Mikołaj święty, co daje prezenty

Nie lubię Świętego Mikołaja, a właściwie tego grubego gościa w przyciasnym ubraniu, którego cera (oraz rumieńce) wskazuje na systematyczne i nadmierne spożycie trunków rozgrzewających. Nie lubię tego produktu marketingowego, wylansowanego przez pewien koncern, którego wizerunek podchwyciło stu innych sprzedawców i teraz ów „święty” łypie na mnie swoimi chytrymi oczkami już od października. Chciałoby się strawestować Orwellowskie: „Wielki Brat patrzy!” na „Czerwony Król Marketingu patrzy!”. Patrzy i szykuje kolejną strategię jak tu podejść dzieci i ich rodziców. Jak wcisnąć markowany rubasznym wizerunkiem towar, który szybko okazuje się nikomu do niczego nie potrzebny lub zgoła niesmaczny, jeśli rzecz dotyczy żywności. Pytam się, co ten wytwór marketing menagerów ma wspólnego ze świętością? Wszak świętym jest nazywany.

Nie jest w tej chwili rzeczą najważniejsza czy opowieść o świętym Mikołaju z Mirry, który jak głosi przekaz uwalniał niesprawiedliwie skazanych więźniów, ratował żeglarzy, ocalił kilka dziewic przed sprzedaniem do zamtuza czy wreszcie wszystkich mieszkańców Mirry przed śmiercią głodową, jest prawdziwa czy nie. Jednak idea, której Mikołaj z Mirry jest znakomitym nośnikiem nie mówi nic o zwiększeniu obrotów handlowych tylko o czynieniu dobra i to nie koniecznie osobom najbliższym, lecz właśnie obcym w potrzebie.

O dniu 6 grudnia powiedzieć można wiele, ma bardzo bogatą historię. Do III wieku włącznie urodziny Jezusa obchodzono właśnie w tym czasie. Istnieje wiele opracowań na ten temat niemniej wszystkie podkreślają, że tradycja obdarowywania, zwłaszcza dzieci, w tym okresie sięga głęboko przed chrześcijaństwo. Rodzimowiercy celtyccy, słowiańscy czy nordyccy także mieli istoty, których pomoc miała ułatwić przetrwanie trudnego czasu zimna i ciemności. Postacie szanowane i niepospolite.

Nie mam mocy sprawczej na miarę Mikołaja z Mirry, jak z reszta większość ludzi. Jednak zawsze można w tym czasie „obdarowania dla świata” zrobić coś, co pozostaje w zgodzie ze szlachetnością i dobrem. Mały gest dla kogoś, kto ma mniej od nas, dla obcego w potrzebie.

Zwłaszcza, że to, co wysyłamy w eter wraca zawsze zwielokrotnione.

Prywatnie jest to dla mnie dzień bardzo szczególny – urodziny mojego męża.

Bardzo Go kocham i jest najlepszym prezentem, jaki dostałam od Mikołaja, Opatrzności i całego kosmosu!

Takich dobrych, radosnych i trwałych prezentów życzę wszystkim Państwu!

Co się wydarzyło w starym młynie ?

„ To nie śmierć wyrządza największą szkodę w życiu. Największą szkodę wyrządza nam to, co umiera w nas za życia „ Norman Cousins

W małej miejscowości żyła wdowa samotnie wychowująca swoją córkę. Mieszkały w domku, do którego przynależał sad i niewielkie poletko. Matka, aby utrzymać siebie i dziecko sprzedawała owoce i warzywa, plony własnej pracy. Zbierała również zioła, z których sporządzała medykamenty leczące różne przypadłości. Kobieta owdowiała bardzo wcześnie. Jednak była szczęśliwa, bo na tym świecie towarzyszył jej ktoś tak kochający i niezwykły jak jej dziecko. Dziewczyna była śliczną delikatną blondyneczką. Lecz mimo swoich kilkunastu lat zachowała umysłowość dziecka. Kochała zwierzęta, a one okazywały jej niezwykłą ufność. Miała psa, który nie opuszczał jej na krok. Razem z nim spacerowała po łąkach zbierając kwiaty, z których robiła przepiękne bukiety. Życzliwi ludzie, patrząc na nią mawiali – toż to żywy anioł!

I tu kończy się jakże urocza konwencja bajkowa.

Ludzie nieżyczliwi plotkowali, że zielarka urodziła głupkowatą dziewczynę, a szczególnie wrogo nastawieni sugerowali, że takie dziecko to pewnie kara boża. Za co – za czary! Skoro zbiera zioła często przy pełni księżyca, skoro leczy takie choroby, przy których lekarze rozkładają ręce, musi uprawiać czary. To nie jest historia z czasów średniowiecza tylko okresu po pierwszej wojnie światowej. Choć uważam, że i dziś nie brak osób gotowych rozpalać stosy dla zielarek. Nauka dowiodła w prawdzie, że wiele ziół osiąga najwyższe stężenie substancji leczniczych właśnie podczas pełni. Jednak to zawsze jakieś urozmaicenie dla znudzonych własnym życiem – podejrzewać, śledzić, i osądzać.

Jak wspomniałam dziewczyna fizycznie rozwijała się znakomicie i wyrosła na wyjątkowo urodziwą panienkę. Niestety piekno stało się przyczyną jej tragedii. Pewnego dnia wybrała się na spacer ze swoim nieodłącznym czworonożnym przyjacielem. Robiło się coraz później, a dziewczyna nie wracała. Zaniepokojona matka wyruszyła na poszukiwanie. W pewnej chwili zobaczyła psa, rozpaczliwie usiłującego przegryźć sznur, jakim został przywiązany do drzewa. Wiedziała już, że stało się coś złego. Uwolniła zwierzaka, a ten zaczął biec w kierunku rzeki. Tam znalazła swoją córkę. Pobitą, przerażoną i bezradną. Jeden rzut oka na pokrwawioną odzież wystarczył, aby mieć pewność, że dziewczyna została zgwałcona. Matka zabrała ją do domu. Dziewczyna ciągle powtarzała imiona tych, którzy ją tak okrutnie skrzywdzili. Zawiadomiono władze, z trudem spisano zeznania poszkodowanej. Jak się okazało sprawcy byli synami ludzi zamożnych. Kiedy doszło do rozprawy sądowej wynajęci przez nich adwokaci żonglowali faktami i udowadniali, że dziewczyna jest niedorozwinięta umysłowo, co stawia pod dużym znakiem zapytania wiarygodność jej zeznań. W tej bulwersującej sprawie zapadł wyrok uniewinniający. W tym czasie biedna istota, której nie tylko ciało, ale i dusza zostały dotkiliwie okaleczone, wycofała się w głąb siebie. Przestała jeść, słabła z dnia na dzień. Matka robiła, co mogła niestety na próżno. Społeczność lokalna była bardzo poruszona zarówno uniewinnieniem sprawców jak śmiercią dziewczyny, która nastąpiła w niedługim czasie. Nie było cienia wątpliwości, że ci dwaj mają na sumieniu nie tylko jej pohańbienie, ale i morderstwo. Podczas pogrzebu doszło do bardzo dramatycznej sceny. Choć każdemu przyzwoitemu człowiekowi wyda się to szczytem bezczelności, gwałciciele pojawili się na uroczystościach żałobnych razem ze swoimi rodzinami. Być może próbowali zmazać piętno zbrodni, jakiej się dopuścili. Kiedy weszli, przez kościół, który dosłownie pękał w szwach, przeszedł pomruk oburzenia. Ksiądz z lękiem spoglądał w stronę udręczonej kobiety. Nie chciał, aby pod wpływem afektu wypowiedziała słowa, których mogłaby żałować.

Jednak ona siedziała bez ruchu, nieobecna. Przez całe nabożeństwo atmosfera zagęszczała się. Kilku mężczyzn wyszło z kościoła wcześniej, a ponieważ agresywnie odnosili się do sprawców powstała obawa, że dopuszczą się linczu. Na szczęście znalazły się osoby, które chłodziły te gorące głowy. Wyprowadzono trumnę, a kiedy zaczął formować się kondukt żałobny, matka dziewczyny, podeszła do jej oprawców i powiedziała: zanim rok od dzisiaj upłynie wyrównamy rachunki, sprawiedliwość ludzka zawiodła, ale znam inną bardziej skuteczną. W pierwszej chwili obaj młodzieńcy poczuli strach, ale z czasem im przeszło.Żyli sobie spokojnie i nie przywiązywali już żadnej wagi do słów rozżalonej, zbolałej kobiety. Pewnego letniego wieczoru razem z kolegami urządzili sobie pijacką libacje w starym młynie. Powynosili z domów różne trunki i zakąski – hulaj dusza piekła nie ma. Po północy część biesiadników wróciła do domów, ci dwaj zostali, jako, że koniecznie chcieli udowodnić kolegom swoje „możliwości”. Kiedy ich rodzice zorientowali się, że synowie nie wrócili na noc, wszczęli poszukiwania. Jak to się mówi: po nitce do kłębka, przepytując kolegów trafili do starego młyna. Znaleźli tam obu chłopaków. Byli zszokowani i przerażeni. Jeden osiwiał, drugi jąkał się. Nikt nie wie, co przeżyli i widzieli tej nocy.  Wiadomość o całym zajściu rozniosła się po okolicy w błyskawicznym tempie. Z wiadomych względów oczy wszystkich zwróciły się w stronę zielarki, a ta zachowywała się jak gdyby nigdy nic. Żyła jeszcze wiele lat pomagając ludziom. Nie wiadomo czy wydarzenia w młynie miały związek z tym, co powiedziała podczas pogrzebu córki. Nikt sprawy nie roztrząsał. Młodzieńcy bez dwóch zdań pokutowali za swój haniebny postępek. Koniec końców jąkający się chłopak wyjechał do innego miasta i złożył śluby zakonne. Jego kolega do końca życia uchodził za zamkniętego w sobie dziwaka  Podobno ten osiwiały chłopak, podczas II Wojny wstąpił w szeregi partyzantów. Podejmował się bardzo niebezpiecznych zadań. Jakby szukał śmierci. Jeden z jego przełożonych zażartował mówiąc – nie zaglądaj do studni przy pełni, bo diabła zobaczysz. Odpowiedź była zaskakująca – diabła to ja już widziałem.

 

Kwestia wiary

Komentarz czytelniczki:

„Akurat tutaj bym ducha nie widziała  O tym, że zbliża się trzęsienie ziemi przewiduje mnóstwo różnego rodzaju zwierząt. Człowiek, który, na co dzień styka się z niebezpieczeństwem i trzęsieniami ziemi (górnik) mógł sobie wyrobić taki instynkt. Psychika Krzysztofa mogła „ubrać” ten instynkt w „skórę” dziadka, czyli kogoś, kogo Krzysztof kochał i mu ufał. Nie doszukiwałabym się tu duchów, a raczej podziwiała instynkt człowieka Pozdrawiam wszystkich duchomaniaków  ”

Powyżej przedstawiam komentarz Pani, która podpisała się imieniem Xenia. Zawiera bardzo interesujące uwagi. Postanowiłam, że będzie kanwą dzisiejszego wpisu.

Zjawiska tak subtelne jak te przedstawiane na blogu zawsze będą wzbudzały kontrowersje, ponieważ udokumentowanie ich w większości przypadków pozostaje poza zasięgiem kamer, aparatów czy innego sprzętu elektronicznego. Wymykają się one „szkiełku i oku” i często jedynym dowodem na ich istnienie pozostają zeznania świadków. Daje to oczywiście pole do popisu sceptykom i tak zwanym racjonalistom. Jestem przekonana, że przemyślenia Pani Xeni nie są pozbawione racji. Opisała, bowiem działanie nadświadomości, która potrafi zrobić wiele, aby uratować ludzkie życie. Zapewne przebywanie przez wiele lat w nienaturalnym i groźnym środowisku, wyostrza zmysły. Aby informacja została przyjęta, a czynność wykonana natychmiast, nadświadomość przekazuje ją w takiej formie, jaka wydaje się być najbardziej skuteczna. W przypadku tej konkretnej osoby wybrany został motyw dziadka. Istoty kochanej, ale też bardzo charakterystycznej, wręcz nie do podrobienia. Zabieg ten spotęgował efekt. Tak wyjaśnia sprawę nauka. Tak mogło być. Interpretacja jest kwestią indywidualną. Dla jednego odbiorcy naukowe podejście jest w tej konkretnej sytuacji oczywiste. Ktoś inny powie: nie wieżę teoriom Junga czy Freuda to był mój dziadek, widziałem go, uratował mi życie. Osoba wierząca może przyjąć, że jej Anioł Stróż zadziałał incognito.

Jakiś czas temu na jednym z kanałów ( chyba Discovery) obejrzałam film dokumentalny. W Nowym Orleanie zawalił się budynek mieszkalny. Ponieważ do katastrofy doszło późną nocą wielu mieszkańców już spało. Jednak kilkoro z nich tuż przed tym dramatycznym wydarzeniem znalazło się na zewnątrz. Młody niewidomy mężczyzna zeznał, że usłyszał bardzo dziwne dźwięki w ścianie. Dźwięki te zaniepokoiły go do tego stopnia, iż podjął decyzję o opuszczeniu mieszkania i przenocowaniu u rodziny. Starszy pan ocalał dzięki swojemu czworonożnemu przyjacielowi. Pies w pewnej chwili zaczął drapać w drzwi i skamleć. Widać było, że za wszelką cenę chce wyjść z mieszkania i zachęca do tego właściciela. Pan ten myślał, że piesek chce wyjść za potrzebą. Młoda kobieta zapomniała zabrać z samochodu dokumenty, które koniecznie chciała przejrzeć przed snem. I wreszcie pani w średnim wieku, przebudziła się i dostrzegła zarys sylwetki stojącej obok okna. Usłyszała też głos ( podobny do głosu zmarłej mamy), który kategorycznie nakazał opuścić budynek. Najbardziej oczywista jest sytuacja z psem. Zwierzęta mają zmysły nieporównywalnie wrażliwsze od ludzkich. Osoba niewidoma również słyszy więcej niż każdy z nas, dzięki czemu inaczej odbiera i interpretuje rzeczywistość. Zapominalska młoda dama – czyżby zbieg okoliczności? Osobiście nie wierzę w przypadki. Ostatnia ocalona – być może pomogła jej matka?  Jeśli jesteś deterministą uznasz, że nie było im przeznaczone umrzeć, a siła wyższa kierująca losem człowieczym wykorzystała wszystkie dostępne środki, aby ocalić te konkretne osoby. Jeśli liczy się dla ciebie tylko tu i teraz uznasz, że „mieli fart”. Nasz obiektywizm jest często bardzo subiektywny. Nie ma się, czemu dziwić. Trudno, zwłaszcza w starszym wieku, odrzucić względy kulturowe, religijne czy światopoglądowe i z czystym niczym niezmąconym umysłem dokonać bezstronnej analizy sytuacji. Wiara determinuje nasze życie oraz poglądy i nie chodzi mi tylko o wiarę w Boga. Wierzymy, że pani X mówi prawdę albo nie wierzymy. Wierzymy, że dany lek czy terapia nam pomoże, albo przyjmujemy go bez wiary, jednocześnie negując jego skuteczność. Wierzymy w potęgę miłości, albo w potęgę pieniądza lekceważąc wszelkie uczucia wyższe. Decyzja należy do nas. Logiczną konsekwencją jest interpretacja wydarzeń dziejących się w naszym życiu. Jeżeli ktoś przyjmuje, że wiara w duchy i zjawiska nadprzyrodzone tudzież w Boga jest oznaką ciasnoty umysłowej, to żeby go sto serafinów przeniosło przez sfery niebieskie i posadziło po prawicy Pana uzna on, że cierpi na zaburzenie psychiczne lub ma guza mózgu. I Odwrotnie osoba odbierająca świat z perspektywy duchowej apriorycznie rozpatrzy każde zjawisko, jako potencjalnie metafizycznie. Jednym słowem samo życie.

Pani Xeni dziękuję za komentarz i również bardzo serdecznie pozdrawiam!

 

Dziadek Konstanty

 

Bohaterem historii, która pragnę przedstawić jest, tak jak w poprzednim wpisie, osoba przesiedlona razem z rodzicami na Górny Śląsk. Rodzina głównego bohatera pochodzi z terenów dzisiejszej Ukrainy. W przeciwieństwie do Państwa R. ludzie ci, można by rzecz, wygrali los na loterii. Przed wojną mieszkali w bardzo skromnych warunkach, ojciec pracował, jako stolarz, matka opiekowała się pięciorgiem dzieci. Zmiany ustrojowe, z których, oględnie mówiąc, potrafili skorzystać, wywindowały ich do poziomu o jakim nie śnili. Otrzymali duże mieszkanie, dobrą pracę. Wszystkie dzieci, dzięki wsparciu w postaci stypendiów, ukończyły szkoły w tym dwoje zdobyło wyższe wykształcenie. Nie oszukujmy się ustrój komunistyczny nie każdemu łamał kości i niszczył życie. Takich karier było wiele.

Absolutnie nie jest moją intencją gloryfikowanie tamtego systemu, ale z żalem myślę ilu Janków Muzykantów pozostanie nieodkrytych, ile zdolnych dzieci nie przebije się z powodu braku odpowiednich środków i możliwości. Transformacja ustrojowa nie miała na względzie zasad sprawiedliwości społecznej. Ten smutny wniosek jest już chyba dla wszystkich ewidentny. Jednak nie czas i miejsce na takie rozważania.

Pan Krzysztof był najmłodszym z rodzeństwa. Skończył studia na wydziale górniczym i przez wiele lat był pracownikiem dozoru na jednej z kopalń. Po przejściu na emeryturę założył firmę i co tu dużo mówić dobrze mu się wiodło. W przededniu ukończenia prac związanych z budową domu, zaplanował wyjazd do Turcji. Dla niego i żony miał to być prezent z okazji trzydziestej rocznicy ślubu. Z uwagi na tak okrągły jubileusz Krzysztof nie szczędził środków i wykupił opcję obejmująca nocleg w luksusowym hotelu, tudzież mnóstwo innych atrakcji. Pierwsze dni pobytu przebiegły w atmosferze niczym niezmąconego relaksu. Pokój przestronny, wyposażony w wielkie łoże i jakby dla kontrastu mały stoliczek, przy którym postawiono eleganckie pufy.  W szóstym dniu pobytu małżonkowie pojechali na wycieczkę objazdową. Poznali „kawał historii” i mnóstwo ciekawostek. Wrócili zmęczeni, ale szczęśliwi. Krzysztof postanowił zdrzemnąć się przed kolacją, żona wola odświeżyć się i przebrać. Sen przyszedł bardzo szybko. W pewnej chwili Krzysztof usłyszał nerwowe pokrzykiwanie. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że krzyczał na niego dziadek Konstanty, nieżyjący od wielu lat. Należy wspomnieć, że Krzysztof był ulubieńcem dziadka i bardzo go kochał. Cechą wyróżniającą Konstantego był specyficzny sposób mówienia. Dziadek ze względu na mieszane małżeństwo swoich rodziców oraz lata młodości spędzone na terenie ówczesnego zaboru austriackiego mówił w czterech językach, niestety w czterech na raz. Z wiekiem ten sposób komunikowania nasilał się i czasami trudno było go zrozumieć. Krzysztof otworzył oczy i ujrzał sylwetkę Konstantego. Dziadek wymachiwał rękoma i krzyczał jak zwykle mieszając języki. Nasz bohater zrozumiał, że ma uciekać z tego miejsca, bo za chwilę wydarzy się coś strasznego, śmiertelnie niebezpiecznego. Krzysztof był przekonany, że w dalszym ciągu śni zwariowany sen, w którym zrywa się z łóżka i biegnie w kierunku szafki. Dopiero, kiedy z całej siły uderzył golenią w stolik zdał sobie sprawę, że wszystko dzieje się na jawie. Niewiele myśląc zabrał dokumenty i pieniądze, wpadł do łazienki i wyciągną z niej Basię. Wybiegli na korytarz, wzbudzając niemałe zainteresowanie, jako że Basia była w samym szlafroku. Kiedy znaleźli się na schodach prowadzących do głównego holu, odczuli pierwsze wstrząsy. Po chwili trzęsło się już wszystko dookoła. Mieli dużo szczęścia. Hotel znajdował się daleko od epicentrum trzęsienia ziemi. Basia była bardzo zszokowana, czemu trudno się dziwić. Jej mąż przeżył kilka groźnych sytuacji pracując na kopalni, więc to wydarzenie przyjął dużo spokojniej. Prawdziwe trzęsienie ziemi rozgrywało się w jego umyśle.

Kiedy po wielogodzinnych perypetiach wrócili do pokoju okazało się, że żyrandol, który wisiał nad łóżkiem spadł, a jego dolny, ostro zakończony ozdobnik dosłownie wbił się w materac! Krzysztof powiedział do żony; nigdy nie wtrącałem się w te twoje firaneczki, lampeczki i inne wystroje wnętrz, ale dziś oświadczam, że takiego żyrandola jak ten nie pozwolę powiesić w naszym domu. Nie musiał jej przekonywać.

Dopiero po powrocie z Turcji Barbara zapytała męża o jego osobliwe zachowanie tuż przed katastrofą. Słyszałam jak krzyczałeś przez sen: dziadku Konstanty!. Byłam pewna, że śni ci się jakiś koszmar. Zarzuciłam na siebie szlafrok i już miałam wyjść z łazienki, kiedy tam wpadłeś i wyciągnąłeś mnie. Skąd wiedziałeś, co się wydarzy? Instynkt samozachowawczy i tyle. Coś mi się przyśniło, obudziłem się i odruchowo zerwałem z łóżka. Wpadłem na ten idiotyczny stoliczek, krzyknąłem z bólu i to wszystko. Dziadek Konstanty cię ostrzegł prawda? Zaraz ostrzegł, sen jak sen nic nadzwyczajnego. Barbara nie drążyła tematu. Znała swoją drugą połówkę od lat i doskonale wiedziała, że prędzej wróble będą śpiewać jak kanarki niż Krzysztof przyzna się do tego, że zobaczył ducha. Z drugiej strony, gdyby nie jego materialistyczne podejście do życia nie miałaby tak luksusowych warunków, aby rozwijać własna duchowość. Widocznie nie można mieć wszystkiego. Bez względu na poglądy męża zamówiła mszę, aby w ten sposób podziękować dziadkowi za jego skuteczną interwencję. Nie miała, bowiem wątpliwości, komu zawdzięcza szczęśliwe zakończenie tureckich wakacji.

Strażnik czy opiekun ?

Historia ta w pewnym stopniu nawiązuje do opublikowanej poprzednio opowieści czytelniczki Biura-Duchów. Pojawia się, bowiem wątek ducha, który można rozumieć dwojako w zależności od nastawienia odbiorcy. Mamy tu do czynienia  z duchem, który niczym mitologiczny Cerber zazdrośnie strzeże swojego terytorium lub skarbu, ewentualnie z duchem, który świadom niebezpieczeństwa, jakie czyha na nieostrożną osobę, robi wszystko, aby zniechęcić ją do dalszych eksploracji.

Historia ta wydarzyła się na Śląsku Opolskim. Rodzina R. trafiła tam razem z innymi Polakami przesiedlonymi z polskich Kresów Wschodnich na miejsce Niemców, którzy uciekli, kiedy II Wojna Światowa miała się ku końcowi. Rodzina R. otrzymała mały, ale bardzo dobrze utrzymany domek z przyległym do niego sadem. W porównaniu z majątkiem, jaki pozostawili na Kresach dom wydawał się być nędznym ochłapem rzuconym na pocieszenie. Nie protestowali, cieszyli się, że żyją i są razem. Przetrwanie całej rodziny, zważywszy na represje, jakim komuniści poddawali osoby zamożne, graniczyło z cudem.

Wszędzie panował iście niemiecki porządek. Jednak niewielki budynek na skraju sadu pozostawał w rażącej sprzeczności do całej reszty gospodarstwa. Z zewnątrz wyglądał na porządną podmurowaną altanę, ale w środku znajdowała się istna graciarnia. Rzeczy poupychane i poustawiane jedne na drugich wypełniały szczelnie całą przestrzeń. Senior rodu R. postanowił, że uporządkowaniem altany zajmą się później. Rozpakowanie ich skromnego bagażu oraz ogrzanie domu to zadania priorytetowe. Przesiedleńcy szybko rozgościli się w nowym miejscu. Zarówno dziadkowie, jak ich syn z żoną i dziećmi cieszyli się i snuli plany na przyszłość. Pani domu myślała jak najlepiej zagospodarować ogródek warzywny. Jej mąż chciał poprawić parę rzeczy wokół domu. Przyszedł czas na altankę, w której mogły znajdować się niezbędne narzędzia. W noc poprzedzającą „atak na altanę” jak żartobliwie określał zamierzone prace młodszy pan R. miały miejsce dziwne wydarzenia. Zerwał się silny wiatr, powodując oderwanie kawałka rynny. Zwisający fragment hałasował niemiłosiernie. Ojciec i syn wyszli, aby naprawić uszkodzenie. Nagle zauważyli dziwne światło pojawiające się w okolicach altany. Światło na przemian gasło i zapalało się. Mężczyźni bez namysłu złapali siekiery i tak uzbrojeni ruszyli na zwiad. Kiedy doszli na miejsce światło zniknęło, a wiatr ustał. Uznali, że coś im się przywidziało. Rano rozpoczęli zaplanowana pracę. Po dwóch godzinach wrócili do domu poranieni i podrapani. Młodszy oświadczył – mam wrażenie, że nie porządkuję altany tylko walczę z dzikim zwierzęciem, które niemiłosiernie kąsa. Tam wszędzie są jakieś pręty, gwoździe, drzazgi, coś niesamowitego. Od tego dnia rozpoczął się ciąg niesamowitych i niepokojących zdarzeń. Światło pojawiało się regularnie, przedmioty kaleczyły dłonie i spadały na głowy mieszkańców nie wiadomo skąd, wiatr pojawiał się nagle czyniąc liczne szkody. Prace trwały i „choć polskiej krwi przelano wiele” wreszcie budynek został uporządkowany. Nie znaczy to wcale, że owe ataki niewidzialnej siły zakończył się, wprost przeciwnie trwały w najlepsze.

W tym czasie u państwa R. zatrzymał się ich krewny z rodziną. Oczekiwał na podobny przydział lokalowy. Pan ten był z zawodu geodetą, a z zamiłowania radiestetą. Postanowił zbadać teren za pomocą metod radiestezyjnych. Sprawdził dom, sad i altankę również. Kategorycznie wykluczył żyły wodne, czy inne zadrażnienia geopatyczne. Natomiast stwierdził obecność metalowych przedmiotów pod podłogą altany. Oczywiście postanowiono sprawdzić zasadność tej tezy. Skrytka była tak sprytnie zamaskowana, że gdyby nie pomoc wahadła nie odkryto by jej. W środku znajdował się istny arsenał broni, granatów i Bóg wie, czego jeszcze. W tej sytuacji zawiadomiono wojsko, przyjechali saperzy i opróżnili skrytkę. Sprawdzili też cały teren wykrywaczem metalu.

Jak się Państwo domyślacie wszystkie niepożądane zjawiska ustały.

Czy dusza traktowała ten arsenał, jako swój skarb, czy też, jako potencjalne zagrożenie dla domowników? Dla mnie to pytanie pozostaje otwarte.

Historia czytelniczki IV

Przedstawiam nastepną relację osoby, która zrządzeniem losu, znalazła się w dość niecodziennej sytuacji. Jeszcze raz dziękuję za szczerość i czas poświęcony na opisanie tych zdarzeń. Państwa wypowiedzi są cenne i warte uwagi. Jak zawsze publikuję je w oryginalnej postaci.

 

Kolejna historia. Wydarzyła się ok. 10 lat temu. Znajomi remontowali wynajmowane mieszkanie, poprosili o pomoc w remoncie, w piętrowym przedwojennym budynku. Do ich mieszkania prowadziły schody, a ja szłam, jako ostatnia. Znajomy szedł przede mną. Kiedy jego nogi zniknęły mi z oczu, drogę zagrodził mi mężczyzna ubrany w trzyczęściowy garnitur, melonik, miał dewizkę. Wiedziałam, że to duch, który chce mnie ostrzec przed czymś. Poprosiłam, żeby mnie przepuścił, bo obiecałam pomóc przy remoncie. Powiedziałam znajomym o zdarzeniu, ale nie potraktowali tego poważnie. Jakiś czas później zaobserwowałam, że ich dziecko ma koszmary, a pies szczeka na ściany. Postanowiłam sprawdzić, co u nich mieszka. Rozłożyłam na podłodze świece. Zgasił je jakiś podmuch, a potem zapaliły się  powrotem…Wszystkie. Coś nie było zadowolone z naszej obecności. Kiedy powiedziałam, że z rogu nas coś obserwuje- znajoma się uśmiechnęła, nie wiem czy z przerażenia, czy pobłażliwości dla moich schiz. Wszystko działo się jakby w zwolnionym tempie. Coś przez nią przeszło, żeby jej udowodnić, że jest. Nie potrafię tego opisać, było to widać, włosy stanęły jej dęba, ale samo przejście wyglądało jak fala uderzeniowa przechodząca przez komórki, łącznie ze wstrząśnięciem. Jakiś czas później odłączyłyśmy wszystkie urządzenia od zasilania, ale licznik nadal pobierał prąd. Kolejne rytuały zdały się na tyle, że znajomi opuścili mieszkanie. W końcu nie byli mile widzianymi lokatorami. Znajomy, który stwierdził, że to bzdury, nocował w domu sam. W nocy coś go dusiło, uciekł w piżamie. Coś nie chciało, żeby tam mieszkali. Nie było wrogo nastawione i nie zrobiło nam krzywdy. Nie chciało dać znać, o co mu chodzi. Ja wychodzę z założenia, że chciało pomóc, ale nie wszystkie znaki udaje nam się w porę odczytać.

Pozdrawiam

Historia Tadeusza cz.6

Wytrwałym czytelnikom proponuję ciąg dalszy historii Tadeusza.

W tym okresie bardzo zbliżyłem się z moim bratem.Za radą niezawodnej Basi nie wracałem już do tematu śmierci naszych bliskich . Przyjąłem, że widocznie przeżywa on milczącą żałobę. Miał do tego prawo.

Mój brat egzystował, albo raczej działał jak automat. Szybko włączył mnie w opiekę nad rannymi i chorymi, których przybywało z dnia na dzień w zastraszającym tempie.  Z narażeniem życia przejął zasobnik ze zrzutu lotniczego. Ewidentnie Niemcy też mieli ochotę na  uzupełnienie zapasów. W zasobniku znalazłem prawdziwe skarby, środki opatrunkowe, lekarstwa i wiele innych potrzebnych rzeczy. Pomyślałem – no teraz mogę działać – zapewne Hipokrates uśmiechnął się z politowaniem.

Nie będę opisywała wszystkich szczegółów, głównie ze względu na ich drastyczność. Przenieśmy się w czasie do momentu upadku Powstania Warszawskiego.

Mój brat w połowie września został ciężko ranny. Opiekowałem się nim jak mogłem najlepiej, byłem wdzięczny Opatrzności, że mogę być przy nim w tych trudnych chwilach. Kiedy nastąpiła kapitulacja Basia zakomenderowała: nie ma, co zgrywać bohaterów idziemy z cywilami! Brat, który sporadycznie odzyskiwał przytomność oczywiście protestował, że to nie honor dla żołnierza chować się za kobietami. Szczerze mówiąc, zważywszy na okoliczności, wyśmialiśmy go chóralnie. Rozpoczęła się istna droga przez mękę. W obawie o słowa, jakie mógł nieopatrznie wypowiedzieć majaczący człowiek cały czas trzymałem w pogotowiu środek nasenny. Dotarliśmy do obozu w Pruszkowie. Smród, bród i ludzkie nieszczęście. Trzymaliśmy się razem i ta komitywa dodawał nam otuchy. Kiedy wydawało się, że już gorzej być nie może, spadł na nasza gromadkę dotkliwy cios. Niemcy zrobili kolejną selekcję i wywieźli Basię na roboty w głąb Rzeszy. My selekcję przetrwaliśmy, brat, jako chory ja chyba głownie ze względu na swój wygląd. Kiedy pierwszy raz po bardzo długim czasie wziąłem do ręki lusterko nie poznałem sam siebie. Zobaczyłem siwiutkiego, wychudzonego staruszka. Mimo tego rozpocząłem pracę w obozowej służbie sanitarnej.

Po tak zwanym wyzwoleniu przez Armię Radziecka wróciliśmy do stolicy. Natychmiast podjąłem pracę w swoim zawodzie. Mieszkałem w przyszpitalnej pralni. Nie można było narzekać na takie lokum. Było ciepło i miałem blisko do pracy. Mój brat zaczepił się u kolegi. Odwiedziłem go pewnego razu i już po krótkiej wymianie zdań zorientowałem się, że dla niego wojna trwa nadal i z konspiracyjnej roboty nie zrezygnował. Apelowałem do jego rozsądku, błagałem wręcz, aby dał sobie spokój. Moje prośby pozostały bez echa. Bałem się o niego. Komuniści pełną parą wzięli się za „oczyszczanie” terenu z elementów niepożądanych. Ludzi zabierano wprost z ulicy, znikali bez śladu. Tajemnicą poliszynela były okrucieństwa, jakich dopuszczano się wobec zatrzymanych. Czarny humor tego okresu „ten Cyryl jak Cyryl, ale te metody!”( Chodzi o więzienie przy ul. Cyryla i Metodego gdzie torturowano i mordowano żołnierzy AK) Prześladowania trwały. Pewnego wieczoru do drzwi mojej jakże ekskluzywnej garsoniery (tak żartobliwie nazywałem moje lokum) ktoś cichutko zastukał. Otworzyłem w progu stała młoda dziewczyna. W pierwszej chwili nie potrafiłem skojarzyć skąd ją znam. Proszę pana – niedawno był pan u nas w domu żeby odwiedzić brata. Tak poznaje – jest pani córką właściciela domu, prawda? Owszem ma pan rację. Co panią do mnie sprowadza? Przyszłam, aby pana ostrzec, mojego ojca i pana brata aresztowano. Kontaktowali się z dowódcą oddziału. Spotkanie odbywało się w leśniczówce, ktoś ich zdradził. Jednemu z chłopaków udało się przebić, zanim zostali całkowicie osaczeni. Zawiadomił mnie. A ja postanowiłam zawiadomić pana. Znałam adres i zanim zniknę, sumienie nie pozwala mi postąpić inaczej. Oni żywi z tego nie wyjdą. Dziewczyna wycofała się bez pożegnania.

Wpadłem w panikę, zacząłem pakować swój skromny dobytek. Na szczęście w porę przyszło opamiętanie. Dokąd pójdę? Owszem mam kliku przyjaciół z czasów przedwojennych, ale jakim prawem mam narażać tych niewinnych ludzi? Miotałem się po mojej „garsonierze” do samego rana. Każdy następny dzień był koszmarem. Ciągle oglądałem się za siebie. Najmniejszy szelest, trzaśnięcie drzwiami postrzegałem, jako zwiastun nadciągającego zagrożenie. Myślałem o moim bracie, czy jeszcze żyje? Jeśli tak czy go męczą? Wyszedłem ze szpitala całkowicie bez celu. Pomyślałem pójdę gdzie oczy poniosą. Sam nie wiem jak i kiedy znalazłem się niedaleko miejsca gdzie przed wojna mieszkał mój brat. Kamienica była w dobrym stanie, a na parapetach okiennych stały doniczki z kwiatami, tutaj życie po prostu toczyło się dalej. Ogarnęło mnie poczucie nostalgii, tęsknota za pięknem i dobrem. W pewnej chwili zza zakrętu wyjechał czarny Citroen ulubiony samochód bezpieki. Odwróciłem się na pięcie i energicznym krokiem zacząłem oddalać z tego miejsca, oddalać od najpiękniejszych wspomnień. Złapałem rikszę i kazałem wieść się w kierunku Wisły. Chyba właśnie tak czuje się zaszczute zwierze. Miałem problem z oddychaniem, diagnozowałem u siebie atak histerii. Zapłaciłem za kurs i poszedłem dalej pieszo nad brzeg rzeki. Do duszności dołączył silny ból w klatce piersiowej, zrobiło mi się niedobrze. Pochyliłem się targany torsjami. W pewnej chwili straciłem równowagę i wpadłem do wody, wartki nurt porwał moje ciało. Nie walczyłem z tym, zabrakło mi sił, po prostu stało się to, co miało stać.

Niespodziewanie jakaś wielka siła pociągnęła mnie w górę. Otworzyłem oczy, ponownie znajdowałem się na brzegu rzeki, a nieopodal stał młody chłopak, ten sam, który onegdaj powstrzymał mnie przed samobójstwem. Wpatrywałem się w niego pytająco. Uśmiechnął się i przemówił: Tadeuszu nie zawiodłeś mnie, jestem z ciebie dumny. Jego ciało zaczęło świecić w wielu kolorach, migotało i rozpływało stając jednym snopem światła. Usłyszałem głos, choć ze mną już czas. Nagle wstąpiła we mnie odwaga. Odpowiedziałem, że nie mogę teraz umrzeć, bo mam jeszcze sporo do załatwienia. Ciepły kojący głos odparł Tadeuszu ty już nie żyjesz, twoje ciało pochłonęła rzeka.  Zrozumiałem wszystko, dotarło do mnie z całą mocą, kim jest mój opiekun. Zbuntowałem się, krzyczałem nigdzie nie idę, brat mnie potrzebuje! Twój brat nie żyje, patrz: na tafli wody jak na ekranie kinowym ujrzałem scenę mordu popełnionego na moim bracie przez jego ubeckich oprawców. Tadeuszu, ja nie kłamię, nie mogę kłamać. Powtarzam, choć za mną poprowadzę cię. Coś we mnie pękło, poczułem się skrzywdzony jak dziecko i jak uparte dziecko opierałem się świetlistej istocie. Dobrze, zostań widocznie tego potrzebujesz, wrócę po ciebie, kiedy mnie zawołasz. Do dziś nie zawołałem.

Bliscy nie odchodza – Sylvia Browne

Pragnę zwrócić Państwa uwagę na książkę autorstwa Sylvi Browne „Bliscy nie odchodzą – wsparcie z drugiej strony”, która ukazała się nakładem wydawnictwa Studio Astropsychologii.

Autorka tego bestsellera jest światowej sławy medium. Od wielu lat prowadzi wykłady, zajmuje się hipnozą i regresją, a także pomaga w policyjnych śledztwach. Ma fenomenalne zdolności i spektakularne rezultaty. Wiedza, którą zawarła w „Bliscy nie odchodzą” jest oparta na wieloletniej praktyce dotyczącej tak zwanych zjawisk paranormalnych. Książka ta zrobiła na mnie olbrzymie wrażenie przede wszystkim ze względu na autentyczność samej autorki. Pani Sylvia Browne jest osobą niezwykle szczerą i bezpretensjonalną, życzliwie nastawioną do świata i ludzi.

Stworzyła swego rodzaju poradnik dla osób, które doznały dramatycznej traumy w związku ze śmiercią bliskiej osoby oraz tych, które doświadczają zjawisk PSI we własnym życiu jednak nie potrafią ich zrozumieć lub uporać się z emocjami, które im towarzyszą. Autorka podpowiada również „Jak poradzić sobie z otaczającym nas złem „ – tak zatytułowała jeden z rozdziałów. Jest to temat niebagatelny i może dotknąć każdego z nas. Złe miejsca i siły istnieją bez względu na opinie sceptyków.

Ksiązka zdecydowanie warta czasu i uwagi – polecam!

 

 

Historii Tadeusza ciąg dalszy cz.5

Przedstawiam ciąg dalszy losów Tadeusza.

Ruszyłem przed siebie szukając dogodnego miejsca, aby rozstać się z życiem. Idąc natknąłem się na długi gruby sznur leżący w gruzowisku. Pomyślałem, co za ironia losu, ludzie nie mogą zaspokoić podstawowych potrzeb, a ja mam sznur na zawołanie. Wypatrzyłem odpowiednie miejsce i bez żadnych wątpliwości, zupełnie mechanicznie zacząłem przygotowywać pętle. Nagle za plecami usłyszałem czyjś głos; a co ty tu robisz? Wieszać się chcesz? Zaskoczony obejrzałem się za siebie. Ujrzałem młodego chłopaka.

Zacząłem krzyczeć: a co ciebie to gówniarzu obchodzi! Nie przypominam sobie żebyśmy byli na ty! Wynocha!

Podszedł bliżej, był szczupłym blondynem.Zwróciłem uwagę na jego oczy. Były jasno błękitne zupełnie jak u małego dziecka. Poczułem się strasznie słabo, musiałem usiąść. Przez chwilę nie rozumiałem, co on do mnie mówi. Pomyślałem tylko czy jestem zahipnotyzowany? Wreszcie dotarło do mnie: pytał, czemu to robie? Opowiedziałem krótko o swojej stracie i o tym, że nie widzę sensu dalszej egzystencji na tym łez padole. Rozumiem twój żal, ale nie potrafię usprawiedliwić czynu, jaki zamierzasz popełnić.

A co taki młodzik może wiedzieć o życiu? Tadeusz uwierz mi ja tylko tak młodo wyglądam. Kolejna zagadka: skąd on zna moje imię? Słuchaj czy my się znamy – zapytałem. Tak znamy się dłużej niż myślisz. Zastanawiam się właśnie, co musiałoby się zdarzyć abyś przestał być takim egoistą? Zatkało mnie. Tadeuszu twój brat żyje. Czy przeszło ci przez myśl, że on poniósł równie wielką stratę? Czy chcesz zadać mu jeszcze więcej bólu swoją śmiercią? Zamiast odnaleźć go i przeżyć z nim żałobę? Mówisz, że nie masz, po co żyć, a pomyślałeś o ludziach, którym możesz pomóc. Niewielu jest medyków posiadających twoją zręczność i wiedzę.

Nie pomogłem własnej żonie! No wiesz, siłą woli to ty jeszcze nie leczysz. Nie brak pomocy z twojej strony ją zabił, tylko wojna. Jesteś pewien, że mój brat żyje, widziałeś go? Tak jestem pewien. Mam propozycję. Przepłyniemy dziś w nocy Wisłę i zaprowadzę cię do niego. Co mam zrobić? Zapytałem odruchowo. Pamiętasz to miejsce gdzie Anna miała wypadek? Tam będę czekał. Nagle zakręciło mi się w głowie i poczułem, że mdleje. Ktoś szturchał mnie wołając: żyjesz? Wracałem do rzeczywistości. Leżałem na stercie gruzu, nade mną stały dwie kobiety. Jedna powiedziała zostaw chyba pijany, szkoda gadać. Naszły mnie wątpliwości, może upadłem i uderzyłem się w głowę, a cała ta rozmowa była majakiem? Pomyślałem, że mimo wszystko warto spróbować. Jeśli mój brat żyje chcę przy nim być.

Wróciłem po swoje rzeczy z mocnym postanowieniem, że choćby nie wiem, co odnajdę brata. Poruszałem się między ruinami i domami, które o dziwo stały nienaruszone.Był to piorunujący kontrast. Przechodziłem podwórkami, jakbym znał tę trasę na pamięć. Dwukrotnie natknąłem się na Niemców, ale udało mi się ukryć. Powiedzieć, że czuwała nade mną jakaś nieziemska siła to jak nic nie powiedzieć. Znalazłem to miejsce, o którym wspominał chłopak. Dawno temu w innym świecie, moja żona chciała dyskretnie przebrać się w kostium kąpielowy. Wpadła na pomysł, żeby skorzystać z osłony pobliskich krzaków, wykonała przy tym jakiś przedziwny balans całym ciałem i zwichnęła sobie nogę. Niosłem Annę na rękach i choć stopa ją bolała to i śmiechu było, co niemiara. To wspomnienie dodało mi sił. Ukryłem się i czekałem na mojego przewodnika. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale byłem pewien, że przyjdzie. Czas mijał. Pojęcia nie mam ile zajęła mi droga i jak długo siedziałem w ukryciu. Mój elegancki zegarek oraz kilka banknotów w kolorze nadziei, stanowiło zapłatę za porządne wojskowe buty i manierkę. Zbierałem siły, wprawdzie zawsze świetnie pływałem, ale Wisła to wymagająca rzeka. Usłyszałem szept: Tadeusz, choć popłyniemy w tym miejscu. Chłopak wszedł do wody. Płyń za mną, będzie dobrze. Podczas przeprawy nagle straciłem go z oczu. Kiedy dobiłem do brzegu już tam był. Mówiłem ci, że się uda, obwieścił triumfalnie. Wal bracie w tamta stronę i tym razem nie zawiedź mnie Odszedł energicznym krokiem zanim zdążyłem zapytać, co właściwie miał na myśli. Szczerze mówiąc byłem wykończony. No tak, nie mam już trzydziestu lat. Ubrałem się w rzeczy, które przezornie związałem w tobołek.

Wiedziałem, że tu trwają ostre walki i w każdej chwili mogę wpaść w łapy Niemców. Na szczęście nadal czuwała nade mną ta wielka, niepojęta siła zwana opatrznością.  Wpadłem owszem, ale na powstańczy oddział. Na początku sympatycznie nie było. Wzięli mnie za szwabskiego szpicla i wcale im się nie dziwię. Pójdziesz gagatku z nami i komuś z wyższą rangą się wytłumaczysz. Zobaczymy coś ty za jeden. Już myślałem, że moi rodacy rozwalą mnie pod murem, co byłoby potwornie skrzekliwym chichotem historii. Dowódca spał, a sanitariuszka powiedziała, żeby go nie budzić tylko zawołać kogoś innego. Nagle usłyszałem znajomy głos „Kapralu jak nie wiecie, co z tym z robić to w tyłek sobie wsadźcie! Ja nie wytrzymam nerwowo” Zacząłem wołać mojego brata. Uściskał mnie serdecznie, śmiejąc się szczerze. Nagle jednak spoważniał. Tadek czy twoje pojawienie się oznacza, że zmądrzałeś czy też stało się coś złego? Tego momentu obawiałem się najbardziej. Nigdy nie byłem subtelnym mówcą. Wyrzuciłem z siebie gorzką prawdę z prędkością karabinu maszynowego. Brat zamarł w bezruchu, był skamieniały z bólu. Wreszcie z wściekłością zaczął walić pięściami w ścianę, po czym wybiegł na zewnątrz. Chciałem podążyć za nim, ale sanitariuszka zatrzymała mnie. Niech mnie pani puści on gotów strzelić sobie w łeb. Bez obaw on tego nie zrobi, to nie jest człowiek tego pokroju.

Proszę pani ja wiem, co to desperacja, ja się chciałem wieszać. Niepytany, spontanicznie zdałem jej relację z  wydarzeń jakie zaszły w moim życiu. Opowiedziałem również o tajemniczym młodzieńcu.  Czy brat wysłał po mnie tego chłopaka? Zapytałem z ciekawości Proszę pana myśmy jeszcze chwilę temu nie wiedzieli o pańskim istnieniu. No tak pomyślałem wstydził się mnie. Jak mam się do pani zwracać zagadnąłem? Basia, tak jak wszyscy. No, więc Basiu skoro brat nikogo po mnie nie wysłał to, kim był ten młody człowiek? Nie daje mi to spokoju, zwłaszcza, że bardzo dużo o mnie wiedział. Szczerość za szczerość, ja myślę, że to był Anioł Stróż. Dziewczyno rozmawiajmy jak dorośli ludzie, odrzekłem poirytowany jej infantylnością. Właśnie rozmawiamy. Tydzień temu byłam z chłopakami w kanałach. Ktoś krzyknął, że szkopy wrzucili gaz. Zaczęła się panika, tam byli też inni ludzie, wszyscy uciekali na oślep przed siebie. W pewnej chwili zostałam zupełnie sama, nie wiedziałam gdzie jestem. Wiesz miałam przy sobie morfinę, zdobyczną! Tutaj morfina jest cenniejsza od złota. Pomyślałam Boże jak zginę to lekarstwo się zmarnuje. Nagle zobaczyłam anioła, takiego z dziecięcych obrazków ze skrzydłami i aureolą. Podniósł mnie i poprowadził. Najdziwniejsze jest to, że nie myślałam skąd on się tam wziął. Moja uwaga była zajęta tylko jednym zagadnieniem – morfiną ! Opowiadałam o tej sytuacji mojej przyjaciółce. Orzekła, że jak się człowiek nawdycha gazu to samego diabła może zobaczyć. Basia energicznie poderwała się z miejsca i zaproponowała posiłek. Przyniosła chleb ze smalcem i prawdziwą angielską herbatę, której resztkę trzymała na szczególną okazję. I tak rozpoczął się kolejny etap mojego życia.

Sabat Samhain, Dziady czy Halloween ?

Zbliża się Sabat Samhain, Dziady czy jak kto woli Halloween.

Samhain to jedno z najważniejszych świąt Celtów. Wierzyli oni, że tej nocy świat zmarłych znajduje się najbliżej świata żywych, a byty z innych wymiarów uzyskują możliwość przejścia na stronę śmiertelników. W tradycji celtyckiej w noc z 31 października na 1 listopada zamyka się Koło Roku i rozpoczyna Nowy Rok. Z tego powodu ta noc jest tak szczególna, nie należy ani do nowego ani do starego roku, w pewnym sensie jest poza czasem. W wigilię Samhain gasili ogniska i pochodnie, nadając domom wygląd opuszczonych. Wystawiali przed domy jedzenie, aby dusze posiliły się i odeszły.

Jest to ulubione święto, Wiccan, dekorują oni domowe ołtarze darami natury związanymi z ta porą roku. Niektórzy organizują tak zwane milczące wieczerze. Posiłek spożywany jest w ciszy, a na stole znajduje się dodatkowe nakrycie.   Oczywiście zwyczaj Halloween wywodzi się wprost ze święta Samhain.

My Słowianie i bracia Bałci nie jesteśmy gorsi. W tym czasie celebrujemy Dziady, które znakomicie opisał Adam Mickiewicz.Celem obrzędów jest głównie uzyskanie przychylności zmarłych. Słowianie palili ogniska, aby odstraszać upiory, oświetlali domy wskazując drogę dobrym duszom.

Chrześcijaństwo w swojej brutalnej ekspansji tępiło wszystkie stare zwyczaje. Ponieważ nie udało się wyprzeć Dziadów, więc nadano temu świętu nowy charakter i atrybuty.

Nadal jednak światło świec czy zniczy pozostało sygnałem dla drugiej strony – jesteśmy, pamiętamy, kochamy!

Mili Moi!

Pamiętajcie, że czas ten jest dobry dla wróżb, ale fatalny na medytację!

Nie można pozostawać bez ochrony mentalnej, kiedy po świecie krążą byty nie koniecznie nam przychylne.

Jeśli wyjeżdżacie to noga z gazu – nikt nie wymaga od nas ofiary z życia, a już na pewno nie ci, do, których tak szaleńczo gnamy.

Pozdrawiam bardzo serdecznie i cieplutko!