O tak zwanym wywoływaniu duchów raz jeszcze

 

Ponieważ wstrząsnęły mną dwie wiadomości otrzymane w krótkim odstępie czasu postanowiłam wrócić do tematu, który był już poruszany na blogu.

Oddam teraz głos Czytelnikom: Michałowi i Kamili, a do treści tych historii odniosę się w podsumowaniu. Uprzedzam, że tekst będzie wyjątkowo obszerny.

„W listopadzie ubiegłego roku przydarzyła mi się bardzo dziwna i nieprzyjemna historia. Chciałbym za pomocą Pani bloga ostrzec ludzi, zwłaszcza młodych takich jak ja, przed tak zwaną tabliczką Ouija. Nie wiem, może są ludzie, którzy potrafią używać tego przedmiotu w bezpieczny sposób. Jednak, kto się nie zna niech tego nie rusza.

Moja dziewczyna Aga ma ciotkę o bardzo nietypowych zainteresowaniach. Mam na myśli radiestezję i różne formy medycyny alternatywnej. Jest to bardzo miła osoba i rzeczywiście ma na koncie sukcesy. Często wyjeżdża, aby doskonalić swoje umiejętności. W listopadzie wyjechała na Hawaje żeby tam uczyć się jakiegoś masażu uzdrawiającego. Aga i jej siostra Justyna zajmowały się wtedy mieszkaniem ciotki. Któregoś dnia zadzwoniły do mnie żebym przyjechał do tego mieszkania, bo nie radzą sobie z jakąś szafką. Okazało się, że ciotka chciała pożyczyć swojej znajomej narty. Trzeba było je wyjąć z zabudowanej szafki w przedpokoju. Mieszkanie w starym budownictwie ma trzy metry wysokości i dziewczyny nie dosięgały. Pomogłem im, a kiedy wyciągałem narty to wypadło także kilka pudełek. W jednym z nich była właśnie tablica Ouija. To znaczy myśmy wtedy jeszcze nie wiedzieli, co to jest. Dopiero siostra mojej dziewczyny znalazła te informacje w necie. W sobotę zrobiliśmy sobie imprezę w mieszkaniu ciotki. Ona nam na to pozwoliła pod warunkiem, że posprzątamy i będziemy zachowywać się cicho.

 

 

Oglądaliśmy jakieś filmy, było OK. Niestety Justyna wpadła na pomysł zabawy z tą tablicą. Opowiedziała nam, co wyczytała i na czym to polega. Ktoś zażartował, że w tak starym domu na pewno są jakieś duchy. No i się zaczęło. Jak ten wskaźnik się poruszył, to myślałem, że zawału dostanę. Zadawaliśmy pytania. Najpierw odpowiedzi miały sens, ale później to już był jakiś bełkot. Przerwaliśmy to i odłożyliśmy tablicę na miejsce. Nie wiem czy to zbieg okoliczności czy nie, ale w ciągu trzech dni wszystkich spotkało coś złego. Jeden chłopak miał stłuczkę (poważną), Justyna złamała rękę, jej chłopak robił porządki w piwnicy i przebił sobie stopę gwoździem, moją dziewczynę okradziono w autobusie, a kuzynka, która też była z nami, spadła ze schodów (wewnątrz budynku). Ja bardzo źle się czułem, zupełnie jakbym miał jakieś zatrucie. Śniły mi się okropne rzeczy. Nie potrafię opisać szczegółów, ale bałem się w tych snach dziwacznie ubranej osoby. Oczywiście chodziłem do pracy, ale coś ze mną było nie tak.

W piątek mama poprosiła mnie żebym zawiózł ja na akupunkturę. Ma zespół bolesnego barku i te zabiegi bardzo jej pomagają. W tej przychodni przyjmują tylko medycy naturalni. Jak czekałem na mamę, z gabinetu wyszła starsza pani i tak uważnie mi się przyjrzała. Zapytała czy dobrze się czuję? Odpowiedziałem, że czuję się fatalnie. Zapytała, czy chciałbym żeby mi pomogła? Przyznałem, że nie mam pieniędzy żeby jej zapłacić. Zdziwiłem się, bo obiecała, że przyjmie mnie za symboliczną złotówkę. Zapytała, od kiedy tak źle się czuje i czy ostatnio coś mnie przestraszyło lub czy spotkało mnie wielkie nieszczęście. Opowiedziałem jej wszystko ze szczegółami. Czasami trzeba się przyznać do własnej głupoty. Ona mi wytłumaczyła, jak niebezpieczna jest ta tablica. Potem usiadłem na krześle i powiem szczerze zupełnie jakby mnie wyłączyła. Nic nie pamiętam z tego zabiegu. W każdym razie poczułem się dużo lepiej. Następnego dnia wstałem dosłownie jak nowo narodzony.

Kiedy spotkaliśmy się znowu w tym samym składzie. Wróciłem do tematu tablicy. Wszystkim nam wydało się dziwne, że w tak krótkim czasie spadło na nas tyle złych rzeczy. Owszem wypadki chodzą po ludziach, ale to była niespotykana kumulacja. Wiem jedno zachowaliśmy się głupio, jak dzieciaki z gimbazy. Mam wrażenie, że większość młodych ludzi nie wierzy w duchy i moc tej tablicy. Chyba trzeba coś przeżyć na własnej skórze, żeby zacząć myśleć.”

 

 

List od Kamili:

„Wszystko zaczęło się jak byłam w podstawówce. Któregoś wieczoru bawiłam się z kuzynką i siostra lalkami. W trakcie zabawy poszłam na strych po ciuszki i zobaczyłam tam jakby mgłę, która formowała się w ludzki kształt. Byłam jak w transie i wyciągałam rękę w stronę tej mgły. Ona mnie przyciągała, kazała mi się dotknąć. W pewnym momencie się ocknęłam i zapaliłam światło. Od tamtego czasu regularnie zdarzały mi się dziwne, paranormalne rzeczy. W 6 klasie podstawówki byłam zafascynowana takimi zjawiskami. Postanowiłam z kuzynka i siostra zrobić tablicę, żeby skontaktować się z duchami. Seans odbył się u mnie w domu.

Ja się nigdy nie bałam duchów. Moja siostra i kuzynka miały przy sobie różańce i obrazki. Ja nic nie miałam. Kiedy poszłam do drugiego pokoju po książeczkę z komunii (gdyż one mnie o to poprosiły), coś dyszało mi do ucha, a kiedy podeszłam do siostry i kuzynki wyraźnie poczułam dotyk na plecach. W gimnazjum po raz pierwszy zobaczyłam mężczyznę ubranego na czarno, który obserwował mnie. Od tamtej pory w domu coraz częściej dochodziło do dziwnych zjawisk.”

Pani Kamila widywała ciemną zakapturzoną postać. W mieszkaniu słychać było niepokojące odgłosy, przewracały się przedmioty, pękały lustra, a ją samą zaczęły nawiedzać koszmary. Zaoszczędzę Państwu opisu tych snów, nie jest to, bowiem przyjemna lektura. Zaniepokojona kobieta poszła na rozmowę z księdzem, który stwierdził, że do jej życia wkroczył demon. Przestrzegł, że jest poważnie zagrożona.

Z diagnozą księdza trudno mi się do końca zgodzić. Owszem zagrożenie jest realne, ale gdyby nawiedzenie miało charakter demoniczny to tak silna energetyczna istota, już dawno zawładnęłaby całym życiem i jestestwem swojej ofiary. W tym wypadku ewidentnie owo „coś” dobrze się bawi. Z treści listu wynika, że ta „zabawa” trwa już od ładnych paru lat.

Ataki mentalne są zawsze wyczerpujące i na dłuższą metę nie do zniesienia. Mam nadzieję, że Kamila nie zlekceważy sytuacji i konsekwentnie odetnie się tak od samego ducha, jak i swojej, powiedziałabym niezdrowej, fascynacji jego osobą. W tej chwili ze względu na młody silny organizm nie odczuwa jeszcze konsekwencji, jakie niesie za sobą „karmienie” istoty bezcielesnej. My nie jesteśmy mocarni jak drzewa, mogące latami odżywiać jemiołę.

Doświadczenie uczy, że w tym swoistym zawieszeniu między światami pozostają dusze obciążone złem, zdegenerowane. Nie przechodzą one na tamtą stronę w miejsce sobie należne, ponieważ wiedzą, że trzeba będzie złożyć rachunek ze swoich uczynków. Chociaż nie czekają na nich diabły, tak malowniczo ukazane w ikonografii chrześcijańskiej, tylko de facto sąd nad samym sobą, pragną odciągnąć ten moment, jak długo jest to możliwe. Ponieważ są istotami rozumnymi, posiadającymi wszystkie cechy charakteru rozwinięte w cielesnej postaci, ich postępowanie nie zmienia się. Nie łagodnieją, nie stają się nagle miłe i urocze lecz kontynuują swoje destrukcyjne działania.

Gdy zagubieni po środku lasu zaczniemy wzywać pomocy to pojawi się osoba, która jest najbliżej, a nie konkretna, którą pragniemy zobaczyć. Jeśli wzywamy ducha najpewniej przyjdzie ten, który pierwszy nas usłyszy. Taka prosta, acz obrazowa analogia.

Jeśli dobra, życzliwa nam dusza pragnie kontaktu, znajdzie sposób, aby zrobić to bez szkody dla otoczenia. W zgodzie z tą metodą odbywają się dyktowania ludzi w duchu. Z tym, że może jeden człowiek na milion otrzymuje dar odbierania tych przekazów.

 

 

 

 

 

 

 

 

Zapisz

Robert A.Gajdziński Dyktowania ludzi w duchu

Mam wielkie szczęście poznawać ludzi niezwykłych. Zupełnie jakby jakaś niepojęta siła kierowała ich w moją stronę. Co nie mniej ważne, mam również przyjemność przedstawiania niebanalnych postaci na tym blogu.

Niedawno los zetknął mnie z Robertem Aleksandrem Gajdzińskim, osobą ze wszech miar nietuzinkową. Robert przez wiele lat był korespondentem Newsweeka i Wprost, podróżował po świecie. Z czasem osiadł na stałe w Londynie. Tam poznał pewną szczególnie uzdolnioną osobę – medium Nell Halinę Noell.

Przez kilka lat wynajmował u niej mieszkanie, a z czasem stał się świadkiem dyktowań, jakie odbierała Pani Halina. Na dzień dzisiejszy Robert jest depozytariuszem ponad pięciuset dyktowań. Chodzi oczywiście o tak zwane dyktowania ludzi w duchu. Niespotykanie rzadko zdarza się medium obdarzone tym, nie bójmy się tego słowa, darem duchowym.

Co ciekawe media, mimo, że mieszkają w różnych, często odległych krajach otrzymują przekazy dokładnie tej samej treści. Spójność treści potwierdza, w mojej ocenie, ich autentyczność.

Część przekazów można odnaleźć i zapoznać się z nimi, pod warunkiem oczywiście dobrej znajomości języków obcych. Nie każdy jednak jest poliglotą, a przekład nie zawsze trafnie oddaje istotę rzeczy.

Pani Nell Halina Noel, (bo tak o sobie mówiła) spisywała swoje przekazy w języku polskim, mimo że od młodych lat mieszkała w Londynie, gdzie rzuciła ją wojenna zawierucha. Mamy, więc niepowtarzalną okazję czytać przekazy bez zniekształceń związanych z tłumaczeniami.

Tematyka dyktowań jest niezmiernie szeroka. Duszami dyktującymi byli filozofowie, artyści i naukowcy, ale także święci i mistycy. Szczególną kategorię stanowią, ze zrozumiałych względów, dyktowania Jezusa Chrystusa.

Oczywiście dla pewnej grupy osób dyktowania mogą mieć charakter kontrowersyjny. Pytam jednak: czy istnieje tylko doktrynalna Prawda o Bogu? Każdy z nas posiada rozum i sumienie, a to wystarczające narzędzia do poznania Prawdy.

Podkreślam też, że co do zasady dyktować mogą tylko czyste duchy, których intencje są szlachetne. Nawet dusze samobójców są z dyktowań wykluczone.

Szanowni państwo, obok tego tematu nie sposób przejść obojętnie. Robert poświęcił wiele lat życia, aby spuścizna Pani Haliny dotarła do większej liczby osób. Dzięki jego staraniom ukazały się dwie książki zawierające teksty dyktowań. Jest to jednak przysłowiowa kropla w morzu, zważywszy ilość zebranych materiałów.

Dzięki audycjom zrealizowanym przez Studio VTV1 możecie Państwo poznać Roberta Gajdzińskiego niejako osobiście i wyrobić sobie własną opinię, sugerując się czymś więcej niż mój, nawet wyczerpujący opis.

Zdaję sobie sprawę, że część z Czytelników nie korzysta z mediów społecznościowych. Ze względu na Państwa wygodę postanowiłam udostępniać kolejne audycje z Robertem Gajdzińskim.

 

Zapisz

Zapisz

Maciej Kuczyński „Rok 838, w którym Mistekowie odkryli kod genetyczny”

Maciej Kuczyński to znany podróżnik, alpinista i grotołaz, wielki erudyta i autor licznych książek oraz reportaży. Zwiedził prawie całą kulę ziemską a szczególnym upodobaniem darzy Amerykę Środkową.

W swoim najnowszym dziele, pisze o historii i kulturze ludów Mezoameryki, Azteków, Majów i Misteków oraz tajemnej wiedzy szamanów. Na podstawie analizy zachowanych zabytków historycznych, pisma obrazkowego i opisów duchowych doświadczeń w odmiennym stanie świadomości, przekonuje że już w dawnych czasach Mistekowie odkryli tajemnicę życia i znaczenie kodu genetycznego. Wiele doświadczeń mistycznych wskazuje, że w odmiennym stanie świadomości możliwe jest uzyskanie informacji o wszystkim co dzieje się we wszechświecie zarówno w makro jak i mikroskali, czyli możliwe jest także zajrzenie w głąb ludzkiego ciała na poziomie komórkowym a nawet na poziomie DNA. Dlatego też, na całym świecie istnieje wiele podobnych mitów o stworzeniu świata i wielokrotnie pojawia się motyw skręconych roślin lub węży na podobieństwo skręconej spirali DNA.

Mnie osobiście zauroczył fragment azteckiego poematu:

Nikt, nikt, nikt nie żyje naprawdę na ziemi…

Tylko spać przychodzimy,

Tylko śnić przychodzimy.

Nie jest prawdą, prawdą nie jest,

Że przyszliśmy spać na ziemi (…).

Kiedy umieramy,

Nie umieramy naprawdę,

Żyjemy nadal, odradzamy się,

Nadal żyjemy, budzimy się.

To czyni nas szczęśliwymi.

Nie mogę sobie odmówić przyjemności polecenia i przypomnienia nieco starszej książki Pana Macieja Kuczyńskiego, mam na myśl zbiór esejów „Podróż”. Tytuł znamienny ponieważ życie każdego z nas jest podróżą jedyną w swoim rodzaju, a życie naukowca globtrotera to podróż szczególna. Możemy przemierzać kontynenty i badać najdziksze zakątki naszej pięknej planety. Podjąć trud i zejść do wnętrza najgłębszej jaskini, wspiąć się na najwyższe szczyty, żeby dojść do ostatecznej konkluzji: cały czas podróżujemy w głąb siebie.

 

Książki do nabycia TUTAJ