Lekarz z powołania

Historia ta dzieje się na dwa lata przed wybuchem II Wojny Światowej, ale zdecydowanie mogłaby dotyczyć  czasów współczesnych.

Dwaj głowni bohaterowie to lekarze chirurdzy. Wiekowy, doświadczony Kazimierz i jego młodszy kolega Stanisław. Pan Kazimierz był bardzo szanowany za profesjonalizm i życzliwość okazywaną pacjentom. Po śmierci żony nieco zdziwaczał w wyniku czego, spędzał więcej czasu w szpitalu niż w domu. Pewnego razu jedna z pielęgniarek dość niefortunnie zażartowała, że jak tak dalej pójdzie to doktor umrze w pracy. Słowa te okazały się być prorocze. Kiedy przyjaciele i współpracownicy towarzyszyli Kazimierzowi w ostatniej drodze, Stanisław przebywał za granicą. Pojechał na zaproszenie swojego profesora z czasów studenckich. W klinice, którą profesor zarządzał przeprowadzano pionierskie jak na tamte czasy operacje. Kiedy Stanisław szczęśliwie wracał do kraju na dworcu czekała na niego ciotka Pela. Wyobraźcie sobie skrzyżowanie Hanki Bielickiej z postacią Natalii gospodyni księdza Mateusza z popularnego serialu. Jednym słowem osobowość nader wyrazista. Pelagia opiekowała się siostrzeńcem, dbała o jego mieszkanie i odzież oraz ustawicznie swatała z „odpowiednimi pannami”. Tonem nieznoszącym sprzeciwu zakomunikowała: dzwonili ze szpitala, tramwaj się wykoleił, jest wielu rannych, każdy chirurg na wagę złota, dorożka czeka, walizki sama odwiezie do domu. Stanisław zdążył jedynie powiedzieć – dzień dobry.

Dojechał do szpitala, gdzie praktycznie z marszu zajął się pacjentami. Operował wiele godzin, w życiu jeszcze nie był tak skrajnie zmęczony. Szczególnie dużo czasu poświęcił młodej dziewczynie, której  noga była złamana w kilku miejscach . Dziewczyna rozpaczała, bo za kilka miesięcy miała stanąć na ślubnym kobiercu. Stanisław dał jej słowo, że jako panna młoda zatańczy na swoim weselu. Wreszcie, po ostatnim zabiegu, oddalił się i zdrzemnął  w pokoju lekarskim. Nagle poczuł, że ktoś energicznie szarpie go za ramię.

Usłyszał głos Kazimierza – „ty tu śpisz a pacjentka się pogorszyła”.

Stanisław zerwał się na równe nogi i pobiegł za starszym kolegą, którego widział w całej okazałości. W stronę sali, gdzie przebywała wcześniej operowana dziewczyna spieszyła również pielęgniarka. Kiedy problem został zażegnany lekarz powiedział, dobrze, że mnie Kazik obudził. Pielęgniarka lekko pobladła i uświadomiła mu jak się sprawy mają. Lekarz był bardzo zakłopotany zwłaszcza, że wcześniej kpił z wojennych opowieści Kazimierza. Stary medyk często wspominał o duchach zmarłych żołnierzy, którzy odwiedzali go w lazarecie. Kilka miesięcy później podczas nocnego dyżuru Stanisław przyznał się innemu koledze do swojej „przygody z Kazikiem” i rozważał, jakie to figle płata mózg ludzki po wpływem  zmęczenia.

Odpowiedź zadziwiła go – ja też Kazia widziałem, był ze mną na sali operacyjnej, gdzie energicznie zganił mnie za brak precyzji podczas zabiegu.

Staszek to są rzeczy niezbadane, nie ma, co udawać chojraka, siostry mówią żeby za Kazia mszę zamówić, bo one również go widziały. Tak też się stało, odprawiono mszę, w której uczestniczyło wiele osób z personelu medycznego szpitala.

W niedługim czasie uwagę Stanisława przykuła urocza córka aptekarza, z którą spotkanie zaaranżowała niestrudzona swatka Pelagia . Życie toczyło się swoim rytmem, a Kaziu definitywnie przestał „wspierać” kolegów. Z resztą, kto by się wtedy skupiał na dobrej, choć zagubionej duszyczce. Na świat wypełzały okrutne demony wojny przeczuwając krwawą ucztę. One pochłaniały całą uwagę i niestety również energię ludzką.

Wyjątkowa opiekunka – spotkanie na Ślęży

Ślęża to góra legenda, ośrodek kultu solarnego, miejsce mocy. ”Od około 1300r. p.n.e. istniał na szczycie Ślęży monumentalny kamienny krąg, otaczający miejsce kultu poświęcone bóstwu słonecznemu. Wierzono, że na górze zamieszkują bogowie, dlatego też wykorzystywano ją, jako centrum kultowe. Nic dziwnego, że Ślężę zaczęto nazywać w publikacjach śląskim lub słowiańskim Olimpem.”*

Kiedy udało mi się dojechać do Sobótki, a następnie po mozolnej wspinaczce znaleźć na szczycie tej niezwykłej góry odczułam niewyobrażalny spokój i spełnienie. Postanowiłam, że spróbuje nie tyle medytować, co maksymalnie otworzyć się na to miejsce. Mogę śmiało powiedzieć, że los mi sprzyjał. Dwie grupy głośnych kolonistów oddaliły się w raz z opiekunami, a moje własne dzieciątka wyruszyły pod opieką taty na poszukiwanie „świętego źródełka”, które podobno posiada szczególne właściwości prozdrowotne. Usiadłam na dużym kamieniu starając się zrelaksować i zjednoczyć z energią, której bliskość odbierałam. W pewnym momencie opanowała mnie niesamowita senność, po czym gwałtownie ocknęłam się odczuwając czyjąś obecność. Jednak byłam sama! Ze zdumieniem skonstatowałam, że mój szczególny stan nie trwał kilka minut (jak przypuszczałam), ale przeszło pół godziny. Po chwili w polu widzenia pojawiła się moja kochana gromadka, wszyscy dumni z odnalezienia źródełka. Nota bene pozostającego w opłakanym stanie – zaniedbanego i zaśmieconego. Wróciliśmy wieczorem do domu i zadowoleni z tak owocnego dnia, udaliśmy się na spoczynek.

Tej nocy otrzymałam szczególny przekaz i zakładam, że jest on wart nie tylko mojej uwagi. Ponownie znalazłam się na Ślęży tuż przy kamiennych schodach prowadzących do starego kościółka. Nagle obok budynku kościoła zmaterializowała się postać kobiety. Szczupła, wysoka, o pięknych długich włosach, ubrana w prostą jasną szatę. Schodziła po schodach jednocześnie bacznie mnie obserwując. Nie miała skrzydeł ani aureoli, ale emanowała tak wielką siłą i dostojeństwem, że poczułam się bardzo onieśmielona, wręcz nie godna tego spotkania. Nie miałam też cienia wątpliwości, co do tego, że owa Pani ma całkowity wgląd w moją duszę. Kiedy stanęłyśmy twarzą w twarz jej łagodne oczy dodały mi odwagi – zapytałam, kim jest? Odparła, że opiekunką tego miejsca i przybywających wędrowców. Wspomniałam o swojej obecności w wciągu dnia. Potwierdziła, iż widziała mnie, a nawet sprawdziła (cokolwiek to znaczy). Zapytała, jaka jest moja intencja, czy chcę o coś prosić? Byłam skonsternowana i zaskoczona, ale udało mi się wyartykułować jedno zdanie: chciałabym tak kierować energią, aby leczyła. Moja rozmówczyni zastanowiła się przez chwilę i zapytała: czy wiesz, że jeśli życzenie się spełni, powinnaś służyć wszystkim, a nie tylko wybranym? Przytaknęłam. W tej samej chwili doznałam silnego mrowienia w dłoniach. Pani uśmiechnęła się na pożegnanie i zaczęła oddalać. Przebudziłam się niesamowicie spokojna i wypoczęta.

Oczywiście nie stałam się nagle Janem od Boga, ani nie uzyskałam mocy Bruna Groeninga. Otrzymałam jednak dar wiary, która pozwala mi pracować nad sobą i rozwijać pewne potencjały. Jestem głęboko wdzięczna za to piękne spotkanie. Nie ukrywam, że tęsknię za tym szczególnym miejscem i wyjątkową, szlachetną osobą, którą dane mi było ujrzeć.

Serdecznie polecam Państwa uwadze przepiękną okolicę Sobótki, a zwłaszcza Ślężę i Radunię nie tylko ze względu na możliwe przeżycia duchowe, ale na niewątpliwe walory turystyczne i wypoczynkowe.

* cytat pochodzi z książki autorstwa Pana Leszka  Mateli „Polska magiczna, przewodnik po miejscach mocy”

Dlaczego jestem spirytystą ? G.Melusson

Otrzymałam niedawno od wydawnictwa RIVAIL kolejna książkę, którą pragnę Państwu przedstawić oraz zgodnie z obietnicą ofiarować osobie, która wyrazi chęć jej przeczytania i poinformuje mnie o tym drogą poczty elektronicznej.

Autorem jest Georges Melusson, jeden z najbardziej znanych spirytystów w okresie przedwojennym, a jej tytuł to „Dlaczego jestem spirytystą”.

Można by rzec, że tytuł mówi sam za siebie. Faktycznie mamy tu do czynienia z bardzo osobistą wiwisekcją autora, który momentami z rozbrajającą szczerością, analizuje swoją długa drogę od sceptyka kontestującego spirytyzm do entuzjasty tej dziedziny. Jest w tym bardzo autentyczny i szczery. Poprzez własne badania oraz doświadczenia wprowadza czytelnika w świat idei spirytystycznych. W bardzo prostych słowach tłumaczy i rozróżnia, co jest bezpieczne i dobre, a co złe w tak zwanym spirytyzmie eksperymentalnym. Mówi wprost o oszustach, których sam zdemaskował. Pięknie, lecz jednocześnie rzeczowo podnosi sprawę reinkarnacji – jej sens i wagę dla rozwoju ludzkiej duszy.

Ksiązka jest niepozorna, ma około dziewięćdziesięciu stron. I dobrze, bo to najbardziej zwięzły i treściwy tekst dotyczący spirytyzmu, jaki czytałam. Trzeba wielkiego umysłu, by w takiej skromnej formie wyrazić tak wiele. Oddaję głos autorowi:

, „Dlaczego jestem spirytystą? Ponieważ to w filozofii spirytystycznej odnalazłem pogląd na życie, wyjaśnienie naszej egzystencji, naszego przeznaczenia, moralności i zrozumienie religii, które usatysfakcjonowały mnie pod każdym względem. To ona uwolniła mnie od strachu przed śmiercią, uświadomiła mi, czym jest szczęście i jak je osiągnąć. To dzięki niej uzyskałem najbardziej sensowne odpowiedzi na pytania:, Po co żyjemy? Kim jesteśmy? Skąd przychodzimy?”

Kolegom z Rivail dziękuję za miły czas spędzony przy lekturze, a Państwu polecam powyższą publikację.

Sen kryształowy – Atlantycki ?

Dzisiaj pragnę podzielić się z Wami przekazem, jaki otrzymałam kilka lat temu.

We śnie znalazłam się na plaży będącej częścią wyspy. Niebo było dziwnie zachmurzone, ale woda w morzu spokojna i przejrzysta. Wokół mnie wielu ludzi krzątało się w pośpiechu. Nie były to jednak działania chaotyczne, a raczej dobrze zorganizowana ewakuacja. Ludzie wsiadali do niedużych łódek, którymi podpływali do gigantycznego statku, unoszącego się na falach. Nie był to statek, jaki kiedykolwiek wcześniej widziałam. Kształtem przypominał Zeppelina lekko spłaszczonego przy krawędziach. Łódki wraz z pasażerami wpływały do jego luku załadunkowego. Wewnętrzny głos kazał mi podążyć w głąb lądu.

Znalazłam się w wielkim mieście. Mieszkańcy  ubrani byli w przewiewne ubrania o luźnym kroju. Mieli jasną skórę, włosy ciemne lub blond, a ich oczy były przeważnie niebieskie. Wszystkie budynki wydawały się być wykonane ze szkła i silnie połyskującego metalu. Moją uwagę przykuł błyszczący przedmiot usytuowany na wzniesieniu i osadzony na czymś, co nazwałabym postumentem. Od podstawy wzniesienia aż do postumentu biegły schody. Na całej ich długości stali ludzie. Wyglądało to jak gigantyczna kolejka. Bezwiednie stanęłam na jej końcu i wolno, lecz systematycznie przesuwałam się ku górze. Jednocześnie obserwowałam wydarzenia rozgrywające się wokół mnie. Widziałam plaże i kolejne łódki wpływające do wnętrza statku. Kiedy ostatni z nich zniknęła, wrota zamknęły się i statek odleciał. Bezgłośnie, jedynie silniejszy podmuch wiatru mógł stanowić świadectwo tego, co kilka sekund wcześniej zaszło na moich oczach. Pozostałe osoby nie reagowały. Stali spokojnie zajęci sobą, patrząc na nich nabrałam przekonania graniczącego z pewnością, że nie wynika to z obojętności. Oni wiedzieli, że ich towarzysze, którzy odlecieli są bezpieczni. Sami wybrali inną drogę. Kolejka przesunęła się i pojęłam, że ów błyszczący przedmiot to ogromny kryształ. Starannie oszlifowany i piękny. Co chwilę rozbłyskał wieloma kolorami. Zwróciłam uwagę, że morze robi się coraz bardziej niespokojne, a schody lekko drżą.

Kiedy znalazłam się bardzo blisko kryształu uświadomiłam sobie, że ludzie po kolei dotykają go, a ich ciała dosłownie rozpadają się na atomy. Nie towarzyszył temu ból czy strach i choć to zabrzmi dziwnie widowisko było przepiękne. Przede mną stał starszy pan, a przed nim jego córka, która trzymała na rękach małego chłopca. Mówili w dziwnym języku, ale rozumiałam każde słowo. Ten pan żartował z chłopcem chcąc urozmaicić mu czas oczekiwania. W pewnym momencie chłopiec obserwując działanie kryształu zapytał – czy kryształ nas zje? Dziadek roześmiał się serdecznie i powiedział nie obawiaj się kryształ nas zapamięta. Dodam, że im dłużej trwała ta sytuacja tym silniejsze były rozbłyski. W pewnym momencie miałam wrażenie, że całe miasto zsynchronizowało się kolorystycznie z kryształem. Wreszcie nadeszła moja kolej. Spokojnie jak pozostali podeszłam do kryształu i dotknęłam go. Poczułam ciepło i taka dziwna błogość. Jednocześnie widziałam swoje odbicie. Moje ciało fizyczne zostało rozpuszczone prze światło kryształu. Znalazłam się w jego wnętrzu i choć już nie, jako istota fizyczna, ale z pełną świadomością obserwowałam kolejne osoby poddające się temu rytuałowi. Kiedy na zewnątrz nie było już nikogo kryształ zaczął wolno wsuwać się do wnętrza postumentu. Wzbudziło to mój niepokój, ale poczułam, że tak musi być. Zrozumiałam też, że owszem kryształ nas zapamiętał, ale to my doładowaliśmy go energetycznie i dzięki temu odlecimy i uratujemy się – w tym czasie morze szalało, a niebo zrobiło się bardzo ciemne. Nagle to, co brałam za stały ląd poruszyło się, a część „budynków” wsunęła do środka. Dotarło do mnie, że to nie wyspa tylko olbrzymi statek kosmiczny.

We wnętrzu kryształu zapanowała radość – wracamy do domu.

Wiele mówi się o mocy kryształów oraz o ich zbawiennym wpływie na ludzkie zdrowie. Ten sen umocnił we mnie wiarę we wszystkie ich właściwości.

Połączone dusze – czy tylko u bliźniąt?

Bliźnięta były i są przedmiotem zainteresowania czy wręcz fascynacji. Mimo postępu nauki i medycyny patrzymy zdumieni, kiedy w naszą stronę biegną dwa identyczne maluchy.

Fizycznie  są dosłownie nie do odróżnienia. Jest to bez dwóch zdań związek nie tylko cielesny, ale też duchowy.Tajemnicza nić, która łączy umysły i dusze. Bliźnięta potrafią stworzyć własny język albo porozumiewać się bez słów. Jeśli jedno jest w niebezpieczeństwie drugie to po prostu wie. Poznałam w pracy panią, która miała bliźniaczą siostrę i opowiadała mi, że kiedy jej bliźniaczka zaczęła rodzić swoje pierwsze dziecko, ją z domu rodziców zabrało pogotowie z bólami podbrzusza, które trwały praktycznie całą noc. Ustały dokładnie w czasie, kiedy siostra urodziła. Takich przypadków jest mnóstwo i nie ma w tym żadnej sensacji. Opiszę jeszcze jeden, ponieważ wydaje mi się ciekawy.

Teść mojej koleżanki ma brata bliźniaka, który mieszka na południu Niemiec. Obaj panowie lubią majsterkować, kiedy teść pomagał im w remoncie, doszło do wypadku. Pracował z pistoletem do gwoździ i jednego wstrzelił sobie centralnie w dłoń. W tym czasie jego brat odczuł silny, wręcz paraliżujący ból w tej samej dłoni i również znalazł się w szpitalu. Zrobiono wiele badań, które nic nie wykazały. Sprawa wyjaśniła się, kiedy żony bliźniaków porozumiały się ze sobą.

Dla mnie nie mniej interesujące jest zjawisko bliźniaczych dusz, czyli osób blisko lub wcale niespokrewnionych, które również doświadczają szczególnej więzi. Oczywiście, jeśli wierzymy w wędrówkę dusz to jasne jest, że bliźniacze dusze mogły dzielić ze sobą niejedno życie. Mało tego mogą żyć w różnych relacjach na przykład matka- dziecko, dwie przyjaciółki itd. Trwa to zapewne tak długo aż oczyszczą powiązania karmiczne i odrobiwszy potrzebną lekcję będą mogły pójść dalej własną drogą. Chciałabym przedstawić pewną historię, którą można wytłumaczyć jedynie w kontekście bliźniaczych dusz. Innego rozwiązania nie znajduję.

Pani Gosia miała kuzynkę Elżbietę, z którą przyjaźniła się od dzieciństwa. Ich drogi rozeszły się w dorosłym życiu, kiedy Elżbieta wyjechała razem z rodziną do Niemiec. Niemniej często do siebie dzwoniły i sporadycznie odwiedzały. Ta odległość nie miała dla nich znaczenia ciągle czuły to wyjątkowe, silne połączenie. Kiedy Elżbieta zachorowała, a jej chorobę zdiagnozowano obie panie jeszcze bardziej umocniły wzajemne relacje. Elżbieta nie dopuszczała myśli, że właściwie zostało jej kilka miesięcy, miała wielką wolę życia. Bardzo schudła, a ponieważ posiadała mnóstwo ubrań wysłał je Gosi – nawet rozmiar odzieży nosiły ten sam. Pewnego dnia odbyły wyjątkowo długą rozmowę telefoniczną, podczas, której Elżbieta wydawała się bardzo ożywiona i optymistycznie nastawiona, co do swojej przyszłości. Wieczorem Gosia założyła przecudnej urody koszulę nocną otrzymaną od przyjaciółki i spokojnie położyła się spać. Zaczęła śnić koszmarny sen, powiedziała później, że walczyła w nim o swoje życie. Owszem budziła się na chwile, ale zasypiała ponownie. Twierdziła, że coś ją dusiło, czuła, że jej serce przestaje bić. Wreszcie wyrwała się z objęć tej makabry. Była spocona, wyczerpana, a na ciele miała liczne zadrapania. Te można jeszcze wyjaśnić bezwiednym samouszkodzeniem.Obie nie potrafimy rozwikłać zagadkowych obrażeń na plecach. Wyglądały jakby ktoś podrapał Panią Gosię obiema rękoma. Ślady były równe, głębokie i bolesne. Koszula i pościel nie miały ostrych obszyć ani guzików.

Tej samej nocy jej przyjaciółka zmarła. W pewnym sensie Pani Gosia towarzyszyła jej w agonii, a na pewno współodczuwała ten stan. Pod rozwagę należy przyjąć: czy fakt, że miała na sobie odzież należącą wcześniej do Elżbiety mógł spotęgować opisane doznania?

Interesujące, że na miejscu przy Elżbiecie byli jej najbliżsi, którzy widząc jak gaśnie mieli większą świadomość sytuacji i mogli spodziewać się najgorszego. Kiedy zaczęła umierać spali spokojnie, ponad tysiąc kilometrów dalej ktoś inny był blisko.

Jak się okazuje dla duszy czas i przestrzeń nie mają znaczenia, liczą się zupełnie inne kryteria.

 

Ochorowiczówka – miejsce zapomniane ?

Szczególnym dla mnie zrządzeniem losu znalazłam się w Wiśle.Miasto malowniczo położone i wszystkim dobrze znane.

Oczywiście korzystając z okazji odwiedziłam miejsca związane z jakże niedocenianą obecnie postacią Juliana Ochorowicza. Ten uczony, wynalazca, psycholog i niestrudzony badacz zjawisk parapsychicznych jest bez wątpienia jednym z najznamienitszych mieszkańców w historii miasta. W roku 1905 wybudował słynną willę „Ochorowiczówkę”, w której gościł miedzy innymi Bolesława Prusa, Władysława Reymonta czy Marię Skłodowską – Curie wraz z jej mężem Piotrem. Miejsce to najwidoczniej emanowało szczególnie twórczą energią skoro Reymont napisał tam pierwszą część „Chłopów”, a Prus zyskał inspirację do swojej wielkiej powieści „Faraon”. Nadmienić warto, że postać wynalazcy i naukowca Ochockiego z niemniej znakomitej „Lalki” Prusa swój pierwowzór literacki miała w osobie doktora Ochorowicza.

Postanowiłam zobaczyć na własne oczy miejsce tak ważne dla polskiej kultury. Najkrócej można by podsumować wizytę tak – przybyłam zobaczyłam, zapłakałam! Podwórko skromne, ale czyste jednak budynek w stanie opłakanym. Odpadające tynki, przeciekający dach oraz wiele innych zaniedbań po prostu rzucających się w oczy. Ponieważ mieszkają tam lokatorzy, oczywiste są normalne oznaki ludzkiej egzystencji jak antena satelitarna, czy /za przeproszeniem/ bielizna susząca się na słoneczku. I w tych „okolicznościach przyrody” prężą się dwie solidne tablice pamiątkowe. Jedna ku czci J. Ochorowicza, druga upamiętniająca fakt twórczej obecności Reymonta – uhonorowanego nagrodą Nobla w dziedzinie literatury. Przyszła mi do głowy taka oto analogia. Proszę sobie wyobrazić starego wiarusa, niezwykle zasłużonego dla polskiej historii w brudnym, podartym i zapuszczonym mundurze, któremu ktoś ważny przypina dwa medale zasługi i nie wspierając finansowo, każe je nosić z dumą.

Nie bardzo chce mi się wierzyć, biorąc pod uwagę tłumy turystów, że Wisła jest biedną gminą, która w żaden sposób nie potrafi znaleźć środków na przeniesienie lokatorów do odpowiednich mieszkań zastępczych / moim zdaniem mówimy o 3-4 rodzinach/, doprowadzenie budynku do pierwotnego dobrostanu i założenie tam muzeum z prawdziwego zdarzenia. Ciekawa jestem, co na to Towarzystwo Przyjaciół Wisły, którego notabene Julian Ochorowicz był założycielem! Czy władze Wisły chcą opierać popularność regionu jedynie na osobie Pana Adama Małysza? Z całym szacunkiem dla mistrza sportu, uważam taką myśl za niedorzeczną. Z roku na rok włodarze miejscy  czynią starania, aby stało się ono, że tak powiem znanym kurortem.Pretendując do takiego miana warto byłoby wziąć pod uwagę pamiątki związane z polskimi przedstawicielami świata nauki i kultury.

Pragnę zaznaczyć, że niedaleko od głównej alei spacerowej znajduje się tablica pamiątkowa również poświęcona Julianowi Ochorowiczowi.

 

Nie łatwo jest być medium!

Jest to historia z życia mojego znajomego radiestety.

Nieoczekiwanie zadzwoniła do niego siostra. To była dramatyczna rozmowa.

– Piotrek proszę cię przyjedź, Tomasz jest w szpitalu.

– Co się stało siostrzyczko?

– Wczoraj przyjmował pacjentki do późna, znalazła go pani Henia, wiesz ona wieczorami sprząta.

– Izuniu, ale, w czym ja ci mogę pomóc, nie jestem lekarzem.

– Piotrek, proszę przyjedź i sprawdź ten gabinet swoimi metodami. Tomasz zostanie w szpitalu przez kilka dni, a ja mam klucze.

– Podejrzewasz, że przebywanie tam szkodzi Tomkowi?

– Jestem pewna, kiedy poprzednio źle się poczuł, zrobili mu dziesiątki badań i diagnoza jest jednoznaczna: zdrowy jak koń.

Piotr obiecał siostrze, że przyjedzie i zrobi, co w jego mocy. Nie lubił, gdy siostra używała zwrotu „twoimi metodami”. Nigdy nie powiedziała radiestezyjnie albo, chociaż przy pomocy wahadła. Zawsze wyszukiwała terminy zastępcze. Zapewne wpływał na to jej mąż, który był pragmatyczny, sceptyczny i cyniczny. Nie uznawał medycyny alternatywnej, nie wierzył w duchy, ani w nic, czego nie da się dotknąć i zbadać. Dawał jedynie wiarę w teorię żył wodnych, których promieniowanie może mieć szkodliwy wpływ na zdrowie człowieka.

Piotr spotkał się z siostrą pod budynkiem, gdzie Tomasz prowadził swoja praktykę lekarską.

Stara budowla o ciekawej architekturze, świeża elewacja, doskonałe położenie. Weszli do środka, klatka schodowa wyremontowana i aż pachnąca czystością – jednak Piotr zaczął odczuwać dziwny niepokój. Gabinet urządzony podług najnowszej mody, wszystko piękne, tylko nie da się normalnie funkcjonować, pomyślał z goryczą.

Po kilku minutach przebywania w tym pomieszczeniu Piotr odebrał obecność bardzo ciężkiej energii, przygnębiającej i złej, po prostu złej.

– Wiesz wydaje mi się, że Tomasz wbrew poglądom, które wszem i wobec głosi jest bardzo wrażliwym medium. Iza odpowiedziała: chyba masz rację, bo ja czuję się tu bardzo dobrze, sama urządzałam to wnętrze.

-Chciałbym zejść do piwnicy, czy masz klucz?

– Myślisz, że w piwnicy coś znajdziesz?

– Chce to zbadać, wezmę przyrządy, może to zaburzenia geopatyczne. Piotr wiedział, że okłamuje sam siebie, czuł, że ten piękny, zadbany budynek nosi w sobie coś bardzo mrocznego.

Już przy wejściu zdziwił go wygląd drzwi wiodących z korytarza do piwnic.

– Iza te drzwi wyglądają jakby prowadziły do celi więziennej.

– No, może trochę, ale są solidne i podjęliśmy decyzję żeby je zostawić.

Schody i korytarz piwniczny również nosiły ślady gruntownego remontu. Piotra przepełniał coraz większy niepokój, żeby nie powiedzieć trwoga. Iza długo szukała odpowiedniego klucza, powiedziała:

– Piotrek nie gniewaj się, ale ja tu jeszcze nigdy nie byłam.

Weszli do niewielkiego pomieszczenia, praktycznie pustego. Piotr przyglądał się ścianom i w pewnym momencie bezwiednie dotknął jakiegoś dużego haka wystającego ze ściany. Wizja pojawiła się niemal natychmiast i dosłownie zwaliła go z nóg.

Zobaczył młodego mężczyznę przykutego do ściany. Był bestialsko pobity, wręcz konający.

– Cichutko wołał mamo, mamusiu!

Gdyby nie przytomność Izabeli, Piotr upadłby całym ciężarem ciała na podłogę.

– Piotr, co jest? Mnie możesz powiedzieć. Piotr blady jak ścian odparł tylko; muszę stąd wyjść natychmiast!

Kiedy znaleźli się na klatce schodowej Piotr zaczął przytomnieć i z całych sił szukał właściwych słów, aby opisać to, co zobaczył? W tym momencie drzwi mieszkania na parterze uchyliły się i wyjrzała przez nie starsza pani.

– Dzień dobry pani doktorowo dawno pani nie widziałam! Siostra przywitała się i przedstawiła Piotra. Sąsiadka przyjrzała się różdżce radiestezyjnej, którą Piotr kurczowo ściskał w dłoni.

-A pan tu żył wodnych szuka?

– No tak chciałem sprawdzić wybąkał zmieszany Piotr.

-Panie kochany, tu nie trzeba szukać niczego więcej niż to, co jest.

-A, co tu jest? Zapytała zaciekawiona Iza.

-Wejdźcie to wam, co nieco opowiem, mieszkam w tym domu od wielu lat.

Urocza starsza pani przyjęła gości znakomitą herbatą i domowymi ciasteczkami. Piotr dziękował opatrzności, za tą niespodziewana okazję do odpoczynku i ochłonięcia z nadmiaru wrażeń.

Myśmy widzieli, że te piwnice są dziwne, podjęła swoją opowieść kobieta, ale nikt się nad tym dłużej nie zastanawiał. Wiecie państwo mieszkanie w takim budynku było na wagę złota, poza tym my byliśmy tu obcy, przyjezdni. Wszystko zaczęło się od wanny, którą pierwszy lokator znalazł w piwnicy i wykorzystał w swojej łazience. Jego córka się w niej utopiła, inne dzieci budziły się w nocy i opowiadały niestworzone rzeczy, ludzie zaczęli się dopytywać tu i ówdzie. Mój świętej pamięci mąż powiedział mi, że tu była siedziba NKWD a później UB. Oni w tych piwnicach trzymali niewygodnych ludzi i męczyli ich. Działy się tu okropne rzeczy nie chcę dłużej o tym mówić.

Sąsiedzi też się dowiedzieli i w miarę możliwości starali się opuścić to miejsce.Piotr zapytał: – jak wobec tego pani tu wytrzymała tyle lat?

-Wie pan ja się za nich modlę, msze zamawiam, myślę o nich dobrze i nic mnie nie spotyka.

Po wizycie u sąsiadki Iza nerwowo zapaliła papierosa; – Piotrek, co z tym fantem zrobić?Przecież wiesz, że dla mojego męża duchy to żaden argument, w jego pojęciu to przewidzenia histeryczek! Piotr przemyślał sprawę i znalazł rozwiązanie.

Następnego dnia odwiedził szwagra w szpitalu i opowiedział mu o gruntownych badaniach radiestezyjnych w obrębie budynku. Stwierdził, tonem kategorycznym, że występują tam wszystkie możliwe zaburzenia i to one mają tak destrukcyjny wpływ na jego zdrowie.

Ponieważ koledzy po fachu nie wykryli żadnych schorzeń, Tomasz przyjął wersję Piotra i z rezygnacją oświadczył, że nie widzi innego wyjścia jak tylko opuścić gabinet. Bardzo szybko podjął stosowne kroki i sytuacja wróciła do normy.

Dzisiaj w tym budynku cały parter zajmuje bank, a na piętrach znajdują się kancelarie i biura. Ciekawe, jakie samopoczucie maja pracujący tam ludzie?

Mam nadzieję, że czas, który podobno uzdrawia wszystko, wpłynął na energię tego miejsca.

 

Abramek

Pan Staszek, który opowiedział mi tę historię pojawił się w firmie, gdzie pracowałam, aby zbadać bilans – był biegłym rewidentem. Starszy pan po siedemdziesiątce, ale sprawny fizycznie, że o intelekcie nie wspomnę. Nawiasem mówiąc powinnam w tym momencie życzyć sobie i czytelnikom, abyśmy w tak świetnej formie doczekali sędziwego wieku.

Obawiałam się przebiegu naszej współpracy. Z jednej strony ja młoda adeptka zawodu, z drugiej biegły rewident, a więc absolutna pierwsza liga w księgowości. Niepotrzebnie się stresowałam, gdyż pan Staszek okazał się człowiekiem nie dość, że wyrozumiałym to jeszcze obdarzonym poczuciem humoru.

Był to czas krótko przed Barbórką i na jednej z kopalń wydarzył się poważny wypadek. Zaczęła się rozmowa o Skarbniku, który rokrocznie zbiera okup w tym czasie. Niestety tą zapłatą jest ludzkie życie. Zapytałam pana Staszka czy wierzy w historie, które opowiadają górnicy. Odparł, że jak się przeżyje to, co on to można uwierzyć w wiele rzeczy.

I tu zaczyna się ciekawa opowieść.

Pan Staszek mieszkał w Kielcach gdzie pracował, jako rachmistrz. Kiedy wybuchła II Wojna Światowa nie został powołany, ponieważ od dziecka miał problemy ze stawem biodrowym i lekko utykał. Kiedy już nowa rzeczywistość zwycięzców zapanowała na dobre, usiłował znaleźć jakąś pracę. Zatrudnił się u jednego ze znajomych. Sądząc z opisu był to chyba pierwowzór Kurasia z filmu Polskie Drogi Tak samo zaradny i z talentem do handlu. Wszędobylski i mający tak zwane układy. Pan Staszek robił dla swojego nowego pryncypała różne rzeczy. Od zamiatania liści do pośredniczenia w bardzo delikatnych negocjacjach finansowych z okupantem.

W tym czasie „rasa panów” z wielkim zaangażowaniem tworzyła getto. Oczywiście żydowscy mieszkańcy potrzebowali żywności. Nielegalny handel kwitł w najlepsze. Problemem był jedynie przerzut na teren getta zwłaszcza, kiedy zimą 1941 zostało ono zamknięte. Szef mojego rozmówcy zaangażował się w szmugiel.

Pan Staszek miał specjalną przepustkę kupiona za ciężkie pieniądze od okupantów. Wnosił na teren getta nie tylko żywność, ale też lekarstwa i papierosy, za, które można było uratować życie.  W gettcie odnalazł rodzinę swojego sąsiada, z którym był bardzo zżyty. Jego ulubieńcem był zwłaszcza mały Abramek. Pomagał im jak mógł. Kiedy zmarł ojciec Abramka ten, jak wiele innych dzieci, szmuglował żywność ze strony aryjskiej. Był drobny, zwinny, potrafił przecisnąć się przez każdą dziurę. Kiedy na tyfus zmarły matka i siostra Abramka, pan Staszek chciał zabrać go do swojego mieszkania i ukrywać, ale chłopiec się nie zgodził – pozostali członkowie rodziny liczyli na niego. Abramek równie sprawnie jak po powierzchni poruszał się w kanałach pokazał nawet panu Staszkowi najkrótsze przejście.

Kiedy pracodawca Staszka dowiedział się o planowanej likwidacji getta, usiłowali wspólnymi siłami, wydostać stamtąd Abramka. Niestety nie udało się tego dokonać. Pociąg wiozący chłopca ku niepewnej przyszłości odjechał.

W jakiś czas później Niemcy urządzili łapankę i dopadli również Staszka- mimo jego „twardych papierów”. Mówił mi, że po tym wszystkim, co widział wolał umrzeć niż pracować dla okupanta. Zaryzykował ucieczkę.

Biegnąc znalazł się na trasie, którą odbywał się szmugiel żywności. Poznał znajome kąty. Jedna ze studzienek kanalizacyjnych była uchylona, więc wskoczył do środka. Uciekał niestrudzenie. W pewnym momencie zorientował się, że jest ranny i krwawi. Stanął nasłuchując. Było cicho. Opatrzył ranę chusteczką i kawałkiem materiału oderwanego z koszuli. Zatrzymał się, aby przemyśleć swoje położenie.

Był osłabiony, ranny, a co najgorsze nie miał pojęcia gdzie się znajduje. Pomyślał „Boże ja tu umrę „. Nagle jak spod ziemi wyrósł przed nim znajomy chłopiec.

Zawołał – „Staszek chodź, ja znam drogę”.

Mój rozmówca zdębiał, ale posłusznie ruszył za swoim przewodnikiem. Abramek raz był bardziej raz mniej widoczny i mimo słownych zaczepek nie odpowiadał.

Kiedy wyjście, które ocaliło życie pana Staszka było już widoczne chłopiec zniknął za załomem muru. Staszek wołał za nim, ale bez rezultatu. Mało tego zorganizował razem ze znajomym coś na kształt wyprawy poszukiwawczej. Wierzył, że chłopiec ukrywa się w tym podziemnym labiryncie. Wszystko bez rezultatu.

Po wojnie szukał przez czerwony krzyż, rodziny Abramka. Zgłosił się jego kuzyn, potwierdzając, że chłopiec został zamordowany w Treblince.

Pan Staszek zapytał mnie jak myślę, kogo tam spotkał czy to był duch?

Odparłam, że stuprocentowej pewności nie mam, ale to nie jest odosobniony przypadek, kiedy w chwili zagrożenia życia wołamy o pomoc, a ona przychodzi z najmniej oczekiwanej strony.

Historia opowiedziana sercem

Moi Drodzy!

Otrzymałam wiele wiadomości, za które dziękuję!

Opisujecie swoje własne doświadczenia i historie waszych bliskich. Zawsze znajduję w nich wiele emocji i prawdy. Ta szczerość właśnie czyni je niezwykłymi.

Ponieważ nie czuję się właścicielką tego blogu, a co najwyżej gospodynią, oddaję część przestrzeni tylko dla Was.Dzisiaj pierwsza wzruszająca opowieść. Jednocześnie zaznaczam, że Pani podpisująca się, jako „Kasia” wyraziła zgodę na publikacje – inaczej być nie może, obustronne zaufanie jest bezcenne.

*

Różne rzeczy mi się w życiu przydarzyły i nauczyły mnie nie negować zjawisk, których nie można zmierzyć, zważyć czy uchwycić na taśmie.

Mój dziadek zmarł 11 lat temu. Chorował od długiego czasu, ale nikt o tym nie wiedział, więc jego śmierć była dla wszystkich sporym zaskoczeniem. Nie jestem w stanie opisać bólu, który towarzyszył mi przez kilka dni od jego śmierci aż do dnia pogrzebu. Żyłam wtedy jakby za zasłoną, jakby wszystko, co się działo, nie dotyczyło mnie, jakby przydarzyło się komuś innemu. A świadomość tego, ze już nigdy go nie zobaczę, nigdy z nim nie porozmawiam – to była najgłupsza myśl, najbardziej nielogiczna, nieracjonalna i nieprawdziwa. Bo jak mogłam żyć w świecie, w którym go nie ma? Dlaczego słońce świeciło, psy szczekały, dlaczego świat nie stanął w miejscu?

A potem przyszedł sen – w noc poprzedzającą pogrzeb. Mój dziadek siedział w ogródku, w swoim ukochanym miejscu. Ubrany był w garnitur, w którym następnego dnia widziałam go w trumnie. Była piękna, słoneczna pogoda, zupełnie żadnego wiatru i normalne na wsi dźwięki też jakby przytłumione – bzyczenie pszczół, szczekanie psa, pianie koguta. Dziadek siedział na pniaku ściętego drzewa, który stał tam od zawsze. Był spokojny, uśmiechnięty. Wziął moją rękę w swoje spracowane dłonie i uśmiechnął się, głaskał mnie po ręku i powtarzał „moja kochana wnusia”. Rozpłakałam się, bo gdzieś podświadomie czułam, że to sen, że on umarł i już go nie ma, żeby głaskać mnie i nazywać swoją kochaną wnusią. I siedzieliśmy tak – ja płacząc, a on uśmiechając się, głaszcząc mnie po dłoni i powtarzając „moja kochana wnusia”, patrząc na swój ukochany ogródek, wypieszczone kwiaty i warzywa. W pewnym momencie na jego twarz padł promień słońca i zrozumiałam, że się ze mną żegna, bo nie zdążył tego zrobić za życia. Jakby tym głaskaniem chciał mi przekazać, że wszystko dobrze, że już nic go nie boli i mam nie płakać. Potem podniósł się, pocałował mnie w czoło i odszedł ścieżką, charakterystycznie powłócząc jedną nogą i jakby rozpłynął się w kolejnym promieniu słońca. I ten dźwięk szurania po żwirze słyszałam jeszcze kilka razy na jawie i uśmiechałam się wtedy, bo wiedziałam, że przyszedł doglądać swojego ogródka.

Rano w dniu pogrzebu obudziłam się dużo spokojniejsza, wręcz z ulgą. Byłam w stanie normalnie ubrać się, pójść do kościoła i trzymać za rękę moją mamę i młodszego brata.

Nikomu nie opowiadałam tego snu. A dziadek przychodzi do mnie we śnie zawsze, kiedy mam do podjęcia jakąś ważną decyzję. Nie zawsze są to dobre sny, czasem bardzo się go boję, bo wiem, że nie żyje i że nie powinno go tu być. Czasem są to sny pełne spokoju i miłości, jak ten. I nie mogę się doczekać kolejnego snu, żebym mogła mu powiedzieć, że zostanie pradziadkiem:)

Mam jeszcze sporo do napisania, dużo do opowiedzenia.  Zostawię, więc kolejne historie na kolejny raz. Pozdrawiam:)