Dzwonek alarmowy

Ta opowieść zaczyna się jak wiele innych, które zbieram od lat. „Gdybym nie doświadczyła tego osobiście w życiu bym nie uwierzyła”. Zanim zacznę, krótka refleksja. Zastanawiam się  czemu jesteśmy tak małej wiary? Jakim cudem przyjmujemy, często bezkrytycznie, wszystko, co publikują media? Jednocześnie zagłuszamy naszego wewnętrznego doradcę, intuicję czy jak kto woli głos serca. Ile razy , tak zwana pierwsza myśl, choć z pozoru niedorzeczna w perspektywie czasu okazała się najlepszym rozwiązaniem? Odrzuciliśmy ją, poddając się woli racjonalnych argumentów lub profesjonalnych doradców. Przecież to nam zależy najbardziej- na nas samych. Każdy człowiek został hojnie wyposażony na trudy życia. Posiadamy instynkt samozachowawczy, sumienie jako busolę moralną i miłość własną, która w zdrowej proporcji nie czyni szkody. Oczywiście nie namawiam nikogo do zachowań skrajnych, jakie oddaje pewien żart: „jeśli w twoim domu  zaczyna migotać światło, nie szukaj duchów tylko dokręć żarówkę”. Namawiam aby nie tylko wierzyć w siebie, ale również wierzyć sobie. Jestem przekonana, że czuwają nad nami dobre Dusze i mądre Anioły. Wystarczy dać im szansę.

Pani, która uwierzyła bo doświadczyła, prowadzi wraz z mężem dużą firmę. Ma dwie córki.

„Moja starsza córka Justyna zakończyła pierwszy rok studiów ze średnią 4,6. Byliśmy bardzo dumni i kiedy powiedziała, że zamierza pojechać ze swoją paczką do Sopotu nie mieliśmy żadnych uwag. Wyjechała w sobotę nad ranem. Młodsza córka Zosia wybrała się na grilla do sąsiadów. Postanowiliśmy leniuchować przez całe popołudnie. Mąż włączył jakiś film, niestety mnie się nie podobał i sama nie wiem kiedy usnęłam, po czasie padł także małżonek. Obudził nas straszny huk. Zerwaliśmy się na równe nogi i zaczęliśmy biegać po całym domu szukając przyczyny tego hałasu. Runęło lustro w pokoju mojej mamy. Mama zmarła kilka miesięcy wcześniej. Jej pokój pozostał praktycznie nietknięty. Miała sporo antyków i różnych bibelotów. Nikt nie miał siły aby się za to zabrać. Po pierwsze tęskniliśmy za mamą (nawet zięć ją bardzo lubił) po drugie nie było wiadomo, co zrobić z tymi rzeczami? Lustro było ogromne i bardzo ciężkie. Mąż sam je zawieszał, a partaczem nie był. Zrobiło mi się jakoś tak nieswojo. Mąż mnie pocieszał: zobacz nie stłukło się, to nie jest zły znak. Odruchowo złapałam za telefon i zadzwoniłam do Justynki. „Abonent jest poza zasięgiem sieci”. Tłumaczyłam sobie, że pewnie znowu ma rozładowaną komórkę. Zrobiliśmy kolację, wróciła młodsza córa. Poszła prosto do siebie. Po chwili przybiegła do kuchni. „Mamo, obrazek z  Wenecji spadł i rozbił muszlę,tą szumiącą”. Tego było za wiele. Mąż znowu próbował to wszystko tłumaczyć. Nie  chciałam go słuchać, ostatecznie na szkodach górniczych nie mieszkamy. Zdenerwowałam się na dobre. Znowu zadzwoniłam do córki, ale nie odbierała. Miałam telefon do rodziców jednej z koleżanek Justyny i tak po nitce do kłębka doszliśmy do tego, że Justyna nie pojechała z paczką studentów tylko z chłopakiem, którego nie znaliśmy. Po kolejnych nastu telefonach udało się ustalić nazwę miejscowości do której jechali. Straciłam głowę, na szczęście mąż uświadomił sobie, że jeden z naszych kierowców powinien być w okolicy. Mąż zadzwonił do niego, chłopak spał przed drogą powrotną. Mąż wyjaśnił mu o co chodzi. To Bogu dzięki, był niezwykle operatywny człowiek. Podjechał na miejsce i okazało się, że był wypadek. Samochód uderzył w drzewo i wpadł do rowu. Miejscowi mówili, że w środku była młoda para. Zabrano ich do szpitala. Pojechaliśmy busem, prowadził nasz pracownik. My nie byliśmy w stanie. Po drodze zadzwoniłam na Policję i złego słowa nie mogę powiedzieć, bardzo nam pomogli. Dotarliśmy do szpitala. Udało się również zawiadomić rodziców chłopaka. Młodzi byli nieprzytomni, obydwoje. Owszem ktoś zauważył rozbity samochód i wezwał pomoc, ale wcześniej jakieś bydlę (przepraszam, ale nie mam innego słowa) okradło młodych z komórek, laptopa, portfeli i nawet łańcuszek córce zginął.

Pierwsza odzyskała przytomność córka. Kiedy doszła do siebie powiedziała, że okłamała nas bo Piotrek pochodzi z niezamożnej rodziny i bała się, że będziemy przeciwni. Bardzo nas to zabolało. Przecież dokładnie tak było z nami. Ja panienka z bogatego domu, a u męża cienko było z pieniędzmi. Chyba gdzieś popełniliśmy błąd. Na szczęście mamy szansę go naprawić.

Wierzę, że moja mama usiłowała powiadomić nas o tym wypadku. Oni byli w rowie, bez pomocy przez dłuższy czas. Kierowca, który spowodował wypadek uciekł i zostawił ich na śmierć. Potem się okazało, że to znany Policji pijak. Pokój mamy stoi do dziś nietknięty. Kiedy zobaczyłam jak mąż wiesza lustro, zapytałam po co to robi. A on na to, instaluję dzwonek alarmowy. Coś w tym jest”.

 

 

514total visits,2visits today

Tagi , , .Dodaj do zakładek Link.

4 odpowiedzi na „Dzwonek alarmowy

  1. ~Agnieszka mówi:

    Powinna Pani to wszystko spisać w jakiejś książce. Każdy post wzrusza mnie do łez. „Wieszam dzwonek alarmowy” – piękne 🙂

  2. ~Grzegorz mówi:

    Czy film „NASZ DOM” na podstawie pisma automatycznego brazylijskiego medium Chico Xaviera jest zgodny z rzeczywistością tamtego świata?
    Wygląd otoczenia, hierarchia, zasady? Kto doświadczył wizji tamtego świata podczas śmierci klinicznej niech się wypowie.

  3. ~Elka mówi:

    Takie opowieści podnoszą na duchu. Dziękuje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *