zrobić, dokąd się udać. Jest zdezorientowany, a co za tym idzie, wybiera znaną sobie przestrzeń. Oczywiście zdarzają się przypadki, kiedy zmarły nie może pogodzić się z utratą ciała fizycznego oraz z końcem ziemskich przyjemności. Jeśli jest uzależniony na przykład od alkoholu będzie szukał okazji do nawiedzania miejsc spotkań osób nietrzeźwych, aby w końcu opętać jedną z nich i poprzez jej ciało odczuwać swój ulubiony stan upojenia.

BD: Ostatnimi czasy w przestrzeni medialnej pojawiło się sporo osób oferujących egzorcyzmy na odległość. Czy to jest w ogóle wykonalne?

PG: Owszem egzorcyzmy takie są wykonalne z jednym zastrzeżeniem, wymagają spełnienia pewnych istotnych warunków. Nie bez znaczenia jest też stopień trudności i ogromny nakład pracy ze strony egzorcysty. O doświadczeniu w tej dziedzinie nie wspomnę.

BD: Piotrze i Ty i ja dobrze wiemy, że w Polsce jest tylko kilku egzorcystów, którym warto zaufać. Skąd, zatem bierze się cała reszta, bo na pewno nie są absolwentami szkół psychotronicznych.

PG: Wielu osobom wydaje się, że po ukończeniu kursu z soboty na niedziele stają się specjalistami w każdej dziedzinie. Litościwie opuśćmy kurtynę milczenia.

BD: Piotrze, czy istnieje możliwość, że zupełnie nieświadomie, zatrzymujemy, ściągamy z innych płaszczyzn osoby bardzo bliskie?

PG: Tak i to często. Długotrwała żałoba, opłakiwanie i wspominanie osoby zmarłej w połączeniu z tworzeniem bez mała ołtarzyków ze zdjęć i pamiątek stanowi swego rodzaju prowokację do kontaktu z duchem tej osoby lub innym, który może się pod tą osobę podszywać. Pożegnajmy naszych drogich zmarłych z należnym szacunkiem, a następnie z miłością odpuśćmy więzy i pozwólmy im odejść tam gdzie ich miejsce. Nie zatrzymujmy ich na siłę dla obopólnego dobra. Wszak śmierć jest naturalnym etapem i oczywistą konsekwencją życia w tym wymiarze.

BD: Jednym słowem, jeśli prawdziwie kochasz żyj i pozwól odejść.

PG: Dokładnie tak.

BD: Piotrze, bardzo serdecznie dziękuję za czas poświęcony mojej skromnej osobie i czytelnikom Biura-Duchów.

 

Wyprzedając Państwa pytania o możliwość kontaktu z Piotrem Grudą podaję numer telefonu

692 202 930

 

Do przyjaciół ateistów

Dochodzę do wniosku, że wierzącym w coś więcej niż kruche, śmiertelne ciało, łatwiej żyć. Wniosek ten powzięłam pod wpływem rozmów z moimi zaprzyjaźnionymi ateistami. Mam kilkoro znajomych reprezentujących ten światopogląd. Tak się składa, że właśnie tym zawziętym dialektycznie ortodoksom przytrafiło się kilka sytuacji, które z daleka pachną ezoteryką o ile nie spirytyzmem.

Na marginesie dodam, że wierzącym życzę osiągnięcia głębi mistycznej wprost proporcjonalnej do niewiary owych ateuszy. Niejednokrotnie ateiści zarzucają osobą wierzącym odporność na fakty i wysuwane przez nich tak zwane argumenty naukowe. Opisują barwnie bolesną bezsilność, jaką cierpią w kontaktach z wierzącymi o umysłach zamkniętych, żeby nie powiedzieć zabitych dechami. Mamy wolność wyboru każdy może wierzyć lub nie wierzyć, w co chce. Ja to szanuję.

Pytam, co odpowiedzieć ateiście, który opowiada mi swoją historię jednocześnie defensywnie odrzucając najprostszą odpowiedź?

„ Zmarła moja babcia. Na pogrzeb przyjechały osoby z całej Polski i z zagranicy. Organizacja takiego zjazdu rodzinnego to nie przelewki, dla tego logistyką zajęła się moja mama. Ta kobieta działa jak jednoosobowa armia. Mnie i mojemu mężowi zaproponowała nocleg w mieszkaniu babci. Zapytałam, czemu akurat my mamy spędzić noc w tym właśnie mieszkaniu. Odpowiedź była bezpośrednia aż do bólu, czyli standardowa. – Bo tylko wy nie wierzycie w duchy, życie po życiu i inne takie- Nie zaprzeczyłam, bo tak faktycznie jest. Mój mąż był zadowolony – u babci będzie wygodnie-. Ja nie podzielałam jego zachwytu. Nie bałam się ducha tylko wspomnień.

Noc minęła spokojnie. Zapadłam w sen kamienny. W pewnej chwili poczułam ciepłą dłoń na moim policzku. Usłyszałam cichy głos – wstań już późno, znowu nie nastawiłaś budzika. Byłam pewna, że to mój mąż. Usiadłam na łóżku i zdałam sobie sprawę, że to nie mógł być on. Mój mężczyzna spał w salonie chrapiąc niemiłosiernie. Po przebudzeniu wyjaśnił, że zmienił lokalizację, ponieważ bardzo się kręciłam i to mu przeszkadzało.

Pogrzeb odbył się około południa. Po stypie wróciłam do mieszkania babci, mąż postanowił sprawdzić samochód w serwisie. Zostałam sama. Ogarnęła mnie senność.   Śniła mi się moja babcia.Zapewniała, że będzie się mną opiekować i nie odejdzie. Wskazała szafkę, w której znajdował się mój prezent urodzinowy. ( Babcia zmarła krótko przed moimi urodzinami). Obudziłam się, kiedy mąż wrócił z serwisu. Sprawdziłam szafkę – prezent tam był.

Od śmierci babci zdarzają mi się dziwne sytuacje. Na przykład miałam niedzielny dyżur w szpitalu. Nastawiłam „ruski budzik”, którego dzwonek podniósłby z grobu umarłego. Mam problemy z wstawaniem wcześnie rano. Budzik zadzwonił, ubrałam się i gotowa podeszłam do drzwi. Budzik zaczął dzwonić ponownie. Pobiegłam szybko do sypialni na piętrze. Mieszkam w bliźniaku i nie chciałam obudzić sąsiadów. Wyłączyłam go i odruchowo zniosłam na dół. Zamknęłam drzwi pośpiesznie zmagając się z kluczami do zamków jakże licznie zamontowanych przez mojego ostrożnego męża. Już miałam odejść, kiedy budzik pozostawiony w przedpokoju zawył raz jeszcze. Nie było wyjścia otworzyłam drzwi i wyłączyłam go tym razem zabierając ze sobą. Straciłam wiele cennych minut. Po drodze przestałam tego żałować. Wydarzył się okropny wypadek, gdybym wyjechała o czasie mogłabym zginąć.”

Wysłuchałam jeszcze kilku takich historii. Babcia jak za życia tak po śmierci, chroni wnuczkę i usuwa jej kamyczki spod stup. Należałoby dodać babcia pozostała wydajna i skuteczna jak zawsze.

Odpowiedziałam, że o ile sen i dziwne przebudzenie mogę wytłumaczyć zupełnie racjonalnie to owych seryjnych zbiegów okoliczności nie potrafię uzasadnić w ten sposób. Nawet statystycznie rzecz biorąc jest to moim zdaniem niemożliwe. Pozostaje przyjąć, że babcia z właściwą sobie energią ingeruje w życie wnuczki. Nie odeszła, ponieważ wiedziała, że nadszedł dla jej ulubienicy wyjątkowo ciężki i niebezpieczny okres w życiu. Takie założenie prowadzi do prostego wniosku – istnieje życie po życiu-. Oczywiście można temu zaprzeczać, szukając tak zwanych racjonalnych argumentów. Tylko, że w tym wypadku brzmią one pokrętnie i na pewnym etapie stają się już tylko naukowym bełkotem. Rozstrzygnąć sprawę musi sama. Każdy z nas ma tą unikalną umiejętność i może stworzyć sobie mur iluzji i zaprzeczeń broniąc przy tym własne wyobrażenie WSZYSTKIEGO.