Ciało odpowiednio dobrane – przypadek sawantów

 

Po artykule, w którym starałam się odnieść do fenomenu geniuszy, rozumianego, jako ujawniony dorobek ich poprzednich żywotów, poruszyliście Państwo kolejny ciekawy temat. Chodziło o ludzi z tak zwanym zespołem sawanta.

Napisała do mnie Paulina:

„Hipoteza, że niektóre osoby mogą korzystać z zasobów wiedzy gromadzonej przez stulecia wydaje się całkiem możliwa. Tym bardziej w kontekście pożytku, jaki w tym wypadku, odnosi cała ludzkość. Zastanawia mnie jednak sens ujawniania się genialnych umiejętności u sawantów. Przecież oni nie są zdolni do samodzielnego funkcjonowania, jak zatem ich geniusz może przekładać się na wewnętrzne wzrastanie?”

Zespół sawanta, to chyba największa zagadka dla współczesnej medycyny i psychologii. Osoba, posiadająca ogromne deficyty intelektualne, które praktycznie wykluczają możliwość samodzielnego funkcjonowania, przejawia jednocześnie ponadprzeciętne zdolności, wykraczające daleko poza zakres wszystkiego, czego może nauczyć się nawet bardzo zdolny człowiek. Ekspresja ich kreatywności dotyczy przede wszystkim sztuki malarskiej, muzyki oraz matematyki. Koegzystencja głębokiego upośledzenia i nadzwyczajnych umiejętności zdumiewa i skłania do głębokiej refleksji.

Zespół sawanta dotyczy również osób, u których lewa półkula mózgu uległa poważnemu uszkodzeniu i w związku z tym doszło do aktywizacji prawej półkuli. Dowiedziono, że odbywa się to podobnie jak u niewidomych, gdzie brak jednego ze zmysłów, kompensowany jest wyostrzeniem pozostałych. Tacy pacjenci, nagle zaczynają grać na różnych instrumentach lub malują obrazy, precyzyjnie odzwierciedlające rzeczywistość.

Sawanci, nie pojawili się nagle, tylko żyli wśród nas zawsze. Wcześniej ich nadzwyczajne uzdolnienia albo nie były dostrzegane, albo ze względu na brak praktycznego zastosowania, przemilczane. Zważywszy, że co najmniej połowa sawantów, to osoby autystyczne, ich zdolności mogły w ogóle nie doczekać się ujawnienia. Za to ciążyło na nich piętno bycia innym, odrzucenie i samotność.

Według naukowców, sawanci wykorzystują konkretny obszar mózgu w stopniu nieosiągalnym dla przeciętnego człowieka. Dzieje się to kosztem innych istotnych funkcji tego organu. Na przykład posiadają fenomenalną pamięć fotograficzną, a jednocześnie nie działa u nich pamięć selektywna.

Stephen Wiltshire potrafi odtworzyć bryłę każdego budynku z uwzględnieniem najdrobniejszych szczegółów architektonicznych. Robi to nawet jeśli dany budynek widział tylko przez chwilę. Zasłynął, rysując wielkie panoramy miast: Rzymu, Hongkongu, Frankfurtu, Madrytu, Dubaju, Jerozolimy i Londynu, które oglądał podczas krótkiego lotu helikopterem. Przy czym, szczegółowa panorama Tokio, stworzona przez niego na 10-metrowym płótnie, powstała w ciągu siedmiu dni. Sawanci liczą szybciej niż kalkulatory, odtwarzają z pamięci setki utworów muzycznych, zapamiętują całe książki. Czy jednak rzeczywiście są to swego rodzaju ludzkie maszyny? Mam wrażenie, że tak właśnie chciano ich traktować. Dobrze, że przynajmniej nie dzielą już okrutnego losu, innych ludzkich osobliwości, jak kobieta z brodą itp.

Żadna teoria naukowa nie dociera do meritum tego, co potrafią sawanci. Pewne jest, że to ludzkie istoty posiadające duszę, a wraz z nią indywidualność i wrażliwość. Choć działają z precyzją maszyny, to odciskają na każdym wykonanym utworze lub namalowanym obrazie swój niepowtarzalny ślad. Odkrywane są coraz to nowe uzdolnienia sawantów, również paranormalne, jak choćby cierpiąca na autyzm 15-letnia Nandana Unnikrishnan mieszkająca z rodzicami w Szardży (Zjednoczone Emiraty Arabskie). Dziewczyna jest telepatką, a jej zdolności do komunikacji pozazmysłowej badają od lat naukowcy z klinik medycznych w Emiratach oraz ich zagraniczni koledzy.

Wybory jakich dokonują dusze, decydując się na chore ciało lub przyjmując chorobę jako część swego planu wcieleniowego są dla nas niepojęte. Wierzę jednak głęboko, że są to decyzje przemyślane i zawierające spektrum możliwości koniecznych do osiągnięcia zamierzonego celu. Z sawantami kontakt werbalny jest często utrudniony, zatem spójrzmy na przypadki osób, które mimo poważnych niedomagań zdrowotnych dokonały rzeczy niezwykłych.

Baba Wanga, bułgarska mistyczka, zielarka i prorokini, postać znana na całym świecie. Pomogła nieprzeliczonej rzeszy osób. Przed tą niewidomą staruszką schylali głowy możni tego świata. Odwiedzana przez ludzi z gwiazd i świetliste istoty, choć straciła wzrok i nie oglądała świata fizycznego, widziała dalej niż ktokolwiek inny. Sama mówiła, że darem jasnowidzenia Bóg wynagrodził jej ślepotę: „- On pozbawił mnie ludzkiego wzroku, ale dał mi inne oczy, bym zobaczyła świat widzialny i niewidzialny.”

Irlandczyk Christy Brown malarz, poeta, pisarz, po dziecięcym porażeniu mózgowym stracił władzę we wszystkich kończynach, poza lewą stopą. Na podstawie jego autobiografii powstał film „Moja lewa stopa” z genialną kreacją Daniela Day Lewisa. Brown wybrał trudną drogę, ale osiągnął bardzo wiele, a jego niezłomna postawa pozwoliła rzucić nowe światło na problemy ludzi niepełnosprawnych, potrzebę ich integracji z otoczeniem i prawo do rozwoju osobistego.

Astrofizyk Stephen Hawking cierpiący na stwardnienie zanikowe boczne. Naukowiec, który swoim dorobkiem mógłby obdzielić kilaka osób i każda z nich miałaby się czym pochwalić. Jak sam twierdzi, choroba spowodowała, że poświęcił się nauce i osiągnął tak wiele, ponieważ nie rozpraszały go romanse, życie towarzyskie i problemy rodzinne. Przyniósł światu bardzo ważne przesłanie, z którego jasno wynika, że jedyną szansą ludzkości na przetrwanie jest możliwość globalnej ewakuacji, a nie tylko ochrona planety macierzystej. Hawking zachęca do połączenia sił w kwestii eksploracji kosmosu, która stwarza szansę, aby w stosownym momencie tą ewakuację przeprowadzić.

W mowie potocznej, używamy sformułowania: coś za coś, aby wyrazić swoistą ekonomię życia, w którym bardzo często trzeba z czegoś zrezygnować, aby zyskać coś zgoła innego. Być może, decydując się na konkretny scenariusz własnego wcielenia, również kalkulujemy, co trzeba poświęcić, aby zyskać nieporównywalnie więcej, istnieć nie tylko dla siebie, ale z pożytkiem dla świata.

Być może nasza wiedza o mózgu jest dużo bardziej powierzchowna niż się wydaje. Niejednokrotnie już się okazywało, że naukowcy wyciągali pochopne wnioski na podstawie przesłanek, które nadinterpretowali lub stosowali niewłaściwą ich wykładnię. Próbowano również (o zgrozo) stymulować prawą półkulę, aby zwiększyć moce przerobowe ludzkiego mózgu. Oczywiście lewa półkula pozostała sprawna. Efekt tych eksperymentów był jedynie krótkotrwały i nie przybliżył  uczonych do zrozumienia tajemnicy sawantów. Na szczęście nie przybliżył ich również do stworzenia nadludzi.

A może z punktu widzenia sawantów, owe deficyty intelektualne i społeczne są bez znaczenia, ponieważ przybyli tutaj w celu udoskonalenia tylko jednej, konkretnej umiejętność? Przecież jeśli wracamy na ziemię wielokrotnie, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby w następnym życiu zrealizować się na wielu płaszczyznach, mając w zanadrzu genialne zdolności, za które świat nas pokocha i hojnie wynagrodzi.

Bez wątpienia istota wybierająca los sawanta robi kolosalny postęp w swoim rozwoju duchowym. Przychodzi na ten świat bezbronna i całkowicie zależna od innych, jednocześnie niosąc w tym mało atrakcyjnym opakowaniu wspaniały dar dla swoich bliskich i świata. Pod wpływem doznanego dobra, sawanci oraz osoby niepełnosprawne otwierają się niczym muszla, w której wnętrzu znajdujemy wyjątkową perłę. Kto zasłużył sobie aby tę perłę odkryć, ten również osiągnął moralny progres.

 

Jarosław Filipek – Moc sugestii

 

Sugestie to słowa, które mogą spowodować zmiany w programach, wzorcach zapisanych w naszym Umyśle. Pozytywnym przykładem sugestii mogą być afirmacje, które działając poprzez Umysł Świadomy poprawiają nasze zapisy, programy w Umyśle Nieświadomym.

W dzisiejszym artykule chciałbym zwrócić uwagę, jak zmienia się siła sugestii, w zależności od różnych sytuacji. Pewne osoby, zwłaszcza autorytety docierają ze swoją sugestią dużo szybciej i mocniej. Jednak nie zawsze zdają sobie z tego sprawę. Do takich grup zawodowych należą lekarze, terapeuci i wróżki.

Mogę podać przykłady takich negatywnych, prawdopodobnie nieświadomych oddziaływań.

„Kilka lat temu przyszedł do nas pacjent, który zawiedziony klasyczną medycyną szukał pomocy.

Młody człowiek, ok 40 lat. Jak mówił: z każdym dniem opadam z sił. Wszystkie badania wychodziły prawidłowo i lekarze nie mogli znaleźć przyczyny.  A on przestał cieszyć się życiem i zaczął oczekiwać najgorszego. Przeprowadziliśmy seans. Po oczyszczeniu i wzmocnieniu energią jego ciała i umysłu zadaliśmy sugestię:

„Zobacz siebie za 3 lata. Jak sobie radzisz… „

Pacjent: „Nie mam obrazu”

Ta odpowiedź zaskoczyła nas, więc powtórzyliśmy proces oczyszczania.

I znów zadaliśmy pytanie: „Zobacz siebie za 1 rok. Co widzisz?

I tym razem odpowiedź była negatywna: „Nic nie widzę. Nie mam obrazu”.

Dr Kaczorowski, który prowadził seans zareagował prawidłowo. Wybudził pacjenta i zadał mu

jedno pytanie: „Był Pan u wróżki?”

Zaskoczony pacjent odpowiedział: „Tak, skąd Pan wiedział”

Dialog trwał dalej: „Co wróżka powiedziała?”

Pacjent: „Zasugerowała, że niedługo spotka mnie trudny okres, z którego mogę nie wyjść.”

Umysł tego pacjenta przyjął sugestię wróżki jako prawdę. Wystąpił mechanizm „samospełniającej się przepowiedni”. Jeśli Umysł jest o czymś przekonany robi wszystko, żeby tak się stało. Jedynym ratunkiem była zmiana przekonań w Umyśle nieświadomym pacjenta.

Po ponownym wprowadzeniu w trans musieliśmy cofnąć Umysł do wizyty u wróżki, odtworzyć całą sytuację i zmienić interpretację słów wróżki na obojętne i pozytywne. Potem pozostało już tylko uspokoić, oczyścić Umysł i postawić najważniejsze pytanie.

K: Zobacz siebie za pół roku. Co widzisz?

P: Jakiś zamglony obraz. Mgła powoli opada… To ja. Jestem w domu.

Tak. Umysł uwierzył w nowy program i budował jego realizację… Pacjent był zdrowy.

Inny przykład:

Kilka lat temu zgłosiła się do mnie kobieta, której mąż uwierzył w swoją śmierć. Był przekonany, że zostało mu już niewiele czasu do końca… Jak do tego doszło?

Starszy pan, do niedawna prezes dużej firmy, gdzie zatrudniał kilkaset osób poszedł na emeryturę. Podczas rutynowych badań znalazł się w gabinecie lekarskim. Lekarz, specjalista z zacięciem onkologicznym zauważył na skórze pacjenta ciemne znamię. Zainteresował się pieprzykiem i jak powiedział „na wszelki wypadek” pobrał wycinek ze skóry i wysłał na badanie onkologiczne.

Do przestraszonego pacjenta powiedział: z mojego doświadczenia wynika, że może to być rak. Dlatego trzeba to jak najszybciej przebadać i jeśli się potwierdzi sprawdzić, czy nie ma przerzutów. Proszę przyjść za dwa tygodnie. Wynik wycinka powinien być gotowy.

Starszy pan wrócił do domu i zamknął się w swoim gabinecie. W jego Umyśle rozpętała się burza. Umysł zaczął projektować: wycinek – badanie – diagnoza – rak – przerzuty – śmierć. Wszystko inne zeszło na dalszy plan. Jak opowiadała później jego żona „Mąż zbladł, nie chciał rozmawiać, a jego oczy jakby zgasły. Nie wiedząc co ma robić zadzwoniła do mnie, a potem przyjechała wraz z mężem.

Stanął przede mną starszy, pochylony dziadek, który niepewnym krokiem usiadł na fotelu. Z jego oczu wyzierał lęk. Trudno było uwierzyć, że jeszcze niedawno ten starszy pan trząsł dużą firmą i codziennie podejmował różne decyzje, ważne dla przyszłości przedsiębiorstwa.  Był odważny, a jego polecenia zawsze były przemyślane i skuteczne. Był człowiekiem czynu. Po wizycie u lekarza jego Umysł uwierzył w swoją nieuchronną śmierć.

Po wprowadzeniu w trans przypomniałem mu jego wspaniałą przeszłość, jak radził sobie w trudnych sytuacjach. Jak z pewnością i przekonaniem spełniał się na swoim odpowiedzialnym stanowisku. Jak prawdziwy dowódca wydawał rozkazy i zmieniał rzeczywistość. Lęk był mu obcy. Po cofnięciu do wizyty lekarskiej zmieniłem w Umyśle zapis i interpretację słów lekarza. Potem odtworzyłem stary zapis, z którego wynikało, że „nie ma sytuacji bez wyjścia, a każdy problem ma przynajmniej 2 rozwiązania”.

Po 1.5 godzinnym seansie wyprowadziłem pacjenta z transu. Kiedy się ocknął, był zdziwiony, gdzie jest i co tutaj robi. Ale kiedy spytałem o wrażenia, jego reakcja była charakterystyczna:

„Powiem tak, już od dłuższego czasu nie czułem się tak dobrze. Najlepiej pamiętam jak przez chwilę łowiłem ryby nad jeziorem”.

Kiedy o tym mówił uśmiech wrócił na jego usta, a jego oczy znów błyszczały. To prawda, umysł zafundował mu najlepsze, najradośniejsze wspomnienia. Okazało się, że pacjent był zapalonym wędkarzem.

Po krótkiej rozmowie mogłem go pożegnać. Był znów mocnym człowiekiem czynu. Wiedziałem, że w rozmowie z lekarzem będzie partnerem, a nie przerażonym pacjentem. I na pewno zapyta, co ma zrobić, żeby znów być zdrowym.

Po tych dwóch przykładach powinniśmy sobie uświadomić, jak słowa innych ludzi mogą wpływać na nas i nasze przekonania. Często przeszkoleni sprzedawcy korzystają z tej reguły, kiedy chcą nam coś sprzedać. Używają wtedy dodatkowo pozytywnych emocji: niepowtarzalna okazja, tylko teraz, itp. Bo kiedy opadają emocje często chcemy zmienić decyzję, ale może być już za późno.

Tak naprawdę słowa są tylko informacją, z której możemy korzystać w różny sposób.  To nasza interpretacja, przekonania decydują często o naszych decyzjach.

Dlatego proponuję, żeby każdą ważną informację przyjmować raczej obojętnie. I po przemyśleniu, „przespaniu się z tematem” zdecydować, co z tym zrobimy.

Życzę wszystkim „przespania się z dzisiejszym tematem” Wasz Umysł skorzysta.

 

Polskie życie po życiu

Na stronach bloga nie może zabraknąć odniesień do pozycji klasycznych, jeśli chodzi o literaturę poświęconą tematyce życia po życiu.

Takim właśnie klasykiem jest książka „Polskie życie po życiu” – zbiór relacji ludzi uratowanych ze stanu śmierci klinicznej. Absolutnie pionierska praca, której podjął się redaktor Marek Rymuszko. Wielokrotnie nagradzany dziennikarz, prezes Stowarzyszenia Krajowego Klub Reportażu, redaktor naczelny miesięcznika Nieznany Świat.

W tej chwili pozycja ta doczekała się już VI wydania, co najlepiej świadczy o poczytności tytułu.

Onegdaj zakupiłam tę książkę, poruszona własnymi doświadczeniami i lekturą prac Raymonda Moody’ego. Zdążyłam ledwie przejrzeć pierwsze strony, kiedy dowiedziałam się, że mojej dobrej znajomej zmarł ojciec. Odwiedziłam ją, aby złożyć kondolencje i zupełnie spontanicznie podarowałam książkę „Polskie życie po życiu”. Ten egzemplarz nigdy do mnie nie wrócił, ale nie mam o to pretensji. Wiem, że w tamtych ciężkich chwilach stanowił źródło pociechy dla całej rodziny, a następnie powędrował dalej do kolejnych potrzebujących. Wędrował, niosąc przesłanie o miejscu, z którego emanuje Dobro i Miłość, o tym, że śmierć ciała nie jest końcem istnienia, a jedynie przejściem do innego wymiaru.

Dzięki uprzejmości redaktora Marka Rymuszko, otrzymałam tę niezwykłą pozycję i mogłam zapoznać się z historiami osób, które dotknęły nieznanego. Ponad siedemdziesiąt poruszających relacji, pełnych szczerych emocji, opisujących wielkie zmiany w postrzeganiu świata oraz głębokie przemiany wewnętrzne, jakie zaszły w mikrokosmosach zmartwychwstańców.

Zdecydowanie polecam i zachęcam do lektury.

 

Książka do nabycia w Księgarni- Galerii Nieznany Świat

Życie nie jest nowelą – to pasjonująca saga !

Temat reinkarnacji bardzo Państwa zainteresował, czego wyrazem jest obfita i ciekawa korespondencja. W listach odnosicie się Państwo do swoich przeczuć, snów, zadziwiających sytuacji, które wydają się być czymś więcej, niż imaginacją umysłu lub zwykłym przypadkiem.

Człowiek uważny dostrzega znacznie więcej i dla tego jego świat jest bogatszy i pełniejszy. Osoby podchodzące do życia z preferencją strony materialnej, postrzegają otoczenie powierzchownie, jedynie pod kątem poszukiwania kolejnych okazji i sposobów gromadzenia dóbr. Wiele im umyka, ale to temat na odrębne rozważania.

Przedstawiam fragment listu, jaki otrzymałam od Andrzeja:

„Przeczytałem z dużym zainteresowaniem tekst o regresji i choć sam nie poddałem się tej procedurze, to mam głębokie przekonanie, co do jej działania i sensu stosowania. Myślę, że w jakiś niewytłumaczalny sposób echa poprzednich wcieleń przebijają się do naszej świadomości. Sam tego doświadczyłem.

Zawsze interesowałem się muzyką. Amatorsko gram na gitarze i podobno nieźle mi to wychodzi. Kiedy miałem może ze czternaście lat pojawił się pewien dziwny sen. Śniło mi się, że gram na trąbce i to w dodatku jazz. Grałem z pasją, jak szalony, ale kiedy odkładałem instrument i rozglądałem się po sali, otaczające mnie postaci rozmazywały się. Zupełnie jakbym widział widma, a nie żywych ludzi. Słyszałem rozmowy w języku angielskim, śmiech, brzęk szkła, nawet charakterystyczny odgłos odkładanych na talerz sztućców. Bez wątpienia grałem w restauracji lub klubie.

Ten sen mnie zastanawiał. Nie interesowałem się jazzem tylko muzyką rockową. Poza tym denerwowało mnie, że nie widzę postaci, nie wiem kim jest kobieta, której śpiew słyszę, nie mam pojęcia, gdzie jestem. Rozwiązanie przyszło praktycznie samo, tyle że kilka lat później. Ukończyłem pierwszy rok studiów i dumny ze swoich ocen pojechałem pochwalić się dziadkom. Tak się złożyło, że dziadek akurat naprawiał dach. Chciałem mu pomóc i dosyć nieszczęśliwie spadłem z drabiny. Prawa noga wymagała założenia szyny, a ja tym samym zostałem unieruchomiony na cały miesiąc. Dziadek skwitował ten wypadek dość okrutnie – tak to jest jak się inteligent za prawdziwą robotę zabiera.

Znajomi próbowali umilić mi czas rekonwalescencji i przynosili różne filmy. Wtedy, po raz pierwszy w życiu obejrzałem „Cotton Club”, film nakręcony nota bene w 1984 roku, kiedy się urodziłem. Emocji, jakie towarzyszyły mi podczas oglądania całego filmu, nie da się opisać. To było niesamowite, byłem jak w transie! Reżyser Francis Ford Coppola zabrał mnie, na powrót do mojego świata. I pomyśleć, że zastanawiałem się czy ten film oglądać, bo opisany był jako gangsterski, a takie kino specjalnie mnie nie interesuje. Od czasu Cotton Club, mój sen nabrał kolorów i ostrości. Odszukałem wiele materiałów dotyczących tego legendarnego klubu i nie mam cienia wątpliwości, że miałem przyjemność tam występować. Nie byłem prawdopodobnie muzykiem pierwszoplanowym, ale to nie ma przecież żadnego znaczenia.

Ja nie potrzebuję więcej „dowodów” – niech żyje jazz! „

Wspaniałe doświadczenie. Zapewne kształtujące człowieka na całe życie, a tym samym na kolejne wcielenia. Pojawia się pytanie, czy owe przebłyski dawnych żywotów są przypadkowe, czy też celowo wpisane w obecne życie?

Moim skromnym zdaniem, wszystko zależy od skali wpływów poprzednich żywotów, na ten obecny. Można założyć, że w przypadku takich ludzi jak Mozart, dorobek, mądrość i artyzm nabyty przez wiele wcieleń, objawiły się już we wczesnym dzieciństwie, aby przyspieszyć powstanie wiekopomnych dzieł kompozytora. Dzieł, stanowiących niewyczerpane źródło inspiracji dla kolejnych pokoleń muzyków, a także ucztę duchową dla wielu melomanów, szukających wytchnienia w gonitwie życia. Mało tego, w latach 50- tych XX wieku, profesor Alfreda Tomatis odkrył szczególne właściwości muzyki Mozarta, a jego koncepcje znane są powszechnie pod nazwą Efektu Mozarta. Profesor Tomatis wykazał, ponad wszelką wątpliwość, że utwory kompozytora wpływają na poprawę koncentracji, harmonizują napięcie mięśniowe, poprawia koordynację ruchową i ułatwiają zapamiętywanie i relaksację. Obecnie muzyka Mozarta wykorzystywana jest w terapii epilepsji, autyzmu, dysleksji, zaburzeń emocjonalnych, czy nadpobudliwości psychoruchowej.

Jestem przekonana, że zjawisko określane mianem geniuszu, to nie nadnaturalny talent, wynikający z uwarunkowań genetycznych, tylko otwarty dostęp do wcześniejszych osiągnięć, popartych ciężką pracą. Takie stare dusze, wracają, aby przyśpieszyć rozwój świadomości pozostałych dusz, zmienić bieg historii, skierować naukę lub duchowość na nowe tory. Mozart nie jest jedynym „cudownym dzieckiem” w dziejach ludzkości. Było ich wiele, lecz nie zawsze wiemy o ich istnieniu. Rodzą się na innych kontynentach lub zajmują się dziedzinami, o których przeciętny człowiek nie ma pojęcia. Żebym nie była gołosłowna podam dwa przykłady:

Akrit Jaswal urodzony w 1993 roku w Indiach. Zasłynął jako geniusz w dziedzinie medycyny. Mając zaledwie 7 lat, pomyślnie przeprowadził swoją pierwszą operację na dziewczynce, której rodziców nie było stać na profesjonalną opiekę medyczną. Akrit, nie spoczął na laurach i dalej kształci się w kierunku medycyny. Marzy o studiach na Harvardzie i o wynalezieniu leku na raka.

Terence Tao, chłopak nauczył się czytać i liczyć już w wieku 2 lat. Jako 7-latek uczęszczał do szkoły średniej. W wieku lat dziewięciu, rozpoczął studia, które ukończył jako 24-latek z tytułem profesora matematyki. W trakcie studiów, dokonał wielu znaczących odkryć w dziedzinie matematyki.

Celowo wybrałam osoby urodzone w czasach współczesnych, żeby nie było wątpliwości, co do prawdy historycznej i potencjalnego wyolbrzymiania ich osiągnięć.

Jaka siła ma wpływ na to, że konkretna dusza może zachować swoją intelektualną ciągłość mimo zmiany ciała? Cóż, zapewne jest to siła życzliwa ludzkości, zainteresowana naszym wzrostem i rozwojem. Nazwy, które tej sile nadajemy są drugorzędne. Najczęściej wymienia się Władców Karmy, Duchowych Rodziców lub Boską Mądrość.

W przypadku opisanym przez Andrzeja, nie mamy do czynienia z ciągłością wspomnień determinującą obecne wcielenie. Owszem, Andrzej amatorsko muzykuje i na pewno jest to istotny aspekt jego życia, jednak zawodowo zajmuje się czymś innym. Przykład ten obrazuje możliwości poznawcze każdego człowieka, rozumianego jako dusza, stanowiąca sumę wszystkich doświadczeń i umiejętności.

Warto bacznie przyglądać się sobie i swoim bliskimi. Nie zaszkodzi, przynajmniej założyć, że istnieje możliwość odebrania przekazu, który zapobiegliwie przygotowaliśmy na bieżące wcielenie.

Dobre życie po złym życiu

Otrzymałam poruszający list od Izabeli, która niedawno poddała się regresji w hipnozie. Ciekawa sesja, prowadząca bohaterkę w strefę wewnętrznego Cienia. Niechętnie przyznajemy się do jej istnienia, błędnie interpretując własne odczucia lub emocje, które skrywa. Nie da się jednak zaprzeczyć, że Cień to część naszej osobowości.

Zanim oddam głos Izabeli, dodam tylko, że podjęcie przez nią próby dotarcia do wcześniejszych reinkarnacji, nie było podyktowane pustą ciekawością. Izabelę, od najmłodszych lat dręczyły dziwne i przerażające sny, od których nie potrafiła się uwolnić. W końcu postanowiła skorzystać z tego rodzaju terapii.

„Szukając odpowiedzi na pewne dręczące mnie pytanie trafiłam na Twojego bloga. Coś mi mówi, że pomożesz mi lub przynajmniej nakierujesz na właściwe rozwiązanie. Od dzieciństwa dręczyły mnie koszmarne sny. Mówi się, że koszmary są odzwierciedleniem lęków, ciężkiej sytuacji życiowej itp. Tymczasem moje życie było od początku bardzo spokojne, pełne rodzicielskiej opieki i zabezpieczone ekonomicznie. Nigdy niczego mi nie brakowało. Rodzice dla mnie i brata byli gotowi zrobić chyba wszystko. Skończyłam studia medyczne, poznałam mego męża i właściwie oprócz drobnych problemów, jakie ma każdy nie spotkało mnie nic złego. Mam cudowne córeczki, mąż pracuje w stałych godzinach więc nie ma problemu z moimi dyżurami. Pracuję dużo, poza tym pomagam wolontarystycznie w hospicjum. Mąż to rozumie i bardzo mnie wspiera. Czasami bywam przemęczona, ale szczerze kocham swoją pracę i nie wyobrażam sobie abym mogła robić w życiu coś innego. Nic nie tłumaczyło tych okropnych snów ani w dzieciństwie, ani teraz.

Radziłam się przyjaciółki i to ona podsunęła mi pomysł z regresją hipnotyczną. Nie jestem osobą religijną, ale wierzę głęboko w istnienie siły kierującej tym światem. Reinkarnacja wydaję się całkiem sensownym i sprawiedliwym mechanizmem w procesie samodoskonalenia.

Pierwsza sesja zakończyła się fiaskiem. Nie potrafiłam się skupić, co rozdrażniło mnie i rozbiło całkowicie. Podczas drugiej poszło dużo lepiej. Widziałam siebie jako dziewczynkę żyjącą w osiemnastowiecznej Rosji. Nie będę podawać szczegółów, ponieważ tamto życie zakończyło się szybko i jak przypuszczam, nie miało nic wspólnego z moimi koszmarami. Na kolejną sesję szłam pełna nadziei z jakimś dojmującym przekonaniem o rozstrzygającej roli tego, co być może zobaczę.

Zobaczyłam siebie jako nastolatkę. Pierwszy obraz to skromnie, ale starannie urządzone mieszkanie, w którym szoruję drewnianą podłogę. Świeci słońce i jestem nieszczęśliwa, że muszę sprzątać, a moje młodsze siostry poszły bawić się na dworze. Z oddali słyszę muzykę. Ktoś śpiewa po niemiecku. Następne obrazy dotyczą życia rodzinnego: ojca, matki, sióstr. Wielkie szczęście, kiedy ojciec przynosi do domu odbiornik radiowy i rozpacz z powodu śmierci najmłodszej siostry. Wieczne szorowanie podług. Później jakieś święto, wielki wiec, gdzie wszyscy wiwatują na cześć Hitlera.

Jestem już kobietą i bardzo chcę być samodzielna, coś znaczyć w życiu. Ojciec ciągle ubolewa, że nie ma syna. Inni mają i mogą chwalić się zdjęciem w pięknym mundurze. Później widzę siebie jako strażniczkę w obozie koncentracyjnym. Tam się dzieją rzeczy straszne, również z moim udziałem.

Największym przeżyciem dla mnie, nie jest sam fakt bycia kobietą okrutną, odczłowieczoną, ale stosunek jaki miałam do tego, co robiłam. Mnie się to podobało. Te piękne skórzane oficerki, władza, strach w oczach więźniarek, zalotne spojrzenia kolegów. Myśmy byli szczęśliwymi władcami pandemonium. Nic nie miało znaczenia, a w więźniach nie widziałam ludzi tylko coś między zwierzęciem a maszyną.

Zginęłam podczas ucieczki przed nadciągającym, wrogim wojskiem. Jeden z esesmanów zorganizował ciężarówkę. Przebrani w cywilne ubrania, chcieliśmy uciec. Na ciężarówce były worki z ziemniakami, cebulą i marchwią. Wśród tych worków kilkoro z nas (w tym ja) się ukryło, w szoferce została strażniczka i jej kochanek. Ten samochód został ostrzelany i spadł ze skarpy. Cały załadowany ciężar zwalił się z impetem na mnie. Żebra przebiły płuca, umierałam dusząc się i dławiąc własną krwią.

Obraz z tej sesji miejscami pokrywał się z treścią dręczących mnie snów. Na dzień dzisiejszy mogę powiedzieć, że przestałam śnić koszmary. W tym sensie terapia okazała się skuteczna.

Jeśli, to co widziałam było faktycznie moim poprzednim życiem, dlaczego dobrze mi się wiedzie? Za ból, cierpienie, poniżenie tamtych ludzi powinnam przecież pokutować, doświadczać tego, co sama robiłam. Czuje się zagubiona, zdezorientowana.”

Nie wiem na jakiej podstawie Izabela przyjęła, że karma działa zgodnie ze starotestamentową zasadą „oko za oko ząb za ząb”. Czy naprawdę jedynym sposobem zniwelowania zła wyrządzonego w poprzednim życiu, ma być doznanie identycznego zła w obecnym? Czy dla wyrównania rachunku krzywd, dawna ofiara powinna zakatować sadystyczną strażniczkę jej własnym pejczem ? Z mojego punktu widzenia brzmi to absurdalnie. Istnieje znacząca różnica między zemstą, a zadośćuczynieniem.

Czyniąc dobro wzmacniamy ten rodzaj energii, tak samo jest ze złem. Karma (prawo przyczyny i skutku) służy również wyrównywaniu tych energii. W obecnym życiu Izabela jest lekarzem. Ze względu na swoją specjalizację ma do czynienia z osobami ciężko chorymi i cierpiącymi. Moim zdaniem pracując tak zawodowo jak i wolontarystycznie, przyczynia się do polepszenia sytuacji pacjentów i zmniejszenia bólu, który znoszą. Niwelując ból, niosąc otuchę i spokój, wyrównuje rachunek krzywd. Dobrem neutralizuje zło.

W kontekście reinkarnacji mówi się często „Co posiejesz to zbierzesz” i to jest oczywiście prawda, tyle tylko, że dusza przechodząc z jednego ciała fizycznego do drugiego, niesie cały bagaż wszystkich swoich doświadczeń i uczynków, nie tylko z poprzedniego wcielenia. Jeśli myślimy o sobie jako o duszy mającej ciało, nieśmiertelnej i wiecznej, to oczywistym wydaje się, że jesteśmy sumą wszystkich dobrych i złych uczynków, a nasze wcielenia to poniekąd średnia arytmetyczna jednych i drugich.

Cokolwiek robimy, zmieniamy się, a za mikrokosmosem naszego serca podąża cały wszechświat. Moim skromnym zdaniem na tym należy się skupić i działać nie oczekując rezultatu natychmiast, tu i teraz. Z dobrego ziarna wyrasta dobry plon. Prędzej czy później zbierzemy go i pomnożymy.