Przeklęty pierścień z rubinem

 

Niedawno otrzymałam taki oto list:

„Chciałabym opowiedzieć Pani moją historię. Jestem ciekawa Pani opinii na temat tego, co przytrafiło się nam w związku z pewnym przedmiotem. Siostra mojej babci, Teresa trafiła do obozu w Oświęcimiu. Natomiast moja babcia Maryla zdążyła uciec i ukrywała się u znajomych. Po wojnie obie siostry długo się szukały. Ich dom rodzinny zburzono, rodzice zginęli, a one w zawierusze wojennej znalazły się daleko od siebie. Teresa przebywała w obozie „tylko” sześć miesięcy. Doczekała tam wyzwolenia i jedynie dzięki sprytowi swojej koleżanki Danusi (ona była tam kilka miesięcy dłużej) nie trafiła do tak zwanego „marszu śmierci”. Po wyzwoleniu uzyskały pomoc medyczną. Obie bardzo chciały wydostać się jak najszybciej z tego potwornego miejsca. Z magazynów wzięły sobie ubrania, jakieś podstawowe rzeczy typu grzebień, kubek itp. Zapakowały to do walizek i ruszyły do Krakowa. Tam Danusia mieszkała przed wojną. Dobrze zrobiły, bo dom rodzinny Danusi ocalał i jej rodzina w większości też. Przygarnęli Teresę i byli dla niej dobrzy. Ona jednak cały czas szukała siostry. Te poszukiwania zajęły prawie trzy lata. Moja babcia w tym czasie znalazła się we Wrocławiu. Kiedy się odnalazły, ściągnęła do tego miasta Teresę, pomogła jej znaleźć lokum i pracę. Teresa poznała swojego pierwszego męża i urodziła mojego kuzyna Piotra. Wszystko układało się dobrze, do momentu, kiedy podczas porządków Teresa postanowiła spalić starą walizkę, którą miała z obozu. Okazało się, że walizka ma tak zwane drugie dno. Znalazła tam kilka złotych dolarówek, pierścionek, krótki sznur prawdziwych pereł i jeszcze jakieś obrączki i parę innych złotych drobiazgów. Najpierw się ucieszyła, bo Piotrek był chorowity i bardzo chciała pojechać z nim do sanatorium. Tak też się stało, zaraz po spieniężeniu części złota. Już w podróży prześladował ją pech. Po powrocie z sanatorium jej życie zamieniło się w pasmo niepowodzeń. W dość głupim wypadku straciła męża. Poza tym często śniła jej się kobieta o czarnych oczach, mizerna, z takim dziwnym grymasem twarzy. Nic nie mówiła tylko kręciła głową. Babcia Teresa zaczęła podejrzewać, że te pieniądze i przedmioty są przeklęte. Pewnej nocy popłakała się i zaczęła głośno mówić do tej kobiety ze snu, zupełnie jak do realnego człowieka. – Czego ty ode mnie chcesz? Przecież ja ci niczego nie ukradłam, te pieniądze nie są ci na tamtym świecie potrzebne. Czy ty nie rozumiesz, że ja chciałam dziecko ratować? Czy ty wiesz, co to znaczy kochać dziecko? W tym momencie żyrandol dosłownie eksplodował i rozbił się na dziesiątki kawałków. Od tego dnia nieszczęścia się skończyły i Teresa niejako przestała „demonizować” sprawę. Piękny pierścionek z rubinem, który znalazła w walizce, podarowała mojej mamie Joannie. Moi rodzice byli niewierzący i dość mocno zaangażowani politycznie. Oni naprawdę wierzyli w lepszy świat, jaki budują. Mama ubrała pierścionek po raz pierwszy w ważnym dla siebie dniu. Wchodząc do budynku, potknęła się na schodach i mocno stłukła sobie kolano. Przez całe lata zbierała jej się woda i miała z tego powodu problemy. Praktycznie za każdym razem, kiedy zakładała ten pierścionek, coś szło nie tak jak powinno. Kiedyś mój tata powiedział: tylko mi nie ubieraj tego przeklętego pierścionka! Mama ofuknęła go, że w zabobony wierzy i ubrała go na złość ojcu. Tego wieczoru wpadła w poślizg i rozbiła ich pierwszy samochód. Chyba duma i światopogląd nie pozwalały jej przyznać, że z tym pierścionkiem, jest coś nie tak. Kilka lat temu mama podarowała mi ów pierścionek, a ja znając jej poglądy nie miałam odwagi powiedzieć, że obawiam się klątwy. Mój mąż też wyśmiał moje obawy. Sama w pewnym momencie zaczęłam w to wszystko wątpić i założyłam pierścionek na bal karnawałowy. Kiedy wysiadałam z taksówki ( w drodze na ten bal) upadłam i złamałam rękę w nadgarstku. Resztę wieczoru „przebalowałam” na urazówce. Więcej pierścionka nie założyłam. Mam dwie dorosłe córki. Starsza wierzy w klątwę pierścionka i w życiu go nie przyjmie. Młodsza lubi retro klimaty i chętnie by go nosiła. Z tym tylko, że ja obawiam się potencjalnych konsekwencji. Czy ta klątwa nigdy się nie skończy?”

Czasami bardzo trudno nam uwierzyć, jak silnie nasza energia potrafi wiązać się z przedmiotami, których używamy. Jeśli dodatkowo z konkretną rzeczą jesteśmy związani emocjonalnie to poziom tego „uwikłania” rośnie. Oczywiście nie chodzi mi jedynie o luksusowe precjoza. Każdy z nas ma pamiątki, które, mimo, że materialnie bezwartościowe, dla nas są niemymi świadkami zdarzeń. Stanowią one swoisty katalizator, dzięki któremu biorąc w dłoń bodaj kamyk, natychmiast bardzo intensywnie, odczuwamy wszystkie emocje i niemal słyszymy wypowiedziane w ważnej dla nas chwili słowa.

Temat klątw był już przeze mnie poruszany niejednokrotnie. W tym konkretnym przypadku trzeba byłoby historię pierścionka, podzielić na etapy. Pierwsza właścicielka zapewne wysoko ceniła jego walory i nie rozstała się z nim, praktycznie aż do smutnego końca. Wszyscy doskonale wiemy, jak wyglądały realia obozu zagłady w Oświęcimiu. Kobieta zapewne doskonale zdawała sobie sprawę z faktu, że jej oprawcy mordują nie tylko z powodu nienawiści rasowej, ale również (a może przede wszystkim) z chęci zysku. Mogła, zatem przeklinać nie tylko swoich katów, ale również każdego, kto posłuży się „krwawym złotem”.

Na marginesie dodam, że spotkałam się kiedyś z ludową legendą, która opowiadała o mnichu posiadającym dar widzenia dusz i rozmowy z nimi. Mnich zauważył, że za lokalnym katem podąża spora grupa dusz. Zapytał, czemu nie odchodzą na drugą stronę? Dusze odparły, że są związane z katem, który zabił ich ciała. Skrócono ich planowany pobyt na ziemi i one muszą tu przebywać aż do śmierci kata. Wtedy odejdą razem z nim. Przyszło mi do głowy, że wielu katów nazistowskich, żyje po dziś dzień i kto wie, co przebywa blisko nich?

Wracając jednak do pierścionka, proszę zwrócić uwagę, że do momentu, kiedy Teresa odkrywa kosztowności i część z nich spienięża, w jej życiu właściwie dobrze się dzieje. Odnalezienie skrytki poskutkowało niczym otwarcie mitycznej puszki Pandory. Zupełnie jakby za tymi kosztownościami podążyła ciężka i niechętna Teresie energia. W dodatku pojawiły się sny o kobiecie, która chociaż nic nie mówiła to jednak kiwała głową z dezaprobatą. Pani Teresa zaczyna szukać przyczyny swoich dramatów i (intuicyjnie?) upatruje jej w znalezionym złocie. Kiedy zwraca się wprost do właścicielki walizki, dochodzi do silnej reakcji psychokinetycznej i żyrandol rozpada się w drobny mak. Życie Teresy wraca do normy. Następuje swoiste katharsis.

Wydawałoby się, że doczekaliśmy happy endu. Pierścionek przechodzi w ręce Joanny. Prawdopodobnie ma już śladowe ilości energii pierwszej właścicielki, ale za to wszystkie myśli Teresy, które krążyły wobec jego złowieszczych mocy, zdążyły przylgnąć na dobre.

Pani Joanna, jako ideowa materialistka nie dopuszcza do siebie „bzdur plecionych przez starą ciotkę”. Niestety jej podświadomość już dawno nimi przesiąkła. Tym samym w momencie założenia tej naładowanej negatywnie rzeczy Joanna, była (jakby to ująć) podświadomie niespokojna. Nasza aura to system wczesnego ostrzegania, który reaguje silnie na wszystko, co dla nas niekorzystne lub niebezpieczne. Tego urządzenia nie da się „oszukać” i koniec. W momencie rozproszenia myśli, łatwo o wypadek. Dokładnie ten sam mechanizm zadziałał w przypadku autorki listu.

Czy dałabym swoje córce taki pierścionek? Gdyby pragnęła go i przyjęła bez lęku, dałabym.

Człowiek, czyniąc przedmiot swoją rzeczą, mentalnie oczyszcza go i rozpoczyna zupełnie nową historię wspólnej egzystencji. To nie jest przypadek, że niektóre prezenty wzbudzają naszą niechęć. Wierzę, że tak zwana kwestia gustu ma tu znaczenie drugorzędne. Decyduje energia ofiarodawcy.

Zapisz

Reinkarnacja – chrześcijańskie tabu

Reinkarnacja – chrześcijańskie tabu

 

W korespondencji od Państwa temat reinkarnacji wraca niczym przysłowiowy bumerang. Jedna z Pań napisała: „Wszystko we mnie krzyczy, że reinkarnacja to zjawisko prawdziwe, ale jestem katoliczką i nauka Kościoła ma dla mnie znaczenie”. Wiele osób przeżywa takie rozterki. Być może warto postawić sobie proste pytanie, co decyduje o naszej wierze: zhierarchizowana instytucja czy serce, które poprzez miłość łączy nas z absolutem? Ja zadałam sobie to pytanie dawno temu.  Odpowiedź była rozstrzygająca.

Z przyjęciem reinkarnacji, jako zjawiska oczywistego nie maja kłopotu ludzie Dalekiego Wschodu. Taka jest ich wiara i taka logika myślenia. Ciało traktowane jest, jako tymczasowe mieszkanie dla duszy, w której zawiera się kwintesencja naszej osobowości i de facto naszego człowieczeństwa.

Mentalność europejska, budowana i kształtowana przez wieki w oparciu o chrześcijaństwo siłą rzeczy jest inna. Zgodnie z doktryną kościelną reinkarnacja jest wykluczona, ze względu na „osobową niepowtarzalność człowieka”. Krótko mówiąc, człowiek rozliczany jest i osądzany w ramach jednego żywota. W dodatku przy założeniu, że jego zmartwychwstanie nastąpi „w ciele”, czyli innymi słowy zostanie odtworzony z prochów. Koniec kropka. Wszystko, co nie zgadza się z doktryną jest uznawane za niebezpieczne i po dziś dzień zaciekle zwalczane.

Wiadomo, że pierwsi chrześcijanie, przez, co najmniej trzy stulecia wierzyli w reinkarnację lub przynajmniej oficjalnie rozpatrywali taką możliwość. Jeśli chodzi o ruchy gnostyckie, wiara w wędrówkę dusz przetrwała dużo dłużej, nawet do czasów współczesnych. W Starym i Nowym testamencie padają słowa, które dość jednoznacznie przemawiają na korzyść tej tezy. Duchowni dogmatycy, z uporem utrzymują, że taka interpretacja jest nieprawidłowa, ponieważ nie zgadza się z nauką kościoła. Jednym słowem tekst jest niepodważalny pod warunkiem, że pasuje do wcześniej stworzonego, wygodnego kontekstu.

Cóż, wiele kościelnych zakazów i nakazów, nie ma nic wspólnego z Biblią, o nauce Chrystusa nie wspominając. Mieści się za to znakomicie w takich pojęciach jak zniewolenie człowieka, prześladowanie kobiet i autorytaryzm grubo podszyty strachem.

Jeśli dołożymy do tego dogmat o nauczaniu „ex cathedra” i papieskiej nieomylność, zakaz czytania i tłumaczenia Biblii na języki narodowe[1] to koło zaprzeczeń zamyka się, tworząc szczelną barierę dla myśli i wolnego ducha.

Tak na marginesie, spójrzmy chociażby na kwestię piekła, niezwykle mocno akcentowaną przez duchownych. Wieki całe straszono ludzi niewyobrażalnymi mękami, których doświadczą, jeśli nie będą przestrzegać pewnych zasad. Pół biedy gdyby chodziło o dekalog, niosący  przekaz uniwersalny i ponadczasowy. Nie, z taką sama zaciętością karane miały być również wykroczenia przeciwko samemu kościołowi. Strach to podstawowy element manipulacji. Tak było, jest i niestety będzie. Duchowi przywódcy korzystali z tego narzędzia przez wieki i bez skrupułów, przesłanie miłości odsuwając na plan dalszy. Dopiero koszmar II Wojny Światowej, przewyższający najbardziej fantazyjne i sadystyczne obrazy piekła znane do tej pory, spowodował zmianę w kościele. Już nikt nie straszył z ambony, nie miałby, bowiem czym straszyć. Pojawiły się nowe interpretacje, według których piekło to stan potępienia duszy, a nie konkretne miejsce. Wcześniejsze wypowiedzi i działania tłumaczono np. błędami w przekładach Biblii oraz histerycznym podejściem do tematu rozlicznych nadpobudliwych artystów. Te argumenty byłyby nawet zabawne, gdyby nie cierpienie milionów ludzi, zniewolonych strachem i wykorzystywanych bez oporów.

Inny przykład: jakże piękna i wzniosła postać Marii Magdaleny. W roku 591 papież Grzegorz Wielki ogłasza, że Magdalena była nierządnicą, a siedem demonów, które wygnał z niej Jezus to siedem grzechów głównych. Ważnym było dla hierarchów, zdeprecjonować rolę kobiety-apostoła, która w przeciwieństwie do pozostałych uczniów, pozostała wierna swemu Mistrzowi do końca. Kardynał Richelieu powiedział „Nie ma ludzi niewinnych. Jeżeli dasz mi sześć linijek napisanych przez najbardziej uczciwego człowieka, to i tak znajdę w nich przyczynę do powieszenia go.” Wiedział, co mówi, jako godny spadkobierca swych poprzedników.

Dopiero w roku 1969 pod presją środowisk intelektualnych, doszło do oficjalnego sprostowania tej „niezamierzonej teologicznej pomyłki”. Magdalenę zrehabilitowano, ale w świadomości społecznej zakodował się już jej negatywny obraz. Umniejszenie Magdaleny usprawiedliwiało służebną rolę kobiety w strukturach kościelnych.

Przytoczyłam te przykłady, żeby zobrazować trudnego i fanatycznego interlokutora. Przeciwnika w dyskusji o reinkarnacji, której przebieg będzie zawsze ten sam, a konkluzja pozostanie niezmienna. Liczy się tylko dogmat, czyli „w teologii chrześcijańskiej: prawda uznana przez Kościół za objawioną przez Boga”[2]Z listów od Państwa wynika, że większość księży reaguje niezwykle nerwowo na słowo reinkarnacja. W pewnym sensie jest to temat tabu, a sama myśl dopuszczająca taką możliwość pachnie potępieniem.

Wszyscy mamy swój rozum i serce wrażliwe na prawdę. To niezawodny zestaw w drodze przez życie, a może i przez śmierć. Warto z tych atrybutów korzystać.

 

 


[1] Kościół Katolicki oficjalnie pozwolił na tłumaczenie Biblii na języki narodowe z języków oryginalnych dopiero podczas II Soboru Watykańskiego (1962-1965).

[2] Słownik języka polskiego PWN

Zdrój Dusz

 

Państwa pytania są zawsze bardzo ciekawe. W wielu dziedzinach nie czuję się ekspertem, ale staram się udzielać odpowiedzi na miarę swojej wiedzy oraz świadomości. Istnieją dziedziny, gdzie ekspertów po prostu nie ma, a ja mogę dzielić się z Państwem jedynie refleksami, do jakich prowadzi mnie głos serca.

„Jeśli dusze wędrują z nieba na ziemię i na odwrót to jest to pewnego rodzaju rotacja, ale czy ta cała grupa dusz podróżujących to jest jakaś stała liczba? Czy w niebie lub gdziekolwiek indziej rodzą się zupełnie nowe, młode dusze, które zwiększają liczbę społeczności niebiańskiej?” Takie pytanie zadał Pan Rafał.

Reinkarnacja, (metempsychoza, transmigracja) zakłada, że dusza, lub jak kto woli świadomość, po śmierci ciała fizycznego może wcielić się w nowy byt. W ten system wierzy około 900 mln Hinduistów, poza tym Buddyści oraz chociażby gnostycy. Nie ukrywam, że jest to idea bliska również mojemu sercu. „Jestem zaprawdę jeno wędrowcem, pielgrzymem na tej ziemi! Czyż wy jesteście czymś więcej? Pisał J. W. Goethe w „Cierpieniach młodego Wertera” Faktem jest, że przybywamy na ten świat nadzy i odchodzimy z niego, pozostawiając cały swój dorobek. Zatem jedyną cenną rzeczą, jaką możemy zabrać jest tylko doświadczenie. Niczego więcej, po tamtej stronie nam nie trzeba.

Wielu ezoteryków i mistyków dzieli dusze na stare i młode. Te pierwsze przeszły już wiele wcieleń i maja olbrzymi bagaż doświadczeń, te drugie niedawno opuściły źródło życia. Bóg jest bytem trudnym do ogarnięcia dla ludzkiego umysłu. Różne religie przypisują Istocie Najwyżej cechy, zgodne ze swoją doktryną i tradycją. Generalnie Bóg postrzegany jest, jako dawca życia w jego nieprzeliczonych formach (gatunkowych) i aspektach kosmicznych. Jest On nieskończonym źródłem, od którego oddzielają się cząstki energii –„wieczyste istności” zwane duszami. Może ich być, zatem bardzo wiele, a konkretna liczba zależy od woli Stwórcy. Oczywiście mistycy lub teolodzy przedstawiają ten proces bardzo różnie. Bez względu na użyte słowa sens pozostaje ten sam.

Mnie urzekła opowieść hebrajska o niebiańskim miejscu zwanym Zdrojem Dusz. Według słów proroka Joela, Królestwo Boże ma wiele komnat, a w jednej z nich mieszkają dusze. Kiedy dusza zstępuje z nieba, widzą ją tylko wróble i wtedy radośnie ćwierkają. Zgodnie z tradycją żydowską, Zdrój Dusz to izba, która znajduje się w Siódmym Niebie. Każda ludzka dusza właśnie stamtąd pochodzi. Mistyczne znaczenie Zdroju Dusz polega na podkreśleniu, że każdy człowiek jest unikalny i tak samo ważny w oczach Boga. Kiedy w ludzkich sercach zgaśnie nadzieja i upadnie wiara, zdrój opustoszeje. Bóg odmówi ludziom łaski życia. (Tak, życie to dar, a my bardzo często o tym zapominamy.) Narodzi się wtedy dziecko pozbawione boskiego tchnienia, a tym samym całkowicie niezdolne do życia. Nastąpi koniec świata, jaki znamy.

W wielu legendach, znanych na naszej planecie, dusza ludzką albo spływała na ziemię pod postacią ptaka, albo ptak zabierał ją do nieba. Często „nowym duszom” towarzyszyły skowronki lub jaskółki, a kruk odprowadzał je w zaświaty. Cóż, ptaki szybują w przestworzach, ale gniazda budują na ziemi. Można powiedzieć, że w symboliczny sposób łącza ze sobą to, co na dole z tym, co na górze.

Proszę zwrócić uwagę, że nazwa kolumbarium (budowla cmentarna pełniąca funkcję zbiorowego grobowca), pochodzi od łacińskiego słowa columba, czyli gołębica.

Jest nadzieja, że dopóki na ziemi żyją ludzie szlachetni, pełni wiary i miłości, Zdrój Dusz pozostanie pełny. Dzięki czemu powitamy na świecie nowonarodzonych, a i my będziemy mieli gdzie powrócić.

(Motyw Zdroju dusz został wykorzystany w filmie „Siódmy znak”. Mimo, że to produkcja hollywoodzka, a co za tym idzie obciążona pewnymi charakterystycznymi cechami, polecam ten film. Jego przesłanie jest bardzo czytelne i wartościowe)

Dziecko w konfrontacji ze śmiercią

 

 

Do napisania niniejszego tekstu skłonił mnie list od pewnej młodej i bardzo zatroskanej mamy. Zaznaczam, że nie czuję się w opisanej sprawie ekspertem. Każdy dorosły powinien ocenić sytuację według własnego uznania i dostosować informacje do charakteru i osobowości małego słuchacza.

Pani Agnieszka zabrała swoja niespełna pięcioletnią córkę na pogrzeb babci. Znając wrażliwość córeczki, wzbraniała się przed jej uczestnictwem w tej smutnej ceremonii. Jednak pod wpływem teścia i pozostałych członków rodziny uległa i zabrała dziecko ze sobą. Starała się możliwie delikatnie wytłumaczyć małej, czym jest śmierć, pogrzeb i czemu większość żałobników ubrana jest na czarno. Dziecko bardzo przeżyło to zdarzenie. W tej chwili dziewczynka ma koszmary senne. Jest przekonana, że babcia nie chce” spać” pod ziemią, bo przecież nikt by tego nie chciał. Żadne argumenty o Niebie, Bogu itp. nie przemawiają do dziecka, co mnie zupełnie nie dziwi. Matka robi sobie poważne wyrzuty i ma wielki żal do osób, które wywierały na nią presję, głównie w obawie o to, co powiedzą inni ludzie. Czuje się również bezradna wobec zachowania córki i wybiera się z nią do psychologa.

Zastanawiam się, kiedy wreszcie skończy się ta potworna kołtuneria i zaściankowość w stosunkach międzyludzkich? Ile lat potrzeba, żeby zdanie dewotek i wścibskich plotkarek przestało mieć znaczenie? Chcę wierzyć, że koniec ich rządów jest bliski. W przeciwnym razie okaże się, że jesteśmy słabi i nasze własne zdanie wobec dyktatu owych matron nie ma znaczenia. Pamiętajmy, że osoby postronne mogą wywrzeć na nas tylko taki nacisk, na jaki im pozwolimy.

Wracając do sprawy, uważam, że unikanie dyskusji na temat śmierci i czynienie z tego tematu swoistego tabu nie ma sensu. Śmierć jest częścią życia i jako taka nie odnosi się jedynie do jego końcowego etapu. My dorośli spychamy śmierć na margines świadomości, co zważywszy, jak wielu ludzi umiera w szpitalach, jest dość proste. Znieczulamy się na śmierć nawet wielu osób, oglądając chociażby telewizyjne wiadomości, które pełne są tego typu komunikatów oraz statystyk dotyczących umieralności. Śmierć dzielimy na „cudzą” i „bliską”. Ta druga dotyka nas, czasami wręcz poraża. Skoro jest to trudne dla dorosłego, dla dziecko może być traumą pozostawiająca piętno na lata.

Córeczka Pani Agnieszka postawiona została w tak zwanej” sytuacji granicznej” i po prostu nie potrafiła przez nią przejść, mimo wsparcia rodziców. Gdyby wcześniej w rozmowach pojawił się temat śmierci, ale nie dotyczył on kogoś bliskiego, dziecku byłoby łatwiej. Jestem przekonana, że prawda ma wielką moc i swoiste zaklinanie rzeczywistości nie na wiele się zdaje. Kiedy umiera nasza leciwa sąsiadka nie mówmy dziecku, że „wyjechała na zawsze” tylko powiedzmy prawdę. Tak samo w przypadku śmierci pupila, nie oszukujmy, że uciekł lub że ktoś go ukradł. Owszem ze strony dziecka można się spodziewać silnej reakcji emocjonalnej, jednak dzięki przykrym doświadczeniom „mniejszej wagi” dziecku będzie w przyszłości łatwiej oswoić się z trudnymi przeżyciami. Oczywiście w miarę możliwości pomijamy drastyczne szczegóły, okoliczności śmierci wydają się być sprawą drugorzędną.

Jeśli jesteśmy osobami wierzącymi można tłumaczyć odrębność ciała i duszy. Bywa, że zrozumienie tych zagadnień u młodszych dzieci może nas zaskoczyć.

Odrębnym tematem są pogrzeby. Jako ceremonie pełne napięcia i dramatyzmu zapewne podziałają na dziecko przygnębiająco. Czasami ceremonie pogrzebowe trwają bardzo długo i młodsze dzieci zwyczajnie nie wytrzymują wielogodzinnej walki z własnym temperamentem. Reakcje obecnych ze względu na ich stan emocjonalny stają się, delikatnie mówiąc, nadmierne. Rodzi to niepotrzebne konflikty i kłótnie, które bywa, że ciągną się jeszcze długo po pogrzebie. Najbliżsi krewni zmarłego często przywiązuję olbrzymią wagę do oprawy i podniosłej atmosfery ceremonii. W takim momencie maluch, który głośnym wrzaskiem domaga się zmiany pieluchy lub butelki z piciem, może być bardzo irytujący.

W chwili obecnej coraz bardziej popularne staja się kremacje. O ile dziecku można wytłumaczyć, że ciało zmarłego spoczywa w trumnie i zostanie złożone do grobu, to ja osobiście nie wyobrażam sobie wtajemniczania kilkulatka w szczegóły spopielania zwłok. Nie wyobrażam też sobie, jak (pomijając ten etap) wyjaśnić maluchowi, co spowodowało, że stukilogramowy dziadek mieści się nagle w niewielkim pudełku. Pamiętajmy, że ostrzegamy dzieci prze ogniem i tłumaczymy im jak jest niebezpieczny.

Jednym słowem warto dobrze rozważyć argumenty za i przeciw, a dopiero później podjąć decyzję o zabraniu ze sobą kilkulatka na pogrzeb, nawet bliskiej osoby. Każdy rodzic zna swoją pociechę i wie, na co jest gotowa, a na co absolutnie nie. Nie dajmy sobie wmówić, że ciotka, która właśnie przeszła do świata, w którym ziemskie konwenanse nie mają znaczenia, obrazi się na nas, ponieważ mały Piotruś lub Asia nie przyszli na jej pogrzeb. Idąc za głosem serca na pewno nie zejdziemy na manowce stereotypów.

Eutanazja – kwestia etyczna czy praktyczna?

 

 

W korespondencji od Państwa przewija się temat eutanazji. Bardzo poruszył mnie list od Pana Z., Czytelnik wyrzucał sobie, że zabrakło mu odwagi i nie skrócił cierpień swojego śmiertelnie chorego ojca, który błagał go o to wielokrotnie. „Mam na utrzymaniu dzieci, co stałoby się z moją rodziną, gdybym poszedł do więzienia? W Polsce eutanazja jest traktowana jak zabójstwo. Z drugiej strony do końca życia będę śnił o moim ojcu, błagającym o litość i kolejną dawkę morfiny.”

Eutanazja to trudny temat, ale skoro zostałam „wywołana do tablicy” to postaram się szczerze i w zgodzie z własnym sumieniem napisać, co o tym myślę. Na początek przedstawię historię osoby, która stanęła przed podobnym wyborem. Przywołam tę historię, ponieważ „Tyle wiemy o sobie ile nas sprawdzono” jak pisała w jednym z wierszy Wisława Szymborska, a Krystynę los „sprawdził” i to w ekstremalny sposób.

Mama Krystyny poświęciła swoim dzieciom praktycznie całe życie. Porzucona przez męża harowała po dwanaście godzin żeby utrzymać trzyosobowa rodzinę. Samotnej matce pomagali tylko teściowie, bardzo ubolewający nad postępkiem swojego syna. Po ich śmierci Krystyna wraz z matką i bratem Krzysztofem przeprowadziła się do domu odziedziczonego po dziadkach. Kiedy mama zaczęła chorować brat kończył studia, a Krysia szkołę pomaturalną. Szybko okazało się, że matka ma raka. Pomimo wczesnej diagnozy i podjętego leczenia choroba rozwijała się w szybkim tempie. Po dwóch operacjach i naświetlaniu, lekarze uświadomili rodzeństwu, że jedyne, co mogą zrobić dla matki to zapewnić jej troskliwa opiekę. Mama zawsze mówiła, że najgorsze, co może człowieka spotkać to samotność w jakiejś umieralni. Zabrali ją do domu. Krysia opiekowała się mamą, a jej brat poszedł do pracy. Bardzo pomagała przy chorej również narzeczona brata. Przychodziła na „nocne czuwania”, jak nazywała swoje dyżury, żeby oni mogli się wyspać. Krysia po dziś dzień ma w bratowej ukochaną przyjaciółkę.

„Mama cierpiała niesamowicie. Nieraz zastanawiałam się, czemu okrutny ból spotyka taką dobra kobietę? Nie miałam już łez żeby nad nią płakać. Krzysztof usiłował być twardy, ale nieraz słyszałam szloch dochodzący z jego pokoju. Pewnej nocy, kiedy ból nie dawał za wygraną, mama powiedziała do mnie: Krysiu, jeśli mnie kochasz, skróć moje cierpienia. Ja nie mogłam pogodzić się z myślą, że aby pomóc muszę zabić. Jednak, kiedy kolejnej nocy jęki mamy przeszły już w skowyt, podjęłam decyzję i byłam gotowa zrobić, co trzeba bez względu na konsekwencje prawne. Co to za życie myślałam, karmienie przez rurkę, powycinane jelita, skóra i kości? Zdawałam sobie również sprawę, że mama uodparnia się na środki przeciwbólowe i z każdym dniem, tak czy inaczej zbliżamy się do dawki śmiertelnej. Teraz może mają jakieś inne leki, ale w tamtym czasie asortyment  medykamentów przeciwbólowych był ograniczony. Kupiłam dodatkowe ampułki morfiny. W tym kraju wszystko da się przecież „załatwić”. Byłam przerażona, ale zdecydowana. Przez cały dzień mama była jakoś wyjątkowo spokojna. W nocy, kiedy zasnęła zeszłam na dół do kuchni i przygotowałam zastrzyk. Z tym zastrzykiem wchodziłam na górę tak jakbym szła na szafot. Na ostatnim schodku usiadłam żeby zebrać siły. Szczerze mówiąc nie wiem ile czasu spędziłam skulona na schodach. Weszłam do pokoju i nachyliłam się nad mamą żeby ją pocałować. Była dziwnie chłodna. Sprawdziłam tętno, ale było niewyczuwalne. Mama nie żyła, a ja stałam nad nią z pełną strzykawką. Zrobiło mi się słabo. Opadłam na fotel przy łóżku. Tyle emocji na raz nie udźwignie chyba nikt. Po kilku latach w rocznicę śmierci mamy, przyznałam się bratu, co chciałam zrobić. Okazało się, że on też miał dodatkową morfinę, tylko zabrakło mu odwagi.”

W pierwotnym znaczeniu eutanazja to po prostu „dobra śmierć”. W starożytności ludzie skracali swoje męczarnie lub bolesną agonię bliskich. Jeszcze w średniowieczu mizerykordia przynosiła kres męki śmiertelnie rannym wojownikom. Można powiedzieć, że to hitlerowskie praktyki eksterminacyjne (słynna akcja T4) sprawiły, że termin eutanazja, nabrał pejoratywnego znaczenia. Trzeba być jednak obłąkanym nazistą, żeby nazwać mord na ludziach fizycznie bądź psychicznie upośledzonych „dobrą śmiercią”.

Przywódcy religijni reprezentujący paradygmat wiary jednoznacznie potępiają eutanazję czynną, jednocześnie w pełni akceptując odmowę tak zwanej terapii uporczywej. Moim zdaniem każdy powinien w swojej sprawie decydować sam. Dobrym rozwiązaniem jest Oświadczenie Pro Futuro, potwierdzone notarialnie. Człowiek z powodu źle pojętej troski najbliższych nie może stać się „podmiotem” technik medycznych.

W Polsce trudno jest o dobry ośrodek opieki długoterminowej, a i koszt pobytu osoby chorej jest często nie do udźwignięcia dla bliskich. Trzeba jednak pamiętać, że w wielu krajach opieka nad osobami chorymi lub w podeszłym wieku to branża usługowa warta miliony Euro. Medycyna wydłuża życie, ale też czas umierania, a w interesie ośrodków opiekuńczych leży aby pacjent przebywał u nich jak najdłużej. Nawet w stanie wegetatywnym.

Kolejna sprawa to obawa samych lekarzy przed ewentualnymi pozwami sądowymi. Lekarz stosuje często bolesne, procedury medyczne pomimo iż wie, że pacjenta od śmierci dzielą najwyżej dni. Podtrzymuje się życie, nawet u krańcowo wyczerpanych chorych, których rodzina za wszelką cenę domaga się przedłużania de facto agonii. Ja nie potępiam bliskich, którzy działają w dobrej wierze i z miłością. Jednak jeśli daje się ludziom narzędzia do sztucznego podtrzymywania funkcji życiowych to trzeba też mieć odwagę postawić sobie trudne pytania.

Tak się składa, że w swoim życiu doświadczyłam wiele bólu i jestem pewna, że po przekroczeniu pewnego (indywidualnego) progu cierpienia kończy się człowieczeństwo. Nie istnieje już nic tylko człowiek i ból. Jeśli do tego dodamy złe rokowania to „przedłużanie życia” staje się ponurym żartem.

Na zakończenie przypomnijmy sobie słowa ks. Tischnera, który kiedy nie mógł już mówić. gestem przywołał Jarosława Gowina i wręczył mu karteczkę: „Nie uszlachetnia”. I jeszcze jedno:

„Nie ono dźwiga. Cierpienie zawsze niszczy – pisał schorowany ks. Józef Tischner. – Tym, co dźwiga, podnosi i wznosi ku górze, jest miłość”.

 

„Kocham cię Broadway” Teatr Mały Tychy

 

 

 

Wczorajszy wieczór spędziłam w Teatrze Małym w Tychach. Piszę o tym, ponieważ uważam, że należy rekomendować to, co warte uznania, nowatorskie i wybitne po prostu.

Na pierwsze strony gazet przebijają się jedynie teatry, których strategia marketingowa polega na szokowaniu opinii publicznej poprzez kontrowersje związane z repertuarem, bądź obsadą. Marna to strategia, w dodatku przynoszącą szkodę sztuce jako takiej.

Teatr Mały w Tychach stawia na jakość. Tutaj każdy spektakl jest wydarzeniem artystycznym i to bez względu na rodzaj widowiska. Dyrektor Andrzej M. Marczewski postawił poprzeczkę bardzo wysoko, tak sobie jak i artystom, z którymi, ku zadowoleniu widzów, współpracuje. Wczorajszy spektakl jest tego twardym dowodem.

Rewia karnawałowa „Kocham cię Broadway” zapiera dech w piersiach. Widowisko od pierwszego do ostatniego taktu porywające. Wielkie szlagiery musicalowe wspaniale zaaranżowane przez Krzysztofa Brzezińskiego w wykonaniu orkiestry pod jego batutą, znakomici wokaliści Serena Ottardo i Nicola Palladini, towarzysząca im grupa wokalna oraz balet, to atuty przesądzające o klasie przedstawienia.

Zjawiskowa, Serena Ottardo oczarowała nie tylko męską część widowni. Zapewne wielu widzów zadaje sobie pytanie: jak to jest możliwe, że tak delikatna kobieta posiada równie potężny wokal? Odpowiada za to znakomity warsztat, ogromne doświadczenie sceniczne czy zgoła boskie natchnienie? Jedno jest pewne: nieliczne wokalistki mają odwagę sięgnąć po tak trudny numer jak „Respect” z repertuaru Anety Franklin. Serena wykonała ten szlagier brawurowo, a publiczność doceniła jej kunszt, nagradzając gromkimi brawami. Piękna Włoszka dała pokaz talentu oraz temperamentu, zyskując uznanie i sympatię widzów.

Nicola Palladini zaprezentował się w podwójnej roli konferansjera oraz wokalisty. Z obydwu zadań wywiązał się kapitalnie. Gdyby w języku polskim nie istniało wcześniej określenie „żywe srebro” to zapewne obejrzawszy ten koncert, ktoś by je stworzył, po to tylko, aby spójnie opisać osobowość sceniczną reprezentowaną przez tego artystę. Kiedy tańczy, wydaje się być kwintesencją ruchu, kiedy śpiewa cały jest muzyką. Włoch o polskich korzeniach, czaruje publiczność zarówno w Polsce jak i za granicą.

Chcę wierzyć, że teatr należy do takich właśnie osób. Uprawiających swój zawód z miłością i doskonalących nieustannie kunszt artystyczny. Uwodzących publiczność osobowością, talentem i zaangażowaniem. Chcę TEATRU stanowiącego enklawę dla sztuki mówiącej o miłości, prawdzie, sensie życie, ludzkiej godności czyli wartościach kardynalnych dla każdego człowieka. Dla tego będę wracać do Teatru Małego w Tychach, mając pewność, że bylejakość i kicz nie mają tam wstępu.

Kris Rudolf- Art Of Joy

W ubiegłą sobotę dzięki zaproszeniu do TVP2 miałam okazję poznać niezwykłą osobę.

Krzysztof Rudolf Pietraszewski przeszedł śmierć kliniczna dwukrotnie i zdarzenia te wywarły olbrzymi wpływ na jego osobowość. Zmienił diametralnie siebie i swoje życie, a reminiscencje tej zmiany widać bardzo wyraźnie w twórczości Krzysztofa.

Krzysztof jest artystą o sporym dorobku. Producent telewizyjny, radiowiec, dziennikarz i autor scenariuszy. Związany ze światem mody – współpracował z takimi artystami jak Paco Rabanne i Olivier Lapidus. Zrealizował wiele autorskich projektów artystycznych. Jednym słowem człowiek tak wszechstronnych talentów jak i światowego formatu. Obecnie prezentuje swoje prace pod pseudonimem artystycznym Kris Rudolf.

Z wielką ciekawością obejrzałam prace Krisa Rudolfa i wracałam na jego stronę jeszcze kilkakrotnie, cały czas zastanawiając się, co mnie tak naprawdę w nich uwodzi.

Nie jestem krytykiem sztuki tylko jej odbiorcą. Należałoby dodać odbiorcą wybrednym. Uważam, bowiem, że sztuka powinna człowieka wznosić i napełniać optymistycznym, pozytywnym przekazem. Dawać wytchnienie niczym czuła kobieta zmęczonemu wojownikowi. Dekadencja, szarość i klimaty depresyjne, jakże często ostatnio lansowane w masmediach, nie mogą nasycić naszej duszy, dodać jej energii i światła. W tym, czego od sztuki oczekuję Kris mnie nie zawiódł.

Ujmujące w pracach Krisa jest ukazanie rzeczy prostych w nowej perspektywie i niezwykle energetycznej odsłonie. Artysta poprzez swoją optykę i kunszt, zabiera widza do cudownej impresjonistycznej bajki, w której wszystko zdarzyć się może. Obrazy tętnią życiem i jak najdosłowniej dzielą się z nami swoją energią.

Najnowszy projekt autorski „Art of Joy” to doskonały przykład sztuki, która nie tylko cieszy oczy, ale też wpływa terapeutycznie na samopoczucie, stymulując dobrą, kojącą energię. Oddziałuje także na pracę czakr podnosząc naszą witalność. Wobec dynamiki kształtu i koloru, świadomie bądź nieświadomie, nigdy nie pozostajemy obojętni. Kris Rudolf, posługując się okręgiem, jako figurą doskonałą, stworzył swoiste mandale pulsujące energią i promieniującymi kolorami życia. Jako człowiek głęboko czujący i wrażliwy dzieli się z odbiorcą nie tylko artystyczną wizją odsłaniającą jego wewnętrzny świat. Robi o wiele więcej. Proponuje skuteczne i piękne dzieła, które mogą ożywić każde pomieszczenie i poprawić energetykę tak miejsca pracy jak i wypoczynku. Kris Rudolf ma w sobie coś z alchemika, z tym, że zamiast tajemnej mikstury oferuje specyfik zaklęty w obrazie.

Jestem wdzięczna losowi za to, że dał mi szansę poznania tak niebanalnego twórcy. Z radością dołączam do grona fanów Art Of Joy.

Szablon Kris Rudolf

 

Era Wodnika –mój punkt widzenia

 

krystyna siejka wodnik

 

Era Wodnika i New Age to nazwy często używane zamiennie. Moim zdaniem nie są to synonimy. Powód jest prosty. Era Wodnika jest spójną koncepcją albo ideą opisaną przez Astrologię. Natomiast New Age jako ruch społeczny, podzielony na odłamy i obarczony błędami nadinterpretatorów, nie może być z tą ideą tożsamy. Na dzień dzisiejszy New Age wydaje się być zjawiskiem przebrzmiałym i niestety nieco skompromitowanym, jednak teoria nośna tego ruchu, w mojej ocenie, absolutnie nie straciła na aktualności.

Dla przypomnienia: Era Wodnika to po prostu jedna z dwunastu epok astrologicznych. Moim skromnym zdaniem obecne czasy stanowią swoiste preludium symptomów związanych z nadejściem tej epoki. W Erze Wodnika rozpoczną się gruntowne przemiany we wszystkich aspektach życia na naszej pięknej planecie. Chodzi tu o głębokie zmiany społeczne, narodowe, cywilizacyjne jak i zmiany zachodzące w sercach i umysłach wszystkich ludzi. Rzeczywiście zrobiliśmy dużo jeśli chodzi o prawa kobiet, mniejszości seksualnych i etnicznych, ekologię, globalną świadomość, rozwój osobisty (medytacja, joga) oraz medycynę naturalną i zdrowe żywienie. Z drugiej strony nigdy jeszcze nie było tak wiele depresji, samobójstw i wyobcowania. Po okresie względnego spokoju rosną w siłę ruchy fundamentalistyczne i nacjonalistyczne.

Wodnik jako znak zodiaku to archetyp wiedzy, poznawania, przecierania nowych szlaków, ktoś kogo pociągają rzeczy tajemnicze, zagadkowe i mistyczne. Wodnik jest niespokojnym duchem, któremu zawsze mało wrażeń w związku z czym chętnie eksperymentuje również z używkami. Nienawidzi konwenansów, zasad, ograniczeń i przymusu. Gdyby pokusić się o sformułowanie sztandarowego hasła dla tego znaku to brzmiało by ono „Chcę być wolny i chcę wiedzieć”.

Tu dochodzimy do sedna sprawy. Chyba jeszcze nigdy w nowożytnej historii ludzkości nie było tak łatwego dostępu do wiedzy i to wiedzy wszelakiej. Święta Inkwizycja nie spali nikogo na stosie za czytanie pozycji z indeksu ksiąg zakazanych. W prasie czy Internecie można znaleźć artykuły dotyczące wszystkich możliwych zagadnień. Śmiało rzec można, że nie istnieją tematy tabu. Niewiedza stała się kwestią wyboru.

Cieszy mnie ten powszechny dostęp do wiedzy ponieważ jest to pole, które wydaje obfity plon. Skoro wiem i poznaję to mam również możność wyboru. Nie muszę przyjmować prawd objawionych z ust przeróżnych guru, ani tych w sutannach, ani tych w garniturach. Jestem więc myślę i wybieram swoją drogę. Proszę zwrócić uwagę na postęp w nauce, który wcale nie zaprzecza tak zwanej wiedzy alternatywnej i duchowemu poznawaniu świata, a wręcz potwierdza jego istnienie. Prace współczesnych fizyków kwantowych to alchemia i metafizyka w czystej formie. Rozwój astronomii i astronautyki dowodzi niezbicie, że istoty energetyczne (dusze) prędzej  znajdą spokojną przystań w innym równoległym do naszego świecie niż w niebiańskich obłokach. Dzięki badaniom nad oddziaływaniem księżyca na organizmy żywe, w tym rośliny, wiemy, że zbieranie niektórych ziół podczas pełni lub nowiu, przekłada się w sposób wymierny na ich właściwości lecznicze. Z pewnych aspektów fitoterapii zdjęto odmę rytuałów magicznych. Jest kwestią niedługiego już czasu kiedy populacja „post antybiotykowa” ugrzęźnie na mieliźnie rozczarowań i na kolanach podziękuje Matce Naturze za jej hojne dary. To tylko kilka przykładów wybranych ad hoc.

Stare skostniałe paradygmaty wiedzy upadają i systematycznie teorie „pseudonaukowe” (bo nie awizowane w renomowanych czasopismach) znajdują dla siebie potwierdzenie. Swoją drogą, który naukowiec przyzna, że teoria stanowiąca podstawę jego pracy, poparta czyimś Noblem, jest nieprawdziwa, a ów Noblista powinien rumienić się ze wstydu ?

Ludzie już zaczynają dzielić się na industrialistów  i naturalistów. Jedni nie wyobrażają sobie życia bez techniki, drudzy tęsknią za powrotem do natury. Jako młoda dziewczyna czytałam książkę zawierającą profetyczne wizje starego mistrza Zen (nie pamiętam tytułu) Przewidywał on podział ludzkości na mieszkańców państw-miast (może miasta wydawały mu się tak wielkie jak państwa ?), w których technika osiąga niewyobrażalny poziom stając się czymś na kształt religii oraz mieszkańców grodów związanych wyłącznie z naturą i głęboko przeżywających wieź z naszą planetą.

Żyjemy w ciekawych czasach i mimo wszystko oceniam ten stan  jako przywilej. Ludzie zmieniają się i otwierają swoje umysły na wiedzę oraz duchowość rozumianą jako osobisty kontakt z absolutem. Rewolucja humanistyczna pokonała klerykalizm, faszyzm i komunizm. Jest to powód do dumy, człowiekowi zwrócono jego godność i umożliwiono nieskrępowaną realizację. Jednak w obliczu islamskiej inwazji na Europę powinniśmy przypomnieć sobie, że  „każda rewolucja jak Saturn,  pożera własne dzieci”[1] i przestrzegać elementarnych zasad zdrowego rozsądku.

Postanowiłam zachować spokój i przyjąć, że wolność jako najgłębsze pragnienie każdego człowieka znajdzie drogę do serc i świadomości fundamentalistów. Taką wizję przyszłości afirmuję , a tym samym wspieram.

Obraz autorstwa Pani Krystyny Siejki


[1] Georges Danton

 

 

 


 

 

 

Rozmyślania przed Świętem Zmarłych

 

 

 

Cytowany poniżej list porusza wiele problemów naszych czasów i być może zainspiruje kogoś do przewartościowania pewnych aspektów życia.

„Pani bloga podczytuję od kilku miesięcy. Bardzo poruszył mnie ten ostatni wpis o samobójcach i dlatego, mimo wielu zajęć, postanowiłem opisać swoją historię.

Urodziłem się i mieszkałem w Warszawie. Jesteśmy jak to się teraz mówi „słoikami”- moi rodzice pochodzili z małych miejscowości i po prostu przyjechali tam na studia. Zawsze byłem bystry, bez problemu skończyłem dwa kierunki i w dobie transformacji ustrojowej rozpocząłem pracę w korporacji. Szybko pojąłem zasady gry i stopnie awansu zaliczałem w biegu. Ożeniłem się i kupiłem eleganckie mieszkanie. Było mnie stać na wszystko. Minęło kilka kolejnych lat i to ja rozdawałem awanse. Władza to jednak silny narkotyk. Pierwsze opamiętanie przyszło kiedy zostawiła mnie żona. Byłem wściekły, bo odeszła ze swoim licealnym kolegą, nauczycielem angielskiego. Wtedy uważałem, że zostawiła mnie dla frajera, który zarabia grosze. Wszystko mierzyłem w pieniądzach.

Pocieszałem się w ramionach wielu kobiet. W korporacji łatwo o seks zwłaszcza jak jest się szefem. W wyniku różnych zawirowań i zmian w polityce firmy, dowiedziałem się, że nie przedłużą ze mną kontraktu. Świat mi się zawalił. Próbowałem walczyć i szukać pracy gdzie indziej, ale proponowane oferty wydawały się poniżej mojej godności. Wylądowałem u psychiatry. Nie będę się rozpisywał dość, że dotarło do mnie, że zmarnowałem małżeństwo, zdeptałem wiele osób w drodze na szczyt i de facto to ja jestem frajerem. Postanowiłem się zabić. Miałem mnóstwo prochów więc wydawało się to bardzo proste. Zaplanowałem  to tak, że najpierw obejrzę film, który bardzo lubiłem oglądać z żoną, a po seansie odejdę do lepszego świata.

Wie Pani długo się zastanawiałem, rozważałem za i przeciw, ale dochodzę do wniosku, że jednak jest jakaś siła, która nad nami czuwa. Proszę sobie wyobrazić, że ja w trakcie oglądania filmu zasnąłem. Po prostu nagle zrobiłem się strasznie słaby. Śnił mi się mój pradziadek, który był stolarzem. Znałem go tylko z opowieści i raz w życiu widziałem jego warsztat (zanim moi rodzice sprzedali jego dom). Byłem z nim w tym warsztacie i on powiedział do mnie „Twoja praca była nic nie warta, obracałeś nieistniejącymi pieniędzmi i dla tego twoje życie jest jakie jest. Weź się za konkretną robotę to wszystko się zmieni. Zobacz ten stół przetrwa pokolenia. To jest coś konkretnego.”

Następnego dnia kolejny szczególny „przypadek”: wyszedłem wieczorem po papierosy i spotkałem córkę sąsiadów, chodziła z pieskiem i płakała. Zapytałem ją, co się stało. Powiedziała, że rodziców nie ma, a jej opiekunka nie potrafi zrobić modelu studni i ona znowu jako jedyna w klasie nie będzie miała zadanej pracy. Pod wpływem impulsu obiecałem, że jej ten model zrobię. Pojechałem do sklepu, kupiłem parę rzeczy i studzienka wyszła jak ta lala. Kiedy to dziecko z radości zarzuciło mi ręce na szyje, dosłownie kolana mi zmiękły. Złapałem za telefon i zadzwoniłem do mojej mamy. Była zaskoczona bo do tej pory pamiętałem o niej tylko od święta. Powiedziałem: Mamo pojedź ze mną w swoje rodzinne strony, nie pytaj o nic tylko jedź. Mama na to – jedziemy! Pojechaliśmy dwa dni później. Oczywiście miał miejsce kolejny ”przypadek”. Mój nowy samochód odmówił posłuszeństwa. Rogatki miasteczka, a tu taka sprawa. „Przypadkiem” przejeżdżał tamtędy właściciel warsztatu samochodowego (obecnie mój szwagier), który odholował nas do siebie. Kiedy on oglądał samochód moja mama poszła na spacer. Po kilkunastu minutach wpadła zdyszana do warsztatu – synu nie uwierzysz tam na sklepie wisi ogłoszenie, dom po dziadkach jest na sprzedaż. Scena z mojego snu oraz całe moje życie stanęły mi przed oczami. Samochód odpalił. Mechanik nie chciał pieniędzy, bo jak powiedział, auto po prostu ruszyło. Dalej historia potoczyła się jak w telenoweli. Kupiłem ten dom wraz z przyległościami, poznałem moją żonę i dziś jestem właścicielem firmy, którą mam nadzieją przejmą moje dzieci, a mam ich troje, syna plus bliźniaczki. Czasami myślę, co by było gdybym wtedy nie zasnął. Odganiam te myśli bo nie są miłe”.

Nie każda historia kończy się tak dobrze jak wyżej opisana. Ludzie popełniają samobójstwa z przyczyn ekonomicznych i to jest bodaj największa tragedia wśród wszystkich samounicestwień. Presja ekonomiczna dotyczy zwłaszcza mężczyzn, na których zwyczajowo spoczywa utrzymanie rodziny. Zmiana statusu finansowego, degradacja zawodowa i brak perspektyw to ekstremalne wyzwanie dla każdej osoby, bez względu na wiek. Wiele istnień gaśnie z powodu decyzji wszechwładnych urzędników i sędziów, którzy wydając kuriozalne wyroki pozostają bezkarni. Wszechobecna obojętność i egoizm dopełniają czarę goryczy.

Mam nadzieję, że to się zmieni i ludzie zyskają nową, wrażliwszą świadomość. Żyjemy wszak w dobie wielkich zmian tak globalnych jak i społecznych. Na naszych oczach dzieją się rzeczy, które jeszcze dziesięć lat temu uznalibyśmy za niemożliwe.

Tymczasem przy okazji zbliżającego się Święta Zmarłych może warto pokusić się o refleksje i zastanowić nad losami przodków. Przecież to nie byli mitologiczni tytani, tylko ludzie tacy jak my. Jakim więc cudem przetrwali zabory, wojny, zesłanie, obozy koncentracyjne i wracali znajdując w sobie dość determinacji aby odbudować dom, rozwijać się i dać życie następnym pokoleniom? Skąd brali siłę aby mimo tak wielkich przeciwności iść dalej? Ileż kobiet zostało wdowami i wychowało samotnie kilkoro dzieci? Czy przetrwały tylko dzięki heroicznej mocy macierzyństwa?

A może to my chcemy zbyt wiele, ponieważ wmawia się nam, że „musimy mieć”? Czy w oczekiwaniu na spektakularne sukcesy nie pomijamy małych radości ?

Uważam, że zawsze warto wracać do korzeni i tam szukać zrozumienia życia i samych siebie.

Życzę Państwu aby ten szczególny czas pozwolił na refleksję tak osobistą jak i w gronie rodzinnym. Kierowcom wybierającym się w długą trasę życzę bezpiecznej podróży.

 

Obraz autorstwa Pani Krystyny Siejki

Samobójstwo – wielkie brzemię dla całej rodziny

 

Zamiast wstępu list od Czytelniczki :

 

„Czytałam z ogromnym zainteresowaniem Pani wpisy dotyczące samobójstwa. Mój brat otruł się dwa lata temu. Nie potrafię zrozumieć dlaczego to zrobił. Rodzice zawsze o nas dbali. Nie mam na myśli tylko strony finansowej. Kochali nas, poświęcali nam mnóstwo czasu i uwagi. Mój brat poszedł na studia i mam wrażenie, że jego psychika właśnie tam zaczęła szwankować. Wybrał trudny kierunek i to go przerosło. W trakcie studiów poznał dziewczynę, która była od niego dwa lata starsza. Zrobiła dyplom i wyjechała do Anglii, miała tam szykować dla nich gniazdko. Po roku zerwała z moim bratem. Wtedy poddał się całkowicie. Rodzice walczyli o niego, a to psychoterapia, a to prywatnie psychiatra , leki itp. Na nic nie żałowali pieniędzy. Ja również robiłam, co mogłam aby ułatwić mu powrót do normalności. Stało się inaczej. Kilka miesięcy po jego śmierci tata dostał udaru i jest częściowo sparaliżowany. Kolejny dramat, do którego –jestem pewna- przyczynił się mój brat. W tej chwili przeszłam na studia zaoczne żeby opiekować się tatą. Mama postarzała się w ciągu roku chyba o dwadzieścia lat. Boję się o nią. Nie potrafię wybaczyć bratu tego, co zrobił. Oprócz zabicia siebie zniszczył całą rodzinę. Nie wiem jak żyć z tym ciężarem przez resztę moich dni. Wszyscy użalają się tylko nad samobójcą, a my ? Kto zrozumie jaki ból przeżywa rodzina? Mam narzeczonego, którego bardzo kocham. Niedawno, przez osoby trzecie, dowiedziałam się, że jego babcia powiedziała „Jej brat się zabił to i ona może być słaba psychicznie. Lepiej byłoby żeby się rozstali bo na ciężkie czasy do małżeństwa trzeba dwojga mocnych. Jeszcze po szpitalach psychiatrycznych będzie z nią jeździł”. Wyobraża Pani sobie moją reakcję ? W domu rodzice też ciągle wracają do tematu i rozważają czy aby na pewno zrobili wszystko, co trzeba żeby uratować syna. Jest mi bardzo ciężko„

Samobójstwo jest dla rodziny chyba najgorszym z możliwych przeżyć, ponieważ bliscy zmarłego doświadczają nie tylko cierpienia wspólnego dla wszystkich osób w żałobie. Dodatkowo muszą zmierzyć się z poczuciem winy, z własną złością i bezsilnością, a bywa , że i ze wstydem, który w mniemaniu wielu wiąże się z taką śmiercią. Rodziny samobójców do końca życia zadawać sobie będą pytania, na które nigdy nie znajdą odpowiedzi.

Na pewno inaczej jest w dużych miastach, ale na prowincji czy na wsi ludzie wystawieni pod pręgierz, który z lubością obsługują lokalne plotkary, czują się napiętnowani. Żyją ze świadomością, że są obserwowani i oceniani. Wszak skoro jeden „był w rodzinie psychiczny” to i reszta może lada dzień pójść w jego ślady. Znam przypadek , gdzie mieszkaniec małej mieściny zrobił awanturę o lokalizację pochówku swojej matki. Ksiądz zaproponował mu pierwsze wolne miejsce, a on odmówił „bo jego matka była religijna i koło samobójcy na pewno nie zazna spokoju”. Dobrze, że przynajmniej bezduszny zwyczaj chowania samobójców poza obrębem cmentarza, odszedł już do lamusa historii.

Często kiedy taka tragedia dotyka naszych krewnych czy znajomych nie wiemy jak się zachować. Współczujemy i chcielibyśmy pomóc, ale słowa pociechy „ będzie dobrze”, „czas leczy rany”, „wszystko się ułoży”, wydają się zbyt płytkie i banalne w stosunku do rozmiaru tragedii. Moim skromnym zdaniem warto poczekać (oczywiście nie mam tu na myśli pomocy doraźnej w praktycznej sferze życia) na sygnał, na jakąkolwiek oznakę gotowości do rozmowy. Co powiedzieć ? Przypomniało mi się takie mądre zdanie, że prawdziwa rozmowa polega przede wszystkim na słuchaniu. Bywa, że osoba w żałobie potrzebuje głównie kogoś przed kim może się wypłakać i wyżalić. Wyrzucić z siebie nabrzmiałe emocje, oczyścić umysł i w ten sposób wrócić do równowagi. Nie jesteśmy kompetentnymi psychologami. Jednak w takich sytuacjach myślenie z poziomu energii serca w zupełności wystarcza. Wtedy bez skrępowania można powiedzieć „nie jestem w stanie do końca zrozumieć, co czujesz ponieważ nie jestem tobą, ale wiedz, że szanuję twój ból, że możesz na mnie liczyć”

Jeśli ten wpis czytają osoby, które utraciły kogoś bliskiego w takich właśnie okolicznościach to proszę aby się nie zadręczały. Nie możemy nikogo zmusić aby chciał żyć , tak jak nie możemy zmusić nikogo żeby z nami pozostał. Trzeba wrócić do „tu i teraz” ponieważ nie jesteście w stanie zmienić przeszłości. W tym miejscu i czasie czekają na was inne osoby, które kochają i tęsknią za waszą prawdziwą obecnością w ich życiu. Czas wrócić z krainy żałoby! Nie żyjecie jedynie dla siebie samych. Nie warto rozpamiętywać przeszłości odbierając sobie cząstkę teraźniejszości. Długotrwałe pielęgnowanie własnej żałoby zawsze odbywa się kosztem pozostałych członków rodziny. Zapytam wprost: jak myślisz, co czuje Twoja wnuczka kiedy krzyczysz na nią bo dotknęła rzeczy zmarłego wujka? jak czuje się Twój syn kiedy wchodząc do mieszkania wszędzie widzi zdjęcia zmarłej siostry i ani jednego własnego? Co myślą twoje córki zajmujące jeden ciasny pokoik ponieważ Ty nie pozwalasz im zająć pustego pokoju po ich zmarłym bracie mówiąc, że nie jesteś na to gotowa ?

Nie da się jednym dzieckiem zastąpić drugiego. To tak nie działa i jestem tego świadoma. Niemniej wprowadzanie atmosfery w której druga osoba czuje się nieomalże winna temu, że żyje, jest niedopuszczalne i bezsensowne.

Wybaczcie osobie, która odeszła i wspominajcie ją dobrze. Wybaczcie sobie wszystkie prawdziwe i urojone przewinienia dla dobra własnego i pozostałych członków rodziny. Życzę wszystkim spokoju i miłości.

Obraz autorstwa Pani Krystyny Siejki