Tam i z powrotem ?

Na wstępie zacytuję fragment korespondencji otrzymanej od czytelniczki Biura Duchów:

„Pamiętam, że kiedyś miałam pacjentkę z doświadczeniem śmierci klinicznej. Pobierałam jej krew podczas przyjęcia na oddział, kiedy przyznała, że przyszła na kolejną operację tylko na prośbę dzieci. Sama jakiś czas wcześniej była „na tamtym świecie” i było jej tak dobrze, że nie chciała wracać – zrobiła to ze względu na dzieci. Teraz nie boi się śmierci, a raczej jej wyczekuje. To było dla mnie niezwykłe doświadczenie i żałuję teraz, że wtedy nie porozmawiałam z nią na ten temat dłużej.”

Po przeczytaniu całego maila zdałam sobie sprawę, że temat ludzi przewlekle chorych zasługuje na szersze omówienie. Sytuacja tych osób jest szczególna. Tutaj nie ma happy end’u . Jeśli reanimacja jest skuteczna, wracają do swojego schorowanego ciała, do ciągłych ograniczeń i bólu. Nie dane im jest powstać z martwych aby z nadzieją i wiarą ruszyć przed siebie do nowego życia, które jawi się jako nieskończony strumień możliwości.

Przypadek o którym wspomina autorka maila nie należy do rzadkości. Osoby schorowane, których życie to niekończący się ciąg kolejnych zabiegów medycznych, często zdane są na łaskę i niełaskę swoich bliskich. Traktują one śmierć jedynie w kategoriach wyzwolenia. Kiedy zdarzy im się (po doświadczeniu śmierci klinicznej) wrócić do ciała są bardzo rozczarowani. Bywa, że odmawiają przyjmowania leków, jedzenia, a nawet kontaktu werbalnego z otoczeniem. Nieuniknione jest w tej sytuacji pytanie: czy uporczywa reanimacja jest rzeczywiście błogosławieństwem dla umierającego? Zacytuję fragment rozmowy ze starszą panią, która była naocznym świadkiem śmierci swojej siostry.

„Dzisiaj modlę się tylko o jedno, to jest o śmierć w domu. Byłam w szpitalu kiedy umierała moja starsza siostra. Nie ma pani pojęcia, co oni z nią wyrabiali. Jak nią szarpali na wszystkie strony. Przecież ją to musiało bardzo boleć! Moje siostrzenice latały jak obłąkane i nic tylko reanimujcie mamę, reanimujcie mamę! Siostra miała wtedy siedemdziesiąt lat, chorowała na sprawy krążeniowe od dekady. Przeszła trzy poważne operacje. Rozmawiałam z nią i wiem jedno ona nie chciała już żyć. Była zmęczona. Ja rozumiem, że dzieci robiły to z miłości, ale czy człowieka można z miłości torturować? W pewnej chwili nerwy mi puściły. Powiedziałam do siostrzenic: czy wyście już całkiem rozum postradały? Dajcie jej umrzeć ! Wy chcecie żeby żyła, czy to znaczy, że ona nie ma już żadnych praw? Były na mnie obrażone. Rozmawiałam z moimi dziećmi i kazałam im przysięgać na głowy wnuków, że nie będą mnie tak męczyć. Bardzo ich kocham i robię wszystko żeby być z nimi jak najdłużej. Dbam o siebie , przyjmuję przepisane leki, ale kiedy przyjdzie moja godzina, chce odejść w spokoju.”

Niebywały postęp jaki ma miejsce w intensywnej terapii pozwala opóźnić moment śmierci nawet o całe lata. Wielu lekarzy traktuje śmierć pacjenta jako osobistą porażkę. Wielu boi się oskarżeń o zaniechanie ze strony rodziny. Telewizja i kinematografia pokazują reanimację w stylu Hollywood. Pacjent (najczęściej młody człowiek) poddany tej procedurze po kilku dniach spokojnie wraca do pracy albo idzie na mecz z całą rodziną. Śmiem twierdzić, że wbrew zdrowemu rozsądkowi taki obraz zakodował się w wyobraźni całej populacji. Nie przypominam sobie filmu (poza dokumentalnym), który poruszałby problem chociażby tak zwanego zespołu poresuscytacyjnego (u znacznego odsetka chorych występują poważne zaburzenia behawioralne utrudniające, bądź uniemożliwiające powrót do normalnego życia).

Według znanej mi literatury przedstawiciele wszystkich największych religii światowych uznają, że „zaciekłość terapeutyczna”, która przedłuża życie „w sposób bolesny i nietrwały” nie ma żadnego uzasadnienia. Cóż widać obawa przed potencjalnym oskarżeniem o dokonanie eutanazji zagłusza wszystkie racjonalne i etyczne argumenty, przemawiające na korzyść chorego.

Odrębne zagadnie to chorzy u których po doświadczeniu z pogranicza występuje stan, który ja (na swój własny użytek) nazywam „euforia dzień po”. Jest to specyficzny stan, który objawia się albo uniesieniem religijnym, albo fascynacją „tamtym światem”, która niejako wyklucza zainteresowanie życiem w ciele fizycznym. Mam nieodparte wrażenie, że wielu męczenników za wiarę doznawało spontanicznego opuszczenia ciała (na przykład podczas wielogodzinnej modlitwy, porównywalnej z głęboką medytacją) i właśnie w „euforii dzień po” z radosną bezmyślnością wprost pchało się w ręce siepaczy. Kiedy za życia tracimy zainteresowanie swoim ciałem, najbliższą rodziną i sprawami, które wcześniej były dla nas ważne, jest to moim zdaniem rodzaj samobójstwa. Oczywiście nie mam tu na myśli osób chorych psychicznie, czy pogrążonych w głębokiej depresji. Zdecydowanie chodzi mi o świadomy wybór. „Byłem na tamtym świecie i chcę tam wrócić. Nie obchodzi mnie już nic innego”. Taka sytuacja wymaga interwencji psychologa, psychiatry lub osoby duchownej. Przecież powrót do zdrowia (nawet częściowy) i możliwość przeżycia kolejnych lat zostały nam dane w konkretnym celu. Tak czy inaczej warto bacznie obserwować bliskie nam osoby, które wróciły ze wspomnieniami „tamtego świata”. Miłość, troska i właśnie nasze zainteresowanie to bezpieczne cumy, które w razie potrzeby pomogą odzyskać równowagę i utrzymają takiego człowieka na powierzchni  do czasu aż spojrzy na życie z właściwej perspektywy.

29total visits,1visits today

Tagi , , .Dodaj do zakładek Link.

Jedna odpowiedź na „Tam i z powrotem ?

  1. ~Dominik mówi:

    Edal,

    Jak zawsze spodobal mi sie Twoj ostatni wpis. Daje zupelnie inny punkt widzenia w porownaniu z tym lansowanym przez wszystkich, czyli resuscytacja za wszelka cene. Niestety i Tobie udalo sie wpasc w te pulapke piszac w ostatnim akapicie piszac: ” utrzymają takiego człowieka na powierzchni do czasu aż spojrzy na życie z właściwej perspektywy”. Co jest ta perspektywa? Dalsze zycie czy tez pozegnanie sie ze swiatem doczesnym.

    pozdrawiam

    Wierny czytelnik

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *