Pomoc i opieka z „drugiej strony”

Historia, którą dzisiaj mam przyjemność opisać zrobiła na mnie duże wrażenie. Dla tego bez zbędnych wstępów oddaję głos Pani Marii, która dzięki wsparciu, jakie otrzymała z „drugiej strony” przetrwała koszmar niewyobrażalny dla wielu z nas. Spisałam ta relację prawie dwadzieścia lat temu. Czas najwyższy na publikację.

„Z urodzenia jestem Kresowianką. Do Warszawy przyjechałam, aby kształcić się w Kolegium Nauczycielskim. Przez cały okres nauki mieszkałam z cioteczną babką, osobą w podeszłym wieku i bardzo schorowaną. W ten sposób udało się moim rodzicom połączyć dwie, ważne dla nich sprawy to jest moje wykształcenie i opiekę nad krewną, której sami wiele zawdzięczali. Egzamin zdałam w roku 1939, niestety niedane mi było od września podjąć pracę w wymarzonym zawodzie. Szczęśliwie kamienica, w której mieszkałam z babcią, (bo tak się do niej zwracałam) przetrwała i nie straciłyśmy dachu nad głową. Umiałam szyć na maszynie, dzięki czemu dostałam pracę w zakładzie krawieckim i w ten sposób zarabiałam na skromne utrzymanie. Wynajęłyśmy też pokój jednej pani, która pracowała, jako pielęgniarka. Pewnego razu przyjechał do nas Konrad, serdeczny przyjaciel mojej rodziny. Przywiózł straszne wieści. Rosjanie zaraz po zajęciu miasta aresztowali moich rodziców. Wykształceni Polacy byli im solą w oku. Ojciec został zamordowany, a mama zmarła w więzieniu, prawdopodobnie na tyfus. Konrad powiedział, że odnalazł mnie i przekazał te wiadomości abym przypadkiem nie próbowała tam wracać. Obiecał, że w miarę możliwości postara się nami opiekować. Po jego wyjściu babcia straciła przytomność. Nie wytrzymała tego ciosu, moja mama zastępowała jej córkę, której tak pragnęła. Dzięki pomocy naszej lokatorki udało się umieścić babcię w szpitalu. Niestety mimo wszystko zmarła. W ten sposób zostałam sama. Miałam wprawdzie jeszcze jedną bliską krewną, ale w tamtym czasie nie myślałam, żeby wyjechać z Warszawy. Zaprzyjaźniłam się z nasza lokatorką. Miała na imię Ewa i to ona wprowadziła mnie do konspiracji. Nie byłam specjalnie zaskoczona, kiedy moją przysięgę przyjmował nie, kto inny jak Konrad.  Okupację aż do Powstania przetrwałam bez wpadki. Oczywiście w Powstaniu brałam czynny udział i odcisnęło ono na mnie straszne piętno. Do dzisiaj śnią mi się koszmary z tym związane. Po upadku przedostałam się do znajomej na drugą stronę miasta. Później spotkałam pewna panią, która powiedziała, że moja ciotka mieszkająca w Łodzi przeżyła i mieszka pod starym adresem. Chciałam pracować, żyć normalnie i nie wikłać się już w politykę. Ciotka Józefa przywitała mnie z otwartymi ramionami. Powiedziała, że obydwaj jej synowie zginęli i będzie jej raźniej w moim towarzystwie. (Po wielu latach nazwisko jednego moich kuzynów pojawiło się na liście pomordowanych w Charkowie). Miałam kwalifikacje i szybko znalazłam pracę. Jakaż byłam szczęśliwa wśród tych małych, niewinnych istot. Zwróciłam uwagę, że ciotka kilka razy wróciła do domu bardzo późno, ale wytłumaczyła mi, że odwiedza schorowaną znajomą. Pewnego dnia do naszego mieszkania wpadła bezpieka. Przewrócili wszystko do góry nogami, nawet tapety zrywali. Zostałyśmy aresztowane. (Mój drugi kuzyn odnalazł się i skontaktował z matką, udało mu się zbiec za granicę). Ciotka szybko zrozumiała, że była śledzona. Wiem, że nie naraziła mnie celowo. Po prostu radość ze spotkania syna przesłoniła względy bezpieczeństwa. Zaczęli ode mnie. Bili strasznie, chcieli adresów i kontaktów, a ja przecież naprawdę nic nie wiedziałam. W nocy zaciągnęli mnie do takiego małego pomieszczenia, myślałam, że mnie tam zabiją, ale to był karcer. Chciałam popełnić samobójstwo. We włosach miałam spinkę, której koniec był bardzo ostry. Nagle zrobiło mi się słabo. Kiedy oprzytomniałam zobaczyłam dziewczynę. Była strasznie skatowana, siedziała blisko mnie, bo tam było strasznie ciasno. Przekonywała mnie, że jutro już nie będą tak mocno bić i żebym nie podcinała żył. Zaznaczam, że widziałam ją wyraźnie i nie była to ulotna postać z ektoplazmy. Czułam jej ciepło. Zasnęłam, a kiedy się zbudziłam jej już nie było. Następnego dnia zabrali mnie do pokoju przesłuchań i pokazali mężczyznę. Jego twarz to była miazga, nawet gdybym go znała i tak bym nie rozpoznała. Owszem były wyzwiska i szykany, ale nie bili tak jak poprzednio. Później konfrontowano mnie z ciotką Józefą, która na mój widok zemdlała. Dwa dni później zmarła na wylew. Przestali mnie dręczyć, bo ktoś inny sypał i mieli, co chcieli. Trafiłam do więziennego szpitala. Przyznałam lekarce, że od samobójstwa odwiodła mnie ta dziewczyna. Opisałam ją dokładnie. Lekarka powiedziała, że do karceru nigdy nie wsadzają po dwie osoby. Natomiast opis pasowałby do dziewczyny o pseudonimie Julka, która właśnie w tym miejscu pozbawiła się życia przy pomocy trucizny. Było o tym strasznie głośno w więzieniu, bo bezpieka chciała wykryć, kto jej dostarczył ampułkę. Nie udało im się odkryć winnego.

Oczywiście znaleźli na mnie paragraf i dostałam dziesięć lat. Siedziałam prawie rok, kiedy Julka pojawiła się ponownie. Zobaczyłam ja przy oknie. Popatrzyła na mnie i powiedziała „jutro twoje urodziny, ale będziesz miała prezent”. Rzeczywiście miałam. Umarł niejaki Soso, szerzej znany, jako Stalin. Pojawiła się nadzieja na amnestię. Zapadłam na zapalenie płuc. Znowu zobaczyłam Julkę. Kazała mi się trzymać, powiedziała, że niebawem zaznam wolności. Ja wiedziałam już, że Julka nie jest z tego świata, ale tak bardzo jej potrzebowałam. Wymarzona wolność nadeszła. Dzięki pomocy więziennego spowiednika dostałam pracę. Była to głęboka prowincja, ale oferowali mieszkanie w pokoju na terenie szkoły. Im dalej od centrum życia tym lepiej. Dzieci jak dzieci tyle, że bardzo zaniedbane edukacyjne. Pierwszej nocy w nowym miejscu przyszła do mnie Julka. Zapewniała, że teraz spodziewać się mam samych dobrych chwil. Poznałam tam mojego przyszłego męża, który trafił do tej wiejskiej szkoły po przejściach podobnych do moich.

Jestem osobą o umyśle ścisłym, myślę racjonalnie, ale jednocześnie nie mogę zaprzeczyć widzeniu istoty, która nie była materialna. Zbyt wiele jej zawdzięczam i negowanie tego faktu byłoby wprost niemoralne. Modlę się za nią i dziękuję Bogu, że mi ją przysłał na pomoc i opamiętanie.

 

631total visits,1visits today

Tagi , , , , .Dodaj do zakładek Link.

7 odpowiedzi na „Pomoc i opieka z „drugiej strony”

  1. ~agdama mówi:

    Piekna historia. Dziekuje.

  2. ~nimwe mówi:

    Podpisuję się całym sercem pod poprzednim komentarzem. Dziękuję!

  3. ~Elka mówi:

    Bardzo dziękuję.

  4. ~Em mówi:

    Niesamowita *.*

  5. ~Agnieszka mówi:

    A ja sie poryczalam 🙂 Piekna historia.

  6. ~Paweł mówi:

    Ta historia coś mi trąca serialem telewizyjnym. Najpierw Sowieci mordują matkę i ojca, potem w okupowanej Warszawie umiera babcia, Powstanie Warszawskie, a na końcu bezpieka szuka tej pani jak generała Fildorfa.
    Droga pani, nie każdego kto brał udział w Powstaniu wsadzano do ubeckich kazamatów. Pani historia jest delikatnie mówiąc przesadzona. Zapomniała pani dodać, że na Wołyniu Ukraińcy wymordowali pani krewnych, w getcie zginął narzeczony, a do komór Treblinki trafili wszyscy nauczyciele.
    Dorzuciłbym jeszcze walkę pod Tobrukiem, Monte Casino i zdobycie Berlina.
    Nie mam wątpliwości , że nasze polskie dzieje były naprawdę poplątane. Sam jestem wnukiem powstańców warszawskich, ale nie można robić z II wojny światowej historii własnej rodziny.
    Przy czym absolutnie nie kwestionuję niczyich doświadczeń bliskich śmierci, które trzeba koniecznie głosić i analizować.

    • edel mówi:

      Proszę Pana bohaterka tej historii podjęła złą decyzję. Gdyby została w Warszawie prawdopodobnie nic by jej nie spotkało. Fatum ? Nie wiem. Pojechała do Łodzi i tam wplątano ją w pewne tematy bez jej wiedzy. W tej sprawie splata się wiele przykrych wątków, taki jej urok. Na marginesie to nie jest historia mojej rodziny.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *