Pod Kukułką

W związku z historią, którą pragnę dzisiaj opisać, nurtuje mnie pewna kwestia. Czy między zwierzęciem, a duchem może dojść do swego rodzaju mistycznej relacji? Z wielu różnych teorii przemawia do mnie ta: zwierzęta nie maja wolnej woli w tym sensie, że nie dostrzegają różnic moralnych między swoimi czynami. Innymi słowy skoro ich nie pojmują to nie są zdolne do świadomego wyboru między dobrem, a złem. Służą osobie, która w jakimś sensie ma nad nimi władzę. Jeśli dodatkowo założymy, że autonomia świata pozagrobowego jest ogromna i śmiało można powiedzieć, że rządzi się on własnymi prawami to właściwie taka sytuacja jest możliwa. Przynajmniej teoretycznie można założyć, że duch bliskiej nam osoby, aby przekazać wiadomość o czymś, co przyniesie nam korzyść może posłużyć się zwierzęciem. Inaczej nie jestem w stanie wytłumaczyć sobie opisanego poniżej przypadku.

Pani Justyna wraz ze swoją mamą Hanną wojnę przetrwały dzięki krewnym, którzy po prostu nie pozwolili im wrócić do domu, uznając podróż za zbyt ryzykowną. Miasto, w którym obie przyszły na świat stało się łupem wojennym Rosjan. Pani Hanna drżała o życie swoich rodziców, zwłaszcza, że dochodziły do niej straszne wieści na temat postępowania Rosjan wobec polskiej inteligencji. Z czasem udało się jakoś przekazać wiadomość. Hanna dowiedziała się, że matka ocalała, ale ojca zabrali. Los polskiego adwokata, piłsudczyka i wielkiego patrioty w tamtych okolicznościach był przesądzony. Kolejnym ciosem była wiadomość o śmierci ojca Pani Justyny. Zginął już w pierwszych dniach wojny. Jej mama załamała się całkowicie. Jednym słowem, gdyby nie życzliwość krewnych, ich bezinteresowne wsparcie dramat mógłby się jeszcze pogłębić.

Po wielu perypetiach wróciły w rodzinne strony. Ich piękne mieszkanie zajmował jakiś „czerwony arystokrata”. No cóż, zwycięzcy biorą wszystko. W podwórku znajdowała się suterena, a w niej magiel. Pani Hanna odkupiła ten magiel od właścicielki i zamieszkała z córką w pokoiku, który znajdował się na tyłach magla. Było im ciężko. Hanna często wpatrywała się w okna swojego dawnego mieszkania i bezgłośnie płakała. Babcia Justyny zginęła bez wieści. Stara dozorczyni, która przetrwała wojnę, przyniosła ukradkiem wiklinowy kosz, a w nim rzeczy, które nowi lokatorzy chcieli wyrzucić, jako niepotrzebne. Dla Hanny były to pamiątki rodzinne. Długo dziękowała kobiecie za ich przechowanie.

Justyna zaczęła śnić o swojej babci. W tym śnie siedziała na babcinych kolanach słuchając dziecięcej wyliczanki. W pewnym momencie babcia milkła i szeptała do ucha Justyny: – pod kukułką, pamiętaj pod kukułką! Sen powtarzał się dość często. Justyna opowiedziała go matce. Jej mama nie rozumiała przesłania. Powiedziała, że w ich domu nie było nigdy zegara z kukułką i nie wyobraża sobie jak można to wszystko odczytać inaczej. Pewnego dnia pod drzwiami magla znalazły czarną kotkę. Była wygłodzona i poraniona. Przygarnęły ją i odkarmiły. Pewnej soboty kotka zniknęła. Było to bardzo smutne wydarzenie. Następnego dnia po mszy obie kobiety udały się na cmentarz, aby tradycyjnie już pomodlić się za swoich bliskich. Ten swoisty rytuał przynosił ulgę. Justyna rozglądała się po cmentarzu, uwielbiała patrzeć na figury aniołów. Nagle usłyszała miałczenie. Mimo napomnień matki pobiegła w tamtym kierunku. Ku swojej wielkiej radości znalazła kotkę. Zwierzątko było uwięzione w przedsionku do dużego rodzinnego grobowca. Drzwi były wykonane z metalowych, bogato rzeźbionych prętów. Hanna była zdumiona, nie mogła pojąć jak kotka tam weszła. Justyna przyjrzała się płaskorzeźbie wiszącej nad wejściem. Zapytała czyj to grób. Jej mama złapała się za głowę. To grób rodzinny Kukułków! Przesłanie babci poraziło ją niczym grom z jasnego nieba. Dzięki pomocy pracownika cmentarza udało się oswobodzić kotkę. W drodze do domu, matka opowiedziała Justynie o tej rodzinie. Zamożni ludzie, wykształceni, zasiadali nawet w radzie miejskiej. Dziadek przyjaźnił się z nestorem rodu. Justyna zapytała w końcu: mamusiu czy to nie jest wytłumaczenie słów babci? Może ona coś schowała w grobowców tych państwa? Hanna długo biła się z myślami. Minęły miesiące zanim zdecydował się dostać „pod kukułkę”. Rzeczywiście odnalazła niewielką skrzynkę należącą wcześniej do jej matki. Było tam trochę biżuterii i lista osób, u których zapobiegliwa starsza pani ukryła różne przedmioty.

Część osób oddała własność Hanny, niestety nie wszyscy. Kotka już nigdy więcej nie oddaliła się od domu.

Po dwóch latach „czerwony arystokrata” awansował i opuścił mieszkanie. Zostało ono podzielone na dwa mniejsze. Jedną cześć odzyskała Pani Hanna. Na ścianie w pokoju wisiał duży obraz z gatunku „jelenie na rykowisku”. Kiedy kobiety zdjęły go ze ściany okazało się, że zasłaniał napis, który przebijał spod białej farby  „Haniu – pod kukułką”.

 

Witalij i Tatiana Tichopław „Fizyka wiary.Kwantowa magia”

Wiara a nauka.

Rozdźwięk między wiarą, a nauką wydaje się po prostu nieunikniony. Naukowcy tworząc paradygmaty opierają się na tym, co mierzalne, sprawdzone i możliwe do udowodnienia. Wiara opiera się często na subtelnych odczuciach, głosie serca czy przekonaniu o nieomylności osoby, która jest dla nas autorytetem. W ciągu ostatnich lat nauka poczyniła tak ogromny postęp, że właściwie nie ma już dla niej żadnych granic. I tu dotykamy sedna sprawy. Rodzą się pytania natury religijnej, moralnej i etycznej. Przykładem najprostszym, wziętym z naszego podwórka są kontrowersje dotyczące stosowania metody in vitro. Okazuje się, że choć nauka proponuje gotowe rozwiązanie dla osób borykających się z problemem niepłodności to nie wszyscy z niego korzystają. Dlaczego? Z prostego powodu, metoda rodzi wątpliwości natury moralnej. Osoby te trzymają się granic określonych przez swoją wiarę.

Tatiana i Witalij Tichopław to znani na całym świecie naukowcy, badacze fizyki kwantowej. W swojej publikacji udowadniają, że główną przyczyną mogącą doprowadzić ludzkość na krawędź przepaści jest właśnie brak duchowości. Ostatnie odkrycia udowadniają, że istnieje świat dotąd dla „szkiełka i oka” niedostępny, całkowicie negowany. W swoich rozważaniach opierają się na teoriach największych autorytetów w dziedzinie fizyki jak Newton czy Einstein. To zupełnie nowe spojrzenie na fizykę i naukę w ogóle. Autorzy opowiadają się za „ nieodzownością związku nauki i religii”. Trudno odmówić im racji, jeśli chodzi o etykę w nauce, zwłaszcza w obszarze życia i godności istot żywych. Z drugiej strony gdyby religia miała wyznaczać granice dla nauki to rodzą się kolejne pytania:, która religia? I co z osobami niewierzącymi?

Generalnie uważam, że to bardzo istotna publikacja, chociażby dla tego, że stanowić może pretekst do dyskusji, które są po prostu potrzebne. Nauka coraz częściej daleka jest od tego, co etyczne i społecznie akceptowalne. Mam wrażenie, że autorzy mogą mieć rację i ten całkowity brak szacunku między światem nauki i szeroko pojętej wiary może doprowadzić do tragedii. Czy naprawdę nie można znaleźć płaszczyzny porozumienia? Czy nikt nie myśli o tym, że za nasze błędy mogą zapłacić przyszłe pokolenia?

Książkę polecam, choć nie czyta się jej łatwo. Dla laika taki tekst to wyzwanie.

Pozycję tą zawdzięczamy wydawcy : Studio Astropsychologii

 

książka do nabycia : tutaj

Płaczka – opowieść czytelniczki

 

Bohaterka dzisiejszej historii ma na imię Anna. Rzecz dzieje się niespełna dwa lata temu.

 

SONY DSC

 

Telefon od kuzyna odebrała późno w nocy. Zawiadamiał ją o śmierci swojego ojca, a jej wuja oraz o planowanym terminie pogrzebu. Anna była zszokowana, przecież niedawno widziała wujka Zbyszka, który wyglądał kwitnąco, oczywiście jak na swój wiek. Nie zmrużyła oka aż do rana. Przeglądała stare albumy. Wujek zawsze pomagał jej rodzicom. Zawdzięczała mu bardzo wiele od letnich wakacji, spędzanych w jego domu po stypendium, które pozwoliło jej ukończyć studia. Oczywiście sama przed sobą przyznawała, że wujek był postacią kontrowersyjną. Dla niej dobroczyńca i przyjaciel dla innych komuch i dorobkiewicz.

Z uzyskaniem wolnego nie było problemu, Anna pracowała w firmie swojego teścia. Martwiła ją tylko podróż. Mąż Anny, pracownik korporacji, został oddelegowany na szkolenie za granicę. Owszem miała do dyspozycji samochód, ale swoje umiejętności, jako kierowcy oceniała dość nisko. W dodatku od kilku dni czuła się niezbyt dobrze, za, co winiła dużą porcje frytek zjedzoną w przydrożnym barze. Ambicja nie pozwoliła jej zrezygnować z wyjazdu. Poza tym była winna wujkowi przynajmniej pożegnanie.

Dojechała szczęśliwie, a na miejscu przywitała ją zapłakana ciotka Krystyna. Ciotka urodziła trzech chłopców, a Annę traktowała jak własną córkę, której bardzo pragnęła. Była wdzięczna Annie, że przyjechała tak szybko i nie zostawiła jej bez wsparcia. Dwa dni później odbył się pogrzeb. Przybyły tłumy ludzi. Przedstawiciele władz, różnych organizacji i zrzeszeń, do których wujek należał. Anna w myślach skonstatowała, że to najgłośniejsze ostatnie pożegnanie, w jakim brała udział. Następnego dnia poszła na cmentarz sama, aby w ciszy i spokoju pożegnać Zbyszka. Kiedy stała nad świeżą mogiłą, usłyszała płacz. Głośno i wyraźnie. Podążyła za tym dźwiękiem. Cmentarz był duży i gęsto zadrzewiony. W bocznej alejce, nieopodal starego grobu rodzinnego, zobaczyła kobietę, która głośno płakała. Anna zbliżyła się do niej. Wtedy kobieta gwałtownie się odwróciła. Miała piękną twarz, ale w jej spojrzeniu było coś przerażającego. Annie zrobił się słabo, resztką świadomości oparła się o sąsiedni grób. Po chwili oprzytomniała, rozejrzała się, dokoła, ale kobiety już tam nie było. O swojej przygodzie nie wspomniała nikomu z domowników. W nocy śniła o kobiecie z cmentarza. Był to dziwny sen pełen niezrozumiałych szeptów i obrazów. Zaraz po przebudzeniu miała przemożną ochotę, aby z kimś porozmawiać. Niestety ciotka na środkach uspakajających ledwo kontaktowała, kuzyni – pewnie by ją wyśmiali. Postanowiła przejść się po okolicy. Przyszło jej do głowy, aby przy okazji odwiedzić mieszkającego po sąsiedzku kolegę. Widziała go na pogrzebie. Kilka miesięcy wcześniej Anna wraz z mężem bawiła się na jego weselu. Została bardzo mile przyjęta. Razem z nimi mieszkała babcia. Kobieta ponad dziewięćdziesięcioletnia, ale zadziwiająco sprawna.. Kiedy Anna została z babcią Heleną sama, starsza pani zapytała, wprost; Co cię gnębi? Anna tylko na to czekała, wyrzuciła z siebie całą historię nieomalże jednym tchem. Babcia Helena złożyła dłonie jak do modlitwy – Płaczkę spotkałaś. Ale nie martw się nie ty pierwsza i pewnie nie ostatnia. Babciu, kim jest ta kobieta? To zabłąkana dusza. Czy babcia chce mi powiedzieć, że spotkałam ducha? Tak, pewnie, dlatego zasłabłaś. Anna miała kompletny bałagan w głowie i na tę chwilę nie wiedziała jak ma przyjąć to, co właśnie usłyszała. Babciu czyj to duch? Wiesz to stare dzieje. Podczas tamtych wydarzeń miałam paręnaście lat. Ty znasz inny świat, ale wtedy wszystko tutaj to znaczy las, jezioro, mnóstwo ziemi należało do jednego właściciela. Ludzie go szanowali, jak to się drzewiej mawiało ludzki był z niego pan. Jednego roku wysłał żonę wraz z synami do sanatorium. Słabego zdrowia były te jego dzieci. Kiedy szofer odwoził ich na stację po zakończeniu turnusu doszło do strasznego wypadku. Śpieszyli się i automobil wpadł do rzeki. Zginęli wszyscy nie wyłączając szofera. W majątku nastała straszna żałoba.

Po jakimś czasie na odmianę wybuchł skandal. Okazało się, że właściciel przywiózł do majątku kobietę z kilkuletnim chłopcem. Miał z nią romans. Ksiądz udzielił im ślubu w kaplicy, wszystko po cichu. W majątku mieszkała jeszcze jego matka, która ścierpieć nie mogła tego, co się stało. Jedna znajoma mojej świętej pamięci mamy pracowała w kuchni i słyszała jak starsza pani wyzywała na nową synową – lepiej żebyś to ty się w rzece utopiła, a nie moja prawdziwa synowa i wnuki. Pewnego razu ta dziewczyna poszła na spacer z synkiem i nie wróciła. Wieczorem zarządzono poszukiwania. Chłopca znaleziono w lesie. Był przerażony nie potrafił nic powiedzieć. Zwłoki jego matki pływały w jeziorze. Boże, co to była za sprawa. Policjanci przyjechali z miasta stołecznego. Przeczesali całą okolicę. Badali ciało i lekarz stwierdził, że to była czynna napaść. Ona chciała żyć i mocno walczyła. Ktoś ją utopił. Oczy wszystkich skierowały się w stronę starszej pani. Wyszło na jaw, że krótko przed tą tragedią dwukrotnie kazała wozić się na stację kolejową. Synowi mówiła, że krewną odwiedza, ale kto ją tam wie. Winnego nie odnaleziono. Może byłoby inaczej, ale w trakcie śledztwa starsza pani doznała udaru i do śmierci pozostała sparaliżowana. A, co było z chłopcem? Wychował się, ale był dziwny, unikał ludzi i bardzo się jąkał. Jego matka zawsze płacze i ukazuje się na cmentarzu lub w okolicach jeziora. Może to tylko przesąd, ale uważaj na siebie. Potraktuj to jak przestrogę.

W drodze powrotnej Anna miała wypadek samochodowy. Na szczęście nie groźny. Mimo wszystko trafiła do szpitala. Podczas badania USG okazało się, że jest w ciąży. Oczywiście odwiedza swoich krewnych, nadal jednak unika cmentarza.

 

  • Tekst powstał na podstawie maila od czytelniczki. Nie mogłam posłuż się oryginałem, gdyż był zbyt chaotyczny. Za jej zgodą uporządkowałam całość.
  • Zdjęcie autorstwa mojego kolegi Mateusza  Sokołowskiego

 

 

Nie potrafię milczeć w takiej sytuacji

 

Postanowiłam podzielić się z Państwem moimi przemyśleniami na temat filmów produkowanych przez Pana Wardęgę , a zwłaszcza filmu z udziałem „psa-pająka”.

Wysłuchałam właśnie rozmowę przeprowadzoną z Panem Wardengą przez dziennikarzy TVP Info i udostępnioną na stronie głównej portalu Onet.

Jestem zdumiona, żeby nie powiedzieć przerażona beztroską i nadmierna pewnością siebie jakim w swojej wypowiedzi dał wyraz ten Pan. Jako organizator chuligańskich wybryków( bo innych słów w języku ludzi kulturalnych nie znajduje ) nie poczuwa się kompletnie do jakiejkolwiek odpowiedzialności za potencjalne konsekwencje dla zdrowia i życia osób , które bez ich zgody zmuszone są brać w tym udział. Pan Wardenga stwierdził autorytatywnie, że „ gdyby adrenalina zabijała ludzie nie skakali by na spadochronie”. Sugerował wręcz, że nagły przestrach może mieć zbawienne działanie na ludzkie zdrowie. Nie będę cytować tego fragmentu bo powielanie podobnych bzdur to strata czasu.

Odnosząc się całościowo do wywodu Pana Wardęgi pragnę zauważyć, że:

– primo : na uprawianie sportów ekstremalnych ludzie decydują się świadomie, czytaj są na to gotowi, lub tak im się przynajmniej wydaje

-secundo: są to ludzie zdrowi , w klubach propagujących skoki spadochronowe trzeba wykazać się stosownym zaświadczeniem lekarskim

Proponuję trzy przykłady z życia wzięte.

1/ Moja mama jako dziecko trafiła do sanatorium w Zakopanem. Wszystkie dzieci, które przyjechały razem z nią przeżyły wojnę. Jedna z dziewczynek na której wojna odcisnęła wyjątkowo okrutne piętno, pozostawała cały czas na uboczu, nie uśmiechała się , nie angażowała w zabawy czy rozmowy z innymi dziećmi. Dwie dziewczynki wpadły na pomysł aby ją wystraszyć. Zaczaiły się w toalecie. Wiedziały, że plan się powiedzie, ponieważ smutna dziewczynka miała poważny problem urologiczny i często wstawała w nocy aby skorzystać z toalety właśnie. Nie przewidziały, że jest to dziecko poważnie chore na serce. W konsekwencji dziewczynka zmarła. Pomijając fakt, że same sobie poważnie zaszkodziły to jeszcze wychowawczyni była sądzona i odsiedziała dwa lata.

2/ Jako nastolatka pojechałam na obóz , którego celem było szkolenie młodzieży w zakresie ratownictwa medycznego. Jak to zwykle bywa jedna z opiekunek była szczególnie nielubiana. Chłopcy nazwali ją Walkiria. Wprowadzała iście pruski dryl w grupie. Oczywiście postanowili ja wystraszyć ( czyżby liczyli, że Walkiria zmięknie?). To była silna kobieta i nie padła trupem. Niemniej doszło u niej do zachłyśnięcia. Po prostu w drodze do namiotu jadła jabłko. Szczęśliwie dla wszystkich jednym z instruktorów był lekarz, który w porę zareagował.

3/ W pewnej firmie dwie jakże „dowcipne” panie postanowiły rozruszać swoją koleżankę. Dziewczyna była cicha, skryta, zamknięta w sobie. Zadały sobie pewnie nie mniej trudu niż Pan Wardęga , aby zaaranżować przerażającą inscenizację . Dziewczyna zemdlała, przy okazji wypadł jej z ręki kubek, który rozbił się i w momencie jej upadku przeciął łydkę tak , że wymagała interwencji chirurgicznej. Pominę kwestie reperkusji ze strony szefa tej firmy wobec „dowcipnych” pracownic.

Pojawia się proste pytanie jaki poziom ignorancji trzeba osiągnąć aby postawić swoją zabawę nad dobro innych ludzi? Czy cokolwiek usprawiedliwia stwarzanie ryzyka dla zdrowia i życia kogokolwiek ?

Pan Wardęga powiedział, że „gdybanie” to taka polska przywara. A ja będę gdybać i pytam, co by zrobił gdyby któraś z przerażonych kobiet była na przykład w ciąży i straciła dziecko w wyniku tej idiotycznej prowokacji ? Co by zrobił gdyby jego( nie waham się użyć tego słowa) ofiara dostała ataku epilepsji? Czy jest świadom, że przestrach czyli innymi słowy intensywne doznawanie emocji może prowadzić do trwałych traum takich jak głębokie zaburzenie snu, jąkanie, a nawet padaczka?

Myślę, że Pan Wardęga bierze to wszystko pod uwagę i chłodno kalkulując liczy iż osiągnięte zyski będą tak duże, że w przypadku procesu lub konieczności wypłaty odszkodowania pokryją te ewentualne drobne straty. Cynizm, cynizm i jeszcze raz cynizm.

Dodam tylko, że z punktu widzenia medycyny naturalnej przestrach odbija się również na ciałach subtelnych, zaburza energetykę organizmu i naraża na wiele chorób.