Regresja w hipnozie – wgląd w poprzednie życie.

 

W poprzednim odcinku pisałem o regresji hipnotycznej jako narzędziu używanym w terapii. Dzisiaj skupię się na samym zjawisku regresji, jej założeniach i przykładach.

W wielu kulturach wschodu od starożytnego Egiptu poprzez późniejszą Grecję czy Rzym pojęcie reinkarnacja było ważnym składnikiem wierzeń. Tłumaczyło możliwość rozwoju duszy oraz odkupienia złych uczynków popełnionych w poprzednich żywotach.

Moje własne doświadczenia pozwalają mi przedstawić obraz reinkarnacji jako szkoły,gdzie w następujących po sobie klasach zdobywamy nową wiedzę, doświadczenie pozwalające rozwinąć się naszej duszy. Moim zdaniem ludzi można podzielić na tych, którzy doświadczyli reinkarnacji i transformacji z nią związanej i tych którym się wydaje, że ich reinkarnacje były wspaniałe, historyczne, bogate, co nie znajduje pokrycia w rzeczywistości. Osobną, nieistotną tutaj grupą są ci, którzy z różnych względów nie akceptują reinkarnacji. Tę grupę dzisiaj pominę.

Dzięki współpracy z dr Kaczorowskim mogę potwierdzić, że większość wątków z  reinkarnacji dotyczy różnych aspektów naszego codziennego życia. I te zdarzenia, sytuacje podpowiadają często rozwiązanie problemu z jakim się w obecnym życiu spotykamy.

Młoda kobieta od dziecka bała się wejść do wody. Jak opowiadała już w dzieciństwie czuła dreszcze, kiedy mama próbowała umyć jej głowę pod prysznicem. Woda lecąca z góry wywoływała u niej sztywnienie całego ciała. Dlatego bała się głębszej wody w morzu czy jeziorze. Podczas regresji pojawił się obraz z lat 40 XX wieku. Obóz zagłady, plac obozowy. Młoda kobieta polewana zimną wodą na ostrym mrozie. Torturowana w ten sposób dla przykładu. Pozostawiona na placu zamarza i umiera z zimna.

To odczucie zimna, bezradności, niewymownego żalu pozostało w niej przez lata.

Kontakt z wodą za każdym razem przywoływał te „zatarte” wspomnienia. Po seansie, w którym nastąpiło wybaczenie i odcięcie od starego „nieaktualnego” już przeżycia, przykre odczucia zniknęły. W czasie wakacji, kobieta pojechała nad morze i nie miała problemów z wejściem do głębszej wody.

Jest jednak grupa ludzi, którzy twierdzą, że w poprzednim życiu byli kimś ważnym, wielkim. To nie zawsze musi być prawdą. Wynika raczej z potrzeby wyróżnienia się, bycia lepszym. Tutaj niestety duży wpływ mają wróżki, które potwierdzają takie oczekiwania klientów, chociaż nie mają doświadczenia w tym temacie. Pamiętam jak pewna matka mówiła o synu. „On musiał być kimś ważnym: księciem, królem, bo w swoich snach rozkazuje ludziom. Oni go słuchają.” Po przywołaniu reinkarnacji okazało się, że owszem był ważny, ale w swojej wiosce, wsi. Był po prostu wójtem.

Dzisiaj chciałbym przedstawić jedną z kilku moich reinkarnacji. Z wszystkich regresji ta jedna była bardzo szczegółowa, emocjonalna – niezwykle żywa.

Średniowieczny Paryż – XI – XII w.

Ten Paryż miał dwie części, jak w lustrze: jasną i ciemną.Ta jasna obejmowała stolicę Francji, uznawaną w całej Europie z królem i wielkim dworem.

Ja żyłem w tej ciemnej: podziemnym Paryżu. To miasto – państwo rządziło się własnymi prawami.Przekrój społeczny podobny jak w znanym Paryżu. Na czele król, despotyczny władca – nikt z mieszkańców nie miał do niego dostępu.

Dwór – zabudowania, budynki z zewnątrz szare, brudne – w środku pełen przepychu, dostatku. (Istniały tam liczne przejścia i tajne korytarze.)  Złote i porcelanowe naczynia, bogate, wzorzyste tkaniny i suto zastawione stoły. Napoje i jedzenie najczęściej pochodziły z bogatych piwnic paryskiego dworu. Wokół naszego króla tylko Gwardia przyboczna. Spośród niej wybierano trzech zaufanych – doradców. I tylko z nimi spotykał się król. Doradcy przekazywali Gwardii i żołnierzom wszystkie rozkazy od króla. Na dworze można było spotkać bogatych, zasłużonych członków owej ciemnej społeczności. Nie było łatwo dostać się do tej elity. Niektórzy przez wiele lat ciężko na to pracowali.

Poza dworem szare ulice, zaułki, ciemne przejścia. Tam rozgrywało się życie codzienne. Biedacy, żebracy, kaleki oraz złodzieje i żołnierze pilnujący porządku.Każda nacja miała swoją strukturę, hierarchię – prawdziwy podziemny Paryż.

Urodziłem się w biednej rodzinie. Mama praczka, ciężką pracą próbowała utrzymać swoje dzieci. Ojca nie znałem. Któregoś dnia wyszedł z domu i już nie wrócił. Podobno nigdy nie pracował.Jak mawiał: „Praca jest dla głupców”.

Rodzeństwo – sześcioro młodych, wrzeszczących gęb, ciągle głodnych i niezaspokojonych. Mój starszy brat zniknął któregoś dnia i nigdy nie wrócił. Miał jakieś dochodowe zajęcie, nikt z nas nie pytał o szczegóły. Czy był żołnierzem czy złodziejem tego nie wiem. Tacy ginęli młodo. Zostałem najstarszym mężczyzną w domu. Już jako młody chłopak próbowałem różnych zajęć. Robiłem wszystko, żeby zdobyć jakieś pieniądze i pomóc biednej matce. Życie mi sprzyjało. Byłem drobny, wysportowany, odporny na ból i przeciążenia. Uczestniczyłem w różnych włamaniach i kradzieżach. Naszym łupem padały zabudowania mieszczan i bogaczy.

Najpierw stawałem na czatach, pilnowałem przebiegu akcji, uczyłem się. Potem zacząłem kraść. Jako drobny chłopak wcisnąłem się wszędzie, w każde okno czy wyłom. Byłem dobry w swoim fachu. Szybko przejąłem dowództwo grupy. Moi kamraci mieli do mnie pełne zaufanie. Nigdy ich nie zawiodłem. Moja ciemna sława rosła. W hierarchii złodziejskiej doszliśmy na szczyt. Wtedy dowiedziałem się o istnieniu dworu królewskiego, a dwór dowiedział się o mnie.

Teraz zlecenia i rozkazy przychodziły z samej „góry”. Dzięki temu nie mogłem narzekać. Finanse pozwalały mi wspierać rodzinę. Działałem na odległość, jak dobry wujek. Podrzucałem do domu drobne monety, czasem jakieś woreczki z żywnością: ziemniaki, ziarno, mąkę. Moja matka zaczęła się uśmiechać. To był dla mnie najpiękniejszy widok. Dzięki moim drobniakom dwóch braci poszło do szkół. Miałem przeświadczenie, że wykształcenie pozwoli im wyrwać się z tego środowiska. Dlatego pilnowałem, żeby cały proces przebiegał prawidłowo. Po którejś udanej akcji zostałem zaproszony na dwór. Tam osobiście musiałem zdać relacje ze wszystkich wydarzeń. Odtąd mogłem swobodnie poruszać się po tym terenie. Byłem jak u siebie.

Jednak tutaj nudziłem się. Byłem za młody, żeby siedzieć za stołem i wspominać dawne czasy. Wolałem ruch, życie. Przynajmniej jakaś zmiana, coś się działo…

Z racji zasług i pełnionych obowiązków musiałem bywać na dworze coraz częściej. Dlatego postanowiłem dostosować się i w miarę możliwości wykorzystać swoją szansę. Byłem lubiany, kamraci za stołem nie mieli przede mną żadnych tajemnic, także „państwowych”. Widziałem, że moja młodość, energia, zapalczywość i brak skrupułów były tutaj dobrze odbierane. Dzięki temu mogłem bez przeszkód awansować w ich wewnętrznej dworskiej hierarchii. Szybko dostałem się do Gwardii przybocznej. Chociaż byłem najmłodszy doceniano moje doświadczenie i bezpardonowość. Liczyłem na to, że w końcu stanę się osobistym doradcą.Musiałem na to zasłużyć. Nie chciałem czekać, więc przyśpieszyłem pewne wydarzenia i w końcu zostałem zaprzysiężony. Wszyscy byli zachwyceni, że ja (ten młodzieniec) znalazł się na właściwym miejscu. Gdyby znali moje myśli…

Czas płynął szybko, po zaprzysiężeniu zostałem przedstawiony Szefowi, czyli osobie zarządzającej doradcami i całą tajną stroną funkcjonowania dworu. Nikt, nie znał go osobiście. Nawet doradcy słyszeli tylko jego głos. Ciekawa sytuacja. Szybko zdobyłem zaufanie Szefa. To było jednoznaczne z przewodnictwem wśród doradców. Coraz częściej u niego bywałem. Czasem sam. Tymczasem w mojej głowie rodził się plan. Plan mojego życia…

Stare pryki za stołem i nawet kamraci z Gwardii nie podejrzewali, co im szykuję. Wykorzystując wszystkie zastane układy i ciesząc się dużym poważaniem mogłem bardzo wiele. Prawie jak Szef. Prawie czyniło jednak sporą różnicę. Kiedy o tym myślałem sam uśmiechałem się do siebie. Okazja nadarzyła się szybko. Po ważnej naradzie, zostałem z Szefem sam na sam. Wiedziałem, że ma do mnie zaufanie. Dlatego po krótkiej rozmowie postanowiłem działać. Byłem uzbrojony. Miałem krótką szpadę i w zanadrzu mały „ostry” nożyk.

Jednym cięciem rozerwałem dzielącą nas kotarę i ujrzałem Szefa w całej okazałości. Był to mężczyzna, po czterdziestce, potężnej postury, a jego lewy policzek przecinała szrama. Wyglądał na zdziwionego. Szybko wyzwałem go na pojedynek. Wiedziałem, że chwila mi sprzyja. Pozostali Gwardziści mogli się pojawić za 10 – 15 minut. Stanęliśmy przed sobą jak godni siebie rywale. On walczył o życie, ja o honor, sukces i prestiż. Nie znałem go wcześniej, więc trudno mi było przewidzieć jego ruchy i ciosy. Miał za sobą dobrą szkołę fechtunku. Jednak nie dałem za wygraną. Byłem zwinny i poznałem wiele różnych technik walki, co często ratowało mi życie. Jeden na jednego. Bez świadków. Pojedynek do końca…

Rany były coraz cięższe, wokół dużo krwi. Ruchy zaczęły sprawiać mi trudności. Przed oczyma pojawiły się ciemne plamy. Pomyślałem: to niemożliwe. Wokół pełno światła. W pewnej chwili stanąłem, nie mogłem zrobić kroku. Poczułem duszności. Zobaczyłem jeszcze, że on też upada w kałuży krwi. Za chwilę wbiegli Gwardziści, którzy z małego puzdra wydobyli jakieś smarowidło i tym opatrzyli jego ranę. Ja byłem już nikim. Chwycili mnie za nogi, ręce i bocznym wyjściem wynieśli na zewnątrz. Tutaj wrzucono mnie w błoto. Wiedziałem, że umieram i oni też to wiedzieli.

Kiedy obrazy z przeszłości migały mi przed oczyma nagle przyszła mi do głowy taka myśl:

Jak to jest? To ja całe życie narażam się, kombinuję, żeby moja rodzina, matka miała lepiej i  co? Co dostałem w zamian? Umieram tutaj w bólu i zapomnieniu… Dlaczego? Po co te starania? Wyścigi… Rywalizacja… I tak odchodzimy!

I nagle spokój, cisza… Jak dobrze… Odchodzę…

Po tej regresji, zrozumiałem, dlaczego w szkole podstawowej (w obecnym życiu) nie chciałem, nie potrafiłem walczyć o swoje. Kiedy miałem się przeciwstawić ręce mi same opadały, a ja niepyszny wycofywałem się. Długo trwało zanim wyrobiłem w sobie nowe „prawidłowe” nawyki. Jak działać, reagować w kontaktach z innymi. Tutaj mała dygresja…

Podczas regresji przeżywamy całe zdarzenie, jakby działo się „na żywo”. Ja tam naprawdę byłem, kradłem i planowałem, jak zabić Szefa. Nagle, usłyszałem głos, jak z zaświatów:

„Gdzie jesteś, co widzisz?” To prowadzący moją regresję zadał te pytania. Dotarło do mnie, że mentalnie jestem równocześnie w dwóch miejscach: tu na leżance w gabinecie i tam w średniowiecznym Paryżu. Oba światy były jednakowo ważne i naturalne.

Mam nadzieję, że w tym artykule przybliżyłem Wam mechanizm i przebieg regresji reinkarnacyjnej.

Dlatego proszę nie słuchajcie wróżek czy amatorów. W temacie reinkarnacji polecam tylko autorytety. Osoby, które pracują z tym tematem od wielu lat. Na pewno jest to dr A. Kaczorowski, dr A. Daniłow z Ukrainy, śmiem twierdzić, że ja i jeszcze kilka osób w Polsce.

W tym artykule to wszystko…

Już niedługo znowu się spotkamy…

 

 

Krzywda zawsze wraca – wszak zna drogę

Pytanie zawarte w jednym z komentarzy:

„Często słyszę, zwłaszcza od ludzi starszych, że krzywda wraca do sprawcy i zawsze zostaje on ukarany. Czy ma Pani jakąś wiedzę na ten temat bądź ciekawe historie czytelników do podzielenia się na blogu?”

Zatem niejako na życzenie Czytelniczki garść moich rozważań i przykładów o krzywdzie i jej rozliczeniu, opartych na zdarzeniach ze świata fizycznego i spirytualnego.

Należałoby zacząć od pytania: czym jest krzywda? Najprostsza odpowiedź brzmi: tym, co zdarzyć się nie powinno. Bólem zadanym z premedytacją czującej istocie, nie tylko ludzkiej. Bezsilnością ofiary wobec zdarzeń dotykających jej niezmiernie dotkliwie, bez możliwości obrony, a nawet bez szansy na najmniejsze zadośćuczynienie. Każdy ma swoją listę niegodziwości, stanowiących o rozmiarach doznanej krzywdy. Obmowa, kradzież, niewdzięczność, gwałt, pobicie, można by długo wymieniać.

Bywa, że krzywdę da się naprawić, lub chociaż za nią zadośćuczynić, złagodzić jej skutki. Niestety często poczynione szkody są nieodwracalne. Budzi się w nas wtedy złość, kiełkuje potrzeba odwetu, prymitywnej zemsty lub wyrafinowanego rewanżu. Pojawia się przekonanie, że kiedy ów akt wyrównujący rachunki między nami a krzywdzicielem dokona się, poczujemy niebywałą ulgę, opadną emocje, a wszystkie przykre uczucia znikną, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Chęć zemsty jest w nas, to jest nieuniknione. W ten sposób, przejawia się nieokiełznana cząstka naszej osobowości. Zwierzęce JA wynurzając się z wewnętrznego Cienia, zagarnia nas ku sobie. Problem w tym, że to uczucie zwodnicze, ponieważ zemsta nam w niczym nie pomoże, niczego nie ułatwi i nie osłodzi łez. Pomijam już fakt, że w rozumieniu prawa zemsta jest równoznaczna z przestępstwem.

Odwet uruchamia nowy ciąg negatywnych zdarzeń oraz nieodwracalną zmianę w nas samych. Jakkolwiek to brzmi dokonując aktu zemsty na oprawcy jednoczymy się z nim mentalnie. Wchodzimy w krąg tej samej energii i oddychamy tym samym złem. Żebyśmy, nie wiem jak, próbowali moralnie ten akt usprawiedliwić, nic nie zmieni degenerującego charakteru zemsty. Kiedy dopuścimy do głosu zbrodniczą furię, może się okazać, że oto nasz Anioł Stróż zapłakał krwawymi łzami.

Czy tylko w baśniach zło jest zawsze ukarane, a dobro nagradzane? Jestem głęboko przekonana, że ta zasada działa zawsze i wszędzie. Wsłuchajmy się w znane przysłowia i mądrości narodów: „Co posiejesz to zbierzesz, co za siebie rzucisz to przed sobą znajdziesz”, „Pan Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy”, „cudza krzywda twego życia nie poprawi” i mój ulubiony w tym temacie cytat:

„Później czy wcześniej krzywda w los się wciela i w sieć skrzywdzonych chwyta krzywdziciela” /Zygmunt Krasiński/

Każdy, bez wyjątku, prędzej lub później zbiera plon swoich działań i ponosi ich konsekwencje. Nie w tym, to w następnym życiu. Oczywiście, jeśli ktoś żąda sprawiedliwości, już, natychmiast, tu i teraz, może poczuć się zawiedziony. Czasem działa ona bardzo wolno, czasem incognito, a czasem potrafi wyłonić się nawet zza kurtyny śmierci.

Znam wiele historii osób, które perfidnie rozbijały cudze małżeństwo i nie cieszyły się długo, swoim szczęściem zbudowanym na nieszczęściu kogoś innego. Ich partner/partnerka albo skruszony wracał na łono rodziny, albo znajdował nowy obiekt pożądania. Los lubi płacić taką monetą, jaką sami operujemy.

Niejeden brutalny mąż kończy złożony chorobą, która nie dość, że wyrównuje rachunek zadanego cierpienia to jeszcze wymusza pokorną prośbę o opiekę lub pomoc ze strony dotychczasowej ofiary. Strącenie z piedestału „pana i władcy” to bolesna degradacja, ale i pouczające doświadczenie.

Choć odnosimy wrażenie, że wielu niegodziwcom wszystko uchodzi na sucho i egzystują sobie wygodnie mimo popełnionych zbrodni i oszustw, to pamiętajmy o jednym: nie siedzimy ani w ich głowach ani w sercach. Nie tylko lady Makbet, dane było widywać zjawy swoich ofiar. Niejeden dyktator i zbrodniarz sypiał przy zapalonym świetle. Mimo pozorów pewności siebie, ludzie ci żyją w ciągłym strachu, ponieważ każdy mierzy innych własną miarą, a ich miara jest doprawdy makabryczna.

Wysłuchałam historii mężczyzny nawiedzanego przez zjawy więźniów, do których śmierci się przyczynił. Bici, szykanowani odchodzili złorzecząc swemu prześladowcy. W chwili, kiedy zmienił profesję i najmniej spodziewał się rozrachunku z przeszłością, pojawili się, aby nie dane mu było zapomnieć lub przebaczyć samemu sobie. Człowiek ten popełnił samobójstwo.

Poznałam osobę, która wyrządziła wiele złego najbliższym w tym walnie przyczyniła się do ciężkiej choroby własnego ojca. Kobieta zbudowała swój dobrobyt idąc po trupach do celu. Dopiero w starszym wieku pojawiły się wątpliwości i wyrzuty sumienia. Niestety nie było już kogo prosić o wybaczenie. Jej wnuk urodził się ciężko upośledzony i praktycznie niezdolny do samodzielnej egzystencji. Ktoś znajomy w złości powiedział, że to kara za grzechy babki. (uważam, że tak być nie mogło, ale to odrębny temat). Kobieta usłyszała ten komentarz i wzięła go do siebie. Każdy dzień spędzony z „naznaczonym” jej winą dzieckiem to dla niej pokuta, ale i lekcja trudnej miłości.

Osąd ludzki sięga tylko do pewnego poziomu, który jesteśmy w stanie objąć swoją bądź co bądź ograniczoną percepcją. Porządek karmiczny nie posiada ograniczeń, a jedynie spójną zasadę przyczyny wywołującej skutek. Każdego dnia wchodzimy nie tylko w relacje z innymi ludźmi, ale również karmą przeszłych wcieleń. W tym wszystkim jedyną pewną rzeczą wydaje się oczyszczająca moc dobra, która może zmienić naszą przyszłość liczoną nie tylko w latach, ale w eonach. Czyż nie to miał na myśli apostoł Mateusz mówiąc:

„Pogódź się ze swoim przeciwnikiem szybko, dopóki jesteś z nim w drodze, by cię przeciwnik nie podał sędziemu, a sędzia dozorcy i aby nie wtrącono cię do więzienia. Zaprawdę powiadam ci: nie wyjdziesz stamtąd, aż zwrócisz ostatni grosz” (Mt 5,26).

Szanowni Państwo!

W Nowy roku 2018 życzę Wam i sobie, abyśmy zawsze mieli odwagę podążać za głosem serca, w pełni ufając boskiemu prowadzeniu.

Przyszło nam żyć w dziwnym świecie, pełnym strachu i wątpliwości oraz medialnych manipulacji. Droga serca, wydaje się być jedyną drogą nie wiodącą na manowce losu.

Nie pozwólmy omamić się mistrzom marketingu, którzy niczym bajkowi magowie prowadzą nasze ego na złotym sznurku do krainy posiadania, w której nie znajdziemy nic niezbędnego, za to pochłonie nas wszystko, co odwraca uwagę od rzeczy najistotniejszych.

Nie dajmy się straszyć i zastraszyć kuglarzom wyspecjalizowanym w manipulowaniu faktami, emocjami i tak zwanym zarządzaniu kryzysowym. Ci pragną władać masami i kształtować rzeczywistość na swoje potrzeby.

Ufajmy sobie! Bądźmy dla samych siebie dobrymi przyjaciółmi i traktujmy siebie z należnym każdemu szacunkiem. Nie oszukujmy się, ale też nie traktujmy zbyt surowo. Mamy prawo żyć na tej planecie i korzystać z jej darów dla dobra własnego i pozostałych. Każdy z nas jest ważny i potrzebny. Nikt nie znalazł się tutaj przez przypadek.

Słuchajmy uważnie głosu serca, ponieważ tylko w tej przestrzeni można usłyszeć dobre Anioły i często naszych bliskich, przebywających w świecie spirytualnym.

Życzę Państwu i sobie, aby nasze marzenia spełniły się bez szkody dla kogokolwiek i czegokolwiek, przyczyniając się do wzrostu moralnego i duchowego nas wszystkich.

Jarosław Filipek „Reinkarnacja wierzyć – nie wierzyć?”

 

Pisząc o psychice, zwłaszcza nieświadomości trudno pominąć tak ważny i ciekawy temat jak reinkarnacja. Nieświadomość, a zwłaszcza podświadomość przechowuje w swojej pamięci głębokiej wszystkie zdarzenia razem z emocjami. W terapiach związanych z hipnozą można dotrzeć do tych zdarzeń, a nawet je odtworzyć.

W przebiegu terapii jest to ważne. Zdarzenia uświadomione, mające wpływ na obecny stan psychiczny można wyciszyć, wykasować razem z towarzyszącymi im emocjami. Ma to znaczenie terapeutyczne. Wykasowanie emocji, pozwala zneutralizować bloki które powstawały w psychice. To powoduje, że przestają one mieć wpływ na jej stan obecny.

Dzięki temu można, bez przeszkód odbudować prawidłową psychikę i przywrócić jej równowagę.

Wracając do zdarzeń zapisanych w naszej nieświadomości.Wiele doświadczeń i badań pokazuje, że pamięć podświadomości przechowuje też wydarzenia z naszej przeszłości. Z okresu płodowego, a także z wcześniejszych żywotów – naszych wcześniejszych inkarnacji. Na co dzień te informacje są zablokowane, nie do odczytu. I jest to prawidłowy mechanizm. Dostęp do nich mógłby zakłócić spokojne życie wielu ludziom.

Dlatego lepiej, że zostają w niepamięci.

Jednak okazuje się, że zdarzenia zarówno w okresie płodowym jak i w poprzednich żywotach (wcieleniach) mogą mieć wpływ na nasz sposób życia, odbierania rzeczywistości czy np. na rodzaj naszych zainteresowań.Jeśli takie zdarzenia z przeszłości były dla nas traumatyczne czy tragiczne to emocje z nimi związane mogą negatywnie wpływać na nasze obecne życie i osłabiać naszą psychikę.Dotarcie do tych wspomnień (poprzednich wcieleń) nie jest łatwe. Może to zrobić dobry hipnoterapeuta, jak np. dr Andrzej Kaczorowski, z którym od wielu lat współpracuję.

Podczas dobrze przeprowadzonej hipnozy, w transie hipnotycznym umysł pozwala nam cofnąć się do przeszłości. Doświadczenia pokazują, że na obecne życie mogą mieć największy wpływ trzy ostatnie wcielenia. Docierając do nich możemy wyciszyć, odreagować toksyczne emocje i wtedy wspomnienia z przeszłości umysł zamyka w pamięci jako nieistotne. Odcina się od nich.Uwolniony umysł można potem odbudować i pozytywnie zaprogramować.

Terapie zostawmy terapeutom. Skupmy się teraz na zjawisku reinkarnacji.

Zjawisko reinkarnacji, poprzednich wcieleń, znane jest już od starożytności. W wielu kulturach było przyjęte jako ważny element wiary czy religii. Wprawdzie chrześcijaństwo odcięło się od tego zjawiska podczas obrad Soboru w Konstantynopolu (553 r.), ale nie znaczy to, że przestało ono istnieć w świadomości ludzkiej.Powróciło szeroką falą tak do Europy, jak i obu Ameryk.

W tym miejscu przytoczę pewien seans, który miał miejsce w 2003r.

Do naszego gabinetu przyjechała mama z 16 letnim synem. Chłopak miał kłopoty z nauką i koncentracją. Był przemęczony. Podczas seansu, w trakcie transu hipnotycznego pacjent zaczął opisywać obrazy ze swojego życia. W pewnym momencie postawa jego ciała zmieniła się, a on opowiedział niezwykłą historię:

-Zobaczył siebie, żyjącego w Paryżu. W kawiarni popijał kawę z wykładowcą ze swojej uczelni.Omawiali przyszłe zajęcia oraz tematy wykładów. Tylko obrazy, otoczenie jakby nie dzisiejsze. Był rok 1885.-

Kiedy skończył mówić terapeuta wyciszył jego umysł i dalej prowadził seans. Na prośbę matki nagraliśmy seans na kasetę magnetofonową. Kiedy kobieta odsłuchała cały seans ze łzami w oczach powiedziała do nas: „Jestem katoliczką, ale będę musiała uwierzyć w reinkarnację”. Co się okazało?

Jej syn, już od szkoły podstawowej zaczął interesować się kulturą Francji, a także z własnej inicjatywy zapisał się na kurs języka francuskiego. Można powiedzieć: „nic takiego”, ale w tej rodzinie nikt wcześniej nie interesował się Francją czy jej kulturą.

Temat reinkarnacji jest dość obszerny, ale na dzisiaj wystarczy.

P.S.

Jeśli będziecie cierpliwi to następnym razem opiszę własną przygodę z reinkarnacją…

Pozdrawiam i do usłyszenia.

Jarosław Filipek

Echa historii cz. II

 

 

Drodzy Państwo, ponieważ otrzymałam bardzo interesujące listy, wracam do tematu poprzedniego artykułu. Myślę, że warto, ponieważ opisane zjawisko jest raczej słabo zbadane i nieczęsto poruszane w przestrzeni parapsychologii.

Zaprezentowane relacje łączy pewien ciekawy wspólny element, odnoszący się do fizycznego odbioru zachodzących zjawisk. Zapraszam zatem do lektury.

Pierwszy list otrzymałam od Agaty. Jej ojciec Marcel był z zawodu geodetą. Często wyjeżdżał służbowo nad czym Agata i jej mama bardzo ubolewały. Z kolejnej delegacji, wrócił w wyjątkowo melancholijnym nastroju. Zapytany o przyczynę swojego zachowania, odparł, że po prostu jest zmęczony pracą i podróżą. Marcel pracował wtedy dla firmy, która kupiła bardzo rozległy teren, gdzie miało powstać osiedle i kilkanaście domów jednorodzinnych. Jego zadaniem było rozgraniczenie działek pod zabudowę indywidualną. Na miejscu okazało się, że występują spore nieścisłości między tym, co wcześniej naniesiono na mapę, a stanem faktycznym.

Około półtora roku później do Marcela zadzwonił znajomy, kierujący właśnie tą budową. Rozmawiali dłuższą chwilę, po czym ojciec bardzo przejęty poprosił, żeby Agata przyniosła mu kieliszek koniaku. Matka i Agata zaczęły dopytywać, co się takiego stało.

„Dowiedziałem się właśnie, że na działce położonej najbliżej lasu wykopano ludzkie szczątki. Ja znam tego kierownika budowy. Był zdenerwowany, bo wiecie, jak to jest, roboty wstrzymane. Policja, prokurator, a jak się okaże, że sprawa ma podłoże historyczne to jeszcze archeolodzy.

Mama odparła: przecież nie pierwszy raz na terenie, który mierzyłeś odkryto takie smutne znalezisko. Nam ciągle powtarzasz, że ziemia kryje wiele tajemnic i ludzie sami niewiedzą na czym mieszkają. Czemu cię to tak poruszyło? Mój ojciec był człowiekiem poważnym, zafascynowanym nauką i na pewno niełatwo mu było, przełamać się i opowiedzieć nam taką historię.

Przyznam się wam kochane dziewczyny, że na tej działce spotkała mnie bardzo dziwna przygoda. To była ostatnia działka do zrobienia. Piękne miejsce pod samym lasem. Jedyny mankament to ogromny głaz, który tam leżał. Na moje oko ważył koło dwóch ton. Oparłem się o ten kamień i chwilę odpoczywałem. Pracowałem w dużym pośpiechu, bo chciałem wrócić do domu ostatnim pociągiem. Nagle poczułem silny ucisk w skroniach. Pomyślałem, że głowa boli mnie ze zmęczenia. Zacząłem rozkładać swoje narzędzia, ale do tego bólu głowy doszedł jeszcze szum w uszach. Po chwili ten szum zmienił się w pisk i to było bardzo nieprzyjemne. Odruchowo zatkałem uszy palcami i zamknąłem oczy. Ten pisk ustał. Otworzyłem oczy i zdałem sobie sprawę, że w niepojęty sposób, znalazłem się w samym środku bitwy. Wiem, że to brzmi idiotycznie. Próbowałem szukać jakiegoś wyjaśnienia, ale nie znalazłem.

Mama poprosiła, żeby opisał nam ze szczegółami to, co widział, bez względu na to jak dziwne wydaje mu się całe zajście. Ojciec się wzbraniał, ale w końcu uległ naszym namowom. Słyszał zgiełk bitewny, wybuchy pocisków, krzyki ludzi. Z tego lasu wybiegł żołnierz, który próbował ukryć się za głazem, niemal natychmiast został on postrzelony w głowę. Padł dosłownie przed moim ojcem. Ojciec widział, jak reszta żołnierzy cofa się do lasu. Po czym wszystko zaczęło cichnąć, a obraz zaczął się rozmazywać. Kiedy w końcu zniknął zupełnie, ojciec odruchowo spojrzał na zegarek, upłynęły trzy minuty. Wiedział to, ponieważ zanim obraz się pokazał również sprawdzał godzinę, szacując w jakim tempie musi uwinąć się z robotą, żeby zdążyć na pociąg. Był oczywiście wstrząśnięty i zmobilizował wszystkie siły, żeby zrobić swoje i zdążyć na dworzec. Mówił, że się nie bał. Wiedział, że to nie były duchy, tylko coś zupełnie innego. Długo dyskutowaliśmy na ten temat. Ojciec do końca życia szukał publikacji i kontaktów, które umożliwiłyby mu zrozumienie tamtego doświadczenia. Podejrzewał, że doszło w tym miejscu do zakrzywienia czasoprzestrzennego. Interesował się również tym, co mogło wpłynąć na szczególny stan fizyczny, który wtedy odczuwał.

Dodam, że odkryte szczątki należały do żołnierza z I Wojny Światowej. Znaleziono fragmenty munduru carskiej armii.”

Przyznacie Państwo, że to doprawdy epickie doświadczenie. Wnioski jakie wysnuł ojciec Agaty wydają się być bardzo sensowne. Zwłaszcza, że na obecnym etapie fizyka kwantowa, potwierdza istnienie wielu wymiarów i pojęcie względności czasu znajduje dodatkowe potwierdzenie. Przejdźmy do kolejnej historii, przesłanej przez Błażeja.

„Mój dziadek był warszawiakiem z dziada pradziada. Chłopak z niebogatej, ale kochającej się rodziny, trafił w 1938 roku „na termin” do majstra i tak rozpoczął swoją pracę kanalarza, którą wykonywał aż do emerytury. Późno się ożenił i dlatego, mimo że zmarł mając dziewięćdziesiąt lat, nie cieszyłem się nim tak długo, jakbym chciał. Pozostał do śmierci młody duchem i koledzy zazdrościli mi tak fajnego dziadka. Opowiadał mnóstwo ciekawych historii, które opiszę i przekażę Tobie w najbliższym czasie. W pierwszej kolejności przedstawiam taką, która łączy się z artykułem „Echa historii”.

Rzecz dzieje się za Gomółki. Dzień, jak co dzień, dziadek, sam był już majstrem, a za pomocnika miał Michała. Był to prosty, wiejski chłopak, ale żądny wiedzy. Uczył się zaocznie, a po latach jako inżynier został przełożonym dziadka.

Tym razem zeszli do kanałów w miejscu, gdzie przecinały się dwa korytarze. (Zaznaczam, że byli tam nie pierwszy raz.) Przeszli kilkadziesiąt metrów. Dziadek mówił, że zaczęła go boleć głowa. To był mocny człowiek i niezwykle rzadko coś mu dolegało. Znał każdy zakamarek tego podziemnego miasta i to on był wyrocznią dla Michała. Dziadek mówił, że szli wtedy pod Starym Miastem. Nagle usłyszeli dziwne dudnienie i odgłos kroków. Michał złapał się za głowę, w uszach coś mu okropnie piszczało, mówił później, że to był „bolesny dźwięk”. Zdezorientowani oparli się o ścianę. Na przecięciu tych dwóch korytarzy zobaczyli grupkę ludzi. Dziadek wspominał, że ten widok przypominał fatamorganę, powietrze zrobiło się jakby gęste i falowało. Zjawy miały albo mundury, albo po prostu powstańcze opaski. Dwóch mężczyzn wspierało rannego kolegę. Była też kobieta. Szła jako pierwsza i to ona krzyknęła: granaty, rzucają granaty! Potem pojawił się jasny rozbłysk i wszystko zniknęło. Dziadek szybko się pozbierał, ale Michał dostał ataku paniki, w kółko powtarzał – co się stało panie majster, co się stało?

W czasie wojny dziadek przeprowadził kanałami wiele osób i takich grup jak ta „widmowa” również spotkał sporo. Przyznał, że nie rozumiał, co zaszło. Wiedział, chyba instynktownie, że trzeba zabrać z tego miejsca Michała i jakoś go uspokoić. Tak zrobił. Kiedy chłopak zaczął mówić do rzeczy, dziadek wytłumaczył mu, że musi wszystko zachować w tajemnicy, bo inaczej zamkną ich do Tworek. Po prostu są rzeczy niewyjaśnione i taka właśnie im się przytrafiła. Te kanały pochłonęły tysiące istnień ludzkich, może widzieli duchy zmarłych, a może jeszcze coś innego, ale mówić o tym nie ma sensu, bo albo ich wyśmieją, albo uznają za wariatów. Michał to zrozumiał i nikomu nic nie powiedział. Chciał się przecież kształcić, a kto w czasach komuny zainwestowałby w takiego, co szerzy ciemnotę i zabobon?

Wielokrotnie zastanawiałem się, co tak naprawdę widział mój dziadek. Pewnego razu natknąłem się na opis osoby, która miała podobne widzenie. Mężczyzna ten po prostu „zobaczył” w Strykowie fragment wydarzenia, które historia zna jako bitwę nad Bzurą. Mój dziadek zobaczył zatem kadr z Powstania Warszawskiego. Zastanawiam się też nad objawami fizycznymi, które wystąpiły u dziadka i jego pomocnika. Takie nieprzyjemne wrażenia mogą wywołać infradźwięki.”

Pojawia się wniosek, że kiedy otwierają się wrota czasu, ciało ludzkie nie pozostaje obojętne, a wręcz przeżywa fizyczny dyskomfort. Prawdą jest, że podobne odczucia wywołują infradźwięki. Tyle tylko, że w tym konkretnym wypadku trudno o badania empiryczne.

Z drugiej strony, wiele osób, którym dane było stać się przypadkowymi widzami takiej projekcji z przeszłości, nie wspominało o jakichkolwiek dolegliwościach natury fizycznej. Czyżby zatem odbiór takich przekazów uzależniony był od cech osobniczych lub związany jedynie z konkretnym miejscem? Sprawa zdecydowanie do zbadania.

Ciekawa jestem Państwa opinii na ten temat.

Jarosław Filipek – Afirmacje

Jarek Filipek

Afirmacje

świadome programowanie nieświadomości.

 

Żyjemy w czasach, gdy praca nad sobą, rozwój duchowy, otwartość na zmiany stają się niezbędne. Dlatego tak ważny jest dostęp do różnych technik poprawiających nasze życie. Aby zrozumieć, jak te techniki działają, co mogą poprawić, zmienić warto bliżej przyjrzeć się naszemu umysłowi.

O umyśle pisałem już wcześniej, ale pewne informacje muszę tutaj powtórzyć.

Wg mojej wiedzy i doświadczenia, umysł to niematerialny wytwór naszego mózgu, podobnie jak myśli. Umysł jest nierozerwalnie związany z mózgiem. W mózgu wyróżnia się dwie półkule, lewą i prawą, które są ze sobą ściśle związane, ale mają inne zadania. Podobnie w umyśle wyróżniamy dwie podstawowe części: świadomość i nieświadomość. Tę ostatnią dzielimy jeszcze na dwie inne: podświadomość i nadświadomość.

Świadomość to ta część umysłu, którą używamy w ciągu dnia (na jawie). Jest ona nierozerwalnie związana z lewą półkulą, odpowiadającą za logiką, porządek, poczucie bezpieczeństwa.Dzięki niej kontrolujemy nasze życie i planujemy naszą przyszłość, opierając się na jej logice.
Jednak nieświadomość ma dla nas dużo większe znaczenie. To od niej zależy, tak naprawdę jakość naszego życia. Podświadomość jest jak kaseta video, zawiera pamięć o wszystkich zdarzeniach naszego życia, od urodzenia do dzisiaj, razem z odczuciami i emocjami. W innym ujęciu podświadomość to zespół programów wewnętrznych, wg których działamy i reagujemy. Często się zdarza, że część tych programów jest nieprawidłowa, fałszywa, a czasem szkodliwa. Te programy powstawały w różnych sytuacjach życiowych i nie jest łatwo je zmienić.
Nadświadomość to brama, tunel do wyższej mądrości (Boga?). Istnieją doświadczenia, które pokazują, że człowiek poprzez nadświadomość może połączyć się z mądrością (inteligencją) zbiorową. Tam są zapisane wszystkie nasze zdarzenia (przeszłość, teraźniejszość i przyszłość funkcjonują obok siebie). Niektórzy nazywają to Kroniką Akaszy. Osoby jasnowidzące, przepowiadacze przyszłości, geniusze często korzystają z tej wiedzy.
Nieświadoma część umysłu jest powiązana z drugą (prawą) półkulą mózgu, która jest nieuporządkowana. Dla niej charakterystyczne są: ruch, zmiana, nieoznaczoność. Pełniejszy kontakt mamy z nią dopiero w odmiennych stanach świadomości: w stanach alfa (relaks), teta (hipnoza) i delta (sen).

Moje doświadczenia pokazują, że z umysłem można pracować z każdego poziomu świadomości i nieświadomości. Samemu najłatwiej pracować z poziomu świadomości. Niektórzy pracują samodzielnie w stanie alfa. Głębsze stany są dostępne dla specjalistów z dużym doświadczeniem. W stanie teta może pracować dobry hipnoterapeuta, do którego mamy zaufanie. Jest to ważne, bo w tym stanie docieramy do przyczyn naszych nieprawidłowych reakcji życiowych, czy stanów chorobowych. Wiedza i doświadczenie –  jak oczyścić lub nagrać na nowo dany program na życie  jest tutaj bardzo wskazane.

Jedną z takich technik, znaną i cenioną przez ludzi pracujących z umysłem jest sztuka pisania Afirmacji (zdań pozytywnych). Uważam, że jest to bardzo przydatna i łatwa w wykonaniu technika pisania nowych wzorców i przekonań o sobie samym.

Tak jak każda metoda pracy z umysłem, wymaga ona dużo cierpliwości i samozaparcia. Dzięki takiemu zaangażowaniu efekty tej techniki mogą nas samych zaskoczyć (pozytywnie). Przez 21 dni lub dłużej będziemy pisać odpowiednie zdania (afirmacje).

Przed przystąpieniem do wykonywania tej techniki musimy się przygotować i wykonać kilka czynności.

1. Kupić zeszyt (najlepiej 80 kartkowy) i dobry pisak.
2. Wybrać odpowiednią afirmację (cechę) którą chcemy u siebie zmienić.
3. Dobrać, najlepiej stałą, porę dnia, gdy jesteśmy sami i nikt nie będzie nam przeszkadzał.
W całym przygotowaniu najważniejszy jest dobór afirmacji. W tym celu, gdy jesteśmy sami i spokojni powinniśmy zastanowić się, jaka cecha, jaka reakcja życiowa nam najbardziej przeszkadza. Afirmacja będzie zawsze zdaniem przeciwnym.

Np. jeśli często odczuwamy lęk, niepokój. afirmacja może wyglądać następująco:
Ja …, moje imię (np. Jarosław), jestem odważny i pewny siebie.                                         Druga część ma nas upewnić, że już mamy tę cechę i tak właśnie się zachowujemy „teraz i zawsze”.

Całość może wyglądać tak: „Ja, Jarosław (imię) jestem odważny i pewny siebie, teraz i zawsze”.  To zdanie piszemy w zeszycie 5 razy. Potem odmieniamy to zdanie przez osoby: „Ty Jarosławie, jesteś odważny i pewny siebie, teraz i zawsze”. Tutaj możemy spotęgować efekt działania, wyobrażając sobie, że tak do nas mówi najbliższy przyjaciel. (Jeśli tak sądzi ktoś bliski, to może to być prawdą). To zdanie także piszemy 5 razy. Następnie piszemy w trzeciej osobie: „On Jarosław, jest odważny i pewny siebie, teraz i zawsze”. W tym przypadku wyobrażamy sobie, że tak mówi grupa przyjaciół. (Na pewno mają rację!). I to zdanie piszemy 5 razy.

Podsumowując: Jednego dnia zapisujemy afirmację w trzech osobach, po 5 razy każdą.   Razem 15 zdań. Tutaj mała uwaga. Dobierane zdania powinny być krótkie i nie mogą zawierać wyrazu: nie. Podświadomość obcina wyrażenie „nie”. Jeśli zaczniemy pisać: „Ja Jarosław, nie boję się …” podświadomość odetnie słowo „nie” i odczyta to zdanie, jako: „Ja Jarosław, boję się …”

I teraz następna ważna sprawa: technika wpisywania.
Zeszyt, do którego wpisujesz zdania (afirmacje) zawiera dwie rozłożone strony. Każda z nich ma inne znaczenie. W lewej wpisujemy afirmację. Prawą pozostawiamy pustą.

 

Ja Jarosław …

Ja Jarosław …

Ja Jarosław …                        5x

Ja Jarosław …

Ja Jarosław …

 

Ty Jarosławie …                       5x

 

On Jarosław …                      5x

 

Bzdura! Żartujesz?

Nigdy!

To niemożliwe! Itd. …     3 do 5 dni.

Zwariowałeś!

 

Potem pojawią się nowe skojarzenia:

Nie wiem… Może …  – takie wyrażenia pokazują, że umysł (podświadomość) zaczyna się zastanawiać … I już niedługo będzie gotowa zaakceptować w pełni to zdanie, ten nowy program, który piszesz po lewej stronie…

Prawa strona, to miejsce, gdzie wpisujemy nasze odczucia, myśli, wątpliwości, które wyrzuca podświadomość podczas pisania i pozytywnego myślenia. „nigdy”, „to niemożliwe”, ” i tak ci się nie uda”. W miarę pisania, te negatywne zdania maleją, są coraz rzadsze. Takie zdania mogą się pojawiać nawet przez kilka pierwszych dni.

Kiedy pojawią się inne odczucia i myśli: Nie wiem, Może … itp. to znak, że umysł zmienia swoje nastawienie. Zaczyna odpuszczać … I już niedługo przyjmie naszą Afirmację jako prawdziwą. Od tego momentu możemy swobodnie pisać afirmacje po obu stronach zeszytu: lewej i prawej. Proszę się tym nie zrażać i pisać z całym przekonaniem. Ważna jest cierpliwość.

Tutaj mała uwaga … Jeśli szybko minie faza sprzeciwu umysłu, lub jest minimalna, to może oznaczać, że temat, z którym pracujemy nie jest najważniejszy. Taki program może wymagać korekty, ale nie zmieni to bardzo widocznie naszych reakcji czy odczuć. Wtedy warto poszukać mocniejszej, trudniejszej cechy do zmiany.

Mój kuzyn był nieśmiały i wybrał afirmację: Ja Wojciech kocham siebie, teraz i zawsze.    Uderzenie było mocne i przez pierwsze dwa dni umysł tak się buntował, że nie chciał pozwolić na pisanie takich „bzdur”. Jak opisywał kuzyn, jego ręka sztywniała i nie chciała pisać nic co mogło naruszyć tą blokadę, ten wzorzec. Na trzeci dzień już mógł napisać całe zdanie i potem poszło gładko z wszystkimi fazami oporu umysłu.

Oczywiście wybór należy do Ciebie. Możesz zacząć od łatwiejszej blokady i w ten sposób nabierzesz większej wprawy. Ale będzie to dłużej trwało…

Pamiętaj masz pisać te zdania przez 21 dni lub trochę dłużej. Powodzenia!
P.S. Jeśli nie lubisz siebie to prawidłowa afirmacja może wyglądać następująco: „Ja Jarosław, lubię siebie …”.

Mocniejsza brzmi tak: „Ja Jarosław kocham siebie, teraz i zawsze”. Czego życzę tobie i twoim bliskim.

Jarosław Filipek

Konferencja w Zielonej Górze

Drodzy Państwo!

 

Prezentuję materiał ze spotkania w Zielonej Górze. Niestety, jak wspominałam orkan Ksawery spowodował awarię zasilania i w związku z tym nie wszystko udało się zarejestrować.

Mamy zatem około półtorej godzinną relację, na którą serdecznie zapraszam.

Echa historii, ślady dawnych zdarzeń

 

 

Zdarza się, że zupełnie bezwiednie stajemy się świadkami niezrozumiałych dla nas zjawisk, a przed naszymi oczyma przemykają obrazy świadczące o obecności istot duchowych. Dla wierzących w możliwość kontaktu między wymiarami odbiór takiej sytuacji i jej interpretacja wydają się zupełnie proste. Dla osób sceptycznych jest to czasami doświadczenie zmieniające chłodne podejście do zagadnienia lub przynajmniej pozostawiające pewien ślad w ich pamięci. Jednym słowem nikt nie przechodzi wobec paranormalnych manifestacji obojętnie.

Pojawia się jednak pytanie, co tak naprawdę widzimy? Czy zawsze jest to istność duchowa nawiedzająca daną przestrzeń lub przywiązana do niej na stałe z własnej woli lub bezsilności? Wiele wskazuje na to, że niekoniecznie obserwując osobliwe zjawisko, widzimy ducha.

Przedstawię dwie relacje. Pierwsza otrzymana od Pani Jolanty, którą ciepło pozdrawiam.

„To było dość dawno, chodziłam jeszcze do liceum.

W czasie wakacji całą naszą paczką pojechaliśmy do przyjaciół nieco starszych od nas, którzy pobrali się i kupili gospodarstwo rolne. To było gdzieś w okolicach Jeleniej Góry (nie pamiętam nazwy wsi). Z Jeleniej jechało się PKS-em do jakiejś większej wsi i potem piechotą do tej naszej dziury. To była wieś poniemiecka. Na dachu domu, w którym gościliśmy, widniała swastyka i data: rok 1936. Jak dziś pamiętam to doskonale. Na takim wzgórku pod lasem, znajdowały się ruiny cmentarza niemieckiego. Cały teren był zaniedbany, nagrobki porozbijane, nie sposób było odczytać nazwisk.

Po obiedzie, ja jako miłośniczka historii w ogóle, a II Wojny Światowej w szczególności, poszłam na ten cmentarz. Długo tam spacerowałam, użalając się nad ludzkim losem. Po kolacji gdzieś około 19:00 (to było lato, ciepło i widno) całe towarzystwo poszło do stodoły pośpiewać, pogadać i pograć na gitarach.

Ja zostałam w domu – bolała mnie głowa, było dość ciepło, a ja źle znoszę wysokie temperatury. Siedziałam sama w pokoju i czytałam. Było cicho. Odruchowo spojrzałam za okno. W przydomowym ogródku pod takim niedużym drzewkiem (wisienka) stał chłopiec. Potrząsał drzewem w taki sposób, aby owoce spadły. Chłopiec miał około 4-6 lat, był ubrany w białą bluzeczkę z krótkimi rękawkami i spodenki krótkie na szeleczkach (takie nosi się w Bawarii). Twarzy nie widziałam.

Pomyślałam, że to dziecko kogoś z przyjezdnych lub sąsiadów. Postanowiłam zapytać chłopca skąd się tam wziął. Wyszłam z domu i skierowałam się na ogródek. Kiedy rozejrzałam się na miejscu, nikogo tam nie znalazłam. Pomyślałam ze to dziwne, bo nie można było wyjść z tego ogródka tak abym tego nie zauważyła. Wróciłam do pokoju, spojrzałam w okno i ku mojemu bezbrzeżnemu zdumieniu, chłopiec znów tam był. Teraz dopiero się wystraszyłam.

Podejrzewam, że był to ktoś z dawnych mieszkańców domu i wiem, że często moi przyjaciele, którzy tam mieszkali słyszeli dziwne dźwięki i kroki. Po dziś dzień, wystarczy, że przymknę oczy, żeby ujrzeć tego chłopca tak jak widziałam go tamtego lata.”

Teraz moja wizja, również z przed wielu lat. Pojechałam z przyjaciółką na urlop w góry. Maleńka miejscowość, cisza i spokój. Ta dziewczyna była po ciężkich przejściach osobistych i dlatego warunki wypoczynku były celowo dostosowane, aby ukoić jej cierpiącą duszę. Wcześnie rano poszłam na spacer. Szłam skrajem lasu, podziwiając przepiękną panoramę. Poniżej tego miejsca rozciągało się pole należące do moich gospodarzy, a za nim biegła droga prowadząca do centrum tej wioski. W pobliżu drogi rosło ogromne drzewo, na które zwróciłam uwagę zaraz po przyjeździe. Nie wiem, ile mogło mieć lat, ale miało tak gruby pień, że nie byłabym w stanie objąć go rękoma. Postanowiłam wracać na śniadanie i żeby skrócić drogę zaczęłam schodzić w dół, miedzą pomiędzy polami. W pewnej chwili spostrzegłam, że na najniższym konarze drzewa wisi człowiek. To był tak realny obraz, że bez zastanowienia zaczęłam biec w dół, cały czas myśląc w jaki sposób ratować tego wisielca. W dodatku byłam przekonana, że słyszę lament zrozpaczonej kobiety. Nie widziała jej, ale natężenie dźwięku wskazywało, że znajduje się w pobliżu. Zwolniłam przy rowie melioracyjnym, który był głęboki i wypełniony błotem, co nie ułatwiało przejścia na drugą stronę. Kiedy pokonałam tę przeszkodę i spojrzałam ponownie na drzewo, nikogo tam nie było. Rozpaczliwy lament również ucichł. Proszę mi wierzyć, że potrzebowałam dłuższej chwili, aby ochłonąć. Kiedy dotarłam na kwaterę udało mi się zachęcić do rozmowy moją gospodynię, a ta opowiedziała wiele historii o przeklętym drzewie wisielców.

Zastanawiam się czy ja i Jolanta widziałyśmy zjawy osób uwięzionych w pułapce swojej nagłej śmierci, czy raczej pewną projekcje astralną, rodzaj przekazu z pogranicza światów. Przecież projekcja astralna oznacza, nie tylko tajemnicze drzwi do innego wymiaru, ale i potencjalną podróż w czasie, który w innych wymiarach nie płynie liniowo.

Skojarzyłam te opisy z historiami zjaw z pól bitewnych. Praktycznie odnaleźć je można na każdym kontynencie. Takich relacji jest bardzo wiele przypomnę zatem dwa miejsca, w których dochodzi do tych zdumiewająco realnych manifestacji bardzo często.

Najbardziej znanym, wśród nawiedzanych pól bitewnych, jest oczywiście Gettysburg. W czasie wojny secesyjnej, a dokładnie od 1-3 lipca 1863 roku zginęło, przepadło bez wieści lub zostało rannych ponad 50 tysięcy ludzi. W roku 1966 przyjechała na miejsce bitwy grupa zajmująca się rekonstrukcją zdarzeń historycznych. W nocy nad obozem rekonstruktorów zapadła mgła. Słychać było werble, krzyki, po prostu zgiełk bitwy. Zdezorientowani ludzie wyszli z namiotów, a w otaczającej ich mgle dostrzegli zjawy żołnierzy walczących po obydwu stronach tego bratobójczego konfliktu. W tym miejscu wielokrotnie dochodziło do manifestacji o mniejszym lub większym nasileniu, opisanych przez licznych świadków.

Inny przykład to Alresfor w hrabstwie Hampshire, gdzie 29.03.1644 rozegrała się krwawa bitwa między skłóconymi frakcjami politycznymi ówczesnej Anglii. Ezoterycy po dziś dzień zbierają się w rocznicę tego smutnego wydarzania, żeby oczekiwać na zjawy, które ukazują się w tym miejscu cyklicznie.

Można założyć, że owe zbrojne widma to duchy zmarłych żołnierzy, tylko, że oczom obserwatorów jawią się nie pojedynczy ludzie, lecz całe armie. Zupełnie, jakby znaleźli się w samym środku realnej bitwy.

Takie historie nie są jedynie znakiem naszych czasów, pierwsze opisy podobnych widmowych żołnierzy pochodzą ze starożytnej Asyrii. Jak wspomniałam dotyczą wszystkich kultur i okresów historycznych, a za wspólny mianownik mają okrutną rzeź ludzi i zwierząt, której skalę zapewne trudno sobie wyobrazić.

Istnieje zatem możliwość, że stajemy się widzami zdarzeń minionych, a nie wizyt istot duchowych, odbywających się w czasie (przynajmniej w naszym mniemaniu) rzeczywistym. Być może część zamkowych białych dam, lub smętnych zjaw dzwoniących kajdanami to właśnie projekcje astralne. Uruchamiają się one w kontakcie z mniej lub bardziej licznymi odbiorcami i stanowią powtarzalny cykl obrazów oraz dźwięków. Proszę zwrócić uwagę, że bohaterowie tych projekcji nie wchodzą w interakcje z odbiorcą. Nie kierują wzroku w jego stronę, o nic go nie proszą i niczego względem niego nie czynią.

Jestem przekonana, że nowoczesna fizyka znajdzie prędzej czy później wyjaśnienie tego fenomenu i czynnika, który owe obrazy niejako uruchamia. Idę o zakład, że będzie to czynnik ludzki.

Być jak Shirley MacLaine – na scenie Teatru ŚwiętochłOFFice

 

Nie ma sztuki (tej przez duże S) bez duchowości i duchowości bez sztuki. Jestem o tym głęboko przekonana, ponieważ nic nie jest w stanie poruszyć najsubtelniejszej części naszego jestestwa, tak skutecznie jak sztuka. Z tego powodu, kiedy dane mi jest uczestniczyć w wyjątkowym widowisku artystycznym, wspominam o tym na stronach bloga.

Na deskach Teatru ŚwiętochOFFice wystawiono sztukę „Być jak Shirley MacLaine”. Tytuł nieprzypadkowy, gdyż postać głównej bohaterki Stephanie ma w sobie wiele z osobowości i charyzmy słynnej amerykańskiej aktorki. Jak powszechnie wiadomo, Shirley przyznaje się do wielu paranormalnych doświadczeń, co znalazło wyraz w napisanych przez nią książkach, a także stylu życia jaki prowadzi.

W sztuce Stephanie to niezwykle uzdolnione medium, wróżka i jasnowidząca. Odtwórczyni głównej roli Magdalena Tomaszewska, dała tej postaci piękną energię. Na scenie widzimy kobietę z krwi i kości, która kocha ludzi, rozumie ten i tamten świat, bez problemu zagląda za zasłonę przyszłości, ale jednocześnie ma temperament i silną osobowość, stabilnie osadzoną w TU i TERAZ. Urok i kobiecość działają kojąco na wyobraźnię i emocje obecnych. Jednym słowem, Magdalena Tomaszewska udowadnia, że nie takie medium straszne, jak je malują.

Jestem osobiście wdzięczna Magdalenie za tę rolę, ponieważ burzy ona chore wyobrażenia wielu osób, zapominających, że „Ta, która wie” jest dana światu, aby pomagać, a nie szkodzić. Chapeau bas przed tą utalentowaną aktorką i fascynującą kobietą!

Rolę Rene, współczesnego polityka francuskiego, odwiedzającego niezwykłą ezoteryczkę gra Jerzy Mazur. Wielka aktorska osobowość, niezwykły głos, po prostu klasa i profesjonalizm na najwyższym poziomie. Tutaj reprezentuje osobę z antypodów rzeczywistości widzianej oczyma Stephani. Jest człowiekiem sukcesu, doskonale odnajdującym się w polityce i show biznesie. Jednak zrządzeniem losu, podczas wypadku samochodowego opuszcza ciało i już w przestrzeni ducha spotyka pewną ważną dla siebie osobę. Niejasne przeczucie rangi jakże niespodziewanego spotkania, przemożna chęć zrozumienia tego, co zaszło, prowadzą go do mieszkania medium. Problem w tym, że Rene pragnie prostych odpowiedzi i chyba nie do końca pojmuje, że kto raz wyszedł poza kraniec rzeczywistości, nigdy nie będzie taki sam.

Nie ma tu otoczki sensacji, efektów specjalnych, które choć komercyjnie wydajne, nie wnoszą niczego do procesu rozumienia zjawisk z przestrzeni parapsychologii. Ot, po prostu spotykają się dwie dusze, a każda z nich wyposażona jest w prawdę, skrojoną na własną miarę. Z tym tylko, że Stephanie potrafi zabrać Rene tam, gdzie nie doszedł by bez jej pomocy.

Spektakl reżyserował Andrzej Maria Marczewski. Twórca, nie uprawiający sztuki obnażającej ułomności ludzkiej natury, co jest stosunkowo łatwe, tylko nieustannie poszukujący pokładów piękna, dobra i boskiej natury obecnych w każdym człowieku.

Sztuka reżyserska Andrzeja Marii Marczewskiego kojarzy mi się z grą na harfie. Z dwóch powodów. Po pierwsze harfa to instrument niezwykle wymagający i opanowanie go wymaga gigantycznego talentu. Po drugie dla tego, iż każdy harfista wypracowuje dźwięk swojego instrumentu i jego unikalną barwę, stąd nie ma dwóch identycznie brzmiących harf. Drugiego Andrzeja Marczewskiego też nie ma.

Dziękuję za wspaniały spektakl i mnóstwo wzruszeń. Jak tu nie kochać artystów ?!

Magda i Jurek

 

 

 

 

 

Pragnę odnotować, że stylową scenografię spektaklu stworzyła Izabela Ptak. Okazało się, że Izabela nie tylko w poezji potrafi zachować harmonię i głębokie rozumienie każdego detalu.

Doprawdy elegancki debiut w nowej dziedzinie – przyjemnie obserwować taki rozwój.

Scenografię niewątpliwie wzbogacił energetyczny tryptyk : Wiara, Nadziej, Miłość, który pragnę zaprezentować :

Wiara-Izabela-PtakWiara

 

 

 

 

 

 

Nadzieja-Izabela-Ptak

 

 

 

 

 

 

Milosc-Izabela-Ptak