Szpital po drugiej stronie ziemskiej rzeczywistości – wzruszająca relacja

Kochani!

Po publikacji tekstu „Byłem jak hologram” w komentarzach na Facebook’ u pojawiła się bardzo interesująca relacja Pani Aleksandry. Doszłam do wniosku, że po pierwsze nie wszyscy Czytelnicy korzystają z FB, a po drugie, że tak wartościowy tekst zostanie niejako przykryty innymi komentarzami. Napisałam, zatem do Aleksandry, prosząc ją o zgodę na publikacje jej historii bezpośrednio na blogu. Zgodziła się i opisała również drugą śmierć kliniczną, której doświadczyła wiele lat później.

O ile pierwsza relacja jest niemal wzorcowa w swoim przebiegu, o tyle druga ma wymiar mistyczny i jest niezwykle poruszająca.

 

„Pierwszą śmierć kliniczną miałam po wypadku, a reanimowano mnie w Szpitalu Bielańskim w Warszawie. To było w listopadzie 73r. Przeszłam wszystkie, klasyczne etapy po opuszczeniu ciała tzn. wspinałam się w jakiejś głębokiej studni w kierunku światła w towarzystwie niewidzialnej istoty, która nakazywała mi wracać. Ja byłam w takim pięknym stanie lekkości i szczęśliwości, że nie słuchałam głosu tej istoty tylko uparcie posuwałam się dalej, żeby wreszcie znaleźć się w tym cudownym świetle. Nie chciałam absolutnie wracać. Moje fizyczne ciało, które wcześniej widziałam z góry na łóżku szpitalnym, wcale mnie nie obchodziło. Kiedy wreszcie dotarłam do „światła”, ogarnęła mnie ogromna miłość i ciepło nie do opisania. Pojawiła się koło mnie jakaś „świetlista” postać. Nie wiem, kto to był, ale znowu dostałam nakaz powrotu. Uparta jak zawsze, poprosiłam tę postać, żeby mi pokazała naszą planetę Ziemię. Chciałam zobaczyć planetę z góry, z perspektywy kosmosu, bo zawsze o tym marzyłam. Postać pokazała mi Ziemię i wtedy zobaczyłam jakieś srebrne światełka. Przypominały malutkie gwiazdeczki, niektóre podążały w kierunku Ziemi, inne podobne Ziemię opuszczały. Zapytałam, co to jest i dostałam odpowiedź, że to są dusze, które przychodzą na Ziemię i te, które odchodzą, kiedy czas na nie przychodzi…

Pokazano mi również cale moje życie, a świetlisty opiekun powiedział, że muszę wracać, bo mam jeszcze dużo do zrobienia. Tam gdzie się znalazłam widziałam z daleka piękne, złote miasto. Niestety nie mogłam tam pójść. Opiekun zachęcał mnie w rożny sposób, żebym wracała, ale ja konsekwentnie odmawiałam. Nie było przymusu, ale kiedy pokazał mi moją matkę, krzątająca się przy kuchni, nagle zatęskniłam za nią. W tej samej chwili, znalazłam się w tunelu i z ogromną szybkością poruszałam w przeciwną stronę. Pamiętam jakiś ogromny szum i świst i znowu znalazłam się w moim fizycznym ciele, które ogromnie bolało, ze względu na połamane żebra. Krzyknęłam do lekarzy: ” Coście zrobili, nie chcę tu być”. Potem zaczęły się badania mózgu, ponieważ byłam martwa 25 minut, a przecież medycyna mówi, że po 4 min. mózg przestaje działać. Kiedy opowiedziałam lekarce o moim przeżyciu, powiedziała, że to były halucynacje. Och, jaka byłam zła….”

 

Drugą relację polecam szczególnie tym z Państwa, którzy znają film pt „Nasz dom”, zrealizowany na podstawie przekazów otrzymanych przez Chico Xaviera.Przyznam szczerze, że płakałam czytając te słowa. Wzruszenie wywołane były nie tylko pięknem opisu Aleksandry, ale również tym, że wizja, jaką dawno temu, obdarowała mnie pewna dobra Istota okazała się spójna z przeżyciami innej osoby. Nawet mnie, która doświadcza bardzo specyficznie tego, co zwiemy życiem, czasami trudno jest uwierzyć w ogrom dobra i miłości przeznaczonej dla nas ludzi.

„Może zacznę od tego jak to się stało, że tam się znalazłam. Otóż po pierwszej śmierci klinicznej, zrozumiałam, ze moje życie musi zmienić kierunek. Wtedy byłam w centrum kariery muzycznej, ale czułam, że to jest tylko taki tymczasowy przystanek. Ta świetlista postać powiedziała mi, że będzie mnie prowadzić i muszę słuchać mojej duszy i czekać zawsze na odpowiednie okazje. Nic się nie da przyspieszyć. Okazja przyszła w stanie wojennym. Rzuciłam pracę w teatrze muzycznym. Pomagałam starszym ludziom i samotnym matkom, żeby łatwiej im było przeżyć ten trudny czas. Potem wyjechałam do Szwecji, bo taka możliwość się przede mną otworzyła. Tu skończyłam Podologię i pracowałam 30 lat w ośrodku dla ludzi starszych z rożnymi schorzeniami oraz w hospicjum. Ta praca była dla mnie wszystkim, co spowodowało, że z przepracowania dostałam zawału. I tu się zaczyna ta niesamowita historia. „Obudziłam się” na przezroczystej pryczy, przez którą przechodziły kolorowe rurki wykonane, jakby z czystej energii. Przy mnie siedziała przepiękna „lekarka” z długimi, złocistymi włosami. Samo pomieszczenie miało kształt owalnej kuli, jak bańka mydlana. Ściany też wypełnione były przepięknym, kolorowym światłem, niczym żywą tęczą. To było coś w rodzaju inkubatora. Na moje pytanie gdzie jestem, ta lekarka odpowiedziała, że to jest szpital, ale po drugiej stronie naszej ziemskiej rzeczywistości. Na pytanie, „co ja tu robię”, odpowiedziała, ze oni musieli wywołać u mnie zawał, ponieważ ja przestalam słuchać intuicji, rozdawałam swoją energię na lewo i prawo i byłam wykorzystywana przez innych. Na pytanie, kim są „oni”? odpowiedziała mi, że mamy zawsze kilku „przewodników”, a ona jest jednym z nich i dlatego przybrała taki wygląd, jaki będzie miała pierwsza osoba, którą spotkam po przebudzeniu, już na ziemi.

Moje ciało na tej pryczy było lekko przezroczyste i miałam piękne szaty, naładowana energią. Kiedy już lepiej się poczułam, zaczęłam się rozglądać dookoła i przez ściany tej bańki, w której byłam, zobaczyłam mnóstwo baniek w różnych rozmiarach. Unosiły się one swobodnie w powietrzu. W środku mojej ogromnej bańki znajdowało się mnóstwo identycznych prycz jak moja. Widziałam leżące tam postaci oraz ” lekarzy” i „pielęgniarki”. Zadałam pytanie:, kim  są pozostali ludzie, czemu jest ich tak wielu ? Poinformowano mnie, że są to ofiary katastrofy lotniczej i leżą w uśpieniu, żeby im wymazać traumę spowodowaną wypadkiem, zanim się obudzą. Robi się to dla ich dobra, żeby nie pamiętali, nieprzyjemnych okoliczności śmierci ciała i swobodnie mogli przejść do swoich grup duchowych. Tam się dowiedziałam, że my należymy do różnych grup, w zależności od naszego statusu i rozwoju duchowego. Upewniłam się, że reinkarnacja istnieje i czasami wypadki tutaj zdarzają się, dlatego, że sami założyliśmy sobie taki plan, zanim dusze nasze zeszły na ziemię. Bywa jednak, że wypadki są spowodowane tylko bezmyślnością ludzką i dlatego te dusze, które przerwały nagle swój osobisty plan, muszą wrócić aby zacząć jego realizacje od nowa. Dowiedziałam się również, ze można zmienić plan za zgodą swojej grupy i przewodników. Na niektóre, szczególnie skomplikowane warianty „planów osobistych” musi wyrazić zgodę „Rada Starszych”. Są to stare dusze, które osiągnęły taki etap i doświadczenie, że nie muszą się inkarnować.

Jak może sobie Pani wyobrazić, to było dla mnie zbyt wiele, do ogarnięcia umysłem w jednej chwili, a pytań miałam z minuty na minutę coraz więcej.

Niestety musiałam wracać, żeby dokończyć swoje zadanie na ziemi. Lekarka – przewodniczka kazała mi zamknąć moje astralne oczy i w jednej chwili, już bez żadnego tunelu, znalazłam się w ciele fizycznym, bo usłyszałam glos: „Alexandra, Alexandra, obudź się”… I wtedy zobaczyłam tę sama lekarkę, otoczoną jakby mgiełka. Lekarka powiedziała mi, jak się nazywa i że jestem w szpitalu Nacka na oddziale reanimacji. A ja wypaliłam jej: to ja jeszcze jestem w niebie?… A ona zaczęła się śmiać bardzo serdecznie. Dowiedziałam się, że reanimowano mnie przez całe 45 minut , a potem leżałam w komie przez kilka dni.

To na razie tyle. Zdarzyło mi się jeszcze spotkanie ze świetlistą istotą w dzieciństwie, tym razem całkowicie na jawie. Moja mama przed śmiercią też miała takie spotkanie, podczas którego dowiedziała się, kiedy ta świetlista istota po nią przyjdzie.

Planowałam to wszystko opisać tutaj w Szwecji. Byłam umówiona z jednym dziennikarzem, ale niestety odszedł nagle. Tak chyba musiało być, bo może to Pani ma to opisać. Ludzie powinni się dowiedzieć, że nie ma co płakać na pogrzebach, tylko się cieszyć. Przesyłam serdeczne uściski. Ola

Pani Olu jestem ogromnie wdzięczna za obie relacje i dziękuję mojemu Opiekunowi, że mogłam poznać tak niezwykłą osobę, jak Pani.

Biuro Duchow 1200

Allan Kardec „Opętanie” w przekładzie Piotra Struczyka L.F.

 

Mam wielką przyjemność zarekomendować Państwu książkę „Opętanie” Allan’a Kardeca w błyskotliwym przekładzie Piotra Struczyka L.F. „Opętanie” zawiera zbiór artykułów z miesięcznika „Przegląd Spirytystyczny”, wydawanych we Francji od 1858 roku.

Jestem pod ogromnym wrażeniem pracy wykonanej przez tłumacza. O ile, bowiem tematyka, poruszane zagadnienia oraz idee spirytyzmu pozostają niezmienne i bardzo aktualne, o tyle język Allana Kardeca, patrząc z naszej perspektywy może być nieco archaiczny. Zapewniam, że Piotr Struczyk rozwiązał ten problem perfekcyjnie i bez uszczerbku dla treści. Książkę czyta się znakomicie i polecam ją każdemu, kto interesuje się spirytyzmem lub po prostu pragnie pogłębić wiedzę na temat inteligentnych sił, które potrafią oddziaływać na człowieka w sposób czasem wręcz bezwzględny.

Spirytyści zakładają możliwość kontaktu z istotami bezcielesnymi za pomocą medium, ale absolutnie nie zachęcają do podejmowania takich prób na własną rękę. Jest to podejście odpowiedzialne i świadczące o głębokim zrozumieniu tematu. Czy nam się to podoba czy nie, nasz fizyczny świat od świata duchowego oddziela bardzo cienka zasłona. Bywa, że dusze przekraczają tę jakże umowną granicę. Najczęściej nie robią tego w szlachetnym celu tylko dla zabawy. Istoty bezcielesne potrafią się, bowiem świetnie bawić naszym kosztem, absolutnie nas przy tym nie oszczędzając. Zjawiska nawiedzeń i opętań nie są niczym nowym. Jednak to właśnie Allan Kardec opisał je w sposób rzetelny i pozbawiony tak egzaltacji jak i uprzedzeń.

Miałam przyjemność przedstawiać Państwu książkę Piotra Struczyka L.F. „Mój kardecjański spirytualizm”, a dziś zachęcam do przeczytania krótkiej rozmowy z autorem.

 

Czemu spirytyzm jest dla Ciebie tak ważny, że poświęciłeś tyle godzin pracy, aby przetłumaczyć tekst Kardeca?

Zanim poznałem spirytyzm szukałem odpowiedzi w doktrynie katolickiej na różne egzystencjalne pytania. Zwracałem się do różnych księży, sięgałem po literaturę, ale nikt nie potrafił wpłynąć na stan mojego ducha. Kapłani nie traktowali poważnie mojego problemu, a książki wprowadzały jeszcze większy zamęt w moim umyśle. Ponadto od dzieciństwa miewałem rozmaite odczucia, których źródła mogłem się tylko domyślać. Kilka razy przeczytałem Nowy Testament i uzmysłowiłem sobie, że Kościół bardzo komplikuje odbiór nauk chrystusowych. Około dziesięciu lat temu moje wewnętrzne przeżycia kazały mi odwiedzić warszawskiego księdza-egzorcystę. Rozmowa z nim ostatecznie przekonała mnie, że chrześcijanie nie mają monopolu na sprawy duchowe, a kilka dni później zobaczyłem na sklepowej półce „Księgę Duchów” Allana Kardeca. Od tamtego czasu nieustannie zgłębiam filozofię spirytystyczną i poświęciłem dużo czasu na analizowanie zagadnień w sposób pośredni z nią związanych. Dlatego w mojej książce pt.: „Mój kardecjański spirytualizm” poruszam tematy, o których nie można przeczytać w innych publikowanych w Polsce dziełach spirytystycznych. Natomiast przetłumaczenie „Opętania” Allana Kardeca wydawało mi się bardzo ważne z tego względu, że nękanie ludzi przez złe Duchy jest bardzo częste, ale tylko osoby głęboko uduchowione potrafią je rozpoznać. W przypadku większości „przeciętnych” ludzi, opętanie wywiera na nich zły wpływ, ale nie jest należycie rozpoznane. Świadomość tego, co naprawdę dzieje się wokół nas, w świecie spirytualnym, mentalnym, pozwala odpowiednio przeciwstawić się duchowym atakom. Gdy pracowałem nad przekładem „Opętania” nie opuszczało mnie przekonanie, że ta książka uwolni wielu od cierpienia, informując ich o jego prawdziwym źródle.

W swojej poprzedniej książce napisałeś sporo o osobistym poglądzie na spirytyzm.

Nie jestem medium, więc nie mogę wnieść do spirytyzmu nowego materiału – komunikatów od Duchów, – ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby opowiedzieć o filozofii spirytystycznej w sposób bardziej przystępny, niż uczynił to Allan Kardec. Każda epoka rządzi się swoimi prawami i każde pokolenie boryka się z innymi problemami. Warto pokazać, że system ideologiczny spisany ponad sto pięćdziesiąt lat temu w „Księdze Duchów” pasuje także do XXI wieku, do nowoczesnej technologii. Dzisiaj jesteśmy bardziej świadomi, niż dwa wieki wcześniej, więc w dyskusjach o świecie spirytualnym możemy odnosić się do zupełnie innych przykładów, niż mógł to uczynić Kardec. W rozmowach o spirytyzmie lubię nawiązywać do literatury katolickiej, ponieważ chcę uzmysławiać sceptykom, że bez względu na to, jaką metkę przypną wyznawanej przez siebie ideologii, wszystkie wierzenia prowadzą do jednego, jedynego Boga. Książka „Mój kardecjański spirytualizm” zawiera także sporo materiałów wcześniej niepublikowanych w Polsce, które zapożyczyłem od francuskich spirytystów. Chciałem, aby ta książka była świeżym spojrzeniem na spirytyzm, przez pryzmat współczesnych problemów, współczesnej nauki i współczesnych dokonań spirytystycznych.

Czy twoja rodzina wspiera Ciebie?

Moja rodzina przywykła, ale niekoniecznie w pełni zaakceptowała mój wybór. Myślę, że po prostu zrozumiała, że i tak nie ma wpływu na to, co robię. Natomiast moja żona wspiera mnie i rozumie, dlaczego podążyłem tą drogą.

Czy spotkałeś się z niechęcią znajomych?

Moi znajomi widzą, że nie jestem fanatykiem, chociaż niektórzy na pewno zastanawiają się, czy jestem tym samym Piotrem, którego znali w czasach szkolnych i studenckich. Spirytyzm miał jednak na mnie wpływ, więc w naturalny sposób oddaliłem się od niektórych znajomych, a oni ode mnie. Jeśli czasami odczuwam czyjąś niechęć, to raczej od ludzi słabo mnie znających lub osób, które zwyczajnie mają negatywne nastawienie do innych. Na pewno niektórzy boją się, że podczas rozmowy mógłbym nagle ich ugryźć i wyssać szpik z ich kości, ale przecież nie odpowiadam za czyjeś fantazje. Ludzie boją się spirytyzmu, ponieważ go nie znają. Zdarza się, że znajomi, którzy rzekomo przeczytali moją książkę, poklepując mnie po ramieniu życzą mi, abym odnalazł Boga. Czasami ręce opadają, ale tak to już jest.

 

Książka do nabycia TUTAJ

 

Na potrzeby Konferencji „Dokąd po śmierci?” Piotr Struczyk L.F. nagrał dla nas ciekawy materiał – również polecam go Państwa uwadze:

Zapisz

Byłem jak hologram -refleksje z czasu poza ciałem

 

 

Szanowni Państwo, materiał, który dzisiaj prezentuję przesłał mi Piotr Gadaj z portalu Orbita N.

Jest to sprawa bardzo świeża, jak wynika z dokumentacji medycznej dokładnie z 31.10.2016.

Główny bohater wydarzeń chciał pozostać anonimowy, dlatego pozwolę sobie nazwać go Adamem. Ponieważ osoba ta dochodzi jeszcze do zdrowia, przesłany tekst był nieco chaotyczny i wymagał drobnej redakcji, przy czym z całą starannością zachowane zostały realia i kluczowe sformułowania.

Zatem do rzeczy.

Adam jest mężczyzną pięćdziesięcioletnim. Przeszedł rozległy udar mózgu, jego stan był tak poważny, że doprawdy cudem uniknął śmierci. Zaczęło się od chwilowych omdleń, którym towarzyszyły nietypowe objawy np. obfite pocenie. W krytycznym dniu stan Adama gwałtownie się pogorszył, a lekarz pogotowia zdecydował, że pacjenta trzeba natychmiast przewieźć do szpitala. W drodze Adam tracił przytomność: „A w uszach coraz ciszej i w oczach ciemno, po chwili jasność ogromna i tylko jeden ciemny punkt w tle. Mówić nie mogłem tylko bełkotałem”.

W szpitalu na moment odzyskuje przytomność i wykonuje kilka spójnych ruchów. Niestety sytuacja gwałtownie się zmienia: „Świadomość ginie, gdzieś w oddali słyszę – cholera schodzi nam. Następuje wielka cisza, po czasie słyszę tylko jeden ton dźwięków”.

Adam doznaje stanu, który można by nazwać rozdzieleniem świadomości. W jednej chwili widzi syna i synową pchających zepsuty samochód, następnie matkę, braci i siostry w różnych sytuacjach. W tym czasie cały sztab ludzi walczy o jego życie. Zastosowana reanimacja powiodła się, a po około siedmiu godzinach Adam odzyskał przytomność. Wydawało mu się, że najgorsze ma już za sobą. Niestety po raz drugi znalazł się w stanie krytycznym. „Powtórka na stole zabiegowym. Stoję obok siebie jak hologram albo dym. Pojawia się takie skojarzenie – ponieważ lekarze i pielęgniarki wydają się przechodzić przeze mnie. Widzę panikę. Jakiś lekarz rozmawia przez telefon. Pielęgniarka ciągle poprawia niewygodny stanik, innej wywraca się taca z narzędziami. Ja chcę pomóc, ale nie potrafię nic złapać. Mogę tylko poruszać się między nimi i obserwować. Słyszę rozmowy, że potrzebna jest operacja i od razu kontra, że to nic nie da. Widzę jak przykładają do mojego ciała te swoje „żelazka”. Ciało rzuca się na stole, leżę tam cały mokry, jak po wyjściu z wanny i tak kilka razy. Wreszcie zaskoczyłem- serce zaczęło bić

Adama przewieziono na oddział udarowy. Znalazł się w osobnym pomieszczeniu, gdzie monitorowano wszystkie funkcje życiowe. Miał dobrą opiekę. Podczas porannego obchodu lekarz zapytał „Jak pan się czuje, bo wieczorem było tragicznie”.

Adam na to „czy wczoraj podczas mojej reanimacji rozmawiał pan przez telefon?” Zdziwiony lekarz potwierdził, że tak właśnie było. Podobne potwierdzenie otrzymał od pielęgniarki – rzeczywiście nowy biustonosz bardzo jej przeszkadzał. Kiedy Adam mógł już przyjmować odwiedziny przyszedł jego syn. „Zapytałem, czemu pchał samochód, podałem markę i kolor”. Jego zaskoczenie było ogromne, ponieważ zmiana auta była decyzją nagłą i nie powiedział o tym jeszcze nikomu z rodziny, a co za tym idzie Adam nie miał prawa tego wiedzieć.

Po pewnym czasie Adam zaczął się zastanawiać, co właściwie się z nim stało, czy aby na pewno nie zwariował? Poprosił o wizytę psychologa i psychiatry. Jego opowieść wcale ich nie zaskoczyła. „Dochodzę do wniosku, że oni doskonale o tym wszystkim wiedzą i znają nie jedną taką historię, jednak z sobie znanych powodów nie mówią głośno o tych sprawach.”

Na życzenie Adama przeprowadzono testy i jednoznacznie potwierdzono jego „normalność” – „nic panu nie zapisze, bo jest pan przy zdrowych zmysłach, co najwyżej zmęczony i zestresowany.”- zdiagnozował psychiatra.

Oczywiście, że zmysły Adama go nie zawodzą, po prostu tak niecodzienne wydarzenie nieodwołalnie odciska piętno na naszej psychice i często na całym dalszym życiu.

Proszę zwrócić uwagę, co działo się ze świadomością Adama po opuszczeniu ciała. Przemieszczał się z niewyobrażalna prędkością z miejsca na miejsce. Ten fakt podkreśla wiele osób.

Krzysztof, którego relację mieliśmy okazję usłyszeć na konferencji, „Dokąd po śmierci” również doświadczył takich możliwości -”kiedy znalazłem się poza ciałem, pomyślałem o mojej matce i w tej samej chwili byłem w jej domu, widziałem jak gotuje obiad”. Doktor Rajiv Parti opisuje dokładnie te same doznania w swojej książce „Świadectwo”. Pozycję tę  niedawno miałam okazje Państwu przybliżyć.

Takich opowieści jest wiele. Poza ciałem jesteśmy niczym nieograniczoną energią, nasza dusza podróżuje z prędkością myśli.

W obliczu tak poważnych dowodów dochodzimy do jednoznacznej konstatacji – stwierdzenie, że energia podąża za uwagą jest prawdziwe! Pozostając w ciele jesteśmy w stanie zasilać energetycznie każdą ideę, która jest dla nas w danej chwili ważna. Natomiast poza ciałem, jako czysta energia to my stajemy się myślą. Myślą, którą napędza i kieruje jedynie wolna wola. Ta inteligentna cząstka energii to bez wątpienia afirmacja Boskiej obecności. To właśnie jest nasza nieśmiertelność i gwarancja powrotu do domu, do Boga, do miejsca prawdziwie nam przeznaczonego.

 

Pana, który z dużym wysiłkiem opisał nam swoje doświadczenie serdecznie pozdrawiam i dziękuje za możliwość publikacji tego pięknego świadectwa. Życzę powrotu do pełni sił!

Wizje i ekstrasensi w czasach współczesnych

 

 

W XXI wieku ekstrasensi nie mają łatwego życia. Mało, kto, daje wiarę przeczuciom, proroczym snom, czy wizjom prekognicyjnym. Czymże jest wizja, której nie można w żaden sposób udokumentować? Pytacie mnie Państwo, czy mam takie przebłyski dotyczące przyszłości? Owszem, chociaż częściej jest to przeszłość i to nie koniecznie osób, które znam osobiście.

Brałam kiedyś udział w warsztatach poświęconych oczyszczaniu energetycznemu domów i osób. Przeprowadziliśmy tam ciekawy eksperyment. Mianowicie jedna z koleżanek wspominała wcześniej, że jej ciotka mieszkająca we Włoszech ma spore problemy wynikające albo z faktu nawiedzenia domu, albo z zaburzeń radiestezyjnych na terenie gdzie dom zbudowano. Po naradzie zapadła decyzja, że grupa przyjmuje wyzwanie i spróbujemy zgłębić temat.

Na marginesie dodam, że często zjawiska, w których dostrzegamy działanie złośliwych duchów, tak naprawdę związane są z uwarunkowaniami radiestezyjnymi. Szkodliwe promieniowanie można zneutralizować nie mieszając w sprawę istot z innych wymiarów.

Koleżanka podała imię i nazwisko swojej krewnej oraz jej adres. Uwolniliśmy, zatem umysły i wyruszyliśmy badać jakże odległą zagadkę. W tym ćwiczeniu brało udział około dwudziestu osób. Wszyscy bez problemu potrafili opisać dom i okolicę, w której był położony. Trójka najlepszych, wskazała miejsca zaburzeń i opisała ich charakter. Uważam to za spory sukces. Sceptyków informuję, że większość uczestników nie była nigdy we Włoszech, a już na pewno w tej konkretnej lokalizacji. Nie mogliśmy też znać miejsca na przykład z programów podróżniczych emitowanych w TV, gdyż nie jest to miejscowość szczególnie atrakcyjna turystycznie. Kluczowy dla sprawy jest fakt, że wiele osób opisało również wnętrze domu. Jest to o tyle istotne, że budynek tak na zewnątrz, jak i wewnątrz jest dość oryginalny.

Mnie oczywiście poniosło w zupełnie innym kierunku. Owszem byłam w stanie opisać dom, dolinę, w której się znajdował, najbliższe sąsiedztwo oraz pobliskie jezioro. Z rzeczy praktycznych tyle.

Zainteresowało mnie coś zupełnie innego, najpierw mała dziewczynka, która stała nieopodal domu. Obok niej łopotało wielkie białe płótno rozwieszone na sznurze. Jeśli można tak powiedzieć, wyświetliła mi na nim, niczym na ekranie, film ze swojego życia.

Następnie znalazłam się nad jeziorem gdzie spotkałam dwie młode kobiety, właściwe rzec można nastolatki. Obie zmaltretowane z sino-czerwonymi pręgami na szyjach. Ubiór wskazywał na połowę wieku XVIII-tego. Powieszone za czary, choć nikt im niczego nie udowodnił, wystarczyło pomówienie, przynależność do innego wyznania i zielnik.

Opowiedziałam swoje widzenie całej grupie. W dziewczynce koleżanka rozpoznała ciotkę, a film rzeczywiście przedstawiał historię jej bardzo nieszczęśliwego dzieciństwa. Zgadzały się szczegóły, nie wyłączając psa dość zabawnie umaszczonego oraz wystroju mieszkania, w którym dorastała.

Zagadką pozostały owe nieszczęsne panienki. Tu pojawiły się działania konwencjonalne to jest telefon do włoskiej ciotki. Nie znała ona szczególnie dobrze historii tej mieściny, ale po kilku godzinach udało jej się zebrać nieco faktów od rdzennych mieszkańców. Okazało się, że na jeziorze jest wyspa, którą jeszcze po wojnie nazywano „wyspą czarownic”. Później na pewien czas wszystko poszło w zapomnienie, żeby w XXI wieku powrócić razem z dziwacznymi obcymi, którzy w pewne szczególne noce palili tam ogniska.

Prowadzący, nie był wcale zadowolony z moich relacji. Zasadniczo ich treść nie łączyła się z tematem ćwiczenia, innymi słowy dostałam reprymendę za „mentalne, samowolne oddalenie się od grupy”.

Umysł ludzki ma ogromny potencjał i nie mam, co do tego najmniejszych wątpliwości. Może kiedyś w innych realiach będzie on właściwie wykorzystany. Dzisiaj, mogę tylko zachować pewne rzeczy dla siebie lub podzielić się nimi z garstką znajomych.

Najważniejsze żeby każdy z nas znalazł klucz do swego wnętrza i nie tracił kontaktu z własną, absolutnie unikalną intuicją.