Rozmyślania przed Świętem Zmarłych

 

Do tekstu o zaduszkach Krystyna Siejka

 

 

Cytowany poniżej list porusza wiele problemów naszych czasów i być może zainspiruje kogoś do przewartościowania pewnych aspektów życia.

„Pani bloga podczytuję od kilku miesięcy. Bardzo poruszył mnie ten ostatni wpis o samobójcach i dlatego, mimo wielu zajęć, postanowiłem opisać swoją historię.

Urodziłem się i mieszkałem w Warszawie. Jesteśmy jak to się teraz mówi „słoikami”- moi rodzice pochodzili z małych miejscowości i po prostu przyjechali tam na studia. Zawsze byłem bystry, bez problemu skończyłem dwa kierunki i w dobie transformacji ustrojowej rozpocząłem pracę w korporacji. Szybko pojąłem zasady gry i stopnie awansu zaliczałem w biegu. Ożeniłem się i kupiłem eleganckie mieszkanie. Było mnie stać na wszystko. Minęło kilka kolejnych lat i to ja rozdawałem awanse. Władza to jednak silny narkotyk. Pierwsze opamiętanie przyszło kiedy zostawiła mnie żona. Byłem wściekły, bo odeszła ze swoim licealnym kolegą, nauczycielem angielskiego. Wtedy uważałem, że zostawiła mnie dla frajera, który zarabia grosze. Wszystko mierzyłem w pieniądzach.

Pocieszałem się w ramionach wielu kobiet. W korporacji łatwo o seks zwłaszcza jak jest się szefem. W wyniku różnych zawirowań i zmian w polityce firmy, dowiedziałem się, że nie przedłużą ze mną kontraktu. Świat mi się zawalił. Próbowałem walczyć i szukać pracy gdzie indziej, ale proponowane oferty wydawały się poniżej mojej godności. Wylądowałem u psychiatry. Nie będę się rozpisywał dość, że dotarło do mnie, że zmarnowałem małżeństwo, zdeptałem wiele osób w drodze na szczyt i de facto to ja jestem frajerem. Postanowiłem się zabić. Miałem mnóstwo prochów więc wydawało się to bardzo proste. Zaplanowałem  to tak, że najpierw obejrzę film, który bardzo lubiłem oglądać z żoną, a po seansie odejdę do lepszego świata.

Wie Pani długo się zastanawiałem, rozważałem za i przeciw, ale dochodzę do wniosku, że jednak jest jakaś siła, która nad nami czuwa. Proszę sobie wyobrazić, że ja w trakcie oglądania filmu zasnąłem. Po prostu nagle zrobiłem się strasznie słaby. Śnił mi się mój pradziadek, który był stolarzem. Znałem go tylko z opowieści i raz w życiu widziałem jego warsztat (zanim moi rodzice sprzedali jego dom). Byłem z nim w tym warsztacie i on powiedział do mnie „Twoja praca była nic nie warta, obracałeś nieistniejącymi pieniędzmi i dla tego twoje życie jest jakie jest. Weź się za konkretną robotę to wszystko się zmieni. Zobacz ten stół przetrwa pokolenia. To jest coś konkretnego.”

Następnego dnia kolejny szczególny „przypadek”: wyszedłem wieczorem po papierosy i spotkałem córkę sąsiadów, chodziła z pieskiem i płakała. Zapytałem ją, co się stało. Powiedziała, że rodziców nie ma, a jej opiekunka nie potrafi zrobić modelu studni i ona znowu jako jedyna w klasie nie będzie miała zadanej pracy. Pod wpływem impulsu obiecałem, że jej ten model zrobię. Pojechałem do sklepu, kupiłem parę rzeczy i studzienka wyszła jak ta lala. Kiedy to dziecko z radości zarzuciło mi ręce na szyje, dosłownie kolana mi zmiękły. Złapałem za telefon i zadzwoniłem do mojej mamy. Była zaskoczona bo do tej pory pamiętałem o niej tylko od święta. Powiedziałem: Mamo pojedź ze mną w swoje rodzinne strony, nie pytaj o nic tylko jedź. Mama na to – jedziemy! Pojechaliśmy dwa dni później. Oczywiście miał miejsce kolejny ”przypadek”. Mój nowy samochód odmówił posłuszeństwa. Rogatki miasteczka, a tu taka sprawa. „Przypadkiem” przejeżdżał tamtędy właściciel warsztatu samochodowego (obecnie mój szwagier), który odholował nas do siebie. Kiedy on oglądał samochód moja mama poszła na spacer. Po kilkunastu minutach wpadła zdyszana do warsztatu – synu nie uwierzysz tam na sklepie wisi ogłoszenie, dom po dziadkach jest na sprzedaż. Scena z mojego snu oraz całe moje życie stanęły mi przed oczami. Samochód odpalił. Mechanik nie chciał pieniędzy, bo jak powiedział, auto po prostu ruszyło. Dalej historia potoczyła się jak w telenoweli. Kupiłem ten dom wraz z przyległościami, poznałem moją żonę i dziś jestem właścicielem firmy, którą mam nadzieją przejmą moje dzieci, a mam ich troje, syna plus bliźniaczki. Czasami myślę, co by było gdybym wtedy nie zasnął. Odganiam te myśli bo nie są miłe”.

Nie każda historia kończy się tak dobrze jak wyżej opisana. Ludzie popełniają samobójstwa z przyczyn ekonomicznych i to jest bodaj największa tragedia wśród wszystkich samounicestwień. Presja ekonomiczna dotyczy zwłaszcza mężczyzn, na których zwyczajowo spoczywa utrzymanie rodziny. Zmiana statusu finansowego, degradacja zawodowa i brak perspektyw to ekstremalne wyzwanie dla każdej osoby, bez względu na wiek. Wiele istnień gaśnie z powodu decyzji wszechwładnych urzędników i sędziów, którzy wydając kuriozalne wyroki pozostają bezkarni. Wszechobecna obojętność i egoizm dopełniają czarę goryczy.

Mam nadzieję, że to się zmieni i ludzie zyskają nową, wrażliwszą świadomość. Żyjemy wszak w dobie wielkich zmian tak globalnych jak i społecznych. Na naszych oczach dzieją się rzeczy, które jeszcze dziesięć lat temu uznalibyśmy za niemożliwe.

Tymczasem przy okazji zbliżającego się Święta Zmarłych może warto pokusić się o refleksje i zastanowić nad losami przodków. Przecież to nie byli mitologiczni tytani, tylko ludzie tacy jak my. Jakim więc cudem przetrwali zabory, wojny, zesłanie, obozy koncentracyjne i wracali znajdując w sobie dość determinacji aby odbudować dom, rozwijać się i dać życie następnym pokoleniom? Skąd brali siłę aby mimo tak wielkich przeciwności iść dalej? Ileż kobiet zostało wdowami i wychowało samotnie kilkoro dzieci? Czy przetrwały tylko dzięki heroicznej mocy macierzyństwa?

A może to my chcemy zbyt wiele, ponieważ wmawia się nam, że „musimy mieć”? Czy w oczekiwaniu na spektakularne sukcesy nie pomijamy małych radości ?

Uważam, że zawsze warto wracać do korzeni i tam szukać zrozumienia życia i samych siebie.

Życzę Państwu aby ten szczególny czas pozwolił na refleksję tak osobistą jak i w gronie rodzinnym. Kierowcom wybierającym się w długą trasę życzę bezpiecznej podróży.

 

Obraz autorstwa Pani Krystyny Siejki

Samobójstwo – wielkie brzemię dla całej rodziny

 

Zamiast wstępu list od Czytelniczki :

 

„Czytałam z ogromnym zainteresowaniem Pani wpisy dotyczące samobójstwa. Mój brat otruł się dwa lata temu. Nie potrafię zrozumieć dlaczego to zrobił. Rodzice zawsze o nas dbali. Nie mam na myśli tylko strony finansowej. Kochali nas, poświęcali nam mnóstwo czasu i uwagi. Mój brat poszedł na studia i mam wrażenie, że jego psychika właśnie tam zaczęła szwankować. Wybrał trudny kierunek i to go przerosło. W trakcie studiów poznał dziewczynę, która była od niego dwa lata starsza. Zrobiła dyplom i wyjechała do Anglii, miała tam szykować dla nich gniazdko. Po roku zerwała z moim bratem. Wtedy poddał się całkowicie. Rodzice walczyli o niego, a to psychoterapia, a to prywatnie psychiatra , leki itp. Na nic nie żałowali pieniędzy. Ja również robiłam, co mogłam aby ułatwić mu powrót do normalności. Stało się inaczej. Kilka miesięcy po jego śmierci tata dostał udaru i jest częściowo sparaliżowany. Kolejny dramat, do którego –jestem pewna- przyczynił się mój brat. W tej chwili przeszłam na studia zaoczne żeby opiekować się tatą. Mama postarzała się w ciągu roku chyba o dwadzieścia lat. Boję się o nią. Nie potrafię wybaczyć bratu tego, co zrobił. Oprócz zabicia siebie zniszczył całą rodzinę. Nie wiem jak żyć z tym ciężarem przez resztę moich dni. Wszyscy użalają się tylko nad samobójcą, a my ? Kto zrozumie jaki ból przeżywa rodzina? Mam narzeczonego, którego bardzo kocham. Niedawno, przez osoby trzecie, dowiedziałam się, że jego babcia powiedziała „Jej brat się zabił to i ona może być słaba psychicznie. Lepiej byłoby żeby się rozstali bo na ciężkie czasy do małżeństwa trzeba dwojga mocnych. Jeszcze po szpitalach psychiatrycznych będzie z nią jeździł”. Wyobraża Pani sobie moją reakcję ? W domu rodzice też ciągle wracają do tematu i rozważają czy aby na pewno zrobili wszystko, co trzeba żeby uratować syna. Jest mi bardzo ciężko„

Samobójstwo jest dla rodziny chyba najgorszym z możliwych przeżyć, ponieważ bliscy zmarłego doświadczają nie tylko cierpienia wspólnego dla wszystkich osób w żałobie. Dodatkowo muszą zmierzyć się z poczuciem winy, z własną złością i bezsilnością, a bywa , że i ze wstydem, który w mniemaniu wielu wiąże się z taką śmiercią. Rodziny samobójców do końca życia zadawać sobie będą pytania, na które nigdy nie znajdą odpowiedzi.

Na pewno inaczej jest w dużych miastach, ale na prowincji czy na wsi ludzie wystawieni pod pręgierz, który z lubością obsługują lokalne plotkary, czują się napiętnowani. Żyją ze świadomością, że są obserwowani i oceniani. Wszak skoro jeden „był w rodzinie psychiczny” to i reszta może lada dzień pójść w jego ślady. Znam przypadek , gdzie mieszkaniec małej mieściny zrobił awanturę o lokalizację pochówku swojej matki. Ksiądz zaproponował mu pierwsze wolne miejsce, a on odmówił „bo jego matka była religijna i koło samobójcy na pewno nie zazna spokoju”. Dobrze, że przynajmniej bezduszny zwyczaj chowania samobójców poza obrębem cmentarza, odszedł już do lamusa historii.

Często kiedy taka tragedia dotyka naszych krewnych czy znajomych nie wiemy jak się zachować. Współczujemy i chcielibyśmy pomóc, ale słowa pociechy „ będzie dobrze”, „czas leczy rany”, „wszystko się ułoży”, wydają się zbyt płytkie i banalne w stosunku do rozmiaru tragedii. Moim skromnym zdaniem warto poczekać (oczywiście nie mam tu na myśli pomocy doraźnej w praktycznej sferze życia) na sygnał, na jakąkolwiek oznakę gotowości do rozmowy. Co powiedzieć ? Przypomniało mi się takie mądre zdanie, że prawdziwa rozmowa polega przede wszystkim na słuchaniu. Bywa, że osoba w żałobie potrzebuje głównie kogoś przed kim może się wypłakać i wyżalić. Wyrzucić z siebie nabrzmiałe emocje, oczyścić umysł i w ten sposób wrócić do równowagi. Nie jesteśmy kompetentnymi psychologami. Jednak w takich sytuacjach myślenie z poziomu energii serca w zupełności wystarcza. Wtedy bez skrępowania można powiedzieć „nie jestem w stanie do końca zrozumieć, co czujesz ponieważ nie jestem tobą, ale wiedz, że szanuję twój ból, że możesz na mnie liczyć”

Jeśli ten wpis czytają osoby, które utraciły kogoś bliskiego w takich właśnie okolicznościach to proszę aby się nie zadręczały. Nie możemy nikogo zmusić aby chciał żyć , tak jak nie możemy zmusić nikogo żeby z nami pozostał. Trzeba wrócić do „tu i teraz” ponieważ nie jesteście w stanie zmienić przeszłości. W tym miejscu i czasie czekają na was inne osoby, które kochają i tęsknią za waszą prawdziwą obecnością w ich życiu. Czas wrócić z krainy żałoby! Nie żyjecie jedynie dla siebie samych. Nie warto rozpamiętywać przeszłości odbierając sobie cząstkę teraźniejszości. Długotrwałe pielęgnowanie własnej żałoby zawsze odbywa się kosztem pozostałych członków rodziny. Zapytam wprost: jak myślisz, co czuje Twoja wnuczka kiedy krzyczysz na nią bo dotknęła rzeczy zmarłego wujka? jak czuje się Twój syn kiedy wchodząc do mieszkania wszędzie widzi zdjęcia zmarłej siostry i ani jednego własnego? Co myślą twoje córki zajmujące jeden ciasny pokoik ponieważ Ty nie pozwalasz im zająć pustego pokoju po ich zmarłym bracie mówiąc, że nie jesteś na to gotowa ?

Nie da się jednym dzieckiem zastąpić drugiego. To tak nie działa i jestem tego świadoma. Niemniej wprowadzanie atmosfery w której druga osoba czuje się nieomalże winna temu, że żyje, jest niedopuszczalne i bezsensowne.

Wybaczcie osobie, która odeszła i wspominajcie ją dobrze. Wybaczcie sobie wszystkie prawdziwe i urojone przewinienia dla dobra własnego i pozostałych członków rodziny. Życzę wszystkim spokoju i miłości.

Obraz autorstwa Pani Krystyny Siejki

Zamek w Suchej Beskidzkiej – historia niezwykła

Dzisiaj zapraszam Państwa do pięknego renesansowego zamku położonego u stóp góry Jasień w Suchej Beskidzkiej. Pretekstem do tej wyprawy z duchem w tle stał się ten oto mail od Czytelniczki :

„Przeczytałam wszystkie wpisy na Pani blogu i doszłam do wniosku, że też mam ciekawą historię. Opisze pewne zdarzenia w imieniu mojej mamy. Powojenne losy moich przodków były bardzo skomplikowane i właśnie w wyniku przedziwnych i strasznych zawirowań życiowych, moja mama przez pewien czas zmuszona była mieszkać w internacie. Nie było to byle jakie miejsce. Internat wraz z liceum mieściły się na zamku w Suchej Beskidzkiej. Mama opowiadała, że zaraz po zakwaterowaniu, wieczorem chciała znaleźć toaletę i na korytarzu zobaczyła coś dziwnego. Kobieta w czarnej staroświeckiej sukni stała po środku tego korytarza i rozglądała się jakby kogoś szukała. Mama stanęła jak wryta. Po chwili ta kobieta rozpłynęła się w powietrzu. Mama z krzykiem wróciła do swojej sypialni i powiedziała koleżankom o tej zjawie. Jedna z dziewczyn skwitowała to słowami „widzenie zjawy to zapowiedź rychłej śmierci”. Chyba to głupie dziewczę nie zdawało sobie sprawy jaki cios zadało mojej mamie. Jak wspomniałam sytuacja w rodzinie była trudna i zapowiedź śmierci wydawała się mamie możliwa do spełnienia. Na szczęście inna dziewczyna pocieszała mamę i powiedziała, że trzeba się czegoś o tej zjawie dowiedzieć. Tamta dziewczyna była śmiała i potrafiła zagadać nawet do obcej osoby. Szybko dowiedziały się, że rzeczywiście okoliczni mieszkańcy wierzą w tę zjawę i jest to duch dawnej właścicielki. Była to kobieta oschła i bardzo surowa dla poddanych. Opowiedziano im różne historie, a to o złodzieju, który po widzeniu tej zjawy się nawrócił, a to osobach, które tam pracowały i również ją widywały. Najlepsza była historia o tym jak zjawa pokazała się Niemcom, którzy plądrowali zamek. Jeden pan zaklinał się, że żołnierze zobaczyli ją chociaż nie było całkiem ciemno. Spanikowali i zaczęli strzelać w jej kierunku. Panika osiągnęła taki poziom, że o mały figiel, a sami by się tam pozabijali. Mama tej zjawy więcej nie widziała, a po dwóch latach udało jej się wrócić do rodziny i tam skończyć liceum. W latach dziewięćdziesiątych mama jechała w delegację i w przedziale spotkała inną koleżankę, która również mieszkała w internacie. Mimo, że mama w młodości nie lubiła tej dziewczyny to zaczęły ze sobą rozmawiać. Okazało się że to miła osoba i doskonale pamięta moją mamę oraz historię ze zjawą. Ta pani przyznała, że również widziała widmo w czarnej sukni. Było to przed jej maturą. Z nerwów nie mogła zasnąć i poszła ukradkiem zapalić papierosa. W pewnej chwili zobaczyła zjawę, a ta uniosła ciemną woalkę spojrzała na nią i pogroziła palcem, następnie widmo rozpłynęło się w powietrzu, a jej zrobiło się bardzo zimno. Przyznała, że z wrażenia się zmoczyła.

Byłam w Suchej Beskidzkiej i zwiedzałam zamek. Teraz mieści się tam muzeum, a duch to podobno Anna Konstancja z Lubomirskich. Jeśli to, co o niej mówią jest prawdą to nie dziwię się, że pokutuje w tym właśnie miejscu.”

Cóż, ja również, jako dziecko, byłam w Suchej Beskidzkiej na koloniach letnich. Miałam wtedy góra dziesięć lat i niewiele pamiętam. Postanowiłam zweryfikować pewne fakty korzystając z mojej mojej biblioteki. Jerzy Sobczak w przepięknie wydanej książce „Duchy w polskich zabytkach” pisze : „ W historii suskiego zamku w sposób szczególny zapisała się Anna Konstancja z Lubomirskich (1669-1726) (…). Po śmierci drugiego męża wiodła żywot niezwykły, rządząc –jak mawiano- żelazną ręką w „państwie suskim”. Ustanawiając specjalne prawa, swych poddanych karała za cokolwiek chłostą lub wtrąceniem do lochów. Ponoć osobiście w asyście uzbrojonej służby wyruszała ubrana w męski strój przeciwko rozbójnikom krążącym w okolicy, zaś schwytanych często skazywała na śmierć. (…) Przylgnął do niej przydomek „Sroga” lub „Surowa Pani”. „

Wzmiankę o Surowej Pani znalazłam również w „Leksykonie duchów” autorstwa Petera Haining’a – wydanie wzbogacone dla polskiego czytelnika o hasła dotyczące naszego kraju przez Bognę Wernichowską. I tak : „Anna Konstancja dożyła sędziwego wieku. Pochowaną ją z wielką pompą w krypcie miejscowego kościoła. Poddani i służba odetchnęli, ale jeszcze nie wypaliły się znicze na grobowej płycie, kiedy na przykościelnym cmentarzu i w zamkowych krużgankach zaczęło się pojawiać jej widmo. (…) Anna Konstancja prześladowała nie tylko zamkowych gości, ale również straż obywatelską istniejącą w suchej w latach międzywojennych. Zmieniający się co noc wartownicy obchodząc ulice miasteczka nieraz, ku swojemu przerażeniu, napotykali w pobliżu kościoła czy obok zamku cień we wdowim welonie. W czasie okupacji Anna Konstancja ucieszyła wielce mieszkańców Suchej , kiedy wywołała panikę wśród niemieckich posterunków kwaterujących na zamku. Gdy w pierwszych miesiącach okupacji niemieccy żołnierze palili na zamku książki z zamkowej biblioteki, przez krużganki przesunęła się wyniosła postać kobieca w czarnej krynolinie z twarzą zasłoniętą welonem- szła wolno nieczuła na kule. Jeszcze kilka lat po wojnie widzieć można było na murze ślady kul, jakie ogarnięci przerażeniem niemieccy żołnierze wystrzelili w kierunku zjawy. „

Przyznam, że pierwsza myśl jaka naszła mnie po przeczytaniu tekstów historycznych dotyczyła wszystkich „pochowanych z pompą”, na cmentarzach zasłużonych, w marmurowych grobowcach . Iluż z nich pokutuje w miejscach swoich zbrodni, iluż żałuje, że nie wybrało inaczej i nie spoczęło w żebraczej mogiłce?

Wracając jednak do listu Czytelniczki, zakładam, że tak wiele osób na przestrzeni wieków nie mogło mieć omamów. Dusza Anny Konstancji pozostała w miejscu, które wiele dla niej znaczyło, w miejscu gdzie może rozpamiętywać wszystkie swoje uczynki. Możemy wspomóc ją w modlitwie lub medytacji, ale to ona sama zdecyduje o tym kiedy przejść w przestrzeń sobie należną. Na podstawie faktów i pogłosek dotyczących życia tej, na swój sposób, nietuzinkowej kobiety, można wnioskować, że szczerą miłością darzyła jedynie zamek, który rozbudowywała, doposażała i upiększała, nie szczędząc czasu ani środków. Lata mijają, a fatalne zauroczenie trwa nadal.