Lustra – fakty i mity

Niedawno przeglądałam propozycje aranżacji pokoju dziecięcego i natknęłam się na jedną moim zdaniem kuriozalną. Chodzi o duże lustro, osadzone w przedziwnej konstrukcji wykonanej z plastiku i zaopatrzonej w kółka. Jednym słowem lustro mobilne. Pomysł ten wydaje mi się tak samo chybiony jak buciki w stylu „kowbojki” na podwyższonym obcasie dedykowane (sądząc po rozmiarze) dziewczynkom w wieku 6-8 lat. Myślę, że rozsądne mamy dziewczynek doskonale mnie rozumieją. Fakt ustawienia w pokoju dziecięcym tych rozmiarów lustra jest dla mnie nie do przyjęcia, nie tylko z powodów bezpieczeństwa, ale również ze względu na psychikę dziecka. Psychikę, która kształtując się, niczym gąbka, chłonie wszystkie komunikaty jakie otrzymuje ze strony otoczenia. Lustro nie tylko w europejskim kręgu kulturowym zawsze było i jest przedmiotem szczególnym. W związku z tym istnieje mnóstwo „bon motów”, zwyczajów czy przysłów z nim związanych. Motyw lustra pojawia się w baśniach, legendach, a nawet współczesnych filmach fabularnych. Właśnie tym tematem chciałabym się dzisiaj zająć.

Czy jesteśmy entuzjastami dorobku naukowego doktora Junga czy też nie, trudno kwestionować jego tezy dotyczące instynktów i archetypów, które rządzą naszym życiem. Archetypy i symbole w bajkach miały być kulturowo- obyczajową busolą dla dzieci, a także dorosłych. Wszak czym skorupka za młodu nasiąknie tym na starość trąci. Pomocne były również przysłowia i powiedzonka, które dzisiaj (zbyt łatwo) klasyfikowane są na poziomie „ciemnota i zabobon”. Kiedy matka mówiła do córki- nie patrz ciągle w lusterko, bo cię diabeł wciągnie – przekazywała jej ważny komunikat: nadmierne zainteresowanie wyglądem nie jest dobre. Popatrzmy, co dzieje się z ludźmi, którzy zakochani w sobie stopniowo pogrążają się w obłędzie. Archetypem takiej postaci jest oczywiście zła królowa z bajki o Królewnie Śnieżce. Paranoicznie nastawiona do swojej urody, nie waha się wydać rozkazu zabicia własnej pasierbicy. Kiedy nie udaje jej się „morderstwo na zlecenie” bierze sprawy we własne ręce. Lustro rządzi jej życiem, lustro wydaje rozkazy, zło wciąga .

Optyka pozbawiła wprawdzie lustro wielu „magicznych” właściwości nadal jednak przy odpowiednim ustawieniu można tworzyć iluzje obrazów , a stawiając dwa lustra naprzeciw siebie uzyskać niespotykaną głębie. Nasi przodkowie wykorzystywali wyszlifowane, obsydianowe lub metalowe misy aby nie tylko ujrzeć własne odbicie, ale kontaktować się z aniołami, duchami, a może i z samym Bogiem. Lustra używano również w rytuałach magicznych tak czarnej jak i białej magii. Pierwsze szklane lustra stworzyli Rzymianie. Były bardzo drogie i w tamtych czasach, bez wątpienia, stłuczone lustro oznaczało dla właścicielki wielkie nieszczęście. (Na marginesie dodam, że nie wierzę w owe 7 lat nieszczęść jakie ma zwiastować rozbite lustro. Za to bardzo szybko pozbyłabym się zniszczonego przedmiotu z domu i nabyła nowe lustro, które harmonijnie odbije światło słoneczne). Zwykle gdy coś jest unikalne zyskuje na znaczeniu. Tak też stało się z lustrem. Niektóre lustra wraz z właścicielami przeszły do historii. Przywołajmy przykład legendarnego Pana Twardowskiego, czy obsydianowego zwierciadła astrologa i maga królowej Elżbiety I sławnego Johna Dee. W czasach nam współczesnych wiele eksperymentów z przywoływaniem duchów zmarłych przeprowadził niestrudzony badacz „życia po życiu” Raymond Moody. Trzeba tu koniecznie podkreślić, że Moody wybierał do swoich prób nie ekstrasensów tylko osoby przypadkowe bez jakichkolwiek doświadczeń w tej materii. Pozwolę sobie przytoczyć jego wypowiedź „Doświadczenie przywiodło mnie do mocnego przekonania, że to, co my nazywamy śmiercią nie jest wcale końcem życia. Gdybym moje spotkania z duchami miał za przywidzenie, wtedy musiałbym za przywidzenie uznać całe moje życie”. W kulturach wielu narodów przyjęło się zasłanianie luster w domu zmarłego. Robią to i nasi rodacy i Chińczycy , a więc zasięg tych wierzeń jest ogromny. Na wyspach brytyjskich od zamierzchłych czasów panuje przekonanie, że lustro może uwięzić ludzką duszę, a za szczególnie niebezpieczne uważano wpatrywanie się w lustro podczas święta Sabat Samhain czyli od wieczora 31.10 do 02.11. W świetle doświadczeń R.Moody’ego obawy te wydają się uzasadnione. Istnieje wiele relacji, które potwierdzają, że lustro może odgrywać rolę portalu między wymiarami.

Kolejne przysłowie, które przychodzi mi do głowy to „Żyj tak żebyś nie wstydził się spojrzeć w lustro” . Przekaz wydaje się oczywisty, wzmacniają go kolejne baśniowe archetypy nasz rodzimy Bazyliszek i grecka Gorgona. Obie postacie kiedy ujrzały w lustrze swoje straszne odbicie padły trupem. Mam wrażenie, że istoty te zakończyły swoje życie ponieważ lustro uświadomiło im czym się stały i jak wiele zła wyrządziły. Przeraziły się własnych uczynków.

Lustra to bezdyskusyjnie przedmioty wyjątkowe i należy o nie dbać. Jeśli lustro matowieje, a ma wyjątkowo ładną ramę warto je po prostu wymienić, a ramę poddać renowacji. Jeśli lustro jest zabytkowe, uszkodzenia warto przynajmniej przesłonić (obity czy pęknięty róg). Lustro nie może fałszować rzeczywistości. Deformować jej czy pokazywać rozbitej na wiele kawałków. Według Feng Shui ma to zły wpływ na naszą psychikę i atmosferę panującą w domu.

Wracając jednak do lustra w pokoju dziecięcym. Jestem temu przeciwna z jeszcze jednego powodu. W nocy wszystko wygląda inaczej. Nawet ulubiona zabawka w specyficznym oświetleniu (Księżyc, latarnia) odbijając się w lustrze może przerazić. Jeśli taka sytuacja już się przydarzy wyobraźnia dziecka dobuduje resztę i problem gotowy.

Zakończę ten tekst słowami , mistrza A. Hitchcock’a:  „Właśnie to mnie fascynuje w lustrach. Odbijały tyle ludzkich twarzy… Niełatwo się oprzeć wrażeniu, iż jakaś cząstka każdej z tych osób w nich pozostała.”

Studio Czasu i Przestrzeni – interesująca audycja

„Studio Czasu i Przestrzeni”

 

Szanowni Państwo polecam audycję zrealizowaną w cyklu „Studio Czasu i Przestrzeni” , poświęconą tematyce śmieci klinicznej. Gośćmi programu są dr Zbigniew Osiak , Pan Jarosław Filipek i moja skromna osoba. Audycje prowadzi Pan Michel Rachel, a jego iście anielski głos idealnie wpisuje się w klimat tego spotkania.

W programie padają interesujące pytania : Kim jesteśmy ?, Czy posiadamy formę duchową? Czy za zasłoną śmierci czeka na nas inny świat , czy też nasze życie kończy się wraz z życiem ciała? Sama z wielkim zainteresowaniem wysłuchałam wszystkich opinii.

 

Szczerze polecam. Audycja dostępna TUTAJ

„Druga szuflada” czyli opera mydlana po polsku

Dzisiejsza historia opowiada nie tylko o doświadczeniu paranormalnym, ale odnosi się również do sfery obyczajowej. Generalnie stronię od tematów, które dotykają wprost kwestii religijnych . Chociaż wiadomo, że każda instytucja tak wyznaniowa jak i świecka nie uniknie patologii. Jak wspomniałam nie jestem Charlie. Czasami jednak pewnych wydarzeń przemilczeć się nie da, trudno też dyskutować z faktami.

Moja rozmówczyni ma na imię Agata, jej mąż jest lekarzem, a jego brat księdzem. Agata mówi o sobie przekornie „urodzona heretyczka”  . Przez swoje małżeństwo weszła do rodziny, w której praktyki religijne były istotne, a posiadanie w swoim gronie księdza podkreślane i reklamowane zawsze i wszędzie. Jej mąż jako dorosły człowiek zachował wprawdzie znaczny dystans do pewnych tradycji, ale dewocję całej reszty jego rodziny musiała znieść. Kilka lat temu po długiej chorobie zmarł jej teść. Agata usiłowała jakoś podtrzymać na duchu teściową, często do niej dzwoniła, proponowała pomoc. Kiedyś teściowa powiedziała – „najgorsze to są kwestie finansowe, teraz mam do dyspozycji tylko część emerytury taty”. Te słowa, w uszach nieświadomej pewnych spraw Agaty brzmiały jak dąsy rozpieszczonej pani domu. Przecież ten kawałek emerytury to była co najmniej, trzykrotna emerytura przeciętnego Polaka! Pozostawiła tą wypowiedź bez komentarza.

Kilka miesięcy później zmarła również teściowa. Doznała wylewu i mimo, że syn stawał na głowie i chciał ratować ją za wszelką cenę, zgasła nie odzyskawszy przytomności. Organizacją pogrzebu zajęła się Agata. W trakcie uroczystości zwróciła uwagę na dziwne zachowanie swojego szwagra, księdza. Był rozdrażniony i arogancki. Żadnych oznak smutku, tylko gniew. Kilku żałobników również zwróciło na to uwagę i komentowało sprawę krótko „do Watykanu jeździ, robi karierę i w głowie mu się poprzewracało”. Po pogrzebie ksiądz wyjechał podkreślając, że wkrótce się odezwie.

Teściowa przyśniła się Agacie po raz pierwszy dokładnie dwadzieścia jeden dni po pogrzebie.Takie ezoteryczne „oczko”. Nastąpiła krótka przerwa i sny zaczęły się powtarzać z męczącą regularnością. Teściowa jak mantrę powtarzała te same słowa. „Jesteś zaradna, szukaj w drugiej szufladzie. Honor jest najważniejszy” Wytrzymałość Agaty skończyła się kiedy, jak twierdzi, podczas parkowania w podziemiach centrum handlowego, zobaczyła twarz zmarłej w lusterku.

Agata nie potrafiła tego zrozumieć. Owszem było jej przykro z powodu śmierci teściowej, ale nie doznała w związku z tym głębokiej traumy. Po namyśle doszła do wniosku, że wizyta w mieszkaniu teściów i przeszukanie wszystkich „drugich szuflad”, których tam nie brakowało,będzie dla jej psychiki prawdziwym katharsis. Jak pomyślała tak zrobiła. Nie spodziewała się żadnych rewelacji, chciała tylko odzyskać spokój i zdrowy sen. Jak to zwykle bywa, gdy szukamy czegokolwiek, dopiero w ostatniej z „drugich szuflad” znalazła ciekawe rzeczy. Zdjęcie małego chłopca, kilka listów i starannie ułożone dowody wpłaty. Wszystkie jak jeden opiewające na kwotę dwóch tysięcy złotych i skierowane do tej samej kobiety. Bardzo szybko poukładała sobie fakty. ”To było straszne. Takie rzeczy dzieją się w najpodlejszej klasy telenowelach, ale nie w prawdziwym życiu. Wydawało mi się to tak nieracjonalne, że aż śmieszne. ” W domu podzieliła się z mężem tymi rewelacjami. „Twój brat ma syna. Dziadkowie od lat płacili alimenty. Sądząc po datach na dowodach wpłaty, braciszek mocno zapomniał się pod koniec seminarium. Tu masz dokumenty, znalazłam je w mieszkaniu rodziców” Kiedy pierwszy szok minął mąż zapytał Agatę skąd przyszło jej do głowy, żeby rewidować szuflady i szukać Bóg wie czego? To był dla Agaty trudny moment. Mimo wahania wyznała prawdę. Spodziewała się bardzo emocjonalnej reakcji. Zawiodła się srodze. Jej mąż westchnął tylko i powiedział „No tak, cała matka. Jak czegoś chciała zawsze znalazła sposób, żeby to osiągnąć. „ Okazało się, że ten dzień, który dla Agaty zaczął się niemal jak u Hitchcock’a istnym trzęsieniem ziemi, jeszcze się nie skończył. Zadzwonił telefon, a podekscytowany brat- ksiądz poinformował ją, że znalazł już kupca na mieszkanie po rodzicach. Napięcie rosło. Doszło do karczemnej awantury podczas, której mąż Agaty zarzucił bratu kłamstwo, bezduszność i brak jakichkolwiek zasad moralnych tak względem rodziców jak i własnego dziecka. Zapowiedział, że nigdy nie weźmie udziału w żadnym odprawianym przez brata nabożeństwie.

Pomińmy tu rodzinne korowody, podział majątku i tym podobne tematy. Ksiądz chciał sprzedać mieszkanie rodziców i „rozwiązać ostatecznie kwestię dziecka”, wpłacając na konto jego matki okrągłą sumę, co miało zapewnić mu spokój i nie przeszkadzać w dalszej karierze. Jak sam powiedział” trudno żeby jeden błąd przekreślił tyle starań”. Nie osądzam tego człowieka. Od rozliczania uczynków jest Ktoś sprawiedliwy i niezawodny.

Agata przyszła do mnie aby poradzić się w sprawie podjęcia ewentualnego kontaktu z matką dziecka, było nie było to bratanek męża. Nie mogła też zrozumieć, dlaczego ją wybrała teściowa do realizacji swojego celu. Agata nie czuła się w żaden sposób predestynowana do kontaktów z drugą stroną. Zakładała, że w jej życiu nie wydarzyło się nic, co zbliżyłoby ją do tej przestrzeni. Poprosiłam ją aby wyciągnęła z talii kart Tarota jedną, z intencją odpowiedzi na nurtujące ją pytanie  . Intuicyjnie wybrała osiemnastą kartę Wielkich Arkanów, czyli Księżyc. Zapytałam ją czy w dzieciństwie topiła się? Dość spontanicznie wykrzyknęła – „O cholera zapomniałam o tym!”.

Pojawia się pytanie czy rzeczywiście osoby, które albo doświadczyły śmieci, albo znalazły się w stanie zagrożenia życia rzeczywiście mają te szczególne predyspozycje? Odpowiadam: moim zdaniem tak. Problem polega na tym, że wiele osób nie zdaje sobie sprawy czy nie pamięta dokładnie, co wydarzyło się w ich dzieciństwie. Agata nie jest przypadkiem odosobnionym. Jeden z moich rozmówców również zarzekał się, że nigdy nie wydarzyło się nic groźnego dla jego życia. Później skontaktował się ze mną i skorygował swoją wersję. Okazało się, że podczas porodu wystąpiły komplikacje, miał szyję okręconą pępowiną i przyszedł na świat praktycznie bez oznak życia. Mama nie powiedziała mu o tym. Nie miała ochoty, wspominać tych strasznych dla niej chwil. Postaram się w najbliższym czasie wrócić do tego tematu.

Nie jestem Charlie Hebdo

Zwykle nie zabieram głosu w dyskusjach politycznych. Tym razem postanowiłam zrobić wyjątek. Bestialska egzekucja jaka odbyła się w siedzibie francuskiego tygodnika satyrycznego poruszyła mnie do głębi jak chyba wszystkich na świecie. Oczywistym jest, że żaden cywilizowany człowiek nie zgodzi się na samosądy i terroryzm. Czyn ten jest godny jedynie potępienia . Niemniej kiedy z ust premiera francuskiego rządu padały patetyczne zdania o bohaterskich wojownikach, obrońcach idei wolności słowa, którzy zginęli za nas wszystkich, słuchałam oniemiała ze zdumienia, a w mojej głowie pojawiały się kolejne pytania. Przejrzałam rysunki zamieszczane przez wspomniany periodyk. Nie jestem znawcą sztuki i nie mam zamiaru oceniać czy wykonane były po mistrzowsku, czy też nie. Mogę jedynie powiedzieć, że odebrałam je jako wulgarne i prostackie. Absolutnie nie do przyjęcia dla człowieka kulturalnego. Mam świadomość, że zgodnie, chociażby z encyklopedyczną definicją satyra ukazuje mechanizmy i postaci rządzące światem wyolbrzymiając je i przedstawiając w krzywym zwierciadle. I tu dochodzimy do sedna sprawy. Dopóki żądło satyry sięga polityków, celebrytów czy pewnych zjawisk społecznych to wszystko wydaje się być w porządku. Jeśli konkretna osoba czuje się urażona, może żądać przeprosin względnie odszkodowania. Są jednak granice nieprzekraczalne, które w moim mniemaniu powinny takimi pozostać. Rysunki , które wywołały moje największe oburzenie godziły wprost w uczucia religijne tak Chrześcijan, Żydów jak i Muzułmanów. Czy naprawdę wolność słowa ma polegać na szarganiu tego, co dla innych święte? Śmiem twierdzić, że wolność słowa, która rani wiarę innych osób, jest w gruncie rzeczy mową nienawiści i nie służy idei demokracji oraz budowania pokoju na świecie. Kazimierz Tetmajer napisał „Nienawiścią nie można zajechać daleko, za daleko można…”. Satyrycy z Charlie Hebdo uważali, że wolno im wszystko, ci, którzy do nich strzelali byli tego samego zdania.

Nigdy nie znieważę Koranu. Szanuję każdą religię. Jeśli coś budzi mój sprzeciw, mam sto innych możliwości aby wyrazić swoje zdanie, szczególnie wobec działań ludzi kulturowo całkowicie mi obcych. Podpisałam petycję w sprawie utrzymania zakazu uboju rytualnego w Polsce, ponieważ znęcanie się nad zwierzętami jest dla mnie nie do przyjęcia. Dopóki w krajach arabskich będą mordowani ludzie innej wiary niż Islam, będę protestować przeciwko budowie meczetów na terenie naszego kraju. Jeśli Europejczycy będą atakowani, nie pojadę na wczasy do krajów muzułmańskich i nie wesprę finansowo gospodarki tychże. Mogę spokojnie obejść się bez tureckiej chałwy, marokańskich kosmetyków i drinków z palemką konsumowanych na plaży w Tunezji.

Z rosnącym przerażeniem obserwuję jak z roku na rok rośnie popularność ugrupowań skrajnych narodowców. Członkowie tych partii czy grup (żeby nie napisać bojówek) mówią głośno o tym o czym pozostali szepczą po cichu w obawie o zachowanie poprawności politycznej. W tym tkwi ich siła. Niestety historia pamięta przejęcie władzy przez niemieckich narodowców i opłakane skutki do jakich to doprowadziło. Pojawia się pytanie jak w sposób rozsądny wybrnąć z tej sytuacji? Narasta sprzeciw społeczny wobec emigracji na fali której Europę zalewają tabuny „kaznodziei nienawiści” i wszelkiej maści ekstremistów religijnych. Narasta sprzeciw wobec histerycznego wręcz dostosowywania wszelkich norm i przepisów do żądań Muzułmanów. Niedawno w części niemieckich szkół wycofano z menu wieprzowinę w obawie o konsekwencje pomyłki. Czy następne będą restauracje?

Liberalne rządy z uporem godnym lepszej sprawy forsują politykę multi-kulti , która prowadzi wprost do postępującego wynarodowienia Europy. Muzułmanie śmieją się w głos. Niczym nie niepokojeni „rozmnażają się i czynią sobie Europę poddaną”. Jakoś nawet w krajach gdzie obraża się ich Proroka, spokojnie pobierają zasiłki na które pracują liberalni Europejczycy. Widać stara maksyma „pecunia non olet” w żadnych okolicznościach nie traci na aktualności.

Jeśli wszyscy pozostaniemy jedynie niemymi obserwatorami sytuacji spotka nas i nasze dzieci straszna kara. Nic nie mści się równie mocno jak niewykorzystane lub źle wykorzystane sytuacje. Będziemy przepraszać za choinki w ogródkach przystrojone na Boże Narodzenie. Będziemy prosić o zgodę na przeprowadzenie procesji i stawiać nagrobki bez krzyży. Msze będą dostosowane do godzin modlitwy w meczetach aby głos dzwonów nie zakłócał nawoływania imamów. W skrajnym wypadku skończymy w gettach o ile w ogóle będziemy żyć.

Jeśli nie zejdziemy z szaleńczego kursu, który prowadzi wprost do katastrofy to dojdzie albo do wojny albo do samounicestwienia na własne życzenie. Historię zawsze piszą zwycięzcy, a nie pokonani. Pomni na los narodów, które zniknęły z jej kart dbajmy o swoje interesy. Europa to wielki kontynent o przebogatej kulturze. Może być matką dla wszystkich, którzy wierzą w wartości pielęgnowane przez lata, którzy pracują dla jej dobra.

Na zakończenie pragnę zwrócić Państwa uwagę na audycję redaktora Maxa Kolonko, który wiele miesięcy temu ostrzegał, „że jeśli liberalni dziennikarze nie przejrzą na oczy i nie zaczną „mówić jak jest” to redakcje ich gazet spłyną liberalną krwią”. Wtedy uznano słowa Pana Kolonko za szkodliwe społecznie. Pozostawiam to bez komentarza.

Niezwykle interesujący list – polecam

Zupełnie przypadkowo trafiłem na Pani bloga. Przeczytałem wszystkie wpisy. Wysłuchałem też rozmowę z Panią. Największe wrażenie zrobił na mnie wpis gdzie opisana jest historia żołnierza, który usiłował popełnić samobójstwo. Jest to również moja historia i dla tego postanowiłem do Pani napisać. Chciałbym aby ludzie zrozumieli, że samobójstwo niczego nie rozwiązuje, a jedynie odbiera coś bardzo ważnego. Odbiera życie, czyli możliwość działania, zmiany, przebywania z bliskimi. Nie jestem filozofem, jestem można powiedzieć praktykiem i na tej podstawie ośmielam się zabrać głos.

Mój ojciec to człowiek sukcesu, as nad asy we wszystkim, co robi. W atmosferze tego właśnie sukcesu wychowywałem się ja i moja starsza siostra. Ona sobie z tym wszystkim radziła, ja niestety nie. W klasie maturalnej zakochałem się bez pamięci. Dziewczyna mnie rzuciła dla innego. Opuściłem się w nauce. Na dodatek nie zdałem egzaminu na Prawo jazdy. Doszedłem do wniosku, że jestem zerem i mój ojciec ma rację kiedy mi to wytyka. Postanowiłem skończyć ze sobą na zasadzie „ kończ waść wstydu oszczędź”. Siostra studiowała w Warszawie, rodzice wybierali się na bal karnawałowy. Miałem czas i miejsce żeby zrobić, co zaplanowałem. Kiedy pojechali odczekałem dłuższą chwilę, a potem podciąłem sobie żyły. Uratowała mnie moja mama. Tak na marginesie to mam wrażenie, że matki mają jakiś radar, który działa w chwili zagrożenia życia dziecka. Nie ja jeden tego doświadczyłem. Ale to temat na inną dyskusję. Mama opowiadała, że kiedy przyjechali na miejsce mojego ojca jak zwykle otoczył wianuszek ludzi, którzy chcieli z nim coś załatwić. Chwilę rozmawiała z jakąś znajomą, a potem usiadła przy stoliku. Nagle zrobiło jej się bardzo zimno. Zmieniła miejsce, wypiła kawę, ale to uczucie zimna cały czas się nasilało. W końcu czuła się tak źle, że chciała już tylko wrócić do domu. Ponieważ nie udało się jej znaleźć ojca. Poszła do szatni, ubrała się i wyszła przed budynek. W tym momencie przypadkiem(???) podjechała taksówka ze spóźnialskimi gośćmi. Mama wsiadła do niej i pojechała do domu. Przez całą drogę dzwoniła zębami z zimna. Była przekonana, że atakuje ją jakaś ciężka infekcja. Po wejściu do domu zauważyła światło w łazience. Dalej wiadomo wyciągnęła mnie z wody, wezwała karetkę. Ojciec zorientował się, że mama odjechała dopiero po dwóch godzinach. Podkreślam ten fakt, gdyż oddaje jego stosunek nie tylko do mamy, ale do nas wszystkich. Potem był szpital, terapia, foch z przytupem w wykonaniu ojca oraz wielkie oddanie i determinacja mojej mamy.

Kiedy traciłem przytomność w wyniku upływu krwi, miałem wrażenie, że odklejam się od ciała. Ta „odklejona” część jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki znalazła się w innym świecie. Opis idealnie pasuje do tego, co zobaczył Pan z wcześniejszego wpisu. Miejsce ciemne, bagniste, mroczne i pozbawione nadziei. Kupiłem książkę doktora Alexandra i jego „świat widziany z perspektywy dżdżownicy” też miał wiele cech mojego widzenia. Cały czas kołatała mi w głowie jedna myśl” nikt mnie tu nie kocha”. W pewnej chwili stanął przede mną jakiś człowiek (istota?) zapytałem gdzie jestem, a on mi na to „daleko od Boga”. Zapytałem gdzie jest Bóg „Bóg jest źródłem , a źródło jest tam” wskazał ręką przed siebie. „Co mam robić?” odpowiedział „Pij ze źródła, żyj”. Nie zapomnę tych słów nigdy. Kiedy odzyskałem przytomność w swoim obolałym ciele, zobaczyłem mamę i światło słoneczne, byłem rad, że wróciłem. Może to brzmi ckliwie, ale cieszyło mnie wszystko. Powoli zrozumiałem, że nie żyję dla zaspokajania ambicji mego ojca. Skończyłem resocjalizację, obecnie zaocznie kształcę się w kierunku psychoterapii. Jestem z dziewczyną, która mnie kocha i rozumie. Dzięki uczestnictwu w warsztatach dla moich podopiecznych nauczyłem się prawidłowo wykonywać czynności ratownicze. W zeszłym roku nad jeziorem uratowałem w ten sposób tonącego. Moja krew( mam rzadką grupę) uratowała życie małej dziewczynki. Nie piszę o tym żeby się chwalić tylko uświadomić innym, że nasze życie ma sens zawsze. Mało tego możemy swoją obecnością wpływać na życie innych i nie koniecznie są do tego niezbędne pieniądze.

Napisano tysiąc książek w stu językach na temat duszy ludzkiej i życia „po życiu”. Ja uważam, że życie trwa nieprzerwanie . Zmieniamy tylko formę z fizycznej na energetyczną nadal pozostając sobą. Zgodzę się z Panią, że tak naprawdę wracamy do domu. Wracamy tam skąd przyszliśmy. Cel pobytu na Ziemi w postaci fizycznej każdy z nas prędzej czy później odnajdzie samodzielnie. Kto wie może jeśli nie odnajdzie go za pierwszym razem to dostanie drugą szansę?

Zgadzam się, a nawet proszę o opublikowanie tego listu na blogu. Jeśli przeczytają go rodzice to proszę aby pamiętali ,że dzieci nie mogą być częścią ich planu na życie. Nie rozszerzajcie swoich ambicji i aspiracji na dzieci. To się zawsze źle kończy. Może nie tak dramatycznie jak w moim wypadku, ale zawsze ze szkodą dla dziecka.

Pozdrawiam serdecznie wszystkich Czytelników i przepraszam jeśli nadmiernie się rozpisałem.

Dzwonek alarmowy

Ta opowieść zaczyna się jak wiele innych, które zbieram od lat. „Gdybym nie doświadczyła tego osobiście w życiu bym nie uwierzyła”. Zanim zacznę, krótka refleksja. Zastanawiam się  czemu jesteśmy tak małej wiary? Jakim cudem przyjmujemy, często bezkrytycznie, wszystko, co publikują media? Jednocześnie zagłuszamy naszego wewnętrznego doradcę, intuicję czy jak kto woli głos serca. Ile razy , tak zwana pierwsza myśl, choć z pozoru niedorzeczna w perspektywie czasu okazała się najlepszym rozwiązaniem? Odrzuciliśmy ją, poddając się woli racjonalnych argumentów lub profesjonalnych doradców. Przecież to nam zależy najbardziej- na nas samych. Każdy człowiek został hojnie wyposażony na trudy życia. Posiadamy instynkt samozachowawczy, sumienie jako busolę moralną i miłość własną, która w zdrowej proporcji nie czyni szkody. Oczywiście nie namawiam nikogo do zachowań skrajnych, jakie oddaje pewien żart: „jeśli w twoim domu  zaczyna migotać światło, nie szukaj duchów tylko dokręć żarówkę”. Namawiam aby nie tylko wierzyć w siebie, ale również wierzyć sobie. Jestem przekonana, że czuwają nad nami dobre Dusze i mądre Anioły. Wystarczy dać im szansę.

Pani, która uwierzyła bo doświadczyła, prowadzi wraz z mężem dużą firmę. Ma dwie córki.

„Moja starsza córka Justyna zakończyła pierwszy rok studiów ze średnią 4,6. Byliśmy bardzo dumni i kiedy powiedziała, że zamierza pojechać ze swoją paczką do Sopotu nie mieliśmy żadnych uwag. Wyjechała w sobotę nad ranem. Młodsza córka Zosia wybrała się na grilla do sąsiadów. Postanowiliśmy leniuchować przez całe popołudnie. Mąż włączył jakiś film, niestety mnie się nie podobał i sama nie wiem kiedy usnęłam, po czasie padł także małżonek. Obudził nas straszny huk. Zerwaliśmy się na równe nogi i zaczęliśmy biegać po całym domu szukając przyczyny tego hałasu. Runęło lustro w pokoju mojej mamy. Mama zmarła kilka miesięcy wcześniej. Jej pokój pozostał praktycznie nietknięty. Miała sporo antyków i różnych bibelotów. Nikt nie miał siły aby się za to zabrać. Po pierwsze tęskniliśmy za mamą (nawet zięć ją bardzo lubił) po drugie nie było wiadomo, co zrobić z tymi rzeczami? Lustro było ogromne i bardzo ciężkie. Mąż sam je zawieszał, a partaczem nie był. Zrobiło mi się jakoś tak nieswojo. Mąż mnie pocieszał: zobacz nie stłukło się, to nie jest zły znak. Odruchowo złapałam za telefon i zadzwoniłam do Justynki. „Abonent jest poza zasięgiem sieci”. Tłumaczyłam sobie, że pewnie znowu ma rozładowaną komórkę. Zrobiliśmy kolację, wróciła młodsza córa. Poszła prosto do siebie. Po chwili przybiegła do kuchni. „Mamo, obrazek z  Wenecji spadł i rozbił muszlę,tą szumiącą”. Tego było za wiele. Mąż znowu próbował to wszystko tłumaczyć. Nie  chciałam go słuchać, ostatecznie na szkodach górniczych nie mieszkamy. Zdenerwowałam się na dobre. Znowu zadzwoniłam do córki, ale nie odbierała. Miałam telefon do rodziców jednej z koleżanek Justyny i tak po nitce do kłębka doszliśmy do tego, że Justyna nie pojechała z paczką studentów tylko z chłopakiem, którego nie znaliśmy. Po kolejnych nastu telefonach udało się ustalić nazwę miejscowości do której jechali. Straciłam głowę, na szczęście mąż uświadomił sobie, że jeden z naszych kierowców powinien być w okolicy. Mąż zadzwonił do niego, chłopak spał przed drogą powrotną. Mąż wyjaśnił mu o co chodzi. To Bogu dzięki, był niezwykle operatywny człowiek. Podjechał na miejsce i okazało się, że był wypadek. Samochód uderzył w drzewo i wpadł do rowu. Miejscowi mówili, że w środku była młoda para. Zabrano ich do szpitala. Pojechaliśmy busem, prowadził nasz pracownik. My nie byliśmy w stanie. Po drodze zadzwoniłam na Policję i złego słowa nie mogę powiedzieć, bardzo nam pomogli. Dotarliśmy do szpitala. Udało się również zawiadomić rodziców chłopaka. Młodzi byli nieprzytomni, obydwoje. Owszem ktoś zauważył rozbity samochód i wezwał pomoc, ale wcześniej jakieś bydlę (przepraszam, ale nie mam innego słowa) okradło młodych z komórek, laptopa, portfeli i nawet łańcuszek córce zginął.

Pierwsza odzyskała przytomność córka. Kiedy doszła do siebie powiedziała, że okłamała nas bo Piotrek pochodzi z niezamożnej rodziny i bała się, że będziemy przeciwni. Bardzo nas to zabolało. Przecież dokładnie tak było z nami. Ja panienka z bogatego domu, a u męża cienko było z pieniędzmi. Chyba gdzieś popełniliśmy błąd. Na szczęście mamy szansę go naprawić.

Wierzę, że moja mama usiłowała powiadomić nas o tym wypadku. Oni byli w rowie, bez pomocy przez dłuższy czas. Kierowca, który spowodował wypadek uciekł i zostawił ich na śmierć. Potem się okazało, że to znany Policji pijak. Pokój mamy stoi do dziś nietknięty. Kiedy zobaczyłam jak mąż wiesza lustro, zapytałam po co to robi. A on na to, instaluję dzwonek alarmowy. Coś w tym jest”.