Nowy dział – „Recenzje” !

Moi mili postanowiłam utworzyć nowy dział w Biurze Duchów: „Recenzje”

Chciałabym dzielić się z Wami ciekawymi, wartościowymi pozycjami, które przeczytałam. Dzielić nie tylko w sensie opinii i wrażeń, ale również dosłownie!

 

Każda książka, której recenzja pojawi się na moim blogu, czeka na stępnego czytelnika. Wystarczy opisać swoją historię lub po prostu wyrazić chęć posiadania danej pozycji.

Wychodzę, bowiem z założenia, że ksiązki są po to, aby były czytane i radośnie wędrowały z rąk do rąk . Adres email znajduje się na stronie „O mnie”.

Na książkę inaugurującą ten dział wybrałam; „Duchy czy nieznana siła” autorstwa Pana Marcina Stachelskiego.

Zaznaczam – zdecydowanie nie jest to pozycja dla amatorów powieści z dreszczykiem!

Autor jest z wykształcenia historykiem i to zacięcie naukowo – badawcze determinuje styl i treść wspomnianej publikacji. Hylę czoła przed tytaniczną pracą, jaka bez dwóch zdań została wykonana podczas gromadzenia materiałów z tak wielu źródeł! Świadczy to nie tylko o rzetelności historyka, ale również o determinacji poszukiwacza, który chce dojść prawdy.

Pojawiają się tu bardzo interesujące i nieznane wątki biograficzne, dowiadujemy się wiele o pomnikowych postaciach polskiej literatury i nauki, których od tej strony zna zapewne tylko garstka badaczy.

Szeroko została przestawiona osoba Juliana Ochorowicza – wybitnego uczonego, wynalazcy, psychologa, prekursora polskiej parapsychologii, a przede wszystkim niestrudzonego badacza fenomenów parapsychicznych. Autor pozwala nam być świadkami eksperymentów, jakie Julian Ochorowicz przeprowadzał z udziałem mediów o niespotykanej sile takich jak Eusapia Palladino czy Stanisława Tomczyk. Opisy są tak bogate, realistyczne i wielowątkowe, że doprawdy czujemy klimat całej epoki.

Książki takie są bardzo potrzebne przede wszystkim, aby uświadomić wielu sceptykom, że spirytyzm i mediumizm są dziedzinami, których istota nie została do końca poznana , ale była i jest przedmiotem poważnych badań naukowych.

Fenomeny parapsychiczne są niczym innym jak tylko zdolnościami czy predyspozycjami umysłu ludzkiego, których nauka nie potrafi jeszcze właściwie sklasyfikować. Ja osobiście nie nazywam tych zjawisk nadprzyrodzonymi, są one dla mnie naturalne i głęboko humanistyczne.

Nie wierzę też, aby tak wiele wybitnych umysłów jak (wybieram z naszego podwórka) Sienkiewicz, Skłodowska-Curie czy chociażby Marszałek Piłsudski myliło się nadając miano i sens czemuś, co można „między bajki włożyć”.

Jeszcze raz serdecznie polecam „Duchy czy nieznana siła” Marcina Stachelskiego!

 

 

 

Wniebowstapienie przez piekło w cieniu krzyża

Dzisiaj pragnę podzielić się z Wami treścią przekazu, który otrzymałam kilka dni temu. Jest to dla mnie przebogate i bardzo specjalne doświadczenie.

Zacznę od tego, że wiele lat temu, jako mała dziewczynka, kolonistka, pojechałam na wycieczkę razem z całą grupą.

Niewiele z tego wielogodzinnego maratonu zapamiętałam. Wąskie, klaustrofobiczne korytarze, dziwny zapach i pomnik poświęcony więźniom obozu koncentracyjnego. Ludzi tych zmuszano do niewolniczej pracy, a kiedy zabrakło im sił mordowano. Ich ciała pozostały w wielu zasypanych korytarzach.

Pomnik znajdował się w podziemnej sali, przedstawiał sylwetki ludzi leżące w stężeniu pośmiertnym i okryte białym płótnem. Nie wiem, kto jest autorem tej pracy, ale artyście udało się idealnie oddać strukturę materiału. Każda fałdka wydawała się miękko okrywać leżące ludzkie ciała.

Po tak wielu latach, w mojej wizji, znalazłam się ponownie w tym miejscu i patrzyłam na umęczone ludzkie szkielety, byłam wzruszona. Miałam ochotę pochylić się i pogładzić głowę jednego z nich.

Nagle poczułam silny ruch powietrza i znalazłam się w olbrzymiej świątyni. Wielkie katedry, jawiły mi się wobec tego ogromu niczym wiejskie kapliczki. Proste strzeliste łuki wydawały się sięgać sklepienia nieba. Nie było tam żadnych ozdób, ani złotych ani jakichkolwiek innych. Na środku stał prosty drewniany ołtarz, a zanim wisiał obraz Jezusa, który namalowano na podstawie objawienia siostry Faustyny. Jego kopia stanowi miniaturę w niniejszym wpisie. Obraz był również olbrzymi. W świątyni stało wiele rzędów prostych ławek pachnących jeszcze żywicą sosnową. Nie mogłam ustalić źródła światła, wydawało mi się, że to sama świątynia emanuje taką jasnością, która rozświetla najdalsze zakamarki. Cisza, spokój, harmonia i pewność, przebywania we właściwym miejscu. Przed stopniami ołtarza spoczywała rzeźba, o której wcześniej wspomniałam. Nagle rozległa się cicha muzyka, bardzo delikatna i kojąca.

Ku mojemu zdumieniu sylwetki więźniów ożyły i odchyliły ten swoisty całun, który je spowijał. Ludzie powoli podnosili się i zajmowali miejsca w ławkach. Było ich tak wielu.

Przez cały ten czas w głębi siebie słyszałam wiersz, który otrzymałam dużo wcześniej, jako oddzielny przekaz:

Mario

Niema w tobie nic boskiego

Kiedy trzymasz w objęciach

Bezwładne ciało

Może tylko ból, który sięgnął nieba

Cała jesteś smutkiem

A rozpacz

Gaśnie wraz z tobą

Wierzę

Że wniebowstąpiłaś

Przez piekło

W cieniu krzyża

 

Jezu

W twoim umęczonym ciele

Nie ma nic boskiego

Może tylko miłość

Która nie była z tego świata

Kiedy błogosławiłeś ludzi nadzieją

Objąłeś ramionami krzyża

 

Wierze

W twoje królestwo

Przez wieczną światłość

Przez twoją śmierć

i obietnice

 

Pojęcia nie mam, dlaczego akurat w tym momencie odezwało się wspomnienie tego utworu.

Kiedy prawie wszystkie ławki zostały zajęte. Muzyka ustała, a obraz zaczął świecić przedziwnym ciepłym światłem. Wreszcie z serca Jezusa zaczęły wydobywać się promienie we wszystkich kolorach tęczy. Było to przepiękne widowisko. Promienie rozchodziły się po całej świątyni i powodowały, że ludzie siedzący w ławkach jakby rozpływali się w nich.

Kiedy tęcza zabrała wszystkich, światło zgasło, a ja podeszłam do pomnika przy ołtarzu.

Popatrzyłam na wielką białą płachtę, która z kamiennej przemieniła się w zwykłe płótno.

Usłyszałam:, czemu jesteś smutna czy nie widzisz, że grób jest pusty?

 

Po tych słowach obudziłam się we własnym świecie. Wyjątkowo nie skomentuję tego przekazu, pozostawiam to czytelnikom.

Mam tylko prośbę, jeśli ktoś kojarzy miejsce i tą specyficzną rzeźbę proszę o podanie lokalizacji: edel @op.pl

Dzięki uprzejmości jednej z Pań czytających bloga miejsce i rzeźba zostały zlokalizowane. Jeszcze raz dziękuję !

https://plus.google.com/photos/114857480009426475381/albums/5402824341294920273/5402833303720489666?banner=pwa&pid=5402833303720489666&oid=114857480009426475381

Historia kryminalna z duchem w tle

Historię tą opowiedziała mi zaprzyjaźniona starsza pani. Dzieje się ona w latach osiemdziesiątych, kiedy półki sklepowe świeciły pustkami, a zdobycie wielu produktów graniczyło z cudem.

 

Ten rok był dla Marka szczególny. Praktycznie w jednym miesiącu pożegnał ojca, którego bardzo kochał i poznał Annę, nową asesor w prokuraturze rejonowej, gdzie pracował.

W tej energiczniej i zawsze wesołej kobiecie zakochał się od pierwszego wejrzenia.

Dla matki Marka, Haliny również był to czas niełatwy. Z jednej strony odetchnęła, bo synowi starokawalerstwo już raczej nie groziło, ale śmierć Adama, z którym przeżyła wiele wspólnych lat była wielką traumą. Halina często chodziła na cmentarz i spędzała długie godziny przy grobie swojego męża. Jakieś pół roku po jego śmierci, Halina miała dziwny sen. Adam stał przed nią w samej bieliźnie i powiedział:

– Halinko zrób coś mnie jest tak strasznie zimno!

Sen ten zaczął się powtarzać pomimo odprawienia mszy za duszę zmarłego i ciągłych odwiedzin jego grobu. Wreszcie Halina zwróciła się do syna:

– Marek ja cię proszę otwórzmy grób, ja muszę zobaczyć, jak ojciec został pochowany!

Marek starał się wytłumaczyć mamie, że nieboszczykowi nie może być zimno. Przekonywał: – mamo jesteś jeszcze w żałobie i widocznie psychika nie wytrzymuje, może czas skorzystać z porady specjalisty

Matka zareagowała nerwowo:

– ty mnie do wariatkowa nie wysyłaj, ja wiem, że umarłemu ciepły koc jest niepotrzebny! Uważam, że stało się coś niedobrego i Adam chce zwrócić na to uwagę. Przysięgam, jeśli nie załatwisz zezwolenia na legalną ekshumację, a w końcu jesteś przecież prokuratorem to własnymi rękoma pomnik rozbiorę. Ja tego dłużej nie wytrzymam.

Marek obiecał mamie, że porozmawia na ten temat z przełożonym. Zastanawiał się jak ma to zrobić, przecież nie może powiedzieć, że jedyną przesłanką do ekshumacji są niepokojące sny, jakie ma pogrążona w żalu wdowa.

Bijąc się z myślami udał się na Bazar Różyckiego. Niedługo Anna będzie miała urodziny, a w sklepach pustki. Może dobra czekolada poprawiłaby nastrój mamie?

Marek chodził między straganami i nadziwić się nie mógł nad ilością deficytowych towarów, oferowanych przez jakże operatywnych rodaków. Kiedy zrobił zakupy i kierował się w stronę wyjścia z wielkim impetem wpadła na niego zapłakana kobieta. Torby wypadły obojgu z rąk, kobieta zaczęła przepraszać cały czas spazmatycznie szlochając. Marek zapytał;

-, co się stało, czy ktoś panią okradł? Proszę panią jestem prokuratorem, proszę mi powiedzieć wezwiemy milicję.

Kobieta z trudem powstrzymując płacz powiedziała:

– pół roku temu pochowałam siedmioletnią córeczkę, ciałko kazałam ubrać w sukieneczkę do Pierwszej Komunii, której nie doczekała.Dzisiaj zobaczyłam tą samą sukienkę na straganie, kiedy zapytałam skąd ta handlara ją ma zostałam zbluzgana i przegoniona.

– Czy jest pani pewna, że to ta sama rzecz?

– Proszę pana w sklepie pan takiej nie kupi to prezent od mojej siostry mieszkającej we Francji, sukienka miała nietypowy krój i obszyta była prawdziwą holenderską koronką. To absolutny rarytas i unikat!

Marek postanowił, że nie można zostawić tej sprawy bez zbadania. Zatrzymał przechodzący patrol i razem z milicjantami udał się we wskazane miejsce. Handlarka mętnie tłumaczyła sposób, w jaki weszła w posiadanie sukienki. Mlicjanci zamknęli stoisko, skonfiskowali jego zawartość i zatrzymali kobietę do wyjaśnienia. Marek już na komendzie przeglądał zarekwirowane przedmioty. Nagle cała krew odpłynęła mu z twarzy, znalazł papierośnicę ojca, którą mama razem z kilkoma innymi przedmiotami kazała włożyć do trumny.

No teraz miał gotowy i mocny pretekst do ekshumacji. Jakby tego było mało przesłuchał handlarkę, która przyznała, że sukienkę i inne przedmioty nabyła celem dalszej odsprzedaży od takich dwóch – tu padły nazwiska. Szybko ustalono, że ci dwaj panowie są pomocnikami w firmie kamieniarskiej. Jak się okazało firma działa na tym samym cmentarzu gdzie pochowano jego ojca i córkę owej zapłakanej kobiety?

Oczywiście hieny cmentarne zatrzymano, a kilkanaście grobów otwarto i stwierdzono, kradzież wartościowych przedmiotów.

Kiedy sprawa została zamknięta sny ustały, a Halina podsumowała zdarzenia następująco:

– mówiłam ci Marku, że ojciec chce zwrócić uwagę na jakąś niegodziwość i miałam rację, szkoda tylko, że przekaz był tak enigmatyczny, inaczej rozwiązałbyś sprawę jeszcze szybciej!

Działalność tak zwanych hien cmentarnych uważam za jedno z najbardziej obrzydliwych przestępstw potępianych nie tylko przez Kodeks Karny, ale również przez zwykła ludzką przyzwoitość. Ojciec Marka najwyraźniej myślał tak samo.

Ciekawe jest też spotkanie Marka i tej zapłakanej kobiety. Niejednokrotnie spotykamy właściwych ludzi, kiedy tego najbardziej potrzebujemy. Czy rzeczywiście los jest ślepy?

Przy okazji chciałabym polecić Państwa uwadze kwartalnik „Spirytyzm” wydawany przez Polskie Towarzystwo Studiów Spirytystycznych. Odkryłam tą pozycję wydawniczą niedawno, ale jest z pewnością warta uwagi i zainteresowani czytelników.

„Tu zaszła zmiana w scenach mojego widzenia”*

Historia ta wydarzyła się w rodzinie zagorzałych ateistów, ludzi nauki z upodobaniem negujących wszystko, co nie mieści się w światopoglądzie materialistycznym.

 

Główne postaci to Teresa, lekarz dermatolog, ordynator szpitala i jej mąż Andrzej inżynier architekt. Świetna para, dobrane małżeństwo. Obydwoje ambitni i bardzo pracowici.

Andrzej wyjechał w delegacje i już w czasie jej trwania poczuł się źle. Gorączka, ogólne rozbicie i dziwne zaczerwienienie na udzie, nie bolesne, ale dokuczliwe. W drodze powrotnej prosił swojego kolegę Piotra, aby prowadził samochód, bo sam nie był już w stanie.

Jak łatwo się do myśleć, żona zbadała go i zdiagnozowała, tzw. różę. Pocieszyła męża, że to nieprzyjemna dolegliwość, ale istnieją sprawdzone leki i można sobie z nią poradzić. Rzeczywiście terapia poskutkowała dość szybko. Tyle, że trzy miesiące później sytuacja się powtórzyła, a objawy nasiliły. Teresa zabrała męża do szpitala i tam zleciła serie dodatkowych badań. Nie będę zanudzać opisem całej terapii dość, że pomimo zastosowania najnowocześniejszych leków, sprowadzonych specjalnie z USA, historia się powtórzyła. Mało tego charakterystyczne zaczerwienienie rozprzestrzeniło się na twarz.

Teresie było bardzo przykro, że Andrzej tak się męczy. Jednak jako doświadczony specjalista zdawała sobie sprawę, że na tą chwilę znaleźli się pod ścianą. Nic więcej nie mogła zrobić.

Pewnego razu, na nocnym dyżurze usłyszała rozmowę dwóch pielęgniarek:

– Pani doktor to się zamartwi z powodu męża, żal mi jej, wiesz u mnie w rodzinie jest ciotka szeptucha , na granicy z Ukrainą mieszka ona nie takie rzeczy potrafi wyleczyć

– To powiedz o niej pani Teresie,

– Coś ty wiesz, jaka ona jest zasadnicza zaraz będzie ględzić, że to ciemnota i zabobony.

Po powrocie do domu Teresa podzieliła się z mężem treścią zasłyszanej rozmowy.

-Powiedz mi Andrzej, co o tym myślisz? Wiesz, że jestem przeciwna różnym znachorkom, ale w tej sytuacji … Zrozum ja ci już nie potrafię pomóc.

Andrzej zamyślił się leczenie u znachorki nie bardzo mieściło się w jego postrzeganiu świata. Był jednak wyczerpany już nie tylko fizycznie, ale i psychicznie.

– Teresko, – zwrócił się do żony – porozmawiaj z pielęgniarką, poproś o adres.

Teresa nie kryjąc zakłopotania przyznała, że słyszała rozmowę i poprosiła pielęgniarkę o adres znachorki.

-Pani doktor u nas się nie mówi znachorka tylko szeptucha.Ona jest bardzo skuteczna – tego nie można wytłumaczyć naukowo, ale trudno dyskutować z faktami, a świadczą one o dużej efektywności tej terapii.

Pojechali. Na miejscu, przywitała ich bardzo miła staruszka i zapewniła, że w jej pojęciu choroba jest uleczalna.  Najpierw Andrzej był zły, bo palenie jego włosów i kropienie go święconą wodą uznał za obrzędy żywcem wyjęte ze średniowiecza.

Później, kiedy objawi całkowicie ustąpiły czuł tylko wdzięczność, zmieniając diametralnie podejście do dziedzin niekonwencjonalnych.

Kiedy Andrzej ponownie spotkał Piotra, ten widząc kolegę w doskonałej kondycji powiedział: nie ma to jak żona lekarka, co? Wiesz Piotrek z moim leczeniem to dość skomplikowana i długa historia. Opowiedział o niepowodzeniach żony i o wizycie u znachorki.

Piotr zareagował spontanicznie: daj mi adres, pojedziemy tam! Jesteś chory? Piotr smętnie zwiesił głowę: od dziesięciu lat staramy się o dziecko, według lekarzy nie mamy szans.

Upłynęło kilka miesięcy i nagle – telefon od Piotra: wiesz byliśmy u tej szeptuchy i wyobraź sobie powiedziała, że przy pierwszej pełni zostanie poczęte dziecko. W słuchawce zapadła niezręczna cisza.

Andrzej to się stało! Moja żona jest w trzecim miesiącu, a ja obiecałem tej kobiecie zapłatę w dolarach, jeśli będzie dzieciątko.

Andrzej zapytał kolegę czy chce pożyczyć od niego te pieniądze. Piotr energicznie zaprzeczył: chodzi mi tylko o to czy  pielęgniarka, krewna szeptuchy,  jedzie na święta w swoje rodzinne strony? Czy może przekazać pieniądze  ciotce? Wiesz to bardzo daleko, a ja mam w pracy dosłownie urwanie głowy.

Andrzej powiedział, że dowie się i pomoże załatwić sprawę.

Piotr drżącym głosem dodał:

– wiesz ona przychodzi do mnie we śnie i domaga się swojej zapłaty, ponagla, bo będzie miała wesele wnuka!, Andrzej rozumiesz? Ja  nie chce jej oszukać, a ona mi się śni. Grozi mi palcem TY OBIECAŁ!

Jeszcze niedawno Andrzej , słysząc takie zwierzenia, kręciłby kółka na czole, teraz przyjął wszystko spokojnie i ze zrozumieniem.

Mówi się, że cierpienie uszlachetnia. Z mojego doświadczenia mogę dodać, że również otwiera, zmienia nawet, z pozoru ugruntowany światopogląd, a czasami i przekonania religijne.

Przyznam, że bardzo często korzystam z dobrodziejstwa medycyny naturalnej. Szczególnie wiele zawdzięczam homeopatii, którą z całego serca polecam !

* Sen Lorda Byrona

 

 

Ile historii może opowiedzieć jedna książka ?

Ksiązki mają swoją historię, oczywiście im są starsze tym opowieść jest dłuższa.

 

Dostałam kiedyś w prezencie  bardzo stary egzemplarz Atlasu Anatomii Człowieka dla studentów medycyny. Pomyślałam sobie; na co mi taka książka w dodatku napisana po niemiecku? Darczyńcą była moja koleżanka na stałe wyjeżdżająca z kraju. Dawała z całego serca i w głębokim przekonaniu, że sprawi mi przyjemność. Nie mogłam tego daru odrzucić.

Książka przeleżała parę tygodni na półce aż któregoś dnia robiłam porządki i pomyślałam, że czas najwyższy, aby do niej zajrzeć.

Okładka była podniszczona, ale w środku ksiązka prezentowała się dużo lepiej – przez tyle lat jej stronnic dotykało wiele osób. Ilustracje przedstawiały budowę ludzkiego ciała, mięśni, kości. Z zainteresowaniem studiowałam łacińskie nazwy. Nawet nie spostrzegłam, kiedy minęły ponad dwie godziny. Nie mogłam się od niej oderwać, czułam emocje osób, które miały z nią kontakt. Teraz potrzebowałam tylko czasu, aby  przetworzyć i poskładać zebrane informacje. Książka przemawiała do mnie przez kilka nocy.

Pierwsza wizja: mężczyzna w wieku około 40 lat, Niemiec, z profesji lekarz, szpital pełen ludzi. Wszystko wskazywało na epidemię. Pacjenci leżeli wszędzie nawet na podłodze w korytarzu. Nie wiem jaka choroba ich dręczyła, ale wśród ofiar było dużo dzieci. Mężczyzna dosłownie dwoił się i troił biegając między pacjentami. Później przez krótką chwilę widziałam go w domu. Wydaje mi się, że jego dziecko też zachorowało, a on nie mógł nic zrobić, aby mu pomóc. Dramat, porażka ojca i lekarza. Kryzys wiary i kompetencji.

Następny obraz to spory skok w czasie.  (Epokę oceniam zwykle na podstawie ubiorów, chyba, że istnieją przesłanki do precyzyjnego datowania). Książka znowu należy do lekarza, ale młody człowiek mówi po polsku. Jest ubrany w mundur legionisty. Moje serce rośnie! Mężczyzna jest w swoim domu, dochodzi do sprzeczki między nim a jego matką. Sięga po jakąś książkę i strąca z półki Atlas, nie podnosi go, wybiega z pokoju, a jego wojskowy but odciska się na okładce.

Następny kadr, krajobraz po bitwie, wszędzie ludzkie ciała i nagle zmiana, szpital polowy. Mój bohater jest zmęczony, ale szczęśliwy: to pewne – będzie wolna Polska. Jego radość udziela się i mnie. Niestety jęki rannych i fetor zgnilizny rujnują  podniosłość chwili.

Kolejny obraz – pan doktor ma syna, daje mu na imię Józef na cześć Marszałka. Widzi w nim swojego następcę – to będzie kolejny chirurg w rodzinie. Potem znowu ogromne emocje, na arenie historii pojawia się kryminalista, niejaki Adolf H. Lekarz zna niemiecki słucha radia, pali papierosa za papierosem.

Znowu  wojna, Józef student medycyny, pracuje w szpitalu, jako pielęgniarz. Nie zdążył ukończyć studiów, uczy się więc od innych lekarzy. Pomaga mu jego przedwojenny wykładowca.

Wybucha Powstanie, chłopak walczy dzielnie, jako żołnierz i lekarz. Jego odwaga i empatia zadziwia wszystkich. Ojciec jest dumny.

Odważny młody człowiek, zakochuje się i marzy o innym życiu, zwyczajnym, nudnym. Kiedy jego  oddział przechodzi przez cmentarz, Józef widzi wielki krzak różany, urywa jedną gałązkę dla swojej ukochanej. Dziewczyna dostaje kwiat i cieszy się, choć wie, że to róża cmentarna. Jakie to może mieć znaczenie, kiedy dookoła szaleje inferno.

Józef zostaje ranny w prawe ramię i dłoń. Będzie lekarzem, ale już wie, że nigdy chirurgiem.

Doszłam do wniosku, że ta niezwykła książka powinna dalej towarzyszyć komuś innemu.Podarowałam ją pani kardiolog, która ratowała moją mamę po ciężkim zawale.

Prezent przyjęła ze szczerą wdzięcznością, chociaż nie bez oporów. Powiedziała, że spodoba się również jej córce, studentce medycyny.

Atlas Anatomii Człowieka wrócił na swoje miejsce.

 

 

 

 

Enigmatyczna przepowiednia z zaskakującym epilogiem

Jest to historia przekazana mi przez moją Babcię.

W Warszawie mieszkała znana wróżka, do, której przed wojna ludzie chodzili, bo było to modne, a w czasie wojny, bo szukali nadziei, szukali swoich bliskich lub po prostu chcieli dowiedzieć się czegoś o przyszłości.

Madam Irma, nie była naciągaczką czy oszustką, lecz wybitnie uzdolnionym medium o sporych sukcesach w dziedzinie dywinacji jak i  odnajdywaniu osób  zaginionych. Madam posiadała rzadki dar, potrafiła przejrzeć człowieka i jego duszę na wylot. Była to kobieta egzotycznej urody, znająca kilka języków, jednym słowem niebanalna osoba.

Znajoma mojej Babci, pani Zofia zwierzyła jej się kiedyś z obaw dotyczących przyszłości swojego syna.

Babcia niewiele myśląc, poleciła jej wizytę u wróżki, zachwalając przy tym jej nadzwyczajne zdolności, których sama doświadczyła.

Pani Zofia zdecydowała się skorzystać z jej usług i udała  pod wskazany adres. Służąca wpuściła Zofię i uprzejmie poprosiła, aby poczekała w przedpokoju. Poinformowała też jak jest  opłata za usługę i pobrała ją z góry. Już na pierwszy rzut oka widać było, że Madam problemów finansowych nie ma . Obszerne mieszkanie i służba to luksus dostępny niewielu.

W pewnym momencie drzwi jednego z pokoi otworzyły się i wyszedł z nich, niemiecki oficer, który nadzwyczaj uprzejmie pożegnał się z Madam. W pierwszej chwili Zofia chciała wstać i wyjść, w głowie jej się nie mieściło, że są tam przyjmowani okupanci. Jednak pojawiła się Madam Irma i zaprosiła ją do środka.

Przez chwilę przyglądała się Zofii, po czym sięgnęła po szklaną kulę stojącą na podręcznym stoliku. Zanim Zofia zdążyła powiedzieć, co ją do Madam sprowadza, ta zapadła w jakiś dziwny trans. Po chwili ocknęła się i zwróciła do Zofii przedziwnymi słowami:

Przyszłaś tu w sprawie syna. Słuchaj, zatem kiedy na progu mieszkania zobaczysz kurę bez głowy, twój syn niech natychmiast ucieka, bo jego życie będzie w niebezpieczeństwie. Jeśli to zlekceważysz czeka go straszna śmierć. Na tym dywinacja zakończyła się.

Pani Zofia spotkawszy moją Babcię nie kryła oburzenia: gdzie mnie pani wysłała to jakaś wariatka, tu pojawiło się sprawozdanie z wizyty. Babci zrobiło się głupio i powiedziała tylko, że nie zna wróżki od tej strony. Zofia podzieliła się rewelacjami również z synem, który o dziwo  nie kręcił znaczących kółek na czole . Powiedział tylko ; mamo teraz są takie czasy, że i  wróżby mogą być nadzwyczajne.

Nie minęło kilka miesięcy, kiedy, pani Zofia usłyszała dziwne odgłosy dochodzące z klatki schodowej. Wyszła na korytarz , a jej oczom ukazał się zdumiewający widok. Z lokalu  położonego vis a vis,  przez otwarte drzwi wybiegła kura pozbawiona głowy. Zofii zabrakło tchu, wpadła do mieszkania  jak bomba, krzycząc do syna, aby uciekał, bo spełniła się wizja Madam Irmy.

( wyjaśniam, sąsiadka Zofii to przedwojenna elegancka dama, która w tamtej chwili niewprawną ręką usiłowała pozbawić życia cudem zdobytą kurę, drzwi były niedomknięte, a ptak w przedśmiertnych konwulsjach „opuścił” mieszkanie)

Syn Zofii zareagował natychmiast wyciągnął torbę, do, której wrzucił kilka rzeczy, pocałował ją i powiedział:  tu masz pieniądze uciekaj do siostry.

Za niespełna trzy godziny w mieszkaniu Zofii zaroiło się od gestapowców. Byli brutalni i przewrócili wszystko  do góry nogami. Zagadką pozostaje, czemu nie aresztowali Zofii.

Kiedy poszli, Zofia najpierw długo płakała masując spuchnięty policzek, potem zaczęła pakować swoje rzeczy. Raniutko udała się na poranną mszę, aby poradzić się księdza, co robić dalej. Na tej mszy spotkała moją Babcię i razem poszły na plebanię. Ustalili, że Zofia zostanie klika dni u mojej Babci, a później zorganizują jej transport na prowincję do siostry.

Tak też się stało.

Wyobrażam sobie ile osób czytając treść przepowiedni Madam, uśmiechnęło się z niedowierzaniem.

Powiem szczerze: nie dziwie się sama miałam takie odczucia.

Jako puenta pojawia się pytanie: czy istnieją ludzie, przed, którymi przyszłość uchyla rąbka tajemnicy? Jeśli tak, jak wiele mogą powiedzieć?

 

 

Uratowani od śmierci z rzezi wołyńskiej

Poprzedni wpis był związany z historią, która swój początek miała na kresach wschodnich Rzeczpospolitej, chciałabym zatrzymać się chwile w tym rejonie.Zapraszam do przeczytania kolejnej opowieści z pogranicza dwóch kultur i dwóch światów.

 

Mój rozmówca przyszedł na świat w 1940 roku, jako trzecie dziecko w polskiej rodzinie mieszkającej we wsi położonej na terenie dzisiejszej Ukrainy. Jego brat Jerzy urodził się 10 lat wcześniej w bardzo dramatycznych okolicznościach.  To był długi i ciężki poród, który bez pomocy mądrej Babci Hryciukowej mógł zakończyć się tragicznie. Przez wiele godzin życie matki i dziecka wisiało dosłownie na włosku. Walka została wygrana i Jerzy przeżył stając się ulubieńcem Babci.

Trzeba tu wspomnieć, kim była owa Babcia Hryciukowa .Można spokojnie powiedzieć, używając współczesnego słownictwa , że Hryciukowa była człowiekiem instytucją. Przychodzili do niej po pomoc i poradę wszyscy, bez względu na wiek, narodowość czy wyznanie. Ludzie przyjeżdżali z innych wsi, ponieważ nie było choroby, z którą  by sobie nie poradziła . Była zielarką, położną i jeśli zaszła taka potrzeba rozjemcą w sprawach spornych. W jej domu ikona wisiała obok obrazu Matki Boskiej Ostrobramskiej , a kiedy Babcia zaczynała dzień zawsze wrzucała do ogania garść ziół dla Wielkiej Matki. Jednym słowem ekumenizm  stosowała w praktyce .

Babica Hryciukowa wcześnie owdowiała , swoje gospodarstwo przekazała jedynemu synowi.Sama zajęła się tym, do czego została powołana.

We wsi ludzie żyli przez całe lata zgodnie , a małżeństwa mieszane to znaczy polsko-ukraińskie nie należały wcale do rzadkości. Wszystko to trwało, aż nastał czas ciemności i obudzony w 1939 roku demon wojny wlał jad nienawiści w serca ludzkie.

Kilka lat później, dla Polaków rozpoczęła się jedna z największych tragedii narodowych , określana mianem rzezi wołyńskiej .

Młodszym czytelnikom wyjaśniam , że ta zbrodnia ludobójstwa , miała charakter czystki etnicznej , dokonanej prze nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej. Według źródeł historycznych, UPA podjęła decyzję w tej sprawie w marcu 1943 roku. Ogrom zbrodni i okrucieństwa pozostawiał daleko w tyle dokonania III Rzeszy. Liczbę ofiar szacuje się na około 50- 60 tysięcy . Nie oszczędzano nikogo ani starców, ani kobiet , ani maleńkich dzieci..

Nakreśliłam sytuacje , aby czytający mieli świadomość, w jakim strachu i stresie żyli bohaterowie tej opowieści.

Do rodziców doszły już wieści o pogromach w innych miejscowościach. Zaczęli oni poważnie myśleć o opuszczeniu wsi. Nie jest jednak łatwo pozostawić dorobek życia i wyjechać w nieznane.

Którejś nocy, Jerzy usłyszał delikatne stukanie w szybę. Za oknem stała Babcia Hryciukowa i dawała znaki, aby do niej wyszedł. Jerzy nie budząc nikogo podszedł do zaryglowanych drzwi i uchylił je, Babcia nie chciała wejść do środka, powiedziała tylko: mój kochanieńki przyszłam was ostrzec, jeśli do niedzieli nie opuścicie tego domu wszyscy zginiecie, zaufaj mi wiem, co mówię , uciekajcie póki możecie. Idzie straszna śmierć, okrutny czas. Po czym nagle kobieta zaczęła się oddalać aż zniknęła w mroku nocy.

Jerzy niewiele myśląc obudził rodziców i powiedział o wizycie Hryciukowej .Ojciec obruszył się, : czemu nas nie budziłeś, kiedy z tobą rozmawiała . Jerzy odparł, że chciał Babcię zatrzymać, ale się spieszyła. Tej nocy już nikt nie zasnął, a decyzja została podjęta.

Rodzina z pomocą boską i ludzką uniknęła śmierci, wreszcie dotarli do Przebraża, gdzie wraz z innymi Polakami dzielnie odpierali ataki UPA , dzieki czemu ocaleli. Inni nie mieli tyle szczęścia.

Bohaterowie tej opowieści zostali przesiedleni i zamieszkali na Górnym Śląsku .Kiedy Jurek studiował na Politechnice Śląskiej , wysłano go na zjazd studentów z tzw. bratnich krajów.

Wśród studentów z  ZSRR rozpoznał Iwana, wnuka Babci Hryciukowej. Niewiele myśląc podszedł i przedstawił się, Iwan też go pamiętał. Kiedy zorganizowano wspólne ognisko i chłopaki mogli spokojnie porozmawiać Jerzy opowiedział Iwanowi o nocy, podczas, której otrzymali ostrzeżenie od jego Babci. Iwan zapytał, kiedy dokładnie to było, Jerzy podał konkretną datę ( są daty, których się nie zapomina ). Chłopak , po namyśle powiedział; cieszę się , że żyjecie, ale albo mylisz daty albo to nie była moja babcia .Staruszka zmarła dwa tygodnie wcześniej .

Jerzy po powrocie do domu opowiedział rodzinie o spotkaniu i poprosił rodziców, aby dobrze przypomnieli sobie fakty i daty . Kiedy potwierdzili jego wersję, wyjawił część dotyczącą śmierci Babci Hryciukowej .Wszyscy zaniemówili.

Po około dziesięciu latach od spotkania z Iwanem znaleźli się całą rodziną w ówczesnym ZSRR . Odnaleźli nawet grób Hryciukowej, wnuk mówił prawdę zmarła dwa tygodnie przed odwiedzinami w ich domu.

Poruszam ten temat z dwóch powodów. Pierwszy jest oczywisty chce przedstawić interesującą historię , drugi to wszechobecna poprawność polityczna w wyniku, której przemilcza się w większości mediów tragedię Polaków na Wołyniu. Dokonano zbrodni haniebnej i bestialskiej, znane są nazwiska osób, które do niej podżegały jak i bezpośrednich sprawców .W chwili obecnej Ukraińcy stawiają im pomniki i honorują czyniąc patronami szkół i ulic.

Nikt, chociaż symbolicznie nie przeprosił, nie pochylił głowy nad zbiorowymi mogiłami. Zaznaczam, że nie kieruje mną chęć odwetu, bo niskie to i niegodne człowieka.

Pytam tylko, kto dał nam żywym prawo zapomnieć i wybaczać w imieniu pomordowanych

Portret damy i jej tajemnica

 

 

 

Tą historię jestem w stanie opisać tylko skrótowo gdybym miała rozwinąć wszystkie wątki to byłby gotowy materiał na powieść, a nie na blog.

Zdarza mi się, chociaż niezwykle rzadko, udać do kogoś, aby na miejscu tzn. w jego lokum pracować z kartami.Unikam takich sytuacji gdyż dywinacja wymaga pewnych elementów, które mogę sobie zapewnić tylko w domu. Jednak ludziom i ich potrzebom należy wychodzić naprzeciw.

Kilka lat temu znalazłam się w mieszkaniu pewnej starszej pani, która miała problemy z poruszaniem się na dalsze odległości. Osoba niezwykle miła, elokwentna i kulturalna. Na imię miała Grażyna. Sama przyjemność obcowania z takim człowiekiem zrekompensowała mi trud dojazdu. W mieszkaniu zwrócił moja uwagę portret kobiety. Przedstawiał bardzo ładną panią w przepięknej bladoróżowej sukni z kwiatem we włosach. Kobieta miała niesamowicie harmonijne rysy twarzy i oczy, patrzące oczy.Malarz, który stworzył to dzieło, był bez dwóch zdań mistrzem w swoim fachu.

Zapytałam, kogo portret przedstawia. Pani odparła, że to jej mama Natalia, a portret cudem ocalał z wojennej pożogi.Przed wyjściem podeszłam, aby go zobaczyć z bliska, spojrzałam prosto w oczy pięknej modelce, dotknęłam też ramy, nie wiem, dlaczego, po prostu musiałam to zrobić.

Tej nocy miałam sen, na, który składały się istotne sceny z życia pani Natalii. Przekazała mi mnóstwo ciekawych informacji, zwłaszcza jeden wątek okazał się ważny. Temat dotykał kwestii tak intymnych, że długo biłam się z myślami, czy wtajemniczyć panią Grażynę czy nie. Zdałam się na los, jeśli jeszcze zadzwoni powiem jej, jeśli nie to zachowam wszystko dla siebie. Zadzwoniła.

Była zdumiona, kiedy opisałam jej dom rodzinny, który już nie istnieje.Opowiedziałam jej wszystko, co dane mi było zobaczyć. Razem łączyłyśmy w całość elementy z mojego snu i jej wspomnienia. Doszłyśmy do tego, że jej ojcem biologicznym  nie był mąż Natalii. Człowiek,  który  rozpieszczał Grażynę  na tysiąc sposobów,  jednocześnie całkowice zaniedbując jej matkę . Natalia poczeła córkę  w noc kiedy piorun uderzył w ich dom, wzniecając pożar. Niewielkie straty materialne Natalia zawdzięczała pracownikowi męża, który z narażeniem życia ratował jej dobytek i ją samą. Tej nocy zapłonął nie tylko dom ale też serce i zmysły dwojga ludzi, którzy w innych okolicznościach, nie mieliby odwagi nawet o tym pomysleć.

 

Pani Grażyna poznała tożsamość swojego biologicznego ojca i swoje korzenie. Podsumowała to tak: zrozumiałam wiele z zachowania mojej mamy, zwłaszcza z okresu po repatriacji na Śląsk. Znalazłam też odpowiedź na pytanie, dlaczego moje kuzynki są filigranowe i delikatne, a ja mam ręce chłopki. Nie oceniam tego, co wyszło na jaw, nie mam do tego prawa.Żałuję tylko, że jestem już zbyt stara i schorowana, żeby jechać aż pod Wilno, może tam jeszcze mieszka ktoś z rodziny Jurgisa- chyba tak wymawia się imię mojego biologicznego ojca.”

Pamięć przedmiotów -jestem pewna istnienia tego zjawiska. Taka sytuacja nie zdarzyła mi się po raz pierwszy i pewnie nie po raz ostatni. Dotykam przedmiot, ładuję bazę, a za kilka godzin czy dni ta baza zostaje rozpakowana i odczytana przez mój mózg.

Powiedzieć, że wrażenia są wstrząsające to jak nic nie powiedzieć. Jak ognia unikam tzw. miejsc kaźni, kiedy jestem w muzeum czy innym obiekcie historycznym staram się  nie dotykać nawet poręczy. Jednym słowem jak to w życiu bywa – wszystko ma swoją cenę .

 

 

 

 

Trzecie dziecko

 

 

 

Jest to historia Agaty, bliskiej znajomej mojej siostry.

Ewa bardzo ucieszyła się, kiedy lekarz potwierdził, że spodziewa się dziecka.

W tamtych czasach nie było USG, a lekarze i położne w diagnostyce musieli liczyć głównie na własne doświadczenia. Ponieważ ciążowy brzuszek powiększał się w niespotykanym tempie, Ewa udała się ponownie do lekarza, który zbadał ją i oznajmił, że słyszy dwa tętna. Bliźniąt w jej rodzinie nigdy nie było, ale cóż widocznie te będą pierwszymi.

Ewa zmartwiła się jak da radę z dwójką dzieci? Swoim niepokojem podzieliła się z matką, a ta obiecała pomoc i wszelkie możliwe wsparcie.

Do szóstego miesiąca Ewa czuła się bardzo dobrze. Nagłe pogorszenie samopoczucia spowodowało konieczność hospitalizacji. Ciążę udało się podtrzymać do początku dziewiątego miesiąca. Zakończona została cesarskim cięciem, które szczęśliwa mama zniosła nadzwyczaj dobrze. Dzieci urodziły się zdrowe i po kilku dniach w inkubatorze lekarze oświadczyli, że „same dadzą radę”. Po obchodzie ordynator poprosił Ewę do siebie. Widać było, że chce jej coś powiedzieć, ale nie wie jak zacząć. Wreszcie przemógł się: Pani Ewo podczas operacji odkryliśmy, że jest, właściwie było jeszcze jedno dziecko. Płód obumarł około szóstego miesiąca, nie wiem jak to się stało, że nie doszło do zakażenia Pani organizmu. Właściwie dla mnie, jako lekarza jest to niewytłumaczalne. Cud, prawdziwy cud.

Ewa wróciła na salę i jak zwykle w chwilach trudnych, modliła się za dusze zmarłego dziecka oraz za ocalenie siebie i pozostałych maluchów. Przez całe lata nikomu o tym nie opowiadała

Dzieci rozwijały się świetnie. Nie były bliźniętami jednojajowymi, więc kwestia podobieństwa fizycznego nie wykraczała poza typowe dla rodziny cechy. Kiedy ich zabawy zaczęły przybierać formę zaplanowanych i zorganizowanych działań, Ewa zwróciła uwagę na jeden szczegół. Zawsze ustawiały na stoliku nie dwa, a trzy talerzyki czy kubeczki. Kiedy w ciągu dnia babcia rozkładała im tapczan do spania, kładły trzecią poduszkę.

Ewa była prostą kobietą, pracowała, jako kucharka. Ezoteryka, spirytyzm czy inne tego typu dziedziny nie były jej znane. Jednak, jako matka bacznie obserwowała swoje dzieci. Wreszcie zapytała córeczkę:, dla kogo szykujesz to miejsce? Agatka odpowiedziała dla chłopczyka. Masz na myśli swojego braciszka Jacusia? Nie innego chłopczyka, który się z nami bawi.

Ewa nie wiedziała, co ma z tym zrobić, wreszcie poszła do księdza. Opowiedziała mu o trzecim dziecku i o niepokojącym zachowaniu swoich pociech. Ksiądz wspomniał coś o rzeczach niezbadanych, kazał ignorować ich działania i skonstatował, że koło siedmiu lat im samo przejdzie.

Nie wiem, co miał na myśli katolicki kapłan, ale według mistyków Dalekiego Wschodu w tym wieku zamyka się czakra korony, a dziecko (dusza) w pełni osadza się w obecnym ciele i otaczającej rzeczywistości.

Ewa opowiedział tą historię swojej Agatce dopiero, kiedy ta była przy nadziei i lekarz stwierdził ciążę mnogą. Agata, jako dorosła osoba nie pamiętała nic z tamtego okresu, powiedziała tylko, że do dziś , śni jej się chłopiec, który uśmiecha sie do niej i zaprasza do zabawy.

.

Przebudzona córka i syn marnotrawny

Historię tą opowiedziała mi moja Babcia

Rzecz dzieje się przed jej narodzinami, a więc u progu XX wieku. Proszę sobie wyobrazić wielki dom właścicieli ziemskich, pełen pięknych przedmiotów i służby,  zajmującej  się utrzymaniem go w czystości, gotowaniem oraz obsługą swoich pracodawców i ich licznych gości. Wśród tej zabieganej gromady, pracowała pokojówka, zaprzyjaźniona z mamą mojej Babci. Przekazała jej prawdziwą wersję wydarzeń, pozbawioną wielu przekłamań i mitów, które wokół tego zdarzenia narosły.

Państwo N. mieli dwoje dzieci syna i córkę. Dziewczynka była urocza, bardzo lubiana przez wszystkich i zawsze odnosiła się z szacunkiem nie tylko do bliskich, ale i do służby. Syn, podówczas student, był powodem nieustającej zgryzoty dla swoich rodziców. Po wyjeździe na wspomniane studia, zamiast zajmować się nauką : pił, uprawiał hazard i bardzo dużo czasu spędzał w towarzystwie pań nie najcięższych obyczajów.

Pewnej nocy dziewczynka dostała wysokiej gorączki, która nie ustępowała pomimo wysiłków lekarza.Zrozpaczeni rodzice ściągnęli na konsylium najwybitniejsze umysły tego okresu. Lekarze nie potrafili pomóc dziecku i wprost powiedzieli rodzicom, aby szykowali się na najgorsze. W tej dramatycznej sytuacji wysłali telegram do syna, aby przyjechał pożegnać się z siostrą.

Panicz przyjechał bardzo zatroskany, tyle tylko, że powodem jego złego samopoczucia nie była umierająca siostra, lecz długi karciane, których nie potrafił spłacić. Jego wierzyciele nie należeli do osób spolegliwych i wyrozumiałych.

Następnego dnia lekarze stwierdzili zgon dziewczynki. Została sprowadzona piękna trumna, do, której złożono ciało . Otwartą trumnę postawiono w przestronnym pokoju na parterze. Matka na ostatnią drogę podarowała córce całą biżuterię, jaka obiecała wcześniej dać w posagu. Kiedy brat zobaczył jak wartościowe przedmioty mają towarzyszyć jego siostrze w tej ostatniej podróży wpadł na iście szatański pomysł?

Około drugiej w nocy, kiedy strudzeni żałobnicy udali sie na spoczynek, zszedł do pokoju, aby upozorować włamanie i ukraść biżuterię, której wartość pozwoliłaby spłacić jego zobowiązania. Pozdejmował z siostry wszelkie precjoza, tylko z jednym pierścionkiem miał problem. Nie wiele myśląc wyjął nóż i zaczął obcinać dziewczynce palec.

Nagle „nieżywa” panna usiadła i zaczęła głośno krzyczeć.

Kiedy do pokoju zbiegli rodzice i owa pokojówka ujrzeli widok naprawdę dla ludzi o mocnych nerwach: ich córka siedziała w trumnie przyciskając do piersi krwawiącą dłoń, a syn leżał nieprzytomny na podłodze trzymając w zaciśniętej pięści nóż.

Kiedy nastał dzień szczęśliwi rodzice dziękując Bogu za żywą córkę, wybaczyli synowi  i pod przysięgą poprawy obiecali spłatę jego długów. Rodzice celowo uruchomili największe kuchenne plotkary, które opowiadały niestworzone rzeczy na temat – zmartwychwstania panienki. Był to najlepszy sposób, aby zatuszować haniebny czyn ich syna.

Wydaje się” happy end” – nic z tego! Teraz zaczyna się ta część, która interesuje mnie najbardziej. Ostatecznie tzw. śmierć pozorna, czyli letarg nie należy do rzadkości , a wyrodnych synalków też nie brakuje …

W sposobie bycia głównych bohaterów zaszła niesamowita zmiana. Chłopak wrócił na studia, ( które później ukończył z wyróżnieniem), zerwał ze złym towarzystwem, nigdy więcej nie dał rodzicom najmniejszego powodu do niezadowolenia.

Dziewczynka odwrotnie stała się krnąbrna, agresywna i, co najbardziej przerażało otoczenie, znalazła przyjemność w dręczeniu zwierząt. Kiedy jej brat wrócił z dyplomem do domu, ona pojechała na przejażdżkę konną, rozpętała się burza i prawdopodobnie wystraszony koń ją zrzucił. Odnaleziono dziewczynę  dopiero nad ranem – zginęła na miejscu.

Męczy mnie pytanie, co  naprawdę stało się tej nocy między rodzeństwem.Czy tak drastyczna zmiana może być wynikiem stresu, utraty przytomności, szoku? Czy też doszło do zaburzenia w obrębie ich matryc energetycznych? W myśl zasady, że nic w przyrodzie nie ginie i jaką energię wytworzymy takiej doświadczymy, ich cechy powinny raczej wyostrzyć się a nie zmienić.

Jeśli macie jakieś sugestie zachęcam do ich wyrażania!