Wspomnienia z poprzedniego życia

 

 

 

Zdecydowanie wierzę w reinkarnację i jej głęboki sens dla człowieka podążającego drogą osobistego doskonalenia. Zdaję sobie sprawę, że nie jest to widzenie świata powszechne w naszej kulturze, ale nie zamierzam żyć i myśleć wbrew sobie. Poza tym jak się okazuje nie jestem w moich poglądach aż tak odosobniona.

 

Otrzymałam sporo ciekawych listów od Czytelników, odbyłam też wiele rozmów z ludźmi, którzy albo sami przejawiają pamięć poprzedniego życia, albo usłyszeli zdumiewające relacje swoich dzieci czy wnuków. Proponuję przyjrzeć się bliżej kliku takim relacjom.

Na wstępie odniosę się do fenomenu „deja vu”, który jest często przywoływany, jako dowód na istnienie pamięci reinkarnacyjnej. Moim zdaniem deja vu może być poszlaką, ale nie dowodem kluczowym dla sprawy. Z definicji tego zjawiska wynika, że jest to stan nagły, trwający ledwie kilka sekund i choć może dotyczyć nie tylko osób czy miejsc, ale konkretnych sytuacji to jednak nie są to wspomnienia szczegółowe lub wielowątkowe. Na podstawie przebłysku nie jesteśmy w stanie przypomnieć sobie złożonych relacji z miejscem lub osobą. Czym zatem jest deja vu? Powiązanie tego zjawiska z napadami migrenowymi, padaczką skroniową lub innymi anomaliami w przekazie informacji między prawą a lewą półkulą mózgu, nie wyjaśnia tak naprawdę niczego, ponieważ deja vu występuje w miażdżącej większości u ludzi zdrowych. Zatem podłoże tego zjawiska nie wiąże się wprost z patologią. Być może w przyszłości uda się znaleźć jednoznaczną odpowiedź, jednak na dzień dzisiejszy mamy tylko mniej lub bardziej sensowne hipotezy.

Przejdźmy zatem do korespondencji:

„Jestem matką jedynaka, który obecnie zdaje maturę i mam nadzieję dostanie się na swoje wymarzone studia, czyli architekturę. Chciałabym napisać o wydarzeniach z dzieciństwa mojego syna, które nie dość, że były niezwykłe to śmiało można powiedzieć, że wywarły wpływ na światopogląd mój i mego męża. Zawsze interesowały nas inne kultury, tradycje i wierzenia, ale dopiero opowieści syna uruchomiły w nas potrzebę zgłębiania istoty naszej obecności na tej pięknej planecie.

Mój syn zaczął dosyć wcześnie mówić. Bardzo interesowało go otoczenie, dosłownie każdy kwiatek i kamyk. Kiedy dostał pierwsze kredki i blok szybko zrozumieliśmy, że otworzył się dla niego nowy kanał komunikacji ze światem. Pierwszy raz zaskoczył mnie swoją wypowiedzią w wieku około 4 lat. Ponieważ miałam świadomość, że nie urodzę więcej dzieci, a mój syn zostanie jedynakiem robiłam wszystko, aby nie był to jedynak w złym tego słowa znaczeniu. Kiedy po raz kolejny rzucił swoją kurteczkę na podłogę i zostawił, zawołałam go i przypomniałam o wieszaniu odzieży. Powiedziałam: w tym domu nie ma służących i każdy sprząta swoje rzeczy, syn zezłościł się i bez namysłu odpalił: no właśnie, gdzie są czarni ludzie? Zapytałam jakich ludzi ma na myśli? Czarnych do sprzątania kurtek i wszystkiego!

Powiem szczerze, że zdębiałam. Wieczorem opowiedziałam o tym mężowi, a on wprost zapytał syna, jakich ludzi miała na myśli?

-Czarnych, których się ma.

-Nie można mieć człowieka. Zaprzeczył mąż

-Można, tak samo jak my mamy kota. I wtedy się nie sprząta.

Po namyśle postanowiliśmy nie drążyć tematu tylko spokojnie czekać na rozwój wypadków. Kila dni później śpiewałam mu kołysankę. W pewnej chwili syn przerwał mi słowami: już dosyć, Mama Lu lepiej śpiewała. Zapytałam kto to? Czarny człowiek, którego się ma. Ona była moja.

Od tego czasu wielokrotnie padały słowa świadczące o tym, że mój syn był wcześniej dzieckiem jakiegoś plantatora bawełny, posiadającego niewolników. Kiedyś w sklepie nie chciałam mu kupić bluzeczki z jakimś bohaterem dziecięcego serialu, ponieważ nie była uszyta z bawełny. Tłumaczyłam synowi, że się będzie w tym ubraniu źle czuł. On zaś powiedział: wiem skąd się bierze bawełna. To taka wata zbierana na polu przez czarnych. Jest miła w dotyku i skakałem po workach z bawełną.

Takich sytuacji było mnóstwo. Potem pojawiły się rysunki, które pieczołowicie przechowujemy. Widać na nich piękny dom, ogród, pola bawełny, konie i dzikie zwierzęta. Również zdarzały się budynki, które udało nam się z czasem zidentyfikować. Mąż wyjechał do Stanów służbowo i zrobił wiele zdjęć. Przebywał głównie w stanie Georgia i sporo tam zwiedził, a że jest zapalonym fotografem uwieczniał wszystko bez wyjątku. Wiele wskazuje, że nasz syn spędził w tych okolicach kawał swego poprzedniego życia. W tamtym życiu również malował obrazy.

Na szczęście nie jest rasistą. Pozostała pasja do rysunku i architektury. Myślę, że gdyby wszyscy rodzice wsłuchiwali się w opowieści dzieci, takich zdarzeń jak w mojej rodzinie odnotowano by mnóstwo.”

Trudno sobie wyobrazić małego chłopca wychowanego w sercu Europy, który spontanicznie wpadnie na pomysł, że czarnego człowieka można mieć na tych samych zasadach, co kota. To jest po prostu nie do pomyślenia.

Jeszcze jedna relacja:

„Od lat interesuję się szeroko pojęta ezoteryką i o ludziach z pamięcią poprzednich wcieleń czytałam na długo prze narodzinami mojej córki. Mimo świadomości, że dziecko może pamiętać poprzednie życie z zaskoczeniem przyjęłam opowieść kilkuletniej pociechy.

Moje dziecko było raczej małomównym maluchem do czasu pójścia do przedszkola. Nowa sytuacja zmusiła ją do rozwijania zdolności komunikacyjnych. Wtedy też opowiedziała mi o „innym domu”

Po prostu, jak gdyby nigdy nic oświadczyła, że mieszkała kiedyś w innym domu niż nasz. Dom ten położony był nad rzeką, a w jego wnętrzu pełno było obrazów przedstawiających konie. Nie wypytywałam córki o szczegóły, czekałam na to co sama zechce powiedzieć. Z ciekawości zabrałam ją do stadniny, żeby zobaczyła konie z bliska. Nie chciała wsiąść na koński grzbiet i ten lęk przed końmi pozostał do dzisiaj, chociaż to już dorosła kobieta.

Opowieści o domu nad rzeką były spójne i jeśli je powtarzała to zgadzały się wszystkie szczegóły. Po prostu trudno było oprzeć się wrażeniu, że ona była tam naprawdę.

Dzisiaj moja córka jest mężatką i w jakiś sposób konie do niej wróciły. Już po ślubie, zięć nagle zainteresował się końmi i jeździectwem. Dziś nie wyobraża sobie życia bez tych zwierząt. Bierze udział w rajdach, intensywnie trenuje i opiekuje się swoim koniem. Córka nie ma nic przeciwko temu choć sama się nie angażuje.

A ja po prostu zastanawiam się czy moje dziecko wspominało swoją przeszłość, czy też w niezwykły sposób zobaczyło przyszłość, która w tej chwili zaczyna się materializować.”

 

 

 

 

„Chcesz wiedzieć kim będziesz – zważaj na to co robisz” Budda

 

Zdjęcie autorstwa Izabeli Ptak

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Debata – Na granicy światów

 

Drodzy Czytelnicy!

W dniu 17.05.2017 miałam przyjemność uczestniczyć w debacie „Na granicy światów” poświęconej istotom duchowym i ich obecności w naszym życiu.

Gospodarzem spotkania był Maciej Mikurda, który ciepło powitał nas w gościnnych progach kultowej, wrocławskiej księgarni- kawiarni „Tajne komplety”. To naprawdę niezwykłe przeżycie zasiąść do rozmowy z ludźmi różnych wyznań oraz sceptykami i w kulturalnej atmosferze podzielić się swoją wiedzą i refleksami na tak ciekawy choć niezgłębiony temat.

Materiał z całego spotkania został podzielony na dwie części i prezentuje go poniżej. Jest już oczywiście dostępny na mediach społecznościowych jednak wiem, że nie wszyscy z Państwa z nich korzystają.

Zapraszam!

 

Orby – emanacja duchowa czy zjawisko optyczne Cz.II

 

Bardzo dziękuję za nadesłane zdjęcia, wiadomości i komentarze. Padło wiele ciekawych pytań.

Oczywiście znam historię młodych ludzi, którzy w większej grupie wybrali się na wycieczkę. W trakcie długiej podróży zatrzymali się gdzieś na poboczu, a że okolica była piękna zrobili sobie sporo zdjęć. Niestety do celu wyprawy nie dojechali w komplecie. Wydarzył się nieszczęśliwy wypadek i kilkoro z nich zginęło. Pogrążeni w żalu przyjaciele, wywołali zdjęcia z wycieczki, długo po pogrzebie bliskich sobie osób. Oglądając fotografie byli zdumieni, ponieważ twarze ich zmarłych przyjaciół przesłaniały kule światła. Pomimo, że zdjęcia były grupowe, robione w różnych ujęciach i miejscach, tylko twarze ofiar wypadku zostały zakryte przez orby. To głośna sprawa.

Trudno jednak przyjąć wprost, że orby zwiastują śmierć. Jest to wniosek zbyt daleko idący i drastyczny, a ja jestem przeciwnikiem opisywania zjawisk paranormalnych w sposób budzący trwogę lub wzbudzający niezdrową sensację. Wywołuje to mój opór po pierwsze dla tego, że szkodzi rzetelnym badaniom nad tymi zjawiskami odbierając im powagę, po drugie dla tego, że każdego dnia jesteśmy wystarczająco zastraszani przez serwisy informacyjne, które z lubością nurzają nas w makabrze.

Widziałam serię zdjęć z uroczystości rodzinnej, na których tylko jedna osoba miała twarz przesłonięta światłem. Zdjęcia robione były pod różnym kątem i w różnym czasie, a mimo to jedynie twarz tej konkretnej kobiety uległa zniekształceniu. Osoba ta wkrótce poważnie zachorowała i rzeczywiście znalazła się przez chwilę na granicy życia i śmierci. Cóż, może aparat uchwycił zmiany w aurze? Takie są założenia medycyny holistycznej – najpierw choroba pojawia się w przestrzeni ciał subtelnych, a dopiero po czasie zaczyna chorować konkretny organ. Myślę, że takich znaków nie należy lekceważyć i w podobnej sytuacji warto się po prostu kompleksowo przepadać, nie popadając przy tym w defetyzm.

Przypadek, wspomniany na początku jest wyjątkowy, powiedziałabym incydentalny i w moim mniemaniu należy go rozpatrywać odrębnie. Można by przyjąć, oczywiście myśląc fatalistycznie, że los tych młodych ludzi był przesądzony, a światło ich życia gasło i mimo braku jakichkolwiek niedomagań fizycznych aura słabła, co zarejestrował obiektyw aparatu. Z kolei, jeśli podejdziemy do sprawy z perspektywy hinduizmu, można domniemywać, że uwieczniono moment, kiedy czakra trzeciego oka lub korony, pojmowana jako brama do innych wymiarów duchowych, otwiera się przygotowując drogę dla duszy. Czakry to energetyczne centra naszego ciała. Każda z nich promieniuje światłem posiadającym sobie właściwą barwę i choć jest to energia subtelna, a nie fizyczna, to istnieją osoby, które potrafią ją dostrzec.

 

Rozpatrując sprawę w takim aspekcie nieuchronnie dochodzimy do kolejnego pytania: czy wszystkie orby mają tę samą naturę? Odpowiedź wydaje się być negatywna. Zaryzykowałabym stwierdzenie, że można je podzielić na kilka kategorii: świetliste kule związane ze stanem aury, emanacje duchowe nawiązujące kontakt telepatyczny (przypadek opisany poprzednio), niewidoczne gołym okiem kule pozostające w bezruchu lub poruszające się w przemyślany sposób, często z dużą prędkością.

W wypadku orbów, liczni alternatywni badacze nie są zgodni, co do charakteru i natury tego zjawiska. Jedna z najpopularniejszych teorii wiąże pojawianie się orbów z duchami. Tak zdefiniowany orb jawi się jako energia przetransformowana ze źródła (człowiek, bateria, ogień) do postaci spirytualnej. Teoria ta tłumaczy kulisty kształt orbów. Zgodnie, bowiem z prawami fizyki przetransformowana energia przyjmuje kształt sferyczny. Ciekawe, że pojawieniu się orbów towarzyszy zawsze zmiana pola elektromagnetycznego, która jest jak najbardziej mierzalna! Do tego celu używa się czujników EMF.

Wiele zdjęć, na których uwieczniono orby, zostało wykonanych na cmentarzach, w miejscach uważanych za nawiedzone lub w tak zwanych miejscach mocy. Stąd, jak można przypuszczać spotęgowało się przekonanie, że ich pojawienie się związane jest bezpośrednio z obecnością ducha. Moim skromnym zdaniem wiele wskazuje na to, że orby są emanacjami świadomej, inteligentnej i zainteresowanej nami siły, która choć nie dąży do bezpośredniego kontaktu, to jednak, z sobie tylko znanych powodów, pozostaje blisko nas.

Magiczne zdjęcie

Zdjęcie obok, nadesłała Pani Wanda-jest piękne i bardzo interesujące. Dodam, że te smugi absolutnie nie są przypadkowo przelatującymi ptakami.

 

 

 

 

 

Na granicy światów: debata o istotach duchowych

debata

Serdecznie zapraszam na spotkanie we Wrocławiu !

Poniżej prezentuję program.

 

 

 

 

 

Kim są istoty z „tamtej strony”? Od zarania dziejów człowiek doświadczał ich obecności jako nagłych przypływów inspiracji, natchnienia, a także poszukiwał bezpośredniego kontaktu z duchami poprzez modlitwę, medytację lub spirytyzm.

Podczas tej debaty zastanowimy się nad realnością mieszkańców zaświatów oraz nad wpływem jaki mogą wywierać na żyjących ludzi.

W debacie weźmie udział czterech gości, którzy reprezentują pełne spektrum poglądów na zagadnienia związane z duchami: od wiary w ich przychylność, po skrajny sceptycyzm co do istnienia jakichkolwiek bytów niewidzialnych.

Goście:
Marta Balon – Kościół Boży w Chrystusie
Beata Kampa – autorka bloga „Biuro Duchów”
Anna Schmidt – Międzynarodowa Szkoła Złotego Różokrzyża
Paweł Woźniak – psycholog, sceptyk

Termin: 17.05.2017
Miejsce: Tajne Komplety, przejście Garncarskie 2, Wrocław
Start: 18:00
WSTĘP WOLNY

Kilka słów od organizatora :

Gościem specjalnym będzie Jarosław Filipek – hipnoterapeuta,medium i jasnowidz

Orby – emanacja duchowa czy tylko zjawisko optyczne?

swietlista-kula

 

Od czasu, kiedy aparat fotograficzny przestał być dobrem luksusowym robimy mnóstwo zdjęć. Zdarza się, że obiektyw aparatu rejestruje coś, czego ludzkie oko po prostu nie widzi. Czasami jest to cień przypominający sylwetkę humanoidalną, częściej świetlista kula.

Kule te nazywane powszechnie orbami, stały się obiektem badań oraz przeróżnych spekulacji.

Pojawiają się nie tylko na zdjęciach, ale również w nagraniach filmowych. Przemykają ze sporą prędkością lub zatrzymują, jakby z ciekawością przyglądały się zaistniałej sytuacji. Energetyczne, jasne, emanacje inteligencji z nie fizycznego świata, a może jedynie casus optyczny, któremu romantyczni mistycy usiłują nadać nadnaturalne właściwości?

Otrzymałam bardzo interesująca relację w sprawie orbów, oto ona:

„Chciałbym podzielić się z panią pewną historią, która przydarzyła mi się latem ubiegłego roku. Wieczorem siedzieliśmy z żoną przed telewizorem, a przy kanapie leżał pies. Jest to wyjątkowo spokojne zwierzę. Mieszaniec sporych rozmiarów, znany z tego, że praktycznie w ogóle nie szczeka. Ten styl bycia naszego psa był niejednokrotnie tematem żartów, bo kto to widział, żeby pies był tak cichy. Tym razem, coś go jednak zaniepokoiło. Warczał i kładł uszy po sobie. Następnie wstał i bardzo wolno podszedł do sąsiedniego pokoju. Pokój ten był nieoświetlony – wykańczamy dom i to pomieszczenie zostawiliśmy na sam koniec. W drzwiach, pies zaczął szczekać jak szalony. Natychmiast poszedłem, żeby go uspokoić, ponieważ nie chciałem, żeby obudził córeczkę, śpiącą w pokoju na górze. Żona sugerowała, że może na parapecie usiadł kot sąsiadów. Zupełnie bezwiednie wziąłem do ręki aparat fotograficzny, który leżał na szafce. Wszedłem do pokoju i pstryknąłem kilka zdjęć. Pies przestał szczekać, jednak wyskoczył z pokoju zupełnie jakby kogoś gonił. Podbiegł do drzwi prowadzących na taras i wyraźnie coś obserwował. Podążając za jego wzrokiem znowu wykonałem kilka zdjęć. Wszystko ustało tak nagle jak się zaczęło. Do dzisiaj pojąć nie mogę, czemu złapałem aparat i zrobiłem te zdjęcia. To był taki spontaniczny odruch. Kiedy wrzuciłem pliki na dysk zauważyłem orba. Wisiał dokładnie pośrodku pokoju. Szacuje, że musiał być wielkości jabłka. Na kolejnych zdjęciach widać go już w naszym ogródku. Jakim cudem zwierzęta widzą coś, czego my nie widzimy?”

Trudno powiedzieć, czy zwierzęta widzą więcej niż my, czy raczej więcej wyczuwają. Ostatecznie ich zmysły: węchu lub echolokacji są nieporównywalnie wydajniejsze od naszych zmysłów. Wśród osób, które (co niezmiernie rzadkie) zobaczyły orba na własne oczy, znajdziemy relacje o dziwnym, przejmującym dźwięku towarzyszącym pojawieniu się świetlistej kuli. Być może, każdy orb wydaje właściwy sobie dźwięk, tylko my go nie słyszymy. Skoro słyszą je psy może chodzić tu o dźwięki wysokotonowe. Z kolei wyjątkowa nerwowość psa mogła być spowodowana dysonansem poznawczym – zwierzę rozpoznało czyjąś obecność, ale nie widziało obiektu emitującego dźwięk. Z codziennego doświadczenia nie zna takich sytuacji. Stąd ta ostra, obronna wręcz reakcja.

 

Teraz zupełnie inna relacja, osoby, która będąc dzieckiem spotkała orba(?) w bardzo niecodziennych okolicznościach. Dodam, że moja rozmówczyni (Ewa) jest z wykształcenia psychologiem, a jej relację spisałam w trakcie długiej rozmowy. Dyskutowałyśmy o tym, co z tego i nie z tego świata pojawia się w naszym życiu, niczym kometa zwiastująca zmianę, budząca trwogę, ale i nadzieję. Wszak jesteśmy dziećmi światła i światłu ufamy.

Dziadkowie Ewy marzyli, aby przeprowadzić się na wieś. Pochodzili ze Lwowa, los rzucił ich na Górny Śląsk. Na początku lat osiemdziesiątych dziadek przeszedł na emeryturę i rozpoczął poszukiwania „ostatecznej siedziby”, jak nazwał ten projekt. Dziadkowie Ewy, byli jak na owe czasy ludźmi zamożnymi i udało im się zrealizować ten ambitny plan. Zamieszkali w pięknej okolicy i cieszyli się czystym powietrzem. Z dumą i radością zaprosili wnuczkę na wakacje do siebie. Ewa miała wtedy dziesięć lat, była śliczną blondyneczką, kiedy pokazała mi swoje zdjęcie z tego okresu, pomyślałam: laleczka z pudełeczka, po prostu mała księżniczka. W najbliższym sąsiedztwie dziadków mieszkała trójka dzieci w wieku Ewy. Starsi państwo dołożyli starań, aby dzieci zapoznać i stworzyć im miłą atmosferę do zabawy. Niestety, Ewa nie bardzo przypadła do gustu swoim sąsiadom. Była zupełnie z innej bajki, nie miała pojęcia o trudach i specyfice życia na wsi. Dzieci dworowały sobie z niej okrutnie, płatając różne figle. Kiedy miała na sobie czerwoną sukienkę wprowadziły ją na podwórko sąsiada, który hodował indyki. Ptaki zaatakowały Ewę i boleśnie podziobały. Mimo wszystko Ewa chciała udowodnić swoim nowym znajomym, że jest odważna i w niczym im nie ustępuje. Ta przemożna potrzeba akceptacji o mały włos nie doprowadziła do tragedii.

Pewnego popołudnia odbyła się „próba odwagi”, której pozytywne przejście miało zagwarantować Ewie miejsce pełnoprawnego członka grupy. Dzieci poszły razem do lasu. Na jego skraju, Ewa otrzymała zadanie: „Miałam iść energicznie prosto przed siebie, recytując głośno słowa modlitwy Zdrowaś Mario. Po dziesiątej zdrowaśce powinnam dojść do kapliczki, przy której pozostawiono małą figurkę zajączka. Powrót z tą figurką miał udowodnić moją odwagę i uczynić mnie członkiem paczki. Oczywiście nie znalazłam żadnej kapliczki, bo jej tam po prostu nie było. Bardzo się zdenerwowałam. Usiłowałam wrócić dokładnie tą samą drogą, znowu recytując zdrowaśki. Niestety pomyliłam kierunki i jak się później okazało szłam w głąb lasu. Pamiętam, że byłam bardzo zmęczona i głodna. Doszłam do miejsca, w którym drwale ustawili sobie taką szeroką ławę, aby mieć gdzie zjeść posiłek. Usiadłam na niej i gorzko zapłakałam, dotarło do mnie w jak niebezpiecznej sytuacji się znalazłam i jak źle zostałam potraktowana przez tamte dzieci. Nie wiem jak to się stało, ale zdrzemnęłam się na tej ławce”.

W międzyczasie trójka psotników najpierw cierpliwie czekała w przekonaniu, że Ewa wróci z niczym, co da im asumpt do chóralnego wyśmiania jej. Kiedy zaczęło się ściemniać i dzieci zdały sobie sprawę, że Ewa zgubiła się w lesie. Postanowiły wrócić do domów i w obawie przed karą, nie przyznawać się do swojego udziału w całym zajściu. Cóż, czasami nawet dorosłym brak cywilnej odwagi, aby przyznać się do błędu. Dziadkowie oczywiście odchodzili od zmysłów szukając wnuczki po całej wsi. Wezwano Milicję, a sąsiedzi zaczęli zbierać doraźną grupę poszukiwawczą. Ojciec dziewczynki, która brała udział w całej sprawie wyczuł nieszczerość w relacji córki i w końcu (prośba bądź groźbą) uzyskał od niej prawdziwe informacje. To oczywiście miało kluczowe znaczenie dla tempa poszukiwań.

Ewa obudziła się w kompletnej ciemności.

„Bałam się, było ciemno i chłodno. Ponad wierzchołkami drzew widziałam księżyc i gwiazdy. Czułam się okropnie samotna. Skuliłam się na tej ławie niczym rozbitek na tratwie. Żeby jakoś oswoić strach, zaczęłam przywoływać miłe obrazki z książek oraz obraz z aniołem stróżem, o którym mówiono mi, że to opiekun każdego człowieka. Pomyślałam sobie, że go przywołam i tak zrobiłam. Nie była to modlitwa tylko rozmowa. Mówiłam mu, że jestem w strasznych tarapatach i potrzebuje pomocy, że mój dziadek choruje na serce i może umrzeć z mojego powodu. W pewnej chwili zobaczyłam mały ognik, do którego po chwili dołączyły kolejne. Myślałam, że to robaczki świętojańskie. Małe pojedyncze światełka połączyły się w jedno i utworzyły kulę. Ta kula zbliżyła się do mnie i gdzieś w głowie usłyszałam głos: nie bój się, tu nic złego ci się nie stanie. Szukają cię, są już blisko. Idzie po ciebie czternaście osób. Ruszaj za mną i nie bój się lasu. Poszłam za tym światłem, było mi dobrze i przestałam odczuwać zimno. To nie była łatwa droga, ale robiłam postępy. Zupełnie niespodziewanie na leśnej ścieżce pojawił się pies, który mnie rozpoznał i zaczął się łasić. Głos w głowie powiedział: jesteś bezpieczna, zaraz po ciebie przyjdą. Kocham cię. Pies zauważył światło, jakie przez cały czas emitowała kula. Odszedł ode mnie i usiadł pod kulą wpatrując się w nią aż do momentu, kiedy zniknęła. Chwilę później usłyszałam głosy szukających mnie mężczyzn.”

Ewę dostarczono do domu dziadków całą i zdrową. Opowiadała o kuli, ale chyba nikt jej nie uwierzył. Z perspektywy czasu mogłaby w zasadzie uznać kulę za rodzaj halucynacji, powstałej, aby zmniejszyć traumę przerażonego dziecka. Analogicznie, jak w przypadku wymyślonego przyjaciela, który zaspokaja aktualne potrzeby emocjonalne i pomaga radzić sobie z trudnymi uczuciami. Tyle tylko, że kula podała prawidłową liczbę osób uczestniczących w poszukiwaniach i przyciągnęła uwagę psa, który wpatrywał się w nią niczym zahipnotyzowany. Poza tym kula była niezwykle realna, a jej blask oświetlał ścieżkę. Głos rozsądku kłuci się z głosem serca i trudno tu o zachowanie dystansu. Pewne jest tylko to, że w tamtej trudnej chwili kula światła przejawiająca cechy istoty empatycznej, posiadająca własna osobowość przyniosła otuchę i poprzez swoje ujawnienie odcisnęła pozytywne piętno na całym życiu bohaterki tej historii.