Rafael Noun „Podróż wariata”

 

 

Na Kongresie zorganizowanym przez NTV, który odbył się 18 października we Wrocławiu, miałam przyjemność poznać niezwykłego człowieka.

Rafael Noun ( pod takim pseudonimem pisze) podarował mi swój tomik wierszy pod intrygującym tytułem „Podróż wariata – Pierwszy zbiór myśli z drzewa naszego wszechświata”. Z racji tego, że jako gość Kongresu miał swoją prelekcję pt. „Poezja budzącej się duszy” poznałam historię jego życia i inspirację, dzięki, której powstała ta książka.

Rafał przeszedł wiele. Jego droga do przebudzenia wiodła od dobrze prosperującego przedsiębiorcy do biedaka, który stracił wszystko. Los bywa przewrotny i nigdy nie wiadomo do czego mogą doprowadzić nas bolesne i trudne doświadczenia. Rafał skutecznie odbił się od dna i przewartościował swoje życie. Dziś, jak sam twierdzi, jest wdzięczny przeznaczeniu za ten trudny okres, który doprowadził go do obecnego stanu umysłu i otwartej samoświadomości. W swoim wystąpieniu opowiada o sobie niezwykle szczerze i tym, mówiąc kolokwialnie, Rafał mnie kupił.

Teksty Rafała są bardzo lapidarne i przejmująco trafiają w sedno. :

„Cierpienie”

Cierpienie jest grzechem

odrzucenia miłości

zakopanym sercem

w grobie naiwności

na którym stoi rozumu krzyż

ludzkiego życia symbol i znicz

Poniżej zamieszczam linki do jego wystąpienia w NTV i na Kongresie. Jeśli ktoś z Państwa przechodzi teraz trudny okres lub szuka drogi do zrozumienia samego siebie, warto posłuchać ! Dla mnie historia i słowa Rafała są niezwykle inspirujące i krzepiące.

 

Kongres NTV – Tutaj

Audycja NTV – Tutaj

Powołanie aż po kres czasu

 

Dzisiejsza relacja nawiązuje częściowo do poprzednio publikowanej. Również mamy do czynienia z bardzo dramatycznym porodem i niecodzienną interwencją, która być może uratowała życie świeżo upieczonej matki.

Pani Joasia, której zawdzięczmy tą opowieść, miała wykonany planowy zabieg cesarskiego cięcia. Dzieciątko ułożyło się poprzecznie i nie było innej możliwości, aby bezpiecznie przyszło na świat. Operacja odbyła się w wyznaczonym terminie i została przeprowadzona przez ordynatora oddziału. Teraz oddaję głos głównej bohaterce:

„ Zabieg wykonywany był w pełnym znieczuleniu, a ostatnią rzeczą, jaką pamiętam zanim zasnęłam była postać zakonnicy stojąca przy stole operacyjnym. Po odzyskaniu świadomości doszłam do wniosku, że zakonnica była wytworem mojej wyobraźni lub omamem wywołanym przez podane leki. Wieczorem poczułam się bardzo źle. Miałam gorączkę i bardzo bolał mnie brzuch. Nie potrafiłam przekręcić się z boku na bok. Poprosiłam pielęgniarkę, aby zawołała lekarza. Usłyszałam, że doktor jest sam i w tej chwili operuje. Jak skończy to przyjdzie. Minuty mijały, a ja czułam się coraz gorzej. Leżałam na sali jednoosobowej, był to luksus, za który zapłaciłam żeby mieć spokój W pewnej chwili przy moim łóżku pojawiła się ta młoda zakonnica. Krzyknęłam z emocji, a ona położyła palec na swoich ustach dając mi do zrozumienia, że mam być cicho. Zakonnica stanowczym tonem oznajmiła: zaszyli w tobie gazik, walcz o siebie, bo to się może bardzo źle skończyć. Nie poddawaj się! Zakonnica zniknęła, a do sali wszedł mój mąż. Byłam tak skołowana, że nie wiedziałam, co jest jawą, a co snem. Powiedziałam do męża: ja czuję, że oni coś we mnie zostawili. Mój mąż dotknął mojego czoła, oczywiście nie jest lekarzem, ale każdy wie, że gorączka w połogu nie wróży nic dobrego. Pominę karczemną awanturę, potworny ból i niewyobrażalną obojętność lekarza. Tak czy inaczej wylądowałam na stole operacyjnym. Rzeczywiście – gazik został we mnie i był przyczyna stanu zapalnego. Po tej drugiej operacji byłam strasznie słaba. Przyszła do mnie moja lekarka, która prowadziła ciążę i dość czarno przedstawiła przyszłość, szacując mój pobyt w szpitalu na tygodnie. Następnego dnia było już lepiej. Znowu wieczorem zobaczyłam zakonnicę, która uśmiechała się do mnie takim łagodnym uśmiechem i zapewniła, że teraz wszystko będzie dobrze i za kilka dni będę już z synkiem w domu.

Nie wiem czy to dziecko tak na mnie działało, ale mój stan poprawiał się w tempie ekspresowym. Wróciłam do domu i zajęłam się własną rekonwalescencją i moim maluchem. Sprawa zakonnicy nie dawała mi jednak spokoju. Było nie było sporo jej zawdzięczałam. Udało mi się ustalić, że jeszcze podczas wojny wśród personelu szpitala zakonnice stanowiły spory procent kadry. Czyli istniała szansa, że któraś z nich pozostała na stanowisku i nadal w ten przedziwny sposób opiekuje się chorymi. Na tym moja wiedza się kończyła.

Kilka miesięcy później mój mąż zachorował na zapalenie oskrzeli. Lekarz doradził, aby postawić bańki. Moja mama przyprowadziła do nas panią Leosię, emerytowaną pielęgniarkę. Byłam zaskoczona ile wigoru ma w sobie ta blisko siedemdziesięcioletnia kobieta. Pani Leosia nie chciała przyjąć pieniędzy, więc zaproponowałam jej kawkę i ciasto. Zgodziła się chętnie, bo jak sama stwierdziła najważniejsze to być między ludźmi. Wiedziałam od mamy, że pani Leosia pracowała w szpitalu, o który mi chodziło. W trakcie rozmowy postawiłam wszystko na jedna kartę i opowiedziałam, co mi się przytrafiło. Pani Leosia nie była wcale zaskoczona. -A to na pewno nasza siostra Róża pomogła. Pracowałam z osobami, które siostrę Różę znały i każdy mówił, że ona już za życia była święta. Pracowita niesamowicie, a przy którym chorym się modliła ten był uratowany. Nie przeżyła wojny, niestety. Po śmieci zaczęto ją widywać w szpitalu. Ja sama ją raz widziałam i uważam, że spotkał mnie zaszczyt. Najlepsza historia, jaką pamiętam wydarzyła się na początku lat osiemdziesiątych. Przywieźli na chirurgię takiego partyjnego barona z atakiem wyrostka. Operował go najlepszy chirurg. Oczywiście leżał w pojedynkę, a nam przykazano koło niego skakać. W noc po operacji ten pacjent zaczął krzyczeć: zabierzcie mi stąd tę zakonnicę, ja chcę normalną pielęgniarkę. Byłam na dyżurze z panią doktor i od razu żeśmy się zorientowały, o co chodzi. Żebyś zobaczyła jego minę, jak mu lekarz powiedział, że tu żadna zakonnica nie pracuje, a on widział ducha. Niesamowita to była sytuacja. Róża jeszcze niejedno życie uratuje, takie jej powołanie.

Znalazłam odpowiedź na nurtujące mnie pytanie. Kiedy o tym mówię wydaję się to nierealne, ale przecież wiem, co widziałam”.

Historie o lekarzach i pielęgniarkach pozostających na stanowisku nawet po śmierci nie należą do rzadkości. Większość szpitali z tradycjami, ma urzędującego ducha, który jest widywany nie tylko przez pacjentów. Jeśli miałabym pokusić się o osobistą refleksie to wydaje mi się, że te szlachetne dusze, przechodzą (po wyjściu z ciała) pewną transformację i dobrowolnie wracają, jako opiekunowie w wybrane przez siebie miejsca. Wracają, aby pomagać, kiedy nasze życie jest zagrożone.

Piękna choć dramatyczna historia narodzin


Drodzy Państwo czytając list od Pani M., który zamieszczam poniżej przypomniałam sobie pewną rozmowę. Młodego księdza zapytano czemu modlił się przez całą noc? Odparł: moja siostra rodziła pierwsze dziecko i w ten sposób chciałem ją wspierać. Wierzę, że kiedy drzwi życia otwierają się bardzo szeroko to siłą rzeczy i drzwi śmierci muszą się uchylić. Pięknie powiedziane. Moment porodu to rzeczywiście szczególny czas. Bardzo mnie drażni nazywanie tego cudu „czynnością fizjologiczną”. Owszem jesteśmy istotami z krwi i kości, ale również nosimy w sobie boską cząstkę, która pozwala czuć i rozumieć więcej. Tekst jest dość obszerny, jednak zdecydowanie wart przeczytania i przemyślenia. Pani M. dziękuję za poświęcony czas, szczerość i dobrą energię !

„Od dzieciństwa towarzyszyły mi dziwne przeczucia, urywki wspomnień, zainteresowanie zupełnie innymi tematami niż te, które były poruszane w mojej rodzinie. Druga, ta nieznana strona, też mnie interesowała. Nie mniej jednak, teraz chciałam opisać i podzielić się z Panią i innymi forumowiczami, moim spotkaniem z aniołem.
Lat temu 16 zaszłam w ciążę- nie był to stan błogosławiony, ponieważ moja rodzina nie była tym uszczęśliwiona- fakt, ojciec dziecka postanowił nie mieć z nami nic do czynienia.  Nie byłam nastolatką ( miałam 23 lata), i naprawdę nie było to tragedią. W związku z atmosferą jaka towarzyszyła mojej ciąży, w trakcie miałam nadciśnienie tętnicze i cały czas miałam brać leki na obniżenie. Gdzieś w 6-7 miesiącu miałam sen, że moje dziecko jest już niemowlakiem, pływa w pięknym morzu i nagle zaczyna się topić. W ostatniej chwili zostaje wyciągnięte i uratowane. Do dziś pamiętam ten koszmar. Wtedy też w mojej świadomości zagnieździła się pewność, że to będzie syn- miałam kilkakrotnie robione USG, ale na żadnym nie było widać jakiej płci będzie moje dziecko.
Termin porodu wyznaczono na 10 września. 30 sierpnia zostałam odwieziona do szpitala, bo miałam strasznie wysokie ciśnienie. Na miejscu, ze względu na niesprzyjający czas- weekend, nie zrobiono ze mną praktycznie nic, poza podawaniem magnezu w kroplówce. Tak minęła sobota, niedziela, poniedziałek- stan mój nie ulegał poprawie, a wręcz przeciwnie- powoli ale sukcesywnie ciśnienie wzrastało. We wtorek rano młoda położna przestraszyła się podczas rannego pomiaru, nawet nie chciała mi powiedzieć ile, stwierdziła , że widocznie aparat się popsuł i błyskawicznie poszła po lekarza. I w tym momencie zaczął się koszmar- lekarze zaczęli się zastanawiać co zrobić- padła propozycja wywoływania porodu, nie podjęto żadnych działań , wszyscy czekali na moją reakcję czyli kopertę… Wtedy zaczęło do mnie docierać, że to chyba czas zawalczyć o siebie. Zdałam sobie sprawę, że zbliżam się do granicy, że to chyba jeszcze nie mój czas na umieranie, ale skoro ma być mój, to chciałam żebyśmy na tę drugą stronę przeszli razem, żeby mój synek nie był sierotą. I w pewnym momencie powiedziałam, że wychodzę na własne żądanie, jadę do innego szpitala, gdzie od razu wykonają mi cięcie. W tym momencie na salę wszedł kolejny, nieznany mi wcześniej lekarz i powiedział- zróbcie coś z nią natychmiast. Wszyscy wyszli , wrócili po chwili i ten nowo przybyły lekarz powiadomił mnie, że podjęto decyzję o cesarskim cięciu i on jako chirurg będzie mnie operować. Przewieziono mnie na salę operacyjną, podłączono kroplówki pod obydwie ręce- do 17 liczyłam, potem straciłam rachubę. Generalnie rozmawiał ze mną chirurg, reszta lekarzy nie, później zastanowiło mnie stwierdzenie opryskliwego anestezjologa, że mam tyle nie mówić… Po chwili od rozpoczęcia operacji zobaczyłam mojego synka- wyglądał tak samo jak w tym śnie. Chwilę przed tym zakołatała mi taka myśl w głowie, że jeśli będzie to syn, to będzie wszystko w porządku. Odetchnęłam z ulgą. Przewieziono mnie na salę pooperacyjną. Tam rozpoczął się kolejny akt tego przykrego przedstawienia- po tym znieczuleniu nie mogłam się ruszać, spadł mi koc ze stopy i ukazały się brunatne wręcz palce. Zdębiałam, bo skąd u mnie takie brudne stopy??? Gdzieś w okolicach głowy słyszałam jednostajny odgłos kapania i nagle koło pachy poczułam dziwne , lepkie ciepło. Okazało się , że leżę cała we własnej krwi, która wylewa się ze mnie litrami i kapie na podłogę. Nie chcę wspominać reakcji pań pielęgniarek, bo szkoda słów i nerwów, żeby wracać do tych przykrych zdarzeń. I znów pojawił się chirurg, znów to on mnie właściwie zaopatrywał, przekazał informację, że synek śliczny i zdrowy i że będzie dobrze. Przychodził na dół- sala poporodowa znajduje się w podziemiach szpitala – i w końcu , mimo nadal silnego krwotoku, podjął decyzję, żeby mnie przewieźć na normalną salę. Przeniesiono mnie na łóżko, nadal w stanie krytycznym, bo okazało się, że kilka godzin wcześniej powinnam odzyskać władzę w nogach po znieczuleniu, a ja nadal nie miałam czucia od pasa w dół. Lekarz stanął nade mną i powiedział, że jeśli do godziny 4 rano ( a było wtedy około północy) nie ustanie krwotok będzie musiał przeprowadzić reoperację i teraz prosi o podpisanie zgody. Powiedziałam , że podpiszę wszystko, ale musi dać mi słowo, że będę mieć ogólną narkozę. Po jego wyjściu pielęgniarka przyniosła mi synka i powiedziała, że według niej przy tak masywnym krwotoku nie obędzie się na pewno bez powtórnej operacji i doktor jest zbyt wielkim optymistą. O godzinie 3:59 krwotok ustał …. Obyło sie bez interwencji chirurgicznej. Mimo to , z powodu dużej utraty krwi zmuszeni byliśmy zostać w szpitalu tydzień- co wspominam jako coś okropnego. Cały personel tego, niegdyś renomowanego i do dziś znanego w całym kraju szpitala ;pacjentów, którzy nie mieli zwyczaju czy ochoty wręczać łapówek, traktował jak zło konieczne. Nastąpił dzień wypisu – w ten dzień, mimo że nie była to Wigilia, pielęgniarki przemówiły ludzkim głosem w oczekiwaniu na dowody wdzięczności. Ja chciałam odwdzięczyć się tylko jednej osobie- chirurgowi – operatorowi, dzięki któremu udało nam się przeżyć. I jakie było moje zdumienie , kiedy na karcie wypisowej nie było ani pieczątki, ani nazwiska , ani podpisu ….. Wzięłam moją kartę leczenia szpitalnego- tam też nie było śladu po tym lekarzu… Chciałam go poszukać na innym oddziale- ale nikt nie umiał mi udzielić informacji o człowieku- a może nie człowieku- który podarował nam szansę. Później , jak opadły pierwsze emocje związane z pojawieniem się dziecka, z nową sytuacją, zaczęłam analizować to, co mnie spotkało. Przypomniały mi się słowa anestezjologa, że mam tyle nie mówić, ten dziwny brak pieczątek, godzinę w której minął krwotok i włosy uniosły mi się na głowie. Bo to chyba był mój anioł stróż- nie miał skrzydeł, był wysokim, postawnym, przystojnym mężczyzną, bardzo sympatycznym, z poczuciem humoru, ale bardzo rzeczowym. Emanował z niego dziwny spokój i pewność siebie.
Nie wiem czy to było majaczenie, ja jestem pewna, że ON wpłynął na lekarzy na oddziale porodowym, żeby przeprowadzili zabieg, ON mnie otwierał, zaszywał rany, tylko ON schodził na salę poporodową i tam się mną zajmował. I od momentu kiedy memu życiu już nic nie zagrażało więcej się nie pokazał. Minęło tyle lat, a ja jestem przekonana, że ten anioł stróż uratował mi życie i to nie raz. Drugi raz ingerował dokładnie trzy lata później, w dniu trzecich urodzin mojego synka. Właściwie nie mogę mówić, że tylko mnie, bo zawsze to idzie w parze z moim dzieckiem. Wracając ze sklepu , praktycznie w drzwiach domu uświadomiłam sobie, że nie kupiłam chleba. Postanowiłam, że pójdę szybko do sklepu na dół. Synek był w wózku. Coś mnie tknęło, wyjęłam go z wózka, ale nie zabrałam ze sobą. Został w domu ze swoją babcią. Przestępując próg wiedziałam, że za chwilę dostanę czymś w głowę- wymieniali okna i ponadto trwały prace przy ocieplaniu budynku- wrażenie było tak realne, że niemal widziałam lecący odłamek. Ale wiedziałam ,że jest to nieuchronne, mogłam się cofnąć, ale nie zrobiłam tego. Musiałam przejść przez próg, musiał mi spaść kawałek betonu na głowę… Nie straciłam przytomności, nie zemdlałam, wróciłam do mieszkania, zadzwoniłam na pogotowie i policję… A na pogotowiu okazało się, że stał się cud, bo trafiło w najmocniejsze miejsce na czaszce- milimetr obojętnie w którą stronę i byłoby po mnie…. I tak sobie myślę, że gdybym się cofnęła, to ten kamień w innym czasie czy w innym miejscu trafiłby mojego syna …. Nie wiem dlaczego tak myślę, ale uważam , że tak musiało być.  Dodam, że gdybym wtedy wróciła z wózkiem, to kamień spadłby na moje dziecko…
I od tego momentu zaczęły powoli dochodzić do głosu inne , tłumione odczucia. Ale tam anioła już nie było, tylko zbiegi okoliczności, które uświadomiły mi, że warto słuchać tego co mówi nam wewnętrzny głos, że warto jest otworzyć się na nieznane, że  to ,co czego nie widzi „szkiełko i oko” jest o wiele bardziej prawdziwe od namacalnych, materialnych testów i doświadczeń. Ale to temat na zupełnie inną opowieść.”

Nietypowa realcja ze stanu poza ciałem

 

Dzisiaj przytoczę pewną historię spisaną już ładnych parę lat temu. Jest to opowieść bardzo nietypowa i przez to dająca do myślenia. Zwykle opuszczając ciało spotykamy świetlistą istotę, bliskich zmarłych lub wkraczamy bezpośrednio w nieznany nam świat. Bohater dzisiejszego artykułu opuścił ciało, aby stanąć twarzą w twarz z człowiekiem, którego zabił.

Tą opowieść zawdzięczam szczerości Anny, a jej głównym bohaterem jest jej dziadek Henryk. Otóż, kiedy Anna dostała się na swoje wymarzone studia medyczne jej dziadek nagle stracił przytomność, znalazł się w szpitalu gdzie jego stan się pogorszył. Przeżył tam dwukrotnie śmierć kliniczną, zapadł w śpiączkę, ale po trzech dniach obudził się i zażądał rozmowy w cztery oczy z Anną. W tej rodzinie życzenie dziadka było rozkazem. Dodać należy, że starszy pan przez lata zajmował wysokie stanowisko na szczeblu partyjnym, co nawet w warunkach szpitalnych zapewniało mu pewne przywileje. Był też zdeklarowanym ateistą, choć swojej żonie nie przeszkadzał w praktykach religijnych i nie oponował, kiedy chrzciła ich dzieci. Pan Henryk miał sześciu wnuków i tylko jedną wnuczkę Annę, którą zawsze rozpieszczał, dając pozostałym wnuczętom nieustające powody do zazdrości. Kiedy doszło do spotkania, Anna usłyszała swego rodzaju spowiedź, która brzmiała mniej więcej tak:

„ Powiedzieli mi, że umarłem i to dwa razy. Chyba mają rację i niestety muszę przyznać, że po drugiej stronie coś jest. Martwi mnie to, bo całe życie myślałem inaczej, a ja nie lubię się mylić. Jest jeszcze coś gorszego, ja po tamtej stronie spotkałem Mietka. Widzisz, nie wiem jak ci to powiedzieć, ale ja tego Mietka zabiłem. Stało się to jak byłem w partyzantce i nie było działaniem celowym. ( Henryk uciekł do lasu, kiedy Niemcy aresztowali jego brata. Brat wyrwał się z rąk żandarmów i po pewnych perypetiach również dołączył do oddziału. Starszy brat był dla Henryka niezwykle ważny. Od niego dowiedział się, że „religia to opium dla mas” i nie ma to jak komunizm).

Anna struchlała, bo do tej pory dziadek jawił się jej, jako wieczny święty Mikołaj. Nie wyobrażała sobie, żeby mógł kogoś skrzywdzić.

„W szpitalu na moment odzyskałem przytomność, a później wpadłem w taki czarny tunel, z którego wyleciałem niczym z procy. Upadłem na coś twardego. Kiedy otworzyłem oczy znalazłem się w miejscu tego całego nieszczęścia, a Mietek na mnie czekał. Podszedłem do niego, a ten bez niczego wykrzyknął:, że mnie zastrzeliłeś rozumiem, że zakopałeś byle gdzie to trudno. Woda już dawno kości po świecie poniosła. Mnie jest przykro, żeś ty mnie nie wspominał, nie żałował, jednej modlitwy nie zmówił. Tyle lat na ciebie czekałem w tym miejscu to sobie teraz razem tu posiedzimy. Nagle coś mnie wyrwało i odzyskałem świadomość. Uwierz mi ja go nie chciałem zabić. Wiesz, że do domu nie miałem powrotu. Przygarnęli mnie do oddziału. Najpierw byłem taki odnieś podnieś pozamiataj, ale mi zaufali, podszkolili i dostałem poważniejsze zadania. Tej nocy stałem na warcie. Wcześniej doszły nas słuchy, że Mietek nie żyje. Kiedy go zobaczyłem wpadłem w panikę i strzeliłem w jego kierunku. Szybko oprzytomniałem i podbiegłem do niego, ale już nie żył. Ze strachu wepchnąłem ciało do rowu i przykryłem gałęziami. Oczywiście koledzy przyszli sprawdzić, co się dzieje. Skłamałem, że broń sama wypaliła. Oberwałem po pysku. Przez kilka nocy szykowałem mogiłę dla Mietka. Zrozum byłem gołowąsem, w nocy nastała pełnia i w świetle księżyca wszystko wydawało się takie dziwne. Przypomniały mi się historie o różnych utopcach i duchach, które opowiadała moja babka. Wydawało mi się, że zaraz coś upiornego się pojawi, a tu bęc, Mietek. Jeszcze żeby, choć tej plotki nie było o śmierci Mietka to może sprawy potoczyłby się inaczej.

Nie roztrząsałem tego, co zaszło. Wielokrotnie brałem udział w wydarzeniach, które mnie przerastały. Kiedy wojna dobiegła końca pomagałem matce Mietka, bo tylko ona z jego rodziny żyła. Myślałem nawet żeby jakoś zorganizować mu porządny pochówek, ale przyszła powódź i krajobraz się zmienił, nie potrafiłem znaleźć jego mogiłki. Powiedz mi, co ja mam teraz zrobić? Anna nie potrafiła sama przeanalizować tej sprawy. Brat jej koleżanki był zakonnikiem. Przyjął imię Antoni. Pojechała do niego i poprosiła, aby rozmowę z nią potraktował na warunkach spowiedzi. Wysłuchał ją cierpliwie i zaproponował mszę gregoriańską za duszę Mietka, a w przyszłości również za jej dziadka. Dodał otuchy i wytłumaczył, że być może to widzenie na granicy życia i śmierci miało skłonić jej dziadka, aby przemyślał swoje postepowanie i pojednał z Bogiem. Anna zapytała: jak myślisz, czy ten zmarły rzeczywiście na niego czekał, czy dziadek spotkał dusze kolegi? Po długim namyśle zakonnik odpowiedział, że jeśli jakieś działanie może człowieka zbliżyć do miłości bożej to wszystko jest możliwe.

Po rozmowie z Anną dziadek zgodził się na spotkanie z Antonim. Anna była ciekawa reakcji dziadka. Henryk powiedział jej tylko tyle: gdyby mi Boga przedstawiano tak jak robi ten zakonnik to bym wierzył. Mnie Bogiem tylko straszono, no to się zbuntowałem.

W tej sprawie pewnie wiele do powiedzenia miałby psycholog. Wszak wyparcie powodować może konsekwencje rzutujące na całe życie człowieka. Nie jestem psychologiem. Wierzę, że Henryk spotkał swojego kolegę w świecie, który najmocniej go przyciągał i w realiach, z którymi rezonował. Pozostaje mieć nadzieję, że obydwaj doznali łaski spokoju.