Duszy nie ogranicza czas i przestrzeń

 

 

Otrzymałam bardzo interesujący list od Pani Marty mieszkającej na Florydzie. Ponieważ tekst jest dość długi postaram się go dla Państwa streścić.

Otóż Marta przebywa w Stanach już od kilkunastu lat. Ułożyła sobie szczęśliwie życie, ma męża i dwóch synów. W Częstochowie mieszkają jej rodzice i do swojej śmierci mieszkała również babcia, która odeszła w zeszłym roku dożywając sędziwego wieku.

Dzień, który zrelacjonuje, nie zapowiadał się jakoś niezwykle. Marta wprawdzie czuła dziwny niepokój i nawet przez moment pomyślała, czy aby z babcią wszystko w porządku? Jednak wir codziennych obowiązków wciągnął ją niemal natychmiast, nie pozostawiając miejsca na roztrząsanie duchowych rozterek. Wieczorem, padła ze zmęczenia i usnęła na kanapie przed telewizorem. Obudziła się w środku nocy. Zaniepokoiły ją odgłosy dobiegające z ogródka. Ich domowy pieszczoch, pies Skip, ni to skamlał, ni piszczał. W każdym razie coś było ewidentnie nie tak i Marta postanowiła to sprawdzić. Wiedziała, że Skip jest mądrym i ułożonym psem, który nie zachowuje się w podobny sposób bez powodu. Było tuż po pełni i księżyc świecił mocno. W ogrodzie rośnie duże drzewo. W jego cieniu, Marta ustawiła wiklinowe krzesła i sofę. Już z daleka zauważyła, że pies podbiega do jednego z foteli przez chwilę waruje i znowu oddala się o kilka metrów, cały czas obserwując fotel. Kiedy podeszła bliżej w fotelu zauważyła postać, odruchowo przywołała psa, ale nie zareagował. Marta mieszka w bardzo spokojnej okolicy, więc śmiało podeszła jeszcze bliżej. Dopiero wtedy zdała sobie sprawę, że tą postacią jest jej babcia. Martę zamurowało, to nawet nie był strach tylko ogromne zaskoczenie. Babcia uśmiechnęła się i powiedziała „pięknie się tu urządziłaś, teraz jestem spokojna”. Marta nie wydobyła z siebie ani jednego dźwięku, a zjawa babci po prostu się rozpłynęła.

Jak się Państwo domyślacie, Marta pobiegła do domu i zadzwoniła do rodziców. Babcia odeszła we śnie, bardzo spokojnie. Rodzice nie zdążyli jeszcze ochłonąć na tyle, żeby myśleć o powiadamianiu wnucząt.

Pani Marta zastanawia się jak to możliwe? Przecież od bliskich dzielą ją tysiące kilometrów!

Nie tylko Pani Marta dziwi się możliwościom, które osiągamy przebywając poza ciałem. Lata temu inna kobieta sięgnęła dla mnie do swoich wspomnień. Zofia, (bo tak miała na imię) mieszkała na Kresach. Jako „element szkodliwy” została wywieziona wraz z rodzicami na Syberię. (Jej dziadkowie mieszkali w Warszawie). Na „nieludzkiej ziemi” wegetowali w strasznych warunkach. Pewnej nocy obudził Zofię płacz matki, która niezwykle przejęta opowiadała ojcu Zofii, że śniła o swoich rodzicach, którzy pożegnali się z nią. Była pewna, że obydwoje nie żyją. Po latach, kiedy całej trójce udało się wrócić do kraju, ustalili, że dziadkowie Zofii zginęli dokładnie dzień lub dwa przed nocnym „widzeniem” jej matki. Była to egzekucja uliczna. Sąsiedzi, będący jednocześnie świadkami, ocaleli i zdali relację, co do szczegółów śmierci dziadków Zofii.

Jak widać dla duszy nie istnieją przeszkody mogące zatrzymać ją w drodze do celu.

Jeśli przyjmiemy, że dusza lub jak kto woli świadomość, jest niczym innym jak boską cząstką w nas samych to czy taką moc ograniczy czas i przestrzeń? Takie właśnie „widzenia” w pełni odzwierciedlają, czym w istocie jest dusza i co znaczy potęga jej woli.

Pani Marcie dziękuję za piękną, osobistą historię i ślę moc pozdrowień przez ocean czasu tudzież Ocean Atlantycki.

Dom z bogatą historią i elegancki duch

Wielokrotnie już na tym blogu publikowałam historie osób, które doświadczyły kontaktu z „druga stroną”, co w dłuższej perspektywie, owocowało zmianami w ich życiu. Utwierdza mnie to w przekonaniu, że nic nie dzieje się przez przypadek. Powiem więcej, dusze, komunikując się na poziomie werbalnym lub symbolicznym działają w naszym, dobrze pojętym interesie. Moim skromnym zdaniem, istoty duchowe doskonale wiedzą jak osiągnąć najlepszy efekt lub wręcz jak dozować napięcie, aby taki kontakt pozostawił niezatarty ślad w psychice obserwatora. Pomijając dusze zdegenerowane, oni nie chcą nas straszyć, ani bawić się naszym kosztem. Przekazują komunikaty, ostrzegają lub inspirują do działania.

Z wielką przyjemnością publikuje dzisiaj list od Pani Bożeny :

„Moja mama po rozwodzie z ojcem poszukiwała mieszkania. Znalazła u koleżanki z pracy – Pani Basi. Mieszkanie było podzielone na dwa -jedno i dwupokojowe ze wspólnym użytkowaniem kuchni i łazienki. Chodziłam wtedy do szkoły średniej.

Miałam 16 lat siedziałyśmy obie z panią Basią w kuchni przy oknie. Na kuchennym stole pani Basia kładła dla mnie pasjansa dwiema taliami holenderskich kart. Pięknymi kartami, mocno zniszczonymi, przedwojennymi, z graficznym przedstawieniem symboli i postaci.Był jesienny wieczór, zapalone światło, naprzeciwko stołu otwarte drzwi na ciemny przedpokój.

Nagle kątem oka zauważam postać, odwracam głowę i widzę jakiegoś mężczyznę przechodzącego przez przedpokój. Nie widać jego twarzy, na głowę naciągnięty kapelusz, podniesiony kołnierz długiego płaszcza trenczu, związanego paskiem. Szerokie spodnie z mankietami, brązowe, skórzane buty. Całość ubioru w kolorze khaki, mniej więcej w stylu lat trzydziestych. Ręce włożone do kieszeni.

Nie słychać było otwieranych drzwi, człowiek pojawił się bezszelestnie.

Pani Basia spojrzała na mnie i spytała:

-Widzisz to, co ja?

-Tak!

Wstałyśmy od stołu, złapałyśmy się za ręce, zapaliłam światło w przedpokoju – nikogo tam nie było….Otwierałyśmy drzwi do kolejnych pokoi, zapalałyśmy światło, ale w żadnym pomieszczeniu nikogo nie było…..

Pani Basia spojrzała na mnie:

-Gdybym była sama uwierzyłabym, że miałam jakieś przywidzenia, ale jesteśmy we dwie, więc na pewno ta postać przywidzeniem nie była.

-Gdybym była sama, bez pani, pomyślałabym tak samo.

Obie byłyśmy nieco zmieszane, w końcu nie często widuje się ducha.

Byłam wtedy świeżo po przeczytaniu książki ks. Klimuszki „Moje widzenie świata”, (księdza z mojego miasta), więc nabrałam jakiejś wewnętrznej pewności, że ten człowiek właśnie zmarł i przyszedł odwiedzić swoje dawne miejsce.

Wtedy szukałam informacji o moim domu, okazało się, że został wybudowany w latach trzydziestych dla pracowników stoczni Schichau w Elblągu (https://pl.wikipedia.org/wiki/Ferdinand_Schichau), produkującej później na potrzeby wojenne, stąd wynikła szybka budowa (spore osiedla w tym stylu) domów dwu- trzy-piętrowych z dwuspadowym dachem.

Wydawałoby się, ze to już koniec historii, a jednak….Minęło wiele lat (20?) od tamtego wydarzenia, wyszłam za mąż, miałam dzieci.

Któregoś dnia byliśmy na spotkaniu u przyjaciół.  Zebrało nam się na opowiadania historii z własnego doświadczenia – „nie z tej ziemi”. Niewytłumaczalne zjawiska z punktu widzenia nauki. Opowiedziałam swoją historię. W momencie opisu wyglądu „mojego ducha” koleżanka wykrzyknęła:

– Ten sam człowiek odwiedzał panią G. spod jedynki!

Okazało się, że rodzice mojej znajomej znali rodzinę mieszkającą pod nr 1.  Z relacji rodziny poznali historię wizyt tego osobnika w ich mieszkaniu. Byłam lekko wstrząśnięta, pani Basia już dawno nie żyła, więc nie było nikogo, kto mógłby potwierdzić czy uwiarygodnić moją historię, a tu jednak jest!

Przy okazji zaczepiłam sąsiadkę z zapytaniem o odwiedziny ducha. Pani G. potwierdziła, był kilkakrotnie u nich w mieszkaniu, nawet siadał na fotelu. W związku z tym prosili księdza o poświęcenie mieszkania.

I to jest koniec tej historii. Jednak od tamtego czasu miewam „kontakt” z bliskimi zmarłymi, którzy na krótki moment pojawiają się albo w mojej świadomości, albo we śnie, uspakajając mnie lub prosząc o coś. Nie czuję lęku, wiem, że świat jest o wiele bardziej złożony niż mój ludzki umysł jest w stanie sobie wyobrazić.

Nie tak dawno, jakieś 3 lata temu, zainteresowałam się metodą kwantową 2p. Zrobiłam kursy, można rzec weszłam na ścieżkę rozwoju duchowego ( cokolwiek pod tym pojęciem rozumiemy) a inaczej mówiąc – życia świadomego. Tylko nie wiedziałam, że fizyka kwantowa tak bardzo zbliży mnie do Boga, za to jestem wdzięczna. Za każde doświadczenie, które przyszło mi lub przyjdzie przechodzić. Te doświadczenia zawsze czemuś służą, nawet, jeśli nie jestem w stanie na dzień dzisiejszy zauważyć ich głębszego sensu.”

 

Autorce dziękuję za poświęcony czas oraz wielką szczerość i życzę samych sukcesów we wszystkich aspektach życia.

 

 

 

 

„Kwantowy umysł” prof. Amit Goswami

 

 

Autor „Kwantowego umysłu” Amit Goswami jest wybitnym amerykańskim uczonym pochodzenia hinduskiego, który zajmuje się badaniami nad fizyką kwantową oraz działaniem ludzkiego umysłu. W przystępny sposób przedstawia paradoksy fizyki kwantowej, których nie da się wyjaśnić na gruncie klasycznej nauki. Dopiero uwzględnienie znaczenia świadomości pozwala na płynne połączenie zachodniej nauki ze wschodnim mistycyzmem.

Myślenie ma cechy procesu kwantowego. Możemy doświadczyć nagłego olśnienia, które stanowi kwantowy przeskok na wyższy poziom świadomości. Duża część książki poświęcona jest istocie kreatywności. Autor przedstawia przykłady wielu artystów, pisarzy i uczonych, którzy doświadczali odmiennych stanów świadomości, z których czerpali twórcze natchnienie.

Przybliża również osiągnięcia wschodnich myślicieli, którzy doświadczyli głębokiego rozwoju duchowego. Istnieją dowody naukowe na istnienie więzi myślowej pomiędzy ludźmi. Może się ona objawiać  na różne sposoby, czasem nazywane  „zbiorową nieświadomością” lub też „nadświadomością”. Z kolei w fizyce kwantowej bardzo duże znaczenie ma obecność świadomego obserwatora. Ciekawe zjawisko nazywane „splątaniem kwantowym”, przejawia się istnieniem więzi informacyjnej pomiędzy cząsteczkami nawet po ich odseparowaniu na znaczne odległości.

Chociaż dla naszych zmysłów dostępne są jedynie trzy wymiary przestrzenne i czas, to myśl nie jest niczym ograniczona, może przeniknąć owe trzy wymiary a czas jej nie ogranicza.

Autor przekonuje, że każdy może rozwinąć swój umysł i osiągnąć kwantowe myślenie, rozwijając zarówno swoją duchowość jak i kreatywność.

Nie zamykajmy swojego umysłu, bądźmy otwarci na nowe idee, bo człowiek może się uczyć przez całe życie.

 

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Astropsychologii

 

Do nabycia TUTAJ

Astrologia prawdy i mity – rozmowa z astrologiem Piotrem Gibaszewskim

„Wiara we wpływ konstelacji wywodzi się w pierwszym rzędzie z doświadczenia, które jest na tyle przekonywające, że przeczyć mu mogą tylko ci, którzy tego nie badali. (…) Nie ma wątpliwości, że niebo wywiera jakiś wpływ na człowieka.”

Johannes Kepler

Chyba każdy z nas czasem czyta horoskopy zamieszczane w popularnych gazetach. Osoby sceptyczne zaglądają do nich z czystej ludzkiej ciekawości lub w poszukiwaniu argumentów, „że to nie działa”. Osoby, które wierzą w horoskopy szukają w nich nadziei lub wiedzy o sobie samych. Jak widać każdy powód jest dobry. Niestety, horoskopy publikowane w prasie kolorowej, pisane są bardzo często przez ludzi przypadkowych, niemających zielonego pojęcia o astrologii, a jak wieść gminna niesie przez dziennikarzy stażystów, „bo muszą od czegoś zacząć”.

Wszystkie te działania, robią bardzo złą prasę astrologii i profesjonalnym astrologom. Nie od dziś wiadomo, że jeśli się chce zniechęcić ludzi do działania w określonym obszarze, czy do przyjęcia konkretnej koncepcji, nie należy z tym walczyć tylko permanentnie ośmieszać. Komu zależy na ośmieszaniu astrologii oraz innych technik dywinacyjnych? Odpowiedź jest oczywista. Ludziom mieniącym się strażnikami doktryny. Samozwańczym obrońcom „prawdy” uparcie przekonującym, że nasz los jest z góry przesądzony i zależy wyłącznie od siły wyższej. Paradoksalnie, ci sami ludzie mobilizując i pouczając innych używają takich argumentów jak: każdy jest kowalem swojego losu lub jak sobie pościelisz tak się wyśpisz. Popularne przysłowia, prawda? Jak widać mądrość ludowa nakazuje wierzyć w zdolność kreowania przez człowieka swojej drogi życiowej.

Udało mi się zaprosić do rozmowy Pana Piotra Gibaszewskiego, znanego i cenionego astrologa, którego artykuły mamy przyjemność czytać w tygodniku „Gwiazdy mówią”. Żywię nadzieję, że poniższy tekst pozwoli lepiej zrozumieć, czym jest astrologia i jakie są jej prawdziwe możliwości oraz jak pomocna może być w dzisiejszych czasach.

 

Biuro Duchów: Panie Piotrze proszę powiedzieć czy układ planet towarzyszący naszym narodzinom determinuje naszą przyszłość, czy jedynie określa charakter oraz pakiet naszych deficytów i potencjałów?

Piotr Gibaszewski: Jest to pytanie, nad którym astrolodzy zastanawiają się od bardzo dawna, może nawet od początku istnienie tej dziedziny wiedzy. Moim zdaniem można powiedzieć, że jest dokładnie pól na pół. Tyle tylko, że używając takich pojęć wchodzimy w obszar, który zupełnie inaczej rozumiano sto czy pięćset lat temu, a inaczej rozumiemy go obecnie. W dawnych czasach „przeznaczenie” pojmowano, wprost, jako nieuchronny ciąg wydarzeń, przez który człowiek nieodwołalnie musi przejść. Pewne ślady takiego myślenia, takiej filozofii odnajdujemy współcześnie w krajach dalekiego wschodu. W Indiach do dzisiaj ludziom łatwiej pogodzić się z losem, ponieważ w swoim horoskopie widzą tak naprawdę zapis karmiczny. Wiara w reinkarnację wiąże się z przyjmowaniem na siebie konsekwencji własnego postępowania. W tym kręgu kulturowym pewne rzeczy przyjmowane są w sposób naturalny. Jest dobra lub zła karma.

Tymczasem w Europie od czasów nowożytnych poszło to w zupełnie innym kierunku. Pojawiły się nowe nurty myślowe, lansujące ideę człowieka, który ma wpływ na własne życie. Współcześnie patrzymy na horoskop, jako zespół pewnych cech i tendencji. Jeśli zapytamy czy istnieje coś takiego jak determinacja, to odpowiedź brzmi – tak istnieje. Ponieważ mamy zdeterminowane pewne cechy osobowości, charakter, temperament, konstytucję psychofizyczną, tendencje zdrowotne. Z tym tylko zastrzeżeniem, że podobnie jak w genetyce, występowanie pewnych genów nie oznacza, iż nieodwołalnie zapadniemy na daną chorobę. Tu nic nie jest przesądzone i wiele zależy od nas samych, od stylu życia, jaki prowadzimy.

BD: Czemu świadomi, wykształceni, często życiowo bardzo zaradni ludzie stawiają sobie horoskop?

PG: Jedni robią to, aby uśmierzyć swoje lęki, inni żeby przygotować się na nadchodzące wydarzenia. Jeśli na przykład z horoskopu wynika, że w roku 2017 układ planet zapowiada trudny dla nas okres, możemy przygotować się na to, co nadchodzi i spokojnie przemyśleć strategię. Astrolog dysponując określonym zasobem informacji z pewną dozą prawdopodobieństwa może przewidzieć jak zachowa się dany człowiek. Jednak astrolog to nie jasnowidz. Nie na tym polega jego rola. Najważniejszym zadaniem astrologa jest przeprowadzić człowieka przez konkretny proces, który jest mu w danej chwili pisany.

BD: Nasuwa mi się pewna myśl sformułowana przez Junga „Astrologia ma zapewnione uznanie ze strony psychologii bez dalszych oporów, ponieważ astrologia reprezentuje sumę wiedzy psychologicznej starożytności”. Rozumiem, że współczesny astrolog ma, lub wręcz powinien mieć, wiedzę z zakresu psychologii oraz umiejętności trenera personalnego?

PG: Tak, wielu astrologów, w tym i ja pracuje z klientem wskazując mu bardzo wyraźnie jego potencjały i deficyty. W momencie kryzysu człowiek może się zachować dwojako: aktywnie minimalizując straty lub pasywnie zmierzając wprost do katastrofy. Przytoczę historię o dwóch braciach, dzieciach tych samych rodziców, którzy od kołyski zmagają się z trudnościami, biedą i przemocą. Jeden prowadzi życie złodzieja , a drugi z uporem walczy o siebie i zostaje duchownym służąc z oddaniem najbiedniejszym. Jeden i drugi brat mówi: „moje życie nie mogło być inne zważywszy na moją przeszłość”. Wiele zależy od nas samych.

BD: Teraz chciałabym zapytać Pana o horoskopy stawiane małym dzieciom. Z własnego doświadczenia wiem, że mogą one bardzo pomóc w zrozumieniu dziecka i w jego rozwoju. Wiele zyskałam dzięki wiedzy zaczerpniętej z horoskopów moich córek. W tej chwili gdyby w rodzinie pojawiło się maleństwo, w życiu nie inwestowałabym w pamiątkowe gadżety typu srebrna łyżeczka, tylko w profesjonalny horoskop dla dziecka.

PG: Horoskop jest kopalnią wiedzy o tym kim człowiek jest i jakie posiada tendencje. W coaching’u istnieje ścieżka rozwijania zasobów człowieka w oparciu o jego potencjały. Innymi słowy szansa na rozwijanie się w lepszy, bardziej efektywny sposób. Sam pracuję z klientami w oparciu o tę metodę. Kwestia podstawowa dotyczy stosunku rodziców do dziecka. Jeśli uważają, że dziecko jest ich własnością i oni wiedzą najlepiej, co jest dla niego dobre to należy przypuszczać, że nie będą zainteresowani poznaniem tej wiedzy. Jeśli natomiast rodzice traktują swoje dziecko, jako odrębną duszę i zależy im na tym, aby realizowało się na wielu płaszczyznach i możliwie najefektywniej to chcą poznać wszelkie dostępne źródła, które im realizację tego celu ułatwią.

BD: Teraz nieco inny temat. Otóż od dłuższego czasu, różne portale, rozpisują się na temat Wężownika, (czyli trzynastego gwiazdozbioru) i jego wpływu na interpretacje astrologiczne. Moim skromnym zdaniem sprawa z Wężownikiem przypomina wyciąganie królika z kapelusza i nie ma racjonalnych podstaw. Ciekawa jestem Pana opinii.

PG: Ten temat wraca jak bumerang. Momentami jest to po prostu irytujące. Wylano tony atramentu, podczas gdy sprawa jest prosta i oczywista. Z punktu widzenia astronomicznego ekliptyka, (czyli droga wędrówki planet po niebie) jest to pas, można też powiedzieć pierścień, na którym znajduje się trzynaście gwiazdozbiorów. W tym gwiazdozbiór Wężownika. W astrologii mówimy o dwunastu znakach zodiaku. Znaki a gwiazdozbiory to dwie różne rzeczy, mimo, że maja te same nazwy. Podzielono przestrzeń, która ma harmonijna strukturę, na dwanaście równych części po trzydzieści stopni każda. Przestrzeń ta związana jest z roczną wędrówką Słońca po ekliptyce. Obie zasady funkcjonują od czasów babilońskich niezależnie od siebie. Wprowadzanie powiązań gwiazdozbioru Wężownika do astrologii jest nieuzasadnione i nieracjonalne.

BD: Panie Piotrze, spotkałam się z opinią jakoby po przeżytej śmierci klinicznej warto było postawić nowy horoskop urodzeniowy. Czy myśli Pan, że jest to zasadna propozycja?

PG: Pierwszy raz słyszę, że należy robić nowy horoskop po przeżyciu śmierci klinicznej. Oczywiście. Jest w tym pewna pokusa. Pojawia się jakby nowe życie, więc i niby nowy horoskop. Nawet gdyby tak założyć, że pojawia się nowe życie, to ten „nowy” horoskop nie należy traktować jako zaprzeczenie poprzedniego. Uwarunkowania, z którymi przyszliśmy na ten świat – biologiczne, psychologiczne, temperament, relacje rodzinne, oraz wiele, wiele innych, które znajdujemy w horoskopie urodzeniowym przecież nie zmieniają się w momencie przeżycia śmierci klinicznej. I choć jest to na pewno wielkie, być może najważniejsze, wydarzenie w życiu, to jednak nie zapominałbym o horoskopie urodzeniowym. Z czysto technicznego punktu widzenia uważam, że horoskop „ponownych narodzin” to nie reinkarnacja. Nie wciela się nowa dusza. To ta sama dusza, ale przemieniona. Horoskop nowych narodzin (po śmierci klinicznej) byłby zatem pewnym ważnym etapem rozwoju i tak go należy traktować. Jako nowe doświadczenie, nowy etap. To zatem horoskop tego nowego etapu. Odrzucanie horoskopu urodzeniowego nie ma sensu.

BD: Na zakończenie pytanie nieco lżejszego kalibru. Czy jest prawdą, że wielu możnych tego świata, celowo podaje nieprawdziwe dane dotyczące momentu przyjścia na świat, żeby ich konkurenci czy przeciwnicy nie mieli w ręku tak ważnego atutu?

PG: W dawnych czasach nie miało to większego sensu ponieważ wiedza astrologiczna była niezwykle elitarna i dostępna jedynie w zamkniętych kręgach. W dzisiejszej dobie, publicznie  analizuje się horoskopy rodziny królewskiej, znanego polityka czy papieża. To już nikogo nie dziwi. Niemniej w historii zdarzały się przypadki fałszowania daty urodzenia. Niepewna jest data urodzenia na przykład Stalina, również w biografiach Putina znajdziemy rozbieżności. Horoskop może być narzędziem manipulacji, ponieważ znając go poznajemy tożsamość danego człowieka.

BD: Ile czasu zajmuje Panu analiza horoskopu?

PG: Średni około tygodnia.

 

Dziękuję za rozmowę !

 

Strona mojego gościa : http://solarius.pl/

„Kocham cię Broadway” Teatr Mały Tychy

 

 

 

Wczorajszy wieczór spędziłam w Teatrze Małym w Tychach. Piszę o tym, ponieważ uważam, że należy rekomendować to, co warte uznania, nowatorskie i wybitne po prostu.

Na pierwsze strony gazet przebijają się jedynie teatry, których strategia marketingowa polega na szokowaniu opinii publicznej poprzez kontrowersje związane z repertuarem, bądź obsadą. Marna to strategia, w dodatku przynoszącą szkodę sztuce jako takiej.

Teatr Mały w Tychach stawia na jakość. Tutaj każdy spektakl jest wydarzeniem artystycznym i to bez względu na rodzaj widowiska. Dyrektor Andrzej M. Marczewski postawił poprzeczkę bardzo wysoko, tak sobie jak i artystom, z którymi, ku zadowoleniu widzów, współpracuje. Wczorajszy spektakl jest tego twardym dowodem.

Rewia karnawałowa „Kocham cię Broadway” zapiera dech w piersiach. Widowisko od pierwszego do ostatniego taktu porywające. Wielkie szlagiery musicalowe wspaniale zaaranżowane przez Krzysztofa Brzezińskiego w wykonaniu orkiestry pod jego batutą, znakomici wokaliści Serena Ottardo i Nicola Palladini, towarzysząca im grupa wokalna oraz balet, to atuty przesądzające o klasie przedstawienia.

Zjawiskowa, Serena Ottardo oczarowała nie tylko męską część widowni. Zapewne wielu widzów zadaje sobie pytanie: jak to jest możliwe, że tak delikatna kobieta posiada równie potężny wokal? Odpowiada za to znakomity warsztat, ogromne doświadczenie sceniczne czy zgoła boskie natchnienie? Jedno jest pewne: nieliczne wokalistki mają odwagę sięgnąć po tak trudny numer jak „Respect” z repertuaru Anety Franklin. Serena wykonała ten szlagier brawurowo, a publiczność doceniła jej kunszt, nagradzając gromkimi brawami. Piękna Włoszka dała pokaz talentu oraz temperamentu, zyskując uznanie i sympatię widzów.

Nicola Palladini zaprezentował się w podwójnej roli konferansjera oraz wokalisty. Z obydwu zadań wywiązał się kapitalnie. Gdyby w języku polskim nie istniało wcześniej określenie „żywe srebro” to zapewne obejrzawszy ten koncert, ktoś by je stworzył, po to tylko, aby spójnie opisać osobowość sceniczną reprezentowaną przez tego artystę. Kiedy tańczy, wydaje się być kwintesencją ruchu, kiedy śpiewa cały jest muzyką. Włoch o polskich korzeniach, czaruje publiczność zarówno w Polsce jak i za granicą.

Chcę wierzyć, że teatr należy do takich właśnie osób. Uprawiających swój zawód z miłością i doskonalących nieustannie kunszt artystyczny. Uwodzących publiczność osobowością, talentem i zaangażowaniem. Chcę TEATRU stanowiącego enklawę dla sztuki mówiącej o miłości, prawdzie, sensie życie, ludzkiej godności czyli wartościach kardynalnych dla każdego człowieka. Dla tego będę wracać do Teatru Małego w Tychach, mając pewność, że bylejakość i kicz nie mają tam wstępu.