Przeklęty pierścień z rubinem

 

Niedawno otrzymałam taki oto list:

„Chciałabym opowiedzieć Pani moją historię. Jestem ciekawa Pani opinii na temat tego, co przytrafiło się nam w związku z pewnym przedmiotem. Siostra mojej babci, Teresa trafiła do obozu w Oświęcimiu. Natomiast moja babcia Maryla zdążyła uciec i ukrywała się u znajomych. Po wojnie obie siostry długo się szukały. Ich dom rodzinny zburzono, rodzice zginęli, a one w zawierusze wojennej znalazły się daleko od siebie. Teresa przebywała w obozie „tylko” sześć miesięcy. Doczekała tam wyzwolenia i jedynie dzięki sprytowi swojej koleżanki Danusi (ona była tam kilka miesięcy dłużej) nie trafiła do tak zwanego „marszu śmierci”. Po wyzwoleniu uzyskały pomoc medyczną. Obie bardzo chciały wydostać się jak najszybciej z tego potwornego miejsca. Z magazynów wzięły sobie ubrania, jakieś podstawowe rzeczy typu grzebień, kubek itp. Zapakowały to do walizek i ruszyły do Krakowa. Tam Danusia mieszkała przed wojną. Dobrze zrobiły, bo dom rodzinny Danusi ocalał i jej rodzina w większości też. Przygarnęli Teresę i byli dla niej dobrzy. Ona jednak cały czas szukała siostry. Te poszukiwania zajęły prawie trzy lata. Moja babcia w tym czasie znalazła się we Wrocławiu. Kiedy się odnalazły, ściągnęła do tego miasta Teresę, pomogła jej znaleźć lokum i pracę. Teresa poznała swojego pierwszego męża i urodziła mojego kuzyna Piotra. Wszystko układało się dobrze, do momentu, kiedy podczas porządków Teresa postanowiła spalić starą walizkę, którą miała z obozu. Okazało się, że walizka ma tak zwane drugie dno. Znalazła tam kilka złotych dolarówek, pierścionek, krótki sznur prawdziwych pereł i jeszcze jakieś obrączki i parę innych złotych drobiazgów. Najpierw się ucieszyła, bo Piotrek był chorowity i bardzo chciała pojechać z nim do sanatorium. Tak też się stało, zaraz po spieniężeniu części złota. Już w podróży prześladował ją pech. Po powrocie z sanatorium jej życie zamieniło się w pasmo niepowodzeń. W dość głupim wypadku straciła męża. Poza tym często śniła jej się kobieta o czarnych oczach, mizerna, z takim dziwnym grymasem twarzy. Nic nie mówiła tylko kręciła głową. Babcia Teresa zaczęła podejrzewać, że te pieniądze i przedmioty są przeklęte. Pewnej nocy popłakała się i zaczęła głośno mówić do tej kobiety ze snu, zupełnie jak do realnego człowieka. – Czego ty ode mnie chcesz? Przecież ja ci niczego nie ukradłam, te pieniądze nie są ci na tamtym świecie potrzebne. Czy ty nie rozumiesz, że ja chciałam dziecko ratować? Czy ty wiesz, co to znaczy kochać dziecko? W tym momencie żyrandol dosłownie eksplodował i rozbił się na dziesiątki kawałków. Od tego dnia nieszczęścia się skończyły i Teresa niejako przestała „demonizować” sprawę. Piękny pierścionek z rubinem, który znalazła w walizce, podarowała mojej mamie Joannie. Moi rodzice byli niewierzący i dość mocno zaangażowani politycznie. Oni naprawdę wierzyli w lepszy świat, jaki budują. Mama ubrała pierścionek po raz pierwszy w ważnym dla siebie dniu. Wchodząc do budynku, potknęła się na schodach i mocno stłukła sobie kolano. Przez całe lata zbierała jej się woda i miała z tego powodu problemy. Praktycznie za każdym razem, kiedy zakładała ten pierścionek, coś szło nie tak jak powinno. Kiedyś mój tata powiedział: tylko mi nie ubieraj tego przeklętego pierścionka! Mama ofuknęła go, że w zabobony wierzy i ubrała go na złość ojcu. Tego wieczoru wpadła w poślizg i rozbiła ich pierwszy samochód. Chyba duma i światopogląd nie pozwalały jej przyznać, że z tym pierścionkiem, jest coś nie tak. Kilka lat temu mama podarowała mi ów pierścionek, a ja znając jej poglądy nie miałam odwagi powiedzieć, że obawiam się klątwy. Mój mąż też wyśmiał moje obawy. Sama w pewnym momencie zaczęłam w to wszystko wątpić i założyłam pierścionek na bal karnawałowy. Kiedy wysiadałam z taksówki ( w drodze na ten bal) upadłam i złamałam rękę w nadgarstku. Resztę wieczoru „przebalowałam” na urazówce. Więcej pierścionka nie założyłam. Mam dwie dorosłe córki. Starsza wierzy w klątwę pierścionka i w życiu go nie przyjmie. Młodsza lubi retro klimaty i chętnie by go nosiła. Z tym tylko, że ja obawiam się potencjalnych konsekwencji. Czy ta klątwa nigdy się nie skończy?”

Czasami bardzo trudno nam uwierzyć, jak silnie nasza energia potrafi wiązać się z przedmiotami, których używamy. Jeśli dodatkowo z konkretną rzeczą jesteśmy związani emocjonalnie to poziom tego „uwikłania” rośnie. Oczywiście nie chodzi mi jedynie o luksusowe precjoza. Każdy z nas ma pamiątki, które, mimo, że materialnie bezwartościowe, dla nas są niemymi świadkami zdarzeń. Stanowią one swoisty katalizator, dzięki któremu biorąc w dłoń bodaj kamyk, natychmiast bardzo intensywnie, odczuwamy wszystkie emocje i niemal słyszymy wypowiedziane w ważnej dla nas chwili słowa.

Temat klątw był już przeze mnie poruszany niejednokrotnie. W tym konkretnym przypadku trzeba byłoby historię pierścionka, podzielić na etapy. Pierwsza właścicielka zapewne wysoko ceniła jego walory i nie rozstała się z nim, praktycznie aż do smutnego końca. Wszyscy doskonale wiemy, jak wyglądały realia obozu zagłady w Oświęcimiu. Kobieta zapewne doskonale zdawała sobie sprawę z faktu, że jej oprawcy mordują nie tylko z powodu nienawiści rasowej, ale również (a może przede wszystkim) z chęci zysku. Mogła, zatem przeklinać nie tylko swoich katów, ale również każdego, kto posłuży się „krwawym złotem”.

Na marginesie dodam, że spotkałam się kiedyś z ludową legendą, która opowiadała o mnichu posiadającym dar widzenia dusz i rozmowy z nimi. Mnich zauważył, że za lokalnym katem podąża spora grupa dusz. Zapytał, czemu nie odchodzą na drugą stronę? Dusze odparły, że są związane z katem, który zabił ich ciała. Skrócono ich planowany pobyt na ziemi i one muszą tu przebywać aż do śmierci kata. Wtedy odejdą razem z nim. Przyszło mi do głowy, że wielu katów nazistowskich, żyje po dziś dzień i kto wie, co przebywa blisko nich?

Wracając jednak do pierścionka, proszę zwrócić uwagę, że do momentu, kiedy Teresa odkrywa kosztowności i część z nich spienięża, w jej życiu właściwie dobrze się dzieje. Odnalezienie skrytki poskutkowało niczym otwarcie mitycznej puszki Pandory. Zupełnie jakby za tymi kosztownościami podążyła ciężka i niechętna Teresie energia. W dodatku pojawiły się sny o kobiecie, która chociaż nic nie mówiła to jednak kiwała głową z dezaprobatą. Pani Teresa zaczyna szukać przyczyny swoich dramatów i (intuicyjnie?) upatruje jej w znalezionym złocie. Kiedy zwraca się wprost do właścicielki walizki, dochodzi do silnej reakcji psychokinetycznej i żyrandol rozpada się w drobny mak. Życie Teresy wraca do normy. Następuje swoiste katharsis.

Wydawałoby się, że doczekaliśmy happy endu. Pierścionek przechodzi w ręce Joanny. Prawdopodobnie ma już śladowe ilości energii pierwszej właścicielki, ale za to wszystkie myśli Teresy, które krążyły wobec jego złowieszczych mocy, zdążyły przylgnąć na dobre.

Pani Joanna, jako ideowa materialistka nie dopuszcza do siebie „bzdur plecionych przez starą ciotkę”. Niestety jej podświadomość już dawno nimi przesiąkła. Tym samym w momencie założenia tej naładowanej negatywnie rzeczy Joanna, była (jakby to ująć) podświadomie niespokojna. Nasza aura to system wczesnego ostrzegania, który reaguje silnie na wszystko, co dla nas niekorzystne lub niebezpieczne. Tego urządzenia nie da się „oszukać” i koniec. W momencie rozproszenia myśli, łatwo o wypadek. Dokładnie ten sam mechanizm zadziałał w przypadku autorki listu.

Czy dałabym swoje córce taki pierścionek? Gdyby pragnęła go i przyjęła bez lęku, dałabym.

Człowiek, czyniąc przedmiot swoją rzeczą, mentalnie oczyszcza go i rozpoczyna zupełnie nową historię wspólnej egzystencji. To nie jest przypadek, że niektóre prezenty wzbudzają naszą niechęć. Wierzę, że tak zwana kwestia gustu ma tu znaczenie drugorzędne. Decyduje energia ofiarodawcy.

Zapisz

Reinkarnacja – chrześcijańskie tabu

Reinkarnacja – chrześcijańskie tabu

 

W korespondencji od Państwa temat reinkarnacji wraca niczym przysłowiowy bumerang. Jedna z Pań napisała: „Wszystko we mnie krzyczy, że reinkarnacja to zjawisko prawdziwe, ale jestem katoliczką i nauka Kościoła ma dla mnie znaczenie”. Wiele osób przeżywa takie rozterki. Być może warto postawić sobie proste pytanie, co decyduje o naszej wierze: zhierarchizowana instytucja czy serce, które poprzez miłość łączy nas z absolutem? Ja zadałam sobie to pytanie dawno temu.  Odpowiedź była rozstrzygająca.

Z przyjęciem reinkarnacji, jako zjawiska oczywistego nie maja kłopotu ludzie Dalekiego Wschodu. Taka jest ich wiara i taka logika myślenia. Ciało traktowane jest, jako tymczasowe mieszkanie dla duszy, w której zawiera się kwintesencja naszej osobowości i de facto naszego człowieczeństwa.

Mentalność europejska, budowana i kształtowana przez wieki w oparciu o chrześcijaństwo siłą rzeczy jest inna. Zgodnie z doktryną kościelną reinkarnacja jest wykluczona, ze względu na „osobową niepowtarzalność człowieka”. Krótko mówiąc, człowiek rozliczany jest i osądzany w ramach jednego żywota. W dodatku przy założeniu, że jego zmartwychwstanie nastąpi „w ciele”, czyli innymi słowy zostanie odtworzony z prochów. Koniec kropka. Wszystko, co nie zgadza się z doktryną jest uznawane za niebezpieczne i po dziś dzień zaciekle zwalczane.

Wiadomo, że pierwsi chrześcijanie, przez, co najmniej trzy stulecia wierzyli w reinkarnację lub przynajmniej oficjalnie rozpatrywali taką możliwość. Jeśli chodzi o ruchy gnostyckie, wiara w wędrówkę dusz przetrwała dużo dłużej, nawet do czasów współczesnych. W Starym i Nowym testamencie padają słowa, które dość jednoznacznie przemawiają na korzyść tej tezy. Duchowni dogmatycy, z uporem utrzymują, że taka interpretacja jest nieprawidłowa, ponieważ nie zgadza się z nauką kościoła. Jednym słowem tekst jest niepodważalny pod warunkiem, że pasuje do wcześniej stworzonego, wygodnego kontekstu.

Cóż, wiele kościelnych zakazów i nakazów, nie ma nic wspólnego z Biblią, o nauce Chrystusa nie wspominając. Mieści się za to znakomicie w takich pojęciach jak zniewolenie człowieka, prześladowanie kobiet i autorytaryzm grubo podszyty strachem.

Jeśli dołożymy do tego dogmat o nauczaniu „ex cathedra” i papieskiej nieomylność, zakaz czytania i tłumaczenia Biblii na języki narodowe[1] to koło zaprzeczeń zamyka się, tworząc szczelną barierę dla myśli i wolnego ducha.

Tak na marginesie, spójrzmy chociażby na kwestię piekła, niezwykle mocno akcentowaną przez duchownych. Wieki całe straszono ludzi niewyobrażalnymi mękami, których doświadczą, jeśli nie będą przestrzegać pewnych zasad. Pół biedy gdyby chodziło o dekalog, niosący  przekaz uniwersalny i ponadczasowy. Nie, z taką sama zaciętością karane miały być również wykroczenia przeciwko samemu kościołowi. Strach to podstawowy element manipulacji. Tak było, jest i niestety będzie. Duchowi przywódcy korzystali z tego narzędzia przez wieki i bez skrupułów, przesłanie miłości odsuwając na plan dalszy. Dopiero koszmar II Wojny Światowej, przewyższający najbardziej fantazyjne i sadystyczne obrazy piekła znane do tej pory, spowodował zmianę w kościele. Już nikt nie straszył z ambony, nie miałby, bowiem czym straszyć. Pojawiły się nowe interpretacje, według których piekło to stan potępienia duszy, a nie konkretne miejsce. Wcześniejsze wypowiedzi i działania tłumaczono np. błędami w przekładach Biblii oraz histerycznym podejściem do tematu rozlicznych nadpobudliwych artystów. Te argumenty byłyby nawet zabawne, gdyby nie cierpienie milionów ludzi, zniewolonych strachem i wykorzystywanych bez oporów.

Inny przykład: jakże piękna i wzniosła postać Marii Magdaleny. W roku 591 papież Grzegorz Wielki ogłasza, że Magdalena była nierządnicą, a siedem demonów, które wygnał z niej Jezus to siedem grzechów głównych. Ważnym było dla hierarchów, zdeprecjonować rolę kobiety-apostoła, która w przeciwieństwie do pozostałych uczniów, pozostała wierna swemu Mistrzowi do końca. Kardynał Richelieu powiedział „Nie ma ludzi niewinnych. Jeżeli dasz mi sześć linijek napisanych przez najbardziej uczciwego człowieka, to i tak znajdę w nich przyczynę do powieszenia go.” Wiedział, co mówi, jako godny spadkobierca swych poprzedników.

Dopiero w roku 1969 pod presją środowisk intelektualnych, doszło do oficjalnego sprostowania tej „niezamierzonej teologicznej pomyłki”. Magdalenę zrehabilitowano, ale w świadomości społecznej zakodował się już jej negatywny obraz. Umniejszenie Magdaleny usprawiedliwiało służebną rolę kobiety w strukturach kościelnych.

Przytoczyłam te przykłady, żeby zobrazować trudnego i fanatycznego interlokutora. Przeciwnika w dyskusji o reinkarnacji, której przebieg będzie zawsze ten sam, a konkluzja pozostanie niezmienna. Liczy się tylko dogmat, czyli „w teologii chrześcijańskiej: prawda uznana przez Kościół za objawioną przez Boga”[2]Z listów od Państwa wynika, że większość księży reaguje niezwykle nerwowo na słowo reinkarnacja. W pewnym sensie jest to temat tabu, a sama myśl dopuszczająca taką możliwość pachnie potępieniem.

Wszyscy mamy swój rozum i serce wrażliwe na prawdę. To niezawodny zestaw w drodze przez życie, a może i przez śmierć. Warto z tych atrybutów korzystać.

 

 


[1] Kościół Katolicki oficjalnie pozwolił na tłumaczenie Biblii na języki narodowe z języków oryginalnych dopiero podczas II Soboru Watykańskiego (1962-1965).

[2] Słownik języka polskiego PWN