Do Siego Roku !

 

Mija rok 2014. Nie wspominam go źle. Był to rok dużych zmian i jeszcze większych niespodzianek. Wypełniony po brzegi, intensywny, przeżyty w zawrotnym tempie. Kolejny rok spędzony w towarzystwie moich niezawodnych Czytelników. Z nadzieją i wiarą w sercu powitam Nowy Rok 2015.

Z tej okazji pragnę złożyć Państwu najserdeczniejsze życzenia wszelkiej pomyślności zarówno w życiu prywatnym jak i zawodowym !

Życzę sobie i Państwu abyśmy potrafili cieszyć się z rzeczy małych, dzięki czemu rzeczy wielkie nas nie przytłoczą! Życzę aby wdzięczność za to, co mamy i dobre myśli nie opuszczały nas nawet przez chwilę! „Karmisz to o czym myślisz” – mówi jedna z zasad Huny. Pozytywnym stosunkiem do świata przyciągniemy szczęście i dobrobyt nie tylko dla siebie, ale dla całej planety.

Życzę spełnienia wszystkich marzeń, bez szkody dla kogokolwiek i czegokolwiek!

Beata

 

* Grafika autorstwa Dariusza Cecudy

Pomoc i opieka z „drugiej strony”

Historia, którą dzisiaj mam przyjemność opisać zrobiła na mnie duże wrażenie. Dla tego bez zbędnych wstępów oddaję głos Pani Marii, która dzięki wsparciu, jakie otrzymała z „drugiej strony” przetrwała koszmar niewyobrażalny dla wielu z nas. Spisałam ta relację prawie dwadzieścia lat temu. Czas najwyższy na publikację.

„Z urodzenia jestem Kresowianką. Do Warszawy przyjechałam, aby kształcić się w Kolegium Nauczycielskim. Przez cały okres nauki mieszkałam z cioteczną babką, osobą w podeszłym wieku i bardzo schorowaną. W ten sposób udało się moim rodzicom połączyć dwie, ważne dla nich sprawy to jest moje wykształcenie i opiekę nad krewną, której sami wiele zawdzięczali. Egzamin zdałam w roku 1939, niestety niedane mi było od września podjąć pracę w wymarzonym zawodzie. Szczęśliwie kamienica, w której mieszkałam z babcią, (bo tak się do niej zwracałam) przetrwała i nie straciłyśmy dachu nad głową. Umiałam szyć na maszynie, dzięki czemu dostałam pracę w zakładzie krawieckim i w ten sposób zarabiałam na skromne utrzymanie. Wynajęłyśmy też pokój jednej pani, która pracowała, jako pielęgniarka. Pewnego razu przyjechał do nas Konrad, serdeczny przyjaciel mojej rodziny. Przywiózł straszne wieści. Rosjanie zaraz po zajęciu miasta aresztowali moich rodziców. Wykształceni Polacy byli im solą w oku. Ojciec został zamordowany, a mama zmarła w więzieniu, prawdopodobnie na tyfus. Konrad powiedział, że odnalazł mnie i przekazał te wiadomości abym przypadkiem nie próbowała tam wracać. Obiecał, że w miarę możliwości postara się nami opiekować. Po jego wyjściu babcia straciła przytomność. Nie wytrzymała tego ciosu, moja mama zastępowała jej córkę, której tak pragnęła. Dzięki pomocy naszej lokatorki udało się umieścić babcię w szpitalu. Niestety mimo wszystko zmarła. W ten sposób zostałam sama. Miałam wprawdzie jeszcze jedną bliską krewną, ale w tamtym czasie nie myślałam, żeby wyjechać z Warszawy. Zaprzyjaźniłam się z nasza lokatorką. Miała na imię Ewa i to ona wprowadziła mnie do konspiracji. Nie byłam specjalnie zaskoczona, kiedy moją przysięgę przyjmował nie, kto inny jak Konrad.  Okupację aż do Powstania przetrwałam bez wpadki. Oczywiście w Powstaniu brałam czynny udział i odcisnęło ono na mnie straszne piętno. Do dzisiaj śnią mi się koszmary z tym związane. Po upadku przedostałam się do znajomej na drugą stronę miasta. Później spotkałam pewna panią, która powiedziała, że moja ciotka mieszkająca w Łodzi przeżyła i mieszka pod starym adresem. Chciałam pracować, żyć normalnie i nie wikłać się już w politykę. Ciotka Józefa przywitała mnie z otwartymi ramionami. Powiedziała, że obydwaj jej synowie zginęli i będzie jej raźniej w moim towarzystwie. (Po wielu latach nazwisko jednego moich kuzynów pojawiło się na liście pomordowanych w Charkowie). Miałam kwalifikacje i szybko znalazłam pracę. Jakaż byłam szczęśliwa wśród tych małych, niewinnych istot. Zwróciłam uwagę, że ciotka kilka razy wróciła do domu bardzo późno, ale wytłumaczyła mi, że odwiedza schorowaną znajomą. Pewnego dnia do naszego mieszkania wpadła bezpieka. Przewrócili wszystko do góry nogami, nawet tapety zrywali. Zostałyśmy aresztowane. (Mój drugi kuzyn odnalazł się i skontaktował z matką, udało mu się zbiec za granicę). Ciotka szybko zrozumiała, że była śledzona. Wiem, że nie naraziła mnie celowo. Po prostu radość ze spotkania syna przesłoniła względy bezpieczeństwa. Zaczęli ode mnie. Bili strasznie, chcieli adresów i kontaktów, a ja przecież naprawdę nic nie wiedziałam. W nocy zaciągnęli mnie do takiego małego pomieszczenia, myślałam, że mnie tam zabiją, ale to był karcer. Chciałam popełnić samobójstwo. We włosach miałam spinkę, której koniec był bardzo ostry. Nagle zrobiło mi się słabo. Kiedy oprzytomniałam zobaczyłam dziewczynę. Była strasznie skatowana, siedziała blisko mnie, bo tam było strasznie ciasno. Przekonywała mnie, że jutro już nie będą tak mocno bić i żebym nie podcinała żył. Zaznaczam, że widziałam ją wyraźnie i nie była to ulotna postać z ektoplazmy. Czułam jej ciepło. Zasnęłam, a kiedy się zbudziłam jej już nie było. Następnego dnia zabrali mnie do pokoju przesłuchań i pokazali mężczyznę. Jego twarz to była miazga, nawet gdybym go znała i tak bym nie rozpoznała. Owszem były wyzwiska i szykany, ale nie bili tak jak poprzednio. Później konfrontowano mnie z ciotką Józefą, która na mój widok zemdlała. Dwa dni później zmarła na wylew. Przestali mnie dręczyć, bo ktoś inny sypał i mieli, co chcieli. Trafiłam do więziennego szpitala. Przyznałam lekarce, że od samobójstwa odwiodła mnie ta dziewczyna. Opisałam ją dokładnie. Lekarka powiedziała, że do karceru nigdy nie wsadzają po dwie osoby. Natomiast opis pasowałby do dziewczyny o pseudonimie Julka, która właśnie w tym miejscu pozbawiła się życia przy pomocy trucizny. Było o tym strasznie głośno w więzieniu, bo bezpieka chciała wykryć, kto jej dostarczył ampułkę. Nie udało im się odkryć winnego.

Oczywiście znaleźli na mnie paragraf i dostałam dziesięć lat. Siedziałam prawie rok, kiedy Julka pojawiła się ponownie. Zobaczyłam ja przy oknie. Popatrzyła na mnie i powiedziała „jutro twoje urodziny, ale będziesz miała prezent”. Rzeczywiście miałam. Umarł niejaki Soso, szerzej znany, jako Stalin. Pojawiła się nadzieja na amnestię. Zapadłam na zapalenie płuc. Znowu zobaczyłam Julkę. Kazała mi się trzymać, powiedziała, że niebawem zaznam wolności. Ja wiedziałam już, że Julka nie jest z tego świata, ale tak bardzo jej potrzebowałam. Wymarzona wolność nadeszła. Dzięki pomocy więziennego spowiednika dostałam pracę. Była to głęboka prowincja, ale oferowali mieszkanie w pokoju na terenie szkoły. Im dalej od centrum życia tym lepiej. Dzieci jak dzieci tyle, że bardzo zaniedbane edukacyjne. Pierwszej nocy w nowym miejscu przyszła do mnie Julka. Zapewniała, że teraz spodziewać się mam samych dobrych chwil. Poznałam tam mojego przyszłego męża, który trafił do tej wiejskiej szkoły po przejściach podobnych do moich.

Jestem osobą o umyśle ścisłym, myślę racjonalnie, ale jednocześnie nie mogę zaprzeczyć widzeniu istoty, która nie była materialna. Zbyt wiele jej zawdzięczam i negowanie tego faktu byłoby wprost niemoralne. Modlę się za nią i dziękuję Bogu, że mi ją przysłał na pomoc i opamiętanie.

 

Wszechstronnie utalentowany Karol

Przedstawiam dzisiaj opowieść, którą miałam przyjemność wysłuchać osobiście. Streściłam ją nieco i prezentuję, aby po raz kolejny zwrócić uwagę na to jak nomen omen, żywy jest kontakt z „tamtym światem” i jaki wpływ może wywierać na naszą rzeczywistość. Niejednokrotnie rozwój wypadków, bez tej ingerencji były zupełnie inny. Z doświadczenia wiem, że wiele osób zawdzięcza sporo wskazówkom i radom otrzymanym od zmarłych. Niektórzy poprawę standardu życia, inni inspirację do działania, a są i tacy, którzy zawdzięczają ocalenie od śmierci.

Moja rozmówczyni to Pani Anna, jej brat ma na imię Karol. Rodzice Pani Anny wychowali się w sierocińcu. Pochodzili z bardzo dobrych rodzin, byli rozpieszczanymi jedynakami. Koszmar wojny przerwał ich sielskie dzieciństwo. Dziadkowie Anny ze strony matki zginęli walcząc w powstaniu Warszawskim. Ciotka, która wzięła pod opiekę Marysię (mamę Anny) zmarła na atak serca i w ten sposób dziewczynka trafiła do sierocińca prowadzonego przez siostry zakonne. Dziadkowie ze strony ojca zostali zamordowani podczas rzezi Woli,jest to jedna z najstraszniejszych chwil w historii stolicy. Ojciec Anny (Wiktor) twierdził, że nie pamięta prawie nic z tamtych wydarzeń. Całą rodziną ukryli się w piwnicy. Kiedy usłyszeli zbliżających się Niemców i zdali sobie sprawę, że ta kryjówka ich nie uratuje, matka kazała mu wejść do starego kufra i narzuciła na tenże jakieś zniszczone ubrania. Potem słyszał płacz, krzyk i wreszcie wielki huk. Stracił przytomność. Po pewnym czasie ocknął się i wyszedł na ulicę. Błąkał się jakiś czas, miał szczęście, ponieważ pierwszą osoba, na jaką się natknął był Polak. Po różnych perypetiach znalazł się u zakonnic. Tam poznał Marysię, a ich dziecięca przyjaźń w miarę upływu czasu przekształciła się w miłość. Matka Anny skończyła szkołę pielęgniarską, ojciec technikum. Pobrali się i zamieszkali w wynajętym, maleńkim pokoju. Wtedy odezwała się dalsza krewna Marii. Odnalazła ją po tylu latach, co wydawało się cudem samym w sobie. Krewna ta jeszcze przed wojną wyjechała z Warszawy i osiadła na południu kraju. Młodzi małżonkowie przeprowadzili się do niej i dzięki temu ich dzieci Anna i Karol zyskały „przyszywaną” babcie. Karol od najmłodszych lat uwielbiał rysować. Można powiedzieć, że na podstawie prób i błędów sam doskonalił swoją technikę. Nauczyciel plastyki podkreślał wielokrotnie, że chłopak ma niezwykły talent i trzeba go wspierać. Niestety sytuacja materialna rodziny nie była najlepsza. Ojciec uległ poważnemu wypadkowi i był na rencie. Matka brała dodatkowe dyżury w szpitalu, ale i to nie wystarczało. W pobliżu ich domu mieścił się stary żydowski cmentarz i mocno zdewastowany dom pogrzebowy. W tamtym czasie cmentarz nie był porządnie ogrodzony i wielu mieszkańców okolicznych ulic chodziło tamtędy skracając sobie drogę. Karol natomiast przesiadywał tam często i namiętnie szkicował. Pewnego razu do rodziców Anny przyszła sąsiadka i bardzo zaniepokojona oznajmiła, że z Karolem dzieje się coś złego. Widziała kilkakrotnie jak podczas rysowania rozmawia sam ze sobą. Kiedy sąsiadka poszła, rodzice zawołali Karola i zapytali:, czemu mówisz sam do siebie? Na, co chłopak spokojnie odpowiedział, że nie mówi do siebie tylko rozmawia z panem, który jest bardzo miły i zna mnóstwo ciekawych historii. Ze sterty rysunków wyciągnął kilka, na których jak twierdził przedstawił tego właśnie pana. Rodzice zaniemówili. Przyjęli, że skoro sąsiadka nikogo nie widziała to Karol wymyślił sobie tą postać. Na wszelki wypadek zabronili mu chodzić na cmentarz. Oczywiście chłopiec nie posłuchał. Kiedy Maria dowiedziała się, że znowu rysuje na kirkucie (zasługa usłużnej sąsiadki) poszła po niego. Na miejscu zastała Karola i jakiegoś eleganckiego pana, który z nim rozmawiał. Była zdenerwowana i potraktowała obu dość nieprzyjemnie. Mężczyzna ten przywitał się grzecznie. Po chwili zaczął tłumaczyć, że odwiedza groby przodków i kiedy zauważył szkicującego chłopca podszedł do niego. Rysunki, które zobaczył tak go urzekły, że gotów jest za nie zapłacić. Chce, bowiem koniecznie pokazać je swoim znajomym. Maria wybrała parę szkiców i wręczyła je nieznajomemu. Nie przyjęła wtedy pieniędzy. Po kilu tygodniach, podczas dyżuru jedna z lekarek poprosiła ją o chwilę rozmowy na osobności. Niby nic nadzwyczajnego, jednak jak się później okazało ta rozmowa miała wielki wpływ na życie całej rodziny, a Karola w szczególności.

Lekarka na wstępie poprosiła , aby wszystko, co zostanie powiedziane zostało między nimi. Najpierw zapytała Marię, czy Karol przychodzi na stary kirkut (o tym, że chłopiec jest uzdolniony plastycznie wiedział cały szpital), Kiedy uzyskała potwierdzenie, powiedziała, że jest Żydówką i na spotkaniu w bliskim jej gronie osób, ktoś pokazywał rysunki niezwykle uzdolnionego chłopca. Na podstawie opisu domyśliła się, że może chodzić o Karola. Zaproponowała, aby Karol narysował wszystkie macewy i zrobił więcej portretów tego szczególnego mężczyzny, z którym rozmawia. Wytłumaczyła oniemiałej Marii, że ten pan na rysunkach to ostatni przedwojenny rabin, jaki pełnił swoje obowiązki w tym miejscu. Rabin został zamordowany dawno temu, ale skoro ukazał się chłopcu to znaczy, że ma coś istotnego do przekazania. Podkreśliła raz jeszcze, że nie ma wątpliwości, co do tożsamości osoby rabina.

Zaproponowała w imieniu własnym i przyjaciół, wysoką zapłatę za rysunki oraz stypendium dla dziecka wypłacane do czasu ukończenia edukacji.

Anna poznała treść tej rozmowy podsłuchując rodziców, którzy przez wiele godzin dyskutowali jak zachować się w takiej sytuacji. Mieli mnóstwo wątpliwości, a kontakt Karola z duchem rabina wydawał im się nierealny. Z drugiej strony wiedzieli, że dziecko samo z siebie nie byłoby w stanie stworzyć perfekcyjnego portretu osoby, której nigdy nie widziało. Perspektywa stypendium oraz dużej kwoty na bieżące potrzeby nie pozostała bez znaczenia. Doszli do wniosku, że Karol może zarabiać rysując, co do reszty uznali, że dzieją się rzeczy, o których i tak nie są w stanie rozstrzygać.

Karol rozmawiał z rabinem, a treść tych rozmów przekazywał wyznaczonej osobie. Rysował też macewy i budynek przycmentarny, jego dzieła masowo opuszczały nasz kraj. Regularnie spływały zamówienia na następne. Chłopiec pozostawał pod opieką świetnie wykwalifikowanych nauczycieli. Dzisiaj jest architektem, maluje z tym samym zapałem, co kiedyś. Niechętnie rozmawia o kirkucie i tamtych wydarzeniach, twierdzi, że to zbyt osobiste. Jednak portret starego rabina wisi w jego domu. Anna jest zdania, że brat i jego talenty wyprowadziły rodzinę z wielkiego impasu. Otworzyły wszystkich nie tylko na nowe możliwości, ale także bardzo rozwinęły duchowo.  Jej ojciec do końca życia zgłębiał temat kontaktów osób żyjących z zaświatami.