Margaret Ann Lembo „Terapia czakr. Równowaga energetyczna gwarancją zdrowia”

Margaret Ann Lembo jest duchową uzdrowicielką i terapeutka oraz Mistrzynią Reiki z dwudziestoletnim doświadczeniem. Każdy rozdział jej książki potwierdza wiedzę i wysokie kwalifikacje autorki. „Terapia czakr. Równowaga energetyczna gwarancją zdrowia” to praktyczny poradnik bazujący na pracy z kamieniami szlachetnymi, kryształami, kolorami i olejkami eterycznymi, które Margaret z powodzeniem wykorzystuje w swojej praktyce terapeutycznej.

Jak sama mówi : „wszystko jest energią. Nawet nasze ciała fizyczne otoczone są aurą oraz niewidzialnym polem eterycznym (…). Energia przepływa przez nasze ciała siecią meridianów, czyli kanałów energetycznych. Stosowane od tysięcy lat leczenie za pomocą medycyny chińskiej i akupunktury opiera się na równoważeniu przepływu energii przez meridiany bezpośrednio powiązane z systemem czakr”.

Książka podzielona jest na rozdziały poświęcone poszczególnym czakrom. Każda z czakr została szczegółowo scharakteryzowana na poziomie oddziaływań fizycznych i duchowych. W przypadku zaburzeń autorka proponuje różne metody równoważenia pracy czakramów.

Książka napisana jest bardzo przystępnym i zrozumiałym językiem, dzięki czemu każdy może skorzystać z zawartych w niej porad. Dużym atutem są kolorowe ilustracje przedstawiające 75 rodzajów kamieni szlachetnych oraz Tablice z wykazem dźwięków, kolorów, kamieni i olejków eterycznych, które są powiązane z naszymi czakrami, umieszczone na końcu książki.

Za szczególnie istotne w dzisiejszych czasach ( stres!) uważam oczyszczanie energetyczne zarówno naszych czakr jak i mieszkań. Zapewniam, że zabiegi te nie są szczególnie skomplikowane, a mogą przynieść olbrzymią poprawę naszego życia i zdrowia.

Zdecydowanie polecam !

Książka ukazała się nakładem Studia Astropsychologii

Do nabycia TUTAJ

Skuteczne metody komunikacji

Wobec korespondencji, którą od Państwa otrzymuje doprawdy trudno pozostać obojętnym. Każda wiadomość to kolejna ciekawa relacja, dowód na istnienie świata, którego mieszkańcy choć są niewidoczni gołym okiem, to okazują nieustanne zainteresowanie naszymi sprawami. Przekazują wiadomości, ostrzegają i troszczą się o nas .

Nasi opiekunowie działają często w zakamuflowany sposób. Dla mnie to oczywiste i jasne. Gdyby mieli ukazać się w swojej prawdziwej formie, lub manifestowali swoją obecność, jako anioł w ujęciu lansowanym przez ikonografię chrześcijańską, to na widok wielkich skrzydeł i jasnej poświaty ludzie lądowali by w szpitalu, a nie zastanawiali nad treścią konkretnego przekazu. Innymi słowy uważam , że widzimy i słyszymy to, na co jesteśmy gotowi. Forma przekazu dostosowana jest do okoliczności i jeśli sytuacja tego wymaga ma zachęcić nas do natychmiastowego działania.

Oto fragment poruszającej historii jednego z czytelników :

„ Żona namówiła mnie żebym napisał do pani i opowiedział historię, która przydarzyła mi się trzy lata temu. Jeżdżę ciężarówką i po długim kursie wracałem do domu. Jadę sobie spokojnie i nagle na drodze widzę psa. Wypisz, wymaluj mój Barii . Pies, którego miałem przez 10 lat. Zmarł ze starości kilka lat temu. Myślę sobie pies do psa podobny, ale coś jednak nie dawało mi spokoju. Zwolniłem i tak sobie pomyślałem, że może to ostrzeżenie. Po kilku kilometrach znowu widzę na drodze tego psa. Zdecydowałem, że czas się zatrzymać i wypić jakąś kawę na oprzytomnienie. Nagle patrzę, a tu na drodze stoi Tir na światłach awaryjnych, minąłem go i popatrzyłem we wsteczne lusterko i co widzę? Barii stoi obok tego Tira i wyje. Wie Pani, aż mi się zimno zrobiło, zaparkowałem na poboczu i podszedłem do tego Tira. Psa tam nie było, ale patrzę, a obok Tira na takiej górce leży nieprzytomny człowiek. Nachyliłem się nad nim. Nie poczułem alkoholu, ale on nie reagował zupełnie. Wezwałem Policję i Pogotowie. (…) Jak się okazało był to zawał. Tego człowieka udało się uratować i do dziś utrzymujemy dobry kontakt. Moja żona powiedziała, że to Anioł Stróż chciał żebym zrobił dobry uczynek. Nie wiem o co w tym wszystkim chodzi, ale faktem jest, że lata temu kiedy umarła moja babcia Barii wył całą noc jak oszalały. Nie dało się go uspokoić. Babcia mieszkała w Sanoku, to jest 160 kilometrów od mojego domu rodzinnego. I wie Pani co? Kiedy na drodze spojrzałem w to lusterko to nie tylko widziałem wyjącego Barika, ale też go słyszałem.”

Jeszcze jeden list:

„(…) W prezencie ślubnym od teściów dostaliśmy grunt pod budowę domu. Nasze działki graniczą ze sobą i co muszę podkreślić, bardzo dobrze ze sobą żyjemy. Teściowa już nie pracuje, ale teść jeszcze jest aktywny zawodowo i czasem jeździ w delegacje. (…) To była letnia noc. Mój mąż już spał, a proszę mi wierzyć sen ma wyjątkowo mocny. Ja kończyłam jakąś pilną robotę i położyłam się po północy. Nagle usłyszałam dziwne dźwięki od strony tarasu. Podeszłam do oszklonych drzwi i zobaczyłam kota, który niesamowicie rozrabiał. Zrzucił mi dwie doniczki, przewrócił suszarkę i jeszcze parę innych rzeczy. Wkurzyłam się bo włożyłam wiele pracy w upiększanie tarasu. Otworzyłam drzwi i przegoniłam go. Po kilku chwilach wrócił i znowu hałasował. Tym razem założyłam szlafrok i postanowiłam się z nim energicznie rozprawić. Na mój widok zeskoczył z tarasu. Poszłam za nim i w świetle latarni zobaczyłam przepiękne zwierzę. Kot był wyjątkowo duży i miał wielkie zielone oczy. Nigdy wcześniej nie widziałam takiego w okolicy. Wiedziona jakimś przymusem wewnętrznym chciałam go dotknąć. Przeszłam kawałek, a kot odskoczył, ale nie uciekł tylko siedział na krawędzi trawnika jakby chciał żebym za nim szła. Poszłam. W pewnej chwili przeskoczył płot na posesji moich teściów. Ze zdziwieniem zauważyłam, że pali się u nich światło w salonie i w kuchni. Zaniepokoiło mnie to, bo teściowa była sama w domu, a zwykła kłaść się spać z kurami. Zawróciłam do domu, żeby obudzić męża. Na tarasie znów siedział ten kot jakby pilnował czy robię to, co on chce. Z mężem poszliśmy do domu rodziców i okazało się, że teściowa leży nieprzytomna na podłodze. Wezwaliśmy pomoc.(…) Miała udar i szybka pomoc okazała się niezwykle ważna. Teraz już doszła do siebie i jest dobrze. Pytałam wszystkich mieszkańców okolicznych domów czy ktoś ma lub widział w okolicy takiego kota? Wszyscy zaprzeczali. Sama nie wiem, co mam o tym myśleć. Kot na balkonie był i ślady jego demolki również. Gdyby nie on to oczywiście nie latałabym w szlafroku po całym terenie i nie odkryłabym , co spotkało moją teściową. I jeszcze to, że wrócił kiedy pobiegłam po męża, a potem zniknął jak kamfora.”

Czy można znaleźć racjonalne wytłumaczenie dla opisanych sytuacji? Owszem można, jak mawiają ludzie szczególnie asertywni” wszystko można zrobić”. Ja dodaję od siebie, ale nie wszystko warto robić. W opisanych przypadkach dzięki szybkiej reakcji uratowano ludzkie życie. W czasach znieczulicy i obojętności , w czasach gdy po prostu strach zatrzymać samochód gdzieś na odludziu , taka „zachęta” ze strony Opiekunów jest niezbędna, a dla tych którym ratunek niesiemy , jest błogosławieństwem. Widać, że Opiekunowie to istoty praktyczne, które rozumieją zasady prawidłowej komunikacji i z definicji działają skutecznie.

Na zakończenie jeszcze jedna historia:

„Moja mama twierdziła że gdyby nie pies, który jej się ukazał mój tato wypadłby z okna. Mama spała i nagle poczuła że coś liże ją po ręce. Otworzyła oczy i ze zdziwieniem stwierdziła że to duży czarny pies, który błagalnym wzrokiem jakby prosił żeby szybko poszła za nim do kuchni. Postanowiła za nim pójść i zobaczyła że mój ojciec o mało co nie wypadnie z okna…Przyszedł z pracy zmęczony, chciał powyglądać w oknie i chyba zasnął…mama w ostatniej chwili wciągnęła go za nogi…Zawsze twierdziła że zjawa psa uratowała mu życie. Chyba nie muszę mówić że nie mieliśmy psa nawet nikt z sąsiadów. Gdy mama wciągnęła ojca po psie nie było śladu…Tak zastanawiam się czasem nad tym co opowiadała mama ale mówiąc to była zawsze tak przejęta że nie sposób podejrzewać było ją o oszustwo…”

 

Izabela Ptak- kobieta wielu talentów

Do galerii postaci niezwykłych, którą staram się systematycznie poszerzać, dołącza dzisiaj Izabela Ptak . Poetka, malarka, grafolog, terapeuta naturalny, masażystka (w pracy używa wielu technik w tym masażu ajurvedyjskiego Abjanaga), piękny człowiek po prostu.

 

„Wielbiciel wyobraźni

stwarza słowo na nowo

nadaje sens i znaczenie

pomiędzy ponad i poza

zwykłą oczywistość”

Wiersz z tomiku „Wyspy Purpurowe” będzie mottem tej rozmowy.

Biuro Duchów : Izuniu śledzę Twoją twórczość i szczerze podziwiam za ciepło i spokój, za szczerość pozbawioną ekshibicjonizmu, a przede wszystkim za to , że w tak krótkich utworach potrafisz zawrzeć wiele treści.

Izabela Ptak : Nie wiem jak to się dzieje, ale  nie potrafię pisać inaczej. Jesteśmy zewsząd otoczeni „gadającym głowami”. Mam wrażenie, że tak na prawdę nikt już nikogo nie słucha, że giniemy w natłoku informacji. Dla tego nie chcę czytelnika przytłaczać. W długich formach poetyckich czasami coś się rozmywa, traci na ostrości. Bywa, że sam autor gubi wątek, więc tym bardziej nie znajdzie go czytelnik. Natomiast jeśli mnie się udaje kogoś taką krótką formą poetycką zaciekawić i  zachęcić do refleksji poczytuję to sobie za sukces.

BD: Ogromna dbałość o elegancję i precyzję słowa to zdecydowanie atut Twoich wierszy. Powiedziałabym , że działasz z precyzją snajpera, celnie trafiając w ludzką duszę.

IP: (śmiech) Mam nadzieję, że te strzały są pełne dobrej energii, która daje czytelnikowi to czego w danej chwili potrzebuje najbardziej. Jestem przekonana, że o to właśnie chodzi w szeroko pojętych działaniach twórczych, w sztuce po prostu. Sztuka ma otwierać człowieka na innych i na siebie samego. Pomagać wyczarować właściwe słowa kiedy brak słów i nazywać emocje z którymi się zmagamy, lub którym się poddajemy.

BD: I tu pojawia się kolejne pytanie. Piszesz krótko , wyraźnie dążąc do puenty. Natomiast w Twoich obrazach jest bardzo dużo nieskrępowanej energii i mam wrażenie dużo auto ekspresji. Czy malarstwo i poezja to jednak dwa różne kanały przekazu?

IP: To dwie odmienne formy artystyczne z tym się zgodzę. Jednak zawsze każde słowo i każda kropka na płótnie są moje i są prawdziwe. Jednym słowem źródło jest to samo, choć czasem różna bywa inspiracja. Wiersz to gra słów, obraz to między innymi gra kolorów. Wszystko zależy od wyobraźni odbiorcy i jego osobistej percepcji. Maluję intuicyjnie. Prosto z potrzeby serca. Rzadko wiem, co to będzie zanim zacznę. Dla mnie samej jest to przygodą, podróżą w głąb siebie. Wszystkie obrazy kocham. Wszystkie mają tytuły i z każdym łączy się jakaś mikro historia. Ostatnio zaczęłam malować na zamówienia.

BD: Na swojej stronie Body Art Holis złożyłaś taką oto deklarację: „Uważam za absolutnie magiczny moment, kiedy kciukiem zanurzonym w ciepłym olejku, dotykam miejsca pomiędzy brwiami, rozpoczynając tym masaż ajurvedyjski. Może być on przeżyciem wejścia w głąb siebie, dla tego kto mu się poddaje”.

IP: Dokładnie tak jest. Znasz Ajurvedę oraz masaż Abjanga i sama wiesz jak wielkim przeżyciem nie tylko dla osoby masowanej jest każdy zabieg. To nie sportowa rąbanka/siekanka. Podczas wykonywania masażu Abjanga masażysta pozostaje w stałym kontakcie z ciałem drugiej osoby. Jest to trudna technika , która wymaga pełnej koncentracji. Nie ma mowy o planowaniu obiadu na następny dzień. Poza tym zawsze przed rozpoczęciem masażu staram się porozmawiać z klientem, wczuć się w jego nastrój, sprawdzić jaką energią dysponuje i gdzie aktualnie posiada niedobory. Wszystkie działania zmierzają w jednym kierunku, do tego fantastycznego momentu kiedy człowiek wstaje po masażu i mówi „czuje się cudownie, jestem taki lekki”. Znaczy to, że napięcie znalazło swoje ujście, a ciało doceniło dobrodziejstwo  terapii. No i jak Ci zapewne wiadomo, podczas takiego masażu czasami uwalnia się coś jeszcze. Opuszcza ciało energia, która w największym skrócie, nie służyła osobie. Wtedy dochodzi do prawdziwych przebudzeń.

BD: Nic dodać nic ująć. W technice Abjangi trudno pominąć wymiar metafizyczny. A skoro o tym mowa czy w Twoim życiu miałaś do czynienia z niecodziennymi zjawiskami? Czy, jeśli mogę zapytać, miewasz intrygujące sny?

IP: Odpowiem w ten sposób. Nie zdarzają mi się sny typowo profetyczne. Myślę, że na swój sposób każdy sen jest niezwykły, ponieważ pozwala nam zajrzeć w głąb siebie , a czasami odreagować to co budzi niepokój lub zastanawia. Sen wprowadza nas łagodnie w inny wymiar , co bywa pretekstem chociażby do kontaktów z bliskimi zmarłymi. Tego rodzaju sny miewam i doceniam wszystkie otrzymane tą drogą wskazówki czy ostrzeżenia. Jak wiesz moją wielką pasją są podróże. Kiedy człowiek znajduje się na innym kontynencie , zwłaszcza w dzisiejszych niespokojnych czasach, otuchy dodaje myśl, że Ktoś nad nami czuwa. Poza tym podziwiając piękno Natury nie sposób oprzeć się przejmującemu wrażeniu obecności Boga. Całe piękno tego świata ma swojego Autora i jest to dzieło wszechczasów. Absolutnie doskonałe, przemyślane i pełne Miłości. Najtrafniejsza refleksja jest taka: każdy z nas nosi w sobie maleńką cząstkę Autora ! To rodzaj wyzwania , któremu mamy szansę sprostać budując siebie każdego dnia. Nie ma czynności zwykłych. Wszystko może być sztuką.

BD: Jakieś przykłady ?

IP: Cudnie podany obiad, to dzieło sztuki na talerzu. Ładnie zaaranżowane wnętrze, czy ogród, to również małe dzieła sztuki. Troska o piękno języka wystarczy, aby wszystko wydawało się lepsze ponad i poza zwykłą oczywistość. Możemy, podążając za przykładem Boga Autora kreować rzeczywistość i mieć wpływ na to, jaką formę ma świat w którym żyjemy. Róbmy wszystko żeby był dobry i piękny właśnie.

BD: Dziękuję za rozmowę i do następnego spotkania !

Moja-Galaktyka-Izabela-Ptak

feniks-Izabela-Ptak

Nie na wszystko jesteśmy gotowi

Pragnę dzisiaj odnieść się do tematu lęku przed kontaktem z duchami. Nawet jeśli są to duchy bliskich nam osób w momencie pełnej lub częściowej materializacji wpadamy w panikę. Zdarza się, że samo przypuszczenie iż osoba zmarła znajduje się blisko nas napawa trwogą i prowokuje reakcje, których sami po sobie byśmy się nigdy nie spodziewali.

Mam wrażenie, że źródłem tego lęku sterują dwa mechanizmy. Pierwszy z nich to przekaz kulturowy. Od najmłodszych lat dowiadujemy się od osób, którym ufamy, że dusza ludzka istnieje i jest nieśmiertelna. Słuchamy opowieści z dreszczykiem bądź to z ust naszych dziadków, bądź na przykład na obozach czy koloniach. Kultura masowa kreuje (rzec można na pęczki) przeróżne historie z duchami w tle lub nawet duchem w roli głównej. Pół biedy jeśli mamy do czynienia z filmami wybitnymi (polecam film „Inni” z Nicole Kidman). Takie dzieła zawierają pewien ładunek emocjonalny i nie pozostawiając widza obojętnym zmuszają do przemyślenia wielu aspektów życia i śmierci. Gorzej kiedy mamy do czynienia ze szmirą lub filmami, których jedynym celem jest doprowadzenie widza do skrajnego przerażenia. Po obejrzeniu takiej produkcji własny kot, wyłaniający się nagle z ciemności może stać się przyczyną zejścia śmiertelnego.

Drugi mechanizm to nasza własna aura. Jestem przekonana, że nasza aura to w znacznej mierze specyficzny acz bardzo skuteczny system wczesnego ostrzegania. Każdy z nas ma aurę, która doskonale odzwierciedla nie tylko stan emocjonalny, ale w nie mniejszym stopniu, stan zdrowia i nasze myśli. Mniej lub bardziej świadomie reagujemy na aury innych ludzi. Nie bez kozery zdarza nam się kogoś nie lubić, mimo że kiedy pragniemy racjonalnie uzasadnić tę niechęć, nie znajdujemy żadnych argumentów na jej wytłumaczenie. W ten sam sposób rozpoznajemy tak zwane „wampiry energetyczne” czy chociażby nieszczere, kłamliwe i dwulicowe osoby. Wyobraźmy sobie, co by się działo gdyby ten system ochronny nie wykrywał obecności bytów bezcielesnych? No cóż, byłoby z nami źle. Każda istota pozbawiona ciała, a więc możliwości pożywiania się mogłaby dosłownie garściami czerpać z naszej energii, a my nieświadomi niczego zmienialibyśmy się w bezwolnych żywicieli.

Z tej przyczyny niechęć do kontaktów z duchami manifestująca się jako strach jest zdrową reakcją obronną organizmu.

Pozwolę sobie zilustrować sytuację przykładami:

„Babcia była osobą związaną ze mną od moich narodzin aż do moich 15 urodzin (babcia pilnowała mnie jako dziecko, później chodząc do szkoły spędzałam u babci większość czasu).
Babcia od lat chorowała miała kilka zawałów serca + przeszła śmierć kliniczną (o której nigdy nie ciała opowiadać). Zmarła na zawał w wieku 60 lat, ja miałam wówczas 15 lat nie byłam więc już małym dzieckiem ale jej śmierć bardzo przeżyłam…do pewnego zdarzenia doszło właśnie w dzień jej śmierci. Ponieważ babcia zmarła w domu to moja mama z tatą poszli się z nią pożegnać…zostałam w domu z 4 letnim bratem który jak teraz pomyślę spał w drugim pokoju.Wszystko zaczęło się od „przygaszającego” się gazu na kuchence. Wiadomo jak to bywa, spadki gazu, złudzenia optyczne itd…piętnastolatka potrafi znaleźć sobie wytłumaczenie 🙂 ale nagle poczułam obecność kogoś…zapytałam „babciu to ty?” gaz znów zmalał i po chwili powrócił do pierwotnej postaci, miałam wrażenie że ktoś siedzi w fotelu, bardzo się przestraszyłam i nie mogąc opanować płaczu, strachu schowałam się pod koc…nie wiem ile ten stan trwał nie jestem w stanie tego opisać, ale rodzice wrócili i nie mogli mnie uspokoić. Przez krzyk i łzy powiedziałam mamie co się wydarzyło po czym ona tylko wykrzyczała: Mamo! dlaczego ją straszysz? tak bardzo ją kochałaś” i to wszystko się zakończyło……………..Bałam się iść na pogrzeb, mama powiedziała coś czego nie rozumiałam że mam się nie bać i pierwsze co to z daleka spojrzeć babci na nogi…hmmm do dziś nie wiem dlaczego ale to pomogło. Pożegnałam się z ukochaną mi osobą.”

Drugi mail był bardzo długi w związku z czym postanowiłam go dla Państwa streścić. Otóż Pani Emilka w wieku lat szesnastu straciła ukochanego dziadka. Dziadek, najpierw pojawił się we śnie, co ją ucieszyło bo bardzo za nim tęskniła. Któregoś wieczoru tuż przed zaśnięciem zobaczyła dziadka w rogu pokoju. Zamknęła oczy myśląc, że to tylko złudzenie. Kiedy ponownie je otworzyła dziadek stał tam nadal i uśmiechał się do niej. Uciekła z pokoju i zaalarmowała rodziców. Na początku jej nie uwierzyli. Widzenie, które miała uznali za objaw żałoby i wybujałej wyobraźni nastolatki. Postać dziadka manifestowała się jeszcze kilkakrotnie. Pani Emilka nadal reagowała emocjonalnie choć nieco spokojniej niż za pierwszym razem. Przez myśl jej nie przeszło żeby się odezwać i poprosić dziadka aby odszedł. Sytuacja rozwiązała się kiedy dziadek ukazał się swojej córce czyli mamie Pani Emilki. Kobieta była przerażona i krzyczała „tato odejdź stąd, odejdź gdzie twoje miejsce”. Więcej wizyt nie było.

Ja sama przeżyłam podobną sytuację:

http://biuro-duchow.blog.onet.pl/2013/06/15/znak-z-zaswiatow/.

Kopiuję link ponieważ nie chcę się powtarzać.

Czasami jest nam przykro, że nakrzyczeliśmy na swoich bliskich zmarłych, którzy próbowali zbliżyć się do nas w jedyny dostępny sobie sposób. Mamy wrażenie, że potraktowaliśmy ich grubiańsko, że zachowaliśmy się histerycznie. Ta ostatnia myśl pojawia się zwłaszcza w głowach osób, które w życiu doczesnym chcą kontrolować siebie i wszystko wokół. Nie na każde zdarzenie jesteśmy gotowi. Choć w gruncie rzeczy sami jesteśmy przede wszystkim duszami to jednak pewne sytuacje narzucają na nas ograniczenia. Wszystko ma swój czas i swoje miejsce. Kiedy porzucimy fizyczną powłokę to będzie właściwy czas na kontakt z innymi bezcielesnymi. A miejsce spotkania? Podobno każdy ma takie niebo jakie sobie wymarzy.

Islam to nie tylko religia.

Podczas tegorocznych wakacji spędziłam dwa tygodnie w Niemczech. Miałam okazję przyjrzeć się z bliska aktualnej sytuacji i wysłuchać głosu tak zwanych zwykłych obywateli tego kraju. Bez dwóch zdań Niemcy mają powody do niezadowolenia i nie dziwię się narastającej wśród nich niechęci do Muzułmanów. Szkoda tylko, że polskie media głównego nurtu, nazywają ludzi mówiących głosem rozsądku neonazistami i islamofobami. Niemcy widzą, co dzieje się z ich krajem i na własnych barkach dźwigają ciężar utrzymania kolejnych emigrantów, a tych przybywa w zastraszającym tempie. W wielu gazetach i portalach pojawiły się publikacje dziennikarzy krajowych i zagranicznych, którzy przypominają (wypominają?) Polakom emigracyjną przeszłość. A to po powstaniu styczniowym, a to w okresie Solidarności czy wreszcie świeżutką falę emigracji z ostatnich lat. Podkreśla się jak dobrze byliśmy przyjmowani przez inne kraje i na jaką skalę udzielano nam pomocy. Sugestia jest prosta: mamy olbrzymi dług wdzięczności do spłacenia zarówno wobec Europy jak i reszty świata.

Taka sugestia jest w mojej ocenie wielkim nadużyciem i obrzydliwą manipulacją. Polacy nie są nikomu nic winni. Swój dług wobec społeczności, które nas przyjmowały spłacaliśmy i spłacamy na bieżąco. Wielu Polaków oddało życie broniąc swojej nowej ojczyzny. Ginęli „Za wolność naszą i waszą” na frontach wszystkich wojen. Od czasów najdawniejszych po dziś dzień. Odwaga polskiego żołnierza nie ma sobie równych i nawet tak emocjonalnie chłodny naród jak Anglicy oddawał cześć polskim lotnikom ustami premiera Churchilla „Nigdy w dziejach wojen tak liczni nie zawdzięczali tak wiele tak nielicznym”. Kazimierz Pułaski jest bohaterem Stanów Zjednoczonych i wzorem do naśladowania dla żołnierzy. 11 października jest w USA Dniem Pamięci Generała Pułaskiego. Przypomnijmy polskich matematyków, którzy złamali kod Enigmy. Przywołajmy żołnierz z Monte Casino, Tobruku i wielu innych pól bitewnych. Doprawdy nie mamy się czego wstydzić.

Współcześnie Polak emigrant pracuje, uczy się języka i poznaje obyczaje kraju, w którym mieszka. Jednym słowem asymiluje się z lokalną społecznością. Dzieci uczęszczają do szkoły i nawiązują kontakty z rówieśnikami. Polak emigrant to często lekarz, informatyk, mechanik, jednym słowem specjalista w swojej dziedzinie. W ten sposób również spłacamy dług wdzięczności wobec narodów przyjmujących nas w swoje granice.

Powstaje pytanie, co dają Europie emigranci z krajów arabskich? Moim zdaniem nic. Oczywiście pomijając chaos, problemy i niezliczoną ilość wydatków. Nie asymilują się zachowując przy tym bardzo roszczeniową postawę. Dla tego jestem przekonana, że nawałnica napływająca obecnie do Europy to nie jest tłum uchodźców tylko najazd barbarzyńców, którzy rozsadzą kontynent od środka. Na większości zdjęć i filmów nie widać kobiet i dzieci tylko mężczyzn w wieku poborowym, którzy bynajmniej na zagłodzonych nie wyglądają. Nasuwa się automatycznie kolejny wniosek: ci mężczyźni ratując siebie pozostawili na pastwę losu kobiety oraz dzieci i jak ostatni tchórze uciekli do Europy. A jeśli to tylko gra pozorów?

Bajecznie bogate państwa takie jak Katar, Dubaj czy Emiraty Arabskie pozostają nieme i głuche na krzyk rozpaczy swoich braci w wierze. Według szacunkowych danych w Polsce przebywa obecnie około 25- 30 tyś. Muzułmanów, którzy mają swój związek wyznaniowy oraz organizacje reprezentujące ich interesy w naszym kraju. Czy ktoś z Państwa słyszał aby owe organizacje lobbowały na rzecz uchodźców ? Czy naczelny mufti w Polsce zająknął się nad tragicznym losem swoich współwyznawców? Czyżby uznał, że nie ma takiej potrzeby?

Bodajże wczoraj na jednym z portali trafiłam na wypowiedź dziennikarza (nie zapamiętałam nazwiska tego mędrca) wmawiającego nam, że muzułmanie w gruncie rzeczy zaczynają się liberalizować. Nigdy nie słyszałam większej bzdury. Muzułmanie mogą przeprowadzać się wiele razy, ale swoich obyczajów nie zmieniają. Nie liberalizują się tylko przeciwnie radykalizują i jeśli to tylko możliwe tworzą zamknięte społeczności, które bardzo szybko stają się enklawą wszelkiej maści ekstremistów. Czy tak trudno jest pojąć, że islam to nie tylko religia i obyczaj? Czy trzeba geniusza, żeby zrozumieć iż w swojej istocie islam to stan umysłu?

Panowie dziennikarze i politycy, żebyście nie wiem ile razy pisali dobrze o muzułmanach, karmili ich, ratowali, leczyli i finansowali, to dla nich pozostaniecie na zawsze niewiernymi psami lub głupimi giaurami z których się śmieją.

Pani minister Mucha wspomniała o tym, że przyjęcie uchodźców „ubogaci nas kulturowo”. Nie chcę mieć sąsiadów w których kulturze i moralności mieści się zalegalizowana pedofilia (małżeństwa między starszymi panami i 10-12 letnimi dziewczynkami), tak zwane honorowe zabójstwa czy oblewanie żony kwasem solnym, bo nie dość dobrze sprząta. Nie chcę mieć sąsiadów, którzy nie dostosowują się do zasad panujących w naszym kraju i mogą mnie bezkarnie obrażać (nie odpowiem bo oskarżą o atak na tle rasowym). Nie chce mieć sąsiadów, którzy dumnie opowiadają o kuzynie w szeregach Państwa Islamskiego.

Pani minister (Jak większość polityków) zamknięta w swoim apartamencie na strzeżonym osiedlu będzie się ubogacać kulturowo, jedząc kebab, słuchając muzyki arabskiej i nacierając ciało orientalnym olejkiem. Łatwo mówić o pewnych rozwiązaniach jeśli ma się przy tym świadomość, że ich zastosowanie w żaden sposób nas nie dotknie. Czyż nie ?

Reasumując: Owszem przyjmujmy chrześcijan. Prześladowanych i poniżanych, żyjących w ciągłym zagrożeniu, krzyżowanych i palonych żywcem. Prawdziwe ofiary tej wojny. Dla tych ludzi musi znaleźć się miejsce w Europie i w samym jej sercu czyli Polsce. Sprawdzajmy każdego dwa razy aby nie wpuszczać wyszkolonych morderców z wypranym mózgiem dla których zabicie niewiernego to po prostu powołanie.

Z mojego punktu widzenia nie ma nic ważniejszego od utrzymania pokoju i stabilności w Europie. To nasza matka, nasza kolebka z której możemy być dumni. Z tej właśnie przyczyny pewne (nomen omen) granice powinny zostać zachowane.

Salam Alejkum, Namaste, Pokój Nam Wszystkim.

Nic na siłę, proszę nic na siłę!

Piszecie Państwo do mnie w różnych sprawach. Otrzymuję korespondencję od osób, które niedawno utraciły kogoś bliskiego i szukają wsparcia oraz odpowiedzi na dramatyczne pytanie; dlaczego On/Ona musiał odejść? Dlaczego dobrzy ludzie cierpią i umierają w męczarniach? Czasami proszona jestem o pomoc w wyjaśnieniu okoliczności śmierci. Jeśli jestem w stanie zawsze staram się pomóc. Spora grupa Czytelników dzieli się ze mną swoimi przeżyciami z pogranicza śmierci lub z szeroko pojętej sfery paranormalnej. Za wszystkie maile bardzo dziękuję.

Zdarzają się jednak maile, które bardzo mnie drażnią i napawają niechęcią. Chodzi mi o wiadomości pisane przez ludzi, którzy desperacko pragną nawiązać kontakt z osobą zmarłą lub innymi metodami uzyskać wskazówki w sprawie dóbr materialnych przez nią ukrytych. Choć często listy te pisane są w sposób bardzo elegancki, a autor wznosi się na wyżyny sztuki epistolarnej (byle tylko nie nazywać rzeczy po imieniu) to treść od tych zabiegów nie zyskuje. Jak mawia pewien ojciec z Torunia: „Nie mylmy szamba z perfumerią”.

W skrócie korespondencja ta wygląda mniej więcej tak: „ Moja ciotka/babka/stryjek za życia zgromadzili sporo złota/kosztowności/waluty. Na własne oczy widziałem szkatułki/słoiki/pudełka z których dobra wręcz przelewały się na zewnątrz. Jestem/jesteśmy jedyną rodziną i oczekiwaliśmy tego spadku (moim zdaniem powinno być czekaliśmy na ten zgon, ale kłócić się nie będę). Ciotka/babka/stryjek żyli skromnie. Po przeszukaniu mieszkania/domu/ogrodu nigdzie nie znaleźliśmy owych precjozów/waluty. Powstaje pytanie- gdzie zostały ukryte? (gdzie ta stara sknera je ukryła). Jesteśmy spadkobiercami i nam się to po prostu należy.

Niektórzy spadkobiercy łatwo się nie poddają ”wynajęliśmy człowieka , który sprawdził teren wykrywaczem metali”, „Wezwaliśmy radiestetę”, „Byliśmy na seansie i dziadek powiedział, że schował to i owo w garażu i przedpokoju. Niestety po skuciu kafelek i zdarciu boazerii nic nie znaleźliśmy. Dziadek z nas zakpił albo ta kobieta z seansu była jakaś głupia”.

Drodzy, zawiedzeni spadkobiercy jedno jest pewne: nic wam się nie należy. Każda osoba (pomijając oczywiście ubezwłasnowolnione sądownie) do ostatnich chwil swej ziemskiej egzystencji ma prawo w pełni decydować o swoim majątku. Powołujecie się na więzy krwi, na tradycję i rodzinne obyczaje. Zapytam nieśmiało: gdzie byliście kiedy krewny was potrzebował? Ile razy daliście do zrozumienia, że jest zbędny, że marudzi, że nie macie dla niego czasu? Czy przez więzy krwi i tradycję rozumiecie telefon lub kartkę z życzeniami trzy razy do roku?

Jeśli jak twierdzicie ktoś babcię/ciotkę/stryjka omotał i namówił do przekazania swojego majątku to pytam gdzie wtedy byliście? Oczywiście nie neguje, że trafiają się sprytni naciągacze. W polskich sądach toczą się sprawy o podważenie wiarygodności testamentu. Rodziny sądzą się tak z osobami świeckimi jak i duchownymi. Zdarzają się zwłaszcza zakony, które choć z nazwy ubogie i bose to mieszkaniem w dobrej lokalizacji nie pogardzą.

Zapytam zatem raz jeszcze, gdzie byliście spadkobiercy kiedy owi „opiekunowie” systematycznie odwiedzali seniora i zapewniali mu to czego pragnął tj. zainteresowanie i opiekę? Starsi ludzie bywają naiwni, ale w sprawach dziedziczenia nie jest łatwo przekonać ich aby de facto wydziedziczyli wnuki/bratanice/siostrzeńca i przekazali dorobek życia obcej osobie lub jakiejś instytucji. Taki senior-delikwent musi być urabiany miesiącami jeśli nie latami żeby postąpił zgodnie z wolą swoich „opiekunów”.

Poruszę jeszcze temat seansów spirytystycznych i wykorzystywania pozyskanej tam wiedzy do celów eksploracyjnych. Po pierwsze uważam, że ściąganie duszy z innego wymiaru w celu wypytania o lokalizację szkatułek/słoików/pudełek jest tak wielkim nietaktem, że aż brak mi słów aby to wyrazić. (Oczywiście brak mi słów w języku ludzi kulturalnych. W każdym innym służę bardzo mięsnymi określeniami).

Przy stoliku gromadzi się energia osób uczestniczących w seansie. Jak wiemy prawo sympatii lub jak kto woli zasada przyciągania podobieństw działa we wszechświecie bez zarzutu, a co za tym idzie możemy się spodziewać, że przy stoliku „spadkobierców” pojawi się byt odpowiadający ich nastawieniu. Taki nieproszony gość ma zapewne niezły ubaw odpowiadając na zadane pytania. Jeśli nawet na to zaproszenie zareaguje ów zmarły krewny to pytam jakie jest prawdopodobieństwo, że z perspektywy zaświatów, zmieni zdanie i ujawni ukryte przedmioty? Moim zdaniem niewielkie bądź żadne.

Zawiedziony spadkobierco, skoro nie interesowałeś się krewnym za życia, to po śmierci tym bardziej daj mu spokój. Jeśli coś ze swego majątku ukrył, to miał do tego prawo. Jeśli przekazał na inny cel niż zasilenie Twojego konta, widocznie taka była jego wola.

Zawiedziony spadkobierco stań przed lustrem tam znajdziesz powód jego/jej decyzji.

 

Wielkie święto Bułhakowa ! Spektakl „Bułhakow, Mistrz, Małgorzata” w reżyserii Andrzeja Marii Marczewskiego.

W wieku osiemnastu lat po raz pierwszy przeczytałam powieść Michaiła Bułhakowa „Mistrz i Małgorzata”. Pokochałam tę książkę miłością pierwszą. Od tej chwili przeczuwałam, że czeka nas wiele wspólnych lat, powrotów i rozstań, niełatwych pytań i jeszcze trudniejszych odpowiedzi. Jednym słowem skomplikowany lecz głęboki związek. Mijały lata, zmieniałam się ja i moja relacja z tą niezwykłą książką. Po młodzieńczej fascynacji, przyszedł czas na dojrzałą refleksje. Patrząc z nowej perspektywy pojęłam mistyczny i metafizyczny wymiar prozy Bułhakowa. Pełni jego geniuszu nie obejmie chyba nikt.

Książka Bułhakowa miała sporo adaptacji filmowych i teatralnych. Nie tak wiele jednak, jak można by się spodziewać, zważywszy inne porównywalne arcydzieła literatury światowej. Wniosek nasuwa się sam. Ta wielowątkowa powieść, rozgrywająca się jednocześnie na kilku płaszczyznach to wielkie wyzwanie dla każdego reżysera. Trzeba talentu, odwagi i miłości żeby stanąć z otwarta przyłbicą i zmierzyć się zarówno z legendą „Mistrza i Małgorzaty” jak i z własnym ego. Zmierzyć się i wyjść z tej próby zwycięsko.

Andrzej Maria Marczewski, jako dyrektor Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu, 35 lat temu doprowadził do polskiej prapremiery tego arcydzieła.

Jak sam mówi: ” ‚Mistrz i Małgorzata’ stał się dla mnie najważniejszą i ogromnie bliską lekturą, odkąd, jeszcze w czasie studiów, miałem okazję przeczytać drukowany w odcinkach w radzieckim czasopiśmie ‚Moskwa’ oryginał utworu. Książka jest nie tylko uczciwa, ale i magiczna. Przeszedłem moskiewskim szlakiem przygód bohaterów powieści i śladami jej autora. Miałem okazję rozmawiać z Lubow Biełozierską-Bułhakową, drugą żoną pisarza. Byłem na grobie Bułhakowa, na cmentarzu Nowodiewiczym, gdzie został pochowany niedaleko Czechowa i Stanisławskiego. Na zamalowanych graffiti ścianach klatki schodowej przy ulicy Sadowej można dziś przeczytać inskrypcję: ‚Woland, wróć!’.”

Cóż, zazdroszczę tych doświadczeń. Rozumiem i podzielam fascynację.

W tej chwili z niecierpliwością dziecka czekam na premierę najnowszego projektu „Bułhakow, Mistrz, Małgorzata”, która odbędzie się 26 września w Teatrze Małym w Tychach. Przedstawienie zapowiada się przebogato: songi do których teksty napisał Andrzej Ozga, a muzykę Janusz Grzywacz wykonują Monika Węgiel i Igor Chmielnik, scenografia autorstwa Tadeusza Smolickiego i świetna gra aktorów to ogromne atuty tego przedstawienia. Oczywiście pozostaje jeszcze wisienka na torcie, ostateczny gwarant doskonałego dzieła w osobie Andrzeja Marii Marczewskiego.

Drodzy Państwo w życiu niewielu rzeczy jestem pewna, ale tej jednej tak : prawdziwa sztuka, jak prawdziwa miłość, służy wznoszeniu a nie upodleniu człowieka. Prawdziwa sztuka pokazuje jak być lepszym, zabiera w miejsca piękne i czyste, wprowadza spokój i harmonię.

Tandetne produkcje zostawmy nihilistom. Szukajmy źródeł, które nas ożywią, ubogacą i uczynią lepszymi pod każdym względem. Pozwólmy wybitnym twórcom aby nas wznosili ponieważ:

„…Każdemu dane

Będzie to, w co wierzy.

Kto wierzy w niebyt,

Ten uśnie w niebycie.

Kto w życie wierzył odnajduje życie.

Kto ufał w siłę,

Ten zderzy się z siłą.

Kto wierzył w miłość,

Odnajduje miłość…”*

 

Jeszcze raz zachęcam do wizyty w Teatrze Małym w Tychach i do niezwykłego spotkania z „Bułhakowem, Mistrzem i Małgorzatą” w reżyserii Andrzeja. M. Marczewskiego.

 

 

Cytat to fragment songu „To w co wierzysz”