Interwencja z Zaświatów

Po przerwie związanej z premierą książki, Biuro duchów wraca do pracy. Dzisiaj proponuję lekturę niezwykle ciekawego listu, który otrzymałam od pani M.

Treść korespondencji, stanowi dla mnie kolejny, cenny dowód potwierdzający, iż bliscy przebywający w Zaświatach obserwują nas i bardzo się nami interesują. Mało tego starają się skorygować nasze poczynania, jeśli akurat niczym zbłąkani żeglarze wpływamy na manowce doczesności.

Nigdy nie wierzyłam w zjawiska paranormalne, duchy itp. Byłam wręcz wyjątkowo sceptyczna, ale jak to w życiu bywa, tylko do pewnego momentu. Po śmierci babci, z którą byłam silnie związana emocjonalnie zaczęłam wierzyć.

Od kilku lat pozostawałam w związku partnerskim, mieliśmy dziecko, własne mieszkanie. Wszystko, co niezbędne do godziwej egzystencji. Czegoś jednak mi brakowało i prowadziłam podwójne życie. Spotykałam się z innym mężczyzną. Po jednym z takich spotkań przyśniła mi się babcia. Byłyśmy u niej w mieszkaniu. Strasznie mną szarpała, krzyczała na mnie, była potwornie wściekła. Nigdy w życiu nie widziałam jej w takim stanie. Przez cały sen płakałam, bałam się i nie potrafiłam zrozumieć ani jednego słowa jakie wypowiada do mnie. Obudziłam się z potwornym bólem głowy. Wtedy jeszcze nie wierzyłam w realność tego przekazu.

Po miesiącu, może dwóch rozpadł się mój romans. Sama postanowiłam, że chcę to zakończyć. Jakiś czas później miałam kolejny sen. Ponownie znalazłam się w mieszkaniu z moją babcia. Tym razem szczęśliwa, tryskająca radością, przytulała mnie. Pamiętam, że zadawałam jej pytania, co dzieje się po śmierci, gdzie jest teraz. Odpowiedziała mi, że nie może o tym mówić, ale że zostało jej jeszcze 28 dni. Sen się zakończył, a przynajmniej nic więcej z niego nie pamiętam.

Obecnie, jestem od dwóch lat szczęśliwą mężatką. Nasza rodzina się powiększyła, kupiliśmy piękny dom. Do romansów nigdy nie wróciłam. Jestem przekonana, że sen, w którym babcia mną szarpała dotyczył właśnie mojej zdrady, a zatem zachowania dla babci nie do zaakceptowania. Pamiętam każdy szczegół z tych snów pomimo tego, że minęły prawie trzy lata. Były to sny niesamowicie realistyczne.

W ubiegłym roku miałam jeszcze jedną, bardzo dziwną sytuację. Tym razem nie był to sen. Bardzo pomogłam siostrze, z którą nigdy nie miałam dobrego kontaktu. Babcia nas dwie wychowała, jednakże nie było pomiędzy nami żadnej więzi, nawet się nie kłóciliśmy, bo po prostu nie rozmawiałyśmy ze sobą. Nie potrafiłyśmy tego robić. Sama nie wiem, dlaczego. Pomoc siostrze kosztowała mnie wiele wysiłku i nieprzespanych nocy. Dałam radę.

Kiedy już cała trudna sytuacja wydawała się szczęśliwie zakończona, a ja radosna i odprężona wracałam do domu, spotkało mnie coś szczególnego. Był późny wieczór, ale nie czułam zmęczenia. Wręcz przeciwnie dawno nie było mi tak dobrze.

Podjeżdżając do garażu, zauważyłam przed samochodem ubraną na biało postać. W takiej sytuacji rzecz pierwsza to noga na hamulec. Zatrzymałam się gwałtownie, a postać zniknęła. Trwało to ułamek sekundy, dosłownie mrugnięcie powiek. Wyszłam przestraszona z samochodu, rozejrzałam się po podwórku, ale nikogo nie było, choć po dzisiejszy dzień pamiętam dokładnie tę jasną poświatę, bijącą od sylwetki szczupłej osoby. Zarejestrowałam ze szczegółami wyraz twarzy i ubiór. Jestem przekonana, że była to moja babcia. Tylko dlaczego mi się ukazała? Być może w podziękowaniu za pomoc okazaną siostrze? Od tamtej pory nie wiem jakim cudem, ale znalazłyśmy z siostra wspólny język i dogadujemy się. Kolejna, już ostatnia sytuacja miała miejsce niedawno. Przeszłam ciężką operację ratująca moje życie. Po powrocie do domu ze szpitala miałam kolejny sen. Byłam w szpitalu, a obok mojego łóżka siedzieli dziadkowie. W czasie mojego pobytu w szpitalu nie żyli już oboje. Dziadek powiedział do mnie, -Ty wiesz wnusia, że oni wszyscy myślą ze my nie żyjemy. Po czym zaczął się śmiać. Babcia również się śmiała. Powiedziała tylko jedno zdanie „teraz już wszystko będzie dobrze”. Sen się skończył.

W Boga nie wierzę, ale zaczęłam wierzyć, że śmierć nie jest końcem wszystkiego. Zastanawia mnie tylko dlaczego w jednym ze snów babcia powiedziała, że zostało jej 28 dni? Skoro obserwuje mnie, to dlaczego nie przyśni mi się w momentach, kiedy jej potrzebuje??? Czemu tak naprawdę miała służyć wizyta białej postaci na moim podwórku?

Droga M., bardzo dziękuję za tę niezwykle szczerą i głęboką relację. Pozwolę sobie zauważyć, że jeśli uznajesz za fakt ciągłości życia po śmierci ciała, to tym samym wierzysz w inteligentną, pełną miłości Siłę, która panuje nad wieloma światami i zachowuje najwartościowszą cząstkę naszego istnienia, czyli duszę w dobrostanie. Dzisiaj chyba już niewiele osób wyobraża sobie Najwyższego jako siwego starca, siedzącego na tronie z chmur. Choć, być może, nigdy nie ogarniemy istnienia tej Siły rozumem, to mamy szansę pojąć ją sercem. Inteligencja serca, nie jest na dzień dzisiejszy kwestią wiary i okazuje się, że nie pomylił się Mickiewicz przekonując „Miej serce i patrzaj w serce”.

„W opublikowanej w 1991 r. książce „Neurokardiologia” dr J. Andrew Armoura udowadniał, że serce ma złożony system nerwowy, który można nazwać małym mózgiem składającym się z czterdziestu tysięcy komórek nerwowych. W 1995 r. inny naukowiec – dr Ming He-Huang z Akademii Medycznej w Harvardzie – odkrył, że komórki te są identyczne z tymi, które znajdują się w mózgu. Oznacza to, że serce i mózg mają ze sobą łączność elektromagnetyczną, dzięki której przesyłają sobie nawzajem informacje.[1]
Sceptyk wytłumaczyłby każdy z Twoich snów, używając argumentów zaczerpniętych tak z psychologii głębi jak i behawioryzmu. Ot, skrywane wyrzuty sumienia, potrzeba potwierdzenia własnych działań, zaspokajanie atawistycznego lęku przed unicestwieniem itd.

Dla sceptyka, życie we wszystkich przejawach, jest tak naprawdę, tylko podniecającą grą, jaką jego intelekt toczy z własnym ego. Dla osoby bogatszej o doświadczenie pozazmysłowe świat otaczający jawi się jako jedna z wielu możliwości istnienia, a resztę podpowiada dusza.

Babci mogło nie podobać się Twoje zachowanie, lecz przypuszczam, że nie o jej subiektywną ocenę chodziło. Babcia prawdopodobnie wiedziała jak destrukcyjne mogą być konsekwencje tego romansu. Wiele snów, w których pojawiają się bliscy zmarli ma charakter proroczy. Zadaj sobie pytanie, co by się stało, gdyby ów romans wyszedł na jaw? Czy Twoje życie byłoby równie zadawalające jak obecne? Osobiście uważam, że tak bliska twemu sercu osoba, usiłowała powstrzymać Cię przed wejściem na życiową równię pochyłą z wszystkimi następstwami tego działania.

Jeśli chodzi o te 28 dni, o których babcia wspomniała, to myślę, że odniosła się do zakończenia pewnego etapu jej duchowej wędrówki. Wszystkie wielkie religie mają swoją wizję wydarzeń rozgrywających się po opuszczeniu ziemskiej powłoki. Na przykład w buddyzmie istniej pojęcie stanu bardo, w którym przechodzenie do subtelnej formy istnienia nie następuje ad hoc, tylko stanowi pewien proces, podzielony na etapy rozgrywające się w konkretnych ramach czasowych. Skoro tak mocno zaakcentowała te 28 dni, to można założyć, że przejście tej fazy było dla niej bardzo ważne, a może wręcz decydujące. Myślę, że była przy Tobie zawsze, kiedy jej naprawdę potrzebowałaś, a w innych niełatwych momentach widocznie wierzyła w Ciebie i wiedziała, że sobie poradzisz. Poza tym, weź pod uwagę, że częste wizyty babci mogłyby wpłynąć nie tylko na Twoją wolną wolę, ale przede wszystkim zachwiać pewnością siebie, a w najgorszym razie uzależnić od zewnętrznej i subiektywnej opinii. Nasi bliscy mogą próbować nam pomóc, ale życia za nas nie przeżyją.

Temat świetlistej postaci, która ukazała się w tak ważnym dla Ciebie momencie jest niezwykle interesujący. Czy była to babcia? Nie wiem. Bezsprzecznie był to sygnał świadczący o zdjęciu jakieś blokady, która umiejscowiła się w Twojej świadomości i ograniczała kontakty z siostrą. Doświadczenie uczy, że z samym sobą także można wejść w dość szczególną relację, również pozazmysłową. Zajmując się problemem siostry, zrekompensowałaś lub innymi słowy wypełniłaś dobrem przestrzeń, która do tej pory pozostawała ziemią jałową i właśnie w tej przestrzeni wasze relacje mogły odrodzić się na nowo. Z mojej perspektywy, zaskoczyła Cię najlepsza cząstka Ciebie samej. Zmieniła się po prostu obraz ciał subtelnych, co mogło spontanicznie zamanifestować się w świecie fizycznym. Oczywiście, jest to tylko i wyłącznie moja hipoteza.

Sen, w którym odwiedzili Cię dziadkowie, zapewne miał zrekompensować traumę jaką była operacja, od wyniku której zależało Twoje życie. Ich zachowanie było kojące, a przekazana informacja cenna. Zakładam, że wiele osób przyjęłoby ją z radością i wdzięcznością.

Dziękuję za list i poświęcony czas.

Mam nadzieję, że dla Państwa ta korespondencja była równie wartościowa jak dla mnie.

 

[1] http://www.poradnikzdrowie.pl/psychologia/emocje/neurokardiologia-naukowcy-dowodza-ze-serce-czuje-i-rozumie_41356.html

 

Komunikacja między światami – ciekawa historia Katarzyny

Nigdy nie miałam najmniejszych wątpliwości, że kurtyna oddzielając świat ziemski od Zaświatów, nie jest bynajmniej nieprzenikniona. Bliskie nam osoby, które zakończyły swoją doczesną wędrówkę, interesują się naszym życiem i czujnie obserwują rzeczywistość, w której egzystujemy. Niejednokrotnie przekazują ostrzeżenia lub po prostu akcentują swoją obecność, dodając nam w ten sposób otuchy. Sny, widzenia, znaki, jakie od nich otrzymujemy działają niczym balsam na skołatane nerwy i często odbudowują zachwianą wiarę w sens życia, które choć pełne tajemnic i zawirowań, jawi się jako dar bezcenny.

Taką właśnie piękną historię ze spotkania na granicy światów, przesłała Katarzyna.

W 2009 roku wybrałam się w rodzinne strony mego Ojca. Ponieważ, mój pracodawca nie udzielił mi wolnego, nie mogłam być na pogrzebie Babci, która odeszła w lutym. Z tego względu, dzień Wszystkich Świętych stał się dla mnie okazją, aby odwiedzić grób Babci i symbolicznie się z nią pożegnać.

W noc poprzedzającą mszę, która miała odbyć się na cmentarzu, spałyśmy z siostrą w jednym łóżku. W pokoju panowała ciemność. Były opuszczone rolety antywłamaniowe. Nagle w ciągu ułamka sekundy pokój zaczął wypełniać się jasnym, ciepłym światłem. Zapytałam siostrę, czy widzi to światło, a ona odparła, że nie, zerknęłam w stronę okna, szukając źródła światła, ale jak wspomniałam żaluzje były opuszczone.

Miałam wrażenie, że światło wydobywa się z sufitu. Wypełniło ono całe pomieszczenie, w którym po kilku sekundach, panowała niewyobrażalna jasność. Widziałam również, pojedyncze lśniące bąbelki, swobodnie unoszące się w powietrzu. Poczułam lęk, a moje ciało ogarnął paraliż, nie mogłam wydobyć z siebie słowa ani się ruszyć.

Zaczęłam czuć obecność jakiejś Istoty, po prostu wiedziałam, że ktoś znajduję się w tej nieopisanej jasności. W myślach zapytałam, czy tą osobą jest Babcia? Ona to potwierdziła i dodała, że mam oddalić lęk, że wszystko jest w porządku.

Poczułam błogi spokój, bezwładne do tej pory ciało rozluźniło się. Czas dla mnie stanął w miejscu. Ta chwila, wydawała się trwać wiecznie. Porozumiewałyśmy się w myślach, płynących prosto z Serca. Babcia przekazała mi, że jest Jej tam dobrze, zapewniła, że jest spokojna. Babcia udzieliła mi również pewnej rady, której treść była dla mnie szokująca.

Mówiła, abym zaufała Łukaszowi, przestała się buntować i bez wątpliwości oddała się Miłości. Babcia odeszła w lutym 2009 r. a ja poznałam Łukasza w czerwcu 2009r! Wynika z tego jasno, że bliscy zmarli, mogą obserwować nasze życie i osoby, które się w nim pojawiają!

Babcia przekazała mi także informacje dla pozostałych członków rodziny. Na koniec naszego spotkania Babcia powiedziała, że mam ogromną MOC i że Ona także przekazuje mi swoją siłę, a dowód otrzymam jutro. Z moich oczu płynęły łzy, czułam ogromne ciepło, światło zaczęło powoli znikać. Ponownie zapytałam siostrę, czy widziała to światło? Zaspana siostra kompletnie nie wiedziała, o co mi chodzi. W tej sytuacji, nie drążyłam tematu, tylko po prostu usnęłam.

Następnego dnia rano obudził mnie trzask zamykanych drzwi. Domownicy udali się do samochodów, aby dojechać na oddalony o kilka kilometrów cmentarz. Wstałam i w kilka sekund ubrałam się, a siostry niestety nie mogłam dobudzić. Szybko zbiegłam po schodach. Miałam nadzieję, że ktoś jeszcze nie odjechał i mimo, że zaspałam, jakoś na tę msze zdążę. Wybiegłam przed posesję, ale wszystkie samochody odjechały.

Zaczęłam więc biec co sił w kierunku głównej drogi, do której jest spory kawałek. Kiedy dostałam się na główną drogę próbowałam łapać stopa, niestety nikt nie chciał stanąć. Nagle usłyszałam klakson i znajomy głos zawołał: Kaśka parking obok! Był to mój chrzestny z rodziną (mój Tata ma dwóch braci, u jednego z nich nocowaliśmy a drugi, czyli mój chrzestny mieszka w innej części miasta). Szczęśliwa dobiegłam na parking, wsiadłam do samochodu i jakimś cudem zdążyliśmy! Kiedy pojawiłam się na cmentarzu, reszta rodziny była przekonana, że zadzwoniłam po chrzestnego, a ja przecież do dziś nie mam jego numeru. Zrozumiałam, że ktoś zadbał, abym dotarła na miejsce.

Spojrzałam na grób Babci, w duchu podziękowałam, było to dla mnie swego rodzaju potwierdzenie wydarzenia z ubiegłej nocy. Z perspektywy lat uważam, że droga jaką przeszłam wymagała i wymaga ogromnej mocy. Diagnoza o nieuleczalnej chorobie, którą usłyszałam w dzieciństwie, kilka przebytych operacji, sam fakt odnalezienia własnej Drogi Życia, to ważne i trudne chwile. Byłam w piekle. Wyrwałam się żywcem z kotła piekielnego. Dziś po latach widzę, jaką moc dała mi Babcia, o jakiej sile mówiła. Z Łukaszem jesteśmy małżeństwem i wspieramy się nawzajem. Nie zostawił mnie, mimo bardzo ciężkich chwil po operacjach. Troskliwie karmił, ubierał, dbał o higienę, pomagał i pomaga we wszystkim. Tu też Babcia miała słuszność.

Wskazówki, jakie otrzymujemy z Zaświatów dowodzą, że osoba przekazująca informacje posiada wgląd w przyszłość i widzi dalszy rozwój wypadków. Osoba ta, dokłada zwykle wszelkich starań, aby owo ostrzeżenie nie zostało zignorowane. Zjawisko, komunikacji między światami samo w sobie jest niezwykłe, a dla kogoś kto bodaj raz w życiu doświadczył kontaktu pozazmysłowego, pozostaje niezbitym dowodem na „życie po życiu”. Można by powiedzieć, że fenomen ten posiada jeszcze jedną właściwość – poprzez swój prekognicyjny charakter, uwiarygadnia źródło, z którego informacja pochodzi.

Pewna grupa naukowców doszukuje się wytłumaczenia tego typu zjawisk w ludzkiej psychice. Innymi słowy uczeni ci sugerują, że nasz wyższy umysł (świadomość, superego) miałby tworzyć swego rodzaju fantomy, przekazujące nam w przystępny sposób informacje, których nie dostrzegamy, pomijamy lub nie rozumiemy właściwie – oczywiście na jawie, kiedy opieramy się jedynie na naszym Ego.

Nie można wykluczyć, że taki proces jest możliwy, zwłaszcza, że znalazłby wiele praktycznych zastosowań. Często zdarza się, że sami sabotujemy swoje poczynania lub znajdujemy się w takich okolicznościach, gdzie od podjętej decyzji może zależeć nasze być albo nie być. Psycholog powiedziałby, że podświadomość (Id), świadomość (Ego) i nadświadomość (Superego) działają w nas jednocześnie. Niestety, czasami te trzy części naszej osobowości są ze sobą skonfliktowane, co w rezultacie powoduje kompletnie irracjonalne i nieadekwatne do sytuacji zachowania. Gdyby Superego chciało zdyscyplinować Id i wymusić pożądaną oraz korzystną reakcję, użycie mentalnego fantomu osoby, z którą się liczymy, ponieważ zawsze była dla nas autorytetem, byłoby uzasadnione i zapewne skuteczne.

Nie ulega jednak wątpliwości, że Superego może korzystać z wiedzy nabytej (być może nawet poprzednich wcieleń) nie posiada jednak zdolności jasnowidzenia, jasnosłyszenia itp.

Dlatego przepowiednie, prognozy o charakterze proroctw, wydają się pochodzić z innej, niepojętej przestrzeni. Ludzie duchowi, mają nieskończenie większe możliwości niż my ograniczeni ciałem. Wglądy w przyszłość stanowią zapewne jedną z ich „supermocy”.

Mniemam zatem, że historia opisana przez Katarzynę, pełna nie tylko absolutnie mistycznych przesłań, ale również proroctw, które spełniły się, co do joty, pochodziła z Zaświatów.

Autorce dziękuje za szczerość i poświęcony czas.

 

Echa historii cz. II

 

 

Drodzy Państwo, ponieważ otrzymałam bardzo interesujące listy, wracam do tematu poprzedniego artykułu. Myślę, że warto, ponieważ opisane zjawisko jest raczej słabo zbadane i nieczęsto poruszane w przestrzeni parapsychologii.

Zaprezentowane relacje łączy pewien ciekawy wspólny element, odnoszący się do fizycznego odbioru zachodzących zjawisk. Zapraszam zatem do lektury.

Pierwszy list otrzymałam od Agaty. Jej ojciec Marcel był z zawodu geodetą. Często wyjeżdżał służbowo nad czym Agata i jej mama bardzo ubolewały. Z kolejnej delegacji, wrócił w wyjątkowo melancholijnym nastroju. Zapytany o przyczynę swojego zachowania, odparł, że po prostu jest zmęczony pracą i podróżą. Marcel pracował wtedy dla firmy, która kupiła bardzo rozległy teren, gdzie miało powstać osiedle i kilkanaście domów jednorodzinnych. Jego zadaniem było rozgraniczenie działek pod zabudowę indywidualną. Na miejscu okazało się, że występują spore nieścisłości między tym, co wcześniej naniesiono na mapę, a stanem faktycznym.

Około półtora roku później do Marcela zadzwonił znajomy, kierujący właśnie tą budową. Rozmawiali dłuższą chwilę, po czym ojciec bardzo przejęty poprosił, żeby Agata przyniosła mu kieliszek koniaku. Matka i Agata zaczęły dopytywać, co się takiego stało.

„Dowiedziałem się właśnie, że na działce położonej najbliżej lasu wykopano ludzkie szczątki. Ja znam tego kierownika budowy. Był zdenerwowany, bo wiecie, jak to jest, roboty wstrzymane. Policja, prokurator, a jak się okaże, że sprawa ma podłoże historyczne to jeszcze archeolodzy.

Mama odparła: przecież nie pierwszy raz na terenie, który mierzyłeś odkryto takie smutne znalezisko. Nam ciągle powtarzasz, że ziemia kryje wiele tajemnic i ludzie sami niewiedzą na czym mieszkają. Czemu cię to tak poruszyło? Mój ojciec był człowiekiem poważnym, zafascynowanym nauką i na pewno niełatwo mu było, przełamać się i opowiedzieć nam taką historię.

Przyznam się wam kochane dziewczyny, że na tej działce spotkała mnie bardzo dziwna przygoda. To była ostatnia działka do zrobienia. Piękne miejsce pod samym lasem. Jedyny mankament to ogromny głaz, który tam leżał. Na moje oko ważył koło dwóch ton. Oparłem się o ten kamień i chwilę odpoczywałem. Pracowałem w dużym pośpiechu, bo chciałem wrócić do domu ostatnim pociągiem. Nagle poczułem silny ucisk w skroniach. Pomyślałem, że głowa boli mnie ze zmęczenia. Zacząłem rozkładać swoje narzędzia, ale do tego bólu głowy doszedł jeszcze szum w uszach. Po chwili ten szum zmienił się w pisk i to było bardzo nieprzyjemne. Odruchowo zatkałem uszy palcami i zamknąłem oczy. Ten pisk ustał. Otworzyłem oczy i zdałem sobie sprawę, że w niepojęty sposób, znalazłem się w samym środku bitwy. Wiem, że to brzmi idiotycznie. Próbowałem szukać jakiegoś wyjaśnienia, ale nie znalazłem.

Mama poprosiła, żeby opisał nam ze szczegółami to, co widział, bez względu na to jak dziwne wydaje mu się całe zajście. Ojciec się wzbraniał, ale w końcu uległ naszym namowom. Słyszał zgiełk bitewny, wybuchy pocisków, krzyki ludzi. Z tego lasu wybiegł żołnierz, który próbował ukryć się za głazem, niemal natychmiast został on postrzelony w głowę. Padł dosłownie przed moim ojcem. Ojciec widział, jak reszta żołnierzy cofa się do lasu. Po czym wszystko zaczęło cichnąć, a obraz zaczął się rozmazywać. Kiedy w końcu zniknął zupełnie, ojciec odruchowo spojrzał na zegarek, upłynęły trzy minuty. Wiedział to, ponieważ zanim obraz się pokazał również sprawdzał godzinę, szacując w jakim tempie musi uwinąć się z robotą, żeby zdążyć na pociąg. Był oczywiście wstrząśnięty i zmobilizował wszystkie siły, żeby zrobić swoje i zdążyć na dworzec. Mówił, że się nie bał. Wiedział, że to nie były duchy, tylko coś zupełnie innego. Długo dyskutowaliśmy na ten temat. Ojciec do końca życia szukał publikacji i kontaktów, które umożliwiłyby mu zrozumienie tamtego doświadczenia. Podejrzewał, że doszło w tym miejscu do zakrzywienia czasoprzestrzennego. Interesował się również tym, co mogło wpłynąć na szczególny stan fizyczny, który wtedy odczuwał.

Dodam, że odkryte szczątki należały do żołnierza z I Wojny Światowej. Znaleziono fragmenty munduru carskiej armii.”

Przyznacie Państwo, że to doprawdy epickie doświadczenie. Wnioski jakie wysnuł ojciec Agaty wydają się być bardzo sensowne. Zwłaszcza, że na obecnym etapie fizyka kwantowa, potwierdza istnienie wielu wymiarów i pojęcie względności czasu znajduje dodatkowe potwierdzenie. Przejdźmy do kolejnej historii, przesłanej przez Błażeja.

„Mój dziadek był warszawiakiem z dziada pradziada. Chłopak z niebogatej, ale kochającej się rodziny, trafił w 1938 roku „na termin” do majstra i tak rozpoczął swoją pracę kanalarza, którą wykonywał aż do emerytury. Późno się ożenił i dlatego, mimo że zmarł mając dziewięćdziesiąt lat, nie cieszyłem się nim tak długo, jakbym chciał. Pozostał do śmierci młody duchem i koledzy zazdrościli mi tak fajnego dziadka. Opowiadał mnóstwo ciekawych historii, które opiszę i przekażę Tobie w najbliższym czasie. W pierwszej kolejności przedstawiam taką, która łączy się z artykułem „Echa historii”.

Rzecz dzieje się za Gomółki. Dzień, jak co dzień, dziadek, sam był już majstrem, a za pomocnika miał Michała. Był to prosty, wiejski chłopak, ale żądny wiedzy. Uczył się zaocznie, a po latach jako inżynier został przełożonym dziadka.

Tym razem zeszli do kanałów w miejscu, gdzie przecinały się dwa korytarze. (Zaznaczam, że byli tam nie pierwszy raz.) Przeszli kilkadziesiąt metrów. Dziadek mówił, że zaczęła go boleć głowa. To był mocny człowiek i niezwykle rzadko coś mu dolegało. Znał każdy zakamarek tego podziemnego miasta i to on był wyrocznią dla Michała. Dziadek mówił, że szli wtedy pod Starym Miastem. Nagle usłyszeli dziwne dudnienie i odgłos kroków. Michał złapał się za głowę, w uszach coś mu okropnie piszczało, mówił później, że to był „bolesny dźwięk”. Zdezorientowani oparli się o ścianę. Na przecięciu tych dwóch korytarzy zobaczyli grupkę ludzi. Dziadek wspominał, że ten widok przypominał fatamorganę, powietrze zrobiło się jakby gęste i falowało. Zjawy miały albo mundury, albo po prostu powstańcze opaski. Dwóch mężczyzn wspierało rannego kolegę. Była też kobieta. Szła jako pierwsza i to ona krzyknęła: granaty, rzucają granaty! Potem pojawił się jasny rozbłysk i wszystko zniknęło. Dziadek szybko się pozbierał, ale Michał dostał ataku paniki, w kółko powtarzał – co się stało panie majster, co się stało?

W czasie wojny dziadek przeprowadził kanałami wiele osób i takich grup jak ta „widmowa” również spotkał sporo. Przyznał, że nie rozumiał, co zaszło. Wiedział, chyba instynktownie, że trzeba zabrać z tego miejsca Michała i jakoś go uspokoić. Tak zrobił. Kiedy chłopak zaczął mówić do rzeczy, dziadek wytłumaczył mu, że musi wszystko zachować w tajemnicy, bo inaczej zamkną ich do Tworek. Po prostu są rzeczy niewyjaśnione i taka właśnie im się przytrafiła. Te kanały pochłonęły tysiące istnień ludzkich, może widzieli duchy zmarłych, a może jeszcze coś innego, ale mówić o tym nie ma sensu, bo albo ich wyśmieją, albo uznają za wariatów. Michał to zrozumiał i nikomu nic nie powiedział. Chciał się przecież kształcić, a kto w czasach komuny zainwestowałby w takiego, co szerzy ciemnotę i zabobon?

Wielokrotnie zastanawiałem się, co tak naprawdę widział mój dziadek. Pewnego razu natknąłem się na opis osoby, która miała podobne widzenie. Mężczyzna ten po prostu „zobaczył” w Strykowie fragment wydarzenia, które historia zna jako bitwę nad Bzurą. Mój dziadek zobaczył zatem kadr z Powstania Warszawskiego. Zastanawiam się też nad objawami fizycznymi, które wystąpiły u dziadka i jego pomocnika. Takie nieprzyjemne wrażenia mogą wywołać infradźwięki.”

Pojawia się wniosek, że kiedy otwierają się wrota czasu, ciało ludzkie nie pozostaje obojętne, a wręcz przeżywa fizyczny dyskomfort. Prawdą jest, że podobne odczucia wywołują infradźwięki. Tyle tylko, że w tym konkretnym wypadku trudno o badania empiryczne.

Z drugiej strony, wiele osób, którym dane było stać się przypadkowymi widzami takiej projekcji z przeszłości, nie wspominało o jakichkolwiek dolegliwościach natury fizycznej. Czyżby zatem odbiór takich przekazów uzależniony był od cech osobniczych lub związany jedynie z konkretnym miejscem? Sprawa zdecydowanie do zbadania.

Ciekawa jestem Państwa opinii na ten temat.

Spokojnie, tylko spokojnie

 

Napisał do mnie Pan Roman:

„Od pewnego czasu czytam tego bloga i zastanawiam się czy istnieją ludzie, którzy są w stanie przeżyć spotkanie z duchem, tak na spokojnie? Jestem facetem po pięćdziesiątce i uchodzę za osobę odważną. W swoim czasie służyłem w Czerwonych Beretach, gdzie trzeba było pozostać twardym, a strachu żaden z nas nie znał. Jednak wydaje mi się, że w kontakcie z czymś tak dziwnym i niejednoznacznym, chyba bym skrewił. Nie byłem nigdy w takiej sytuacji. Podejrzewam, że gdyby niespodziewanie z ciemności wyłoniła się przede mną jakaś bladolica postać to (przepraszam za dosadność) obawiałbym się o swoje zwieracze.”

Panie Romku, jest Pan bardzo bezpośrednim człowiekiem, ale to dobrze bo takich ludzi lubię najbardziej. Postawił Pan ciekawe pytanie, a ja postaram się udowodnić, że istnieją osoby potrafiące przyjąć z otwartym sercem, również byty duchowe.

Trudno powiedzieć, co właściwie decyduje o postawie jaką przyjmujemy wobec istności duchowych. Z moich obserwacji wynika, że nie ma tu znaczenia ani wiara (rozumiana jako religijność) ani wiek osoby, doświadczającej takiego kontaktu, a już na pewno o jakości i rodzaju tegoż, nie decyduje postawa reprezentowana w codziennym życiu. Innymi słowy ktoś odważny jak żołnierz Czerwonych Beretów, może w relacji paranormalnej czuć się bezradny i przerażony. Natomiast osoba, która na samą myśl o skoku ze spadochronem blednie, przyjmuje bezcielesną obecność naturalnie i bez lęku. Być może, znaczącą rolę odgrywa tutaj jeden z rodzajów naszej inteligencji, a konkretnie inteligencja emocjonalna ze szczególnym uwzględnieniem typu interpersonalnego. Osoba spełniająca kryteria charakterystyczne dla tego typu doskonale rozumie potrzeby innych ludzi, jest wysoce empatyczna i znakomicie czyta mowę ciała. Taka osoba świetnie rozróżnia emocje i co istotne potrafi nad nimi panować. Można powiedzieć, że „czyta” innych ludzi niczym otwartą księgę. Czemu zatem nie miałaby sobie poradzić z rozpoznawaniem intencji w kontaktach między wymiarowych?

Oto relacja nadesłana przez Panią Jolantę:

„Historia miała miejsce po wojnie, na Ziemiach Odzyskanych, prawdopodobnie gdzieś na Dolnym Śląsku. Mieszkająca na wsi rodzina nauczycieli poszukiwała pani do prowadzenia domu. Młode małżeństwo z dzieckiem mieszkało na terenie budynku szkolnego. Babcia mojej koleżanki chętnie przyjęła tę posadę. Zdziwiła się wprawdzie, kiedy zaproponowano jej przestronny, ładniejszy pokój z dużym łóżkiem, a rodzice z dzieckiem pozostali w małym pokoju.

W wolnej chwili, babcia poszła zwiedzać urokliwe okolice. Dotarła na miejscowy cmentarz, gdzie jej uwagę zwrócił grób ulokowany pod płotem w dodatku jako jedyny pozbawiony krzyża. Zaintrygowało ją czemu ten grób nie ma krzyża. Nastała noc, babcia położyła się do łóżka, a po chwili ukazała się jej zakonnica. Po prostu stała w nogach łózka i odezwała się do babci: ”Ja się tutaj powiesiłam”.

Babcia nie przelękła się tylko spokojnie odpowiedziała tak: „To skoro się tu powiesiłaś, to ja się pomodlę za Twoją duszę”. Babcia koleżanki modliła się, a zakonnica przestała ją nawiedzać. Po pewnym czasie babcia dowiedziała się, że grób bez krzyża na cmentarzu był grobem tej właśnie zakonnicy.”

Proszę zwrócić uwagę, że bohaterka tej historii przyjęła duszę zakonnicy szlachetnie, odnosząc się z wielkim współczuciem do jej tragedii. Prawdopodobnie tak samo postąpiłaby również z żywym człowiekiem w potrzebie.

Pozwolę sobie przedstawić historię dotyczącą osoby z mojej rodziny. Rzecz dzieje się w Warszawie, po wyzwoleniu. W mieście rozpoczyna się może jeszcze nie odbudowa w pełnym tego słowa znaczeniu, ale gruntowne porządki. Lewobrzeżna Warszawa to jeden wielki cmentarz, pod gruzami leżą zwłoki, które trzeba pochować.

Julia przetrwała wojnę, ma dach nad głową, właściwie można powiedzieć, że wygrała los na loterii życia. Po pracowitym dniu kładzie się spać, marzy o wannie pełnej wody. Po raz kolejny śni ten sam sen. Młoda dziewczyna stoi wśród ruin. Jula poznaje to podwórko z charakterystyczną kapliczką. Przed wojną mieszkała tam jej najlepsza przyjaciółka. Dziewczyna ze snu jest wyjątkowo ładna. Prawą ręką wskazuje na kilka grobów, i mówi:

-Ten pierwszy jest mój, mam na imię Irena, powiedz moim rodzicom, że tu jest moje ciało. Proszę cię, oni się martwią, wszędzie mnie szukają. Powiedz im, niech wiedzą.

Dziewczyna podaje adres rodziców. Ten sen jest tak realistyczny, że trudno w niego nie wierzyć.

Julia się waha, nie wie czy odnajdzie tych ludzi, jak ją potraktują? Odkłada podjęcie decyzji. Przełom następuje w chwili kiedy dziewczyna ukazuje się jak żywa w kuchni i patrzy błagalnie, swoimi ogromnymi brązowymi oczyma. Jest środek dnia. Jula nie boi się umarłych, tylko reakcji żywych. Zdezorientowana idzie na plebanię. Ksiądz Marek to bardzo mądry człowiek, coś wymyśli. Ze względu na wieloletnią znajomość rozmowa odbywa się bez ogródek. Julia ma nadzieję, że ksiądz zaleci modlitwę za zmarła i zwolni ją z tej posługi (bo tak postrzega prośbę zmarłej). Tymczasem Marek słucha uważnie i mówi:

-Musi pani to zrobić. Sam nie wierzę, że to mówię, ale tak trzeba. Dwa lata temu śniłem o moim mentorze i przyjacielu, księdzu Piotrze. Był strasznie wyniszczony, blady, ale uśmiechnięty. Powiedział do mnie Marku całe życie walczyłem ze złem, ale ono mnie dopadło. Zemściło się okrutnie, moja męka trwała rok, ale dziś nadeszło wyzwolenie. Teraz już mnie nie dosięgną, nie skrzywdzą. Żegnaj.

Ja zapisałem datę tego snu. Dopiero niedawno dowiedziałem się, że ksiądz Piotr przebywał przez rok w obozie koncentracyjnym i tam zmarł na tyfus. Niemcy skrupulatnie zapisali datę jego śmierci. Obie daty są zgodne, nie mam wątpliwości, że są dusze, którym dana jest łaska łączności ze światem żywych. Jeśli pani chce, pójdziemy razem pod wskazany adres.

Julia zapytała: – czy to nie jest okrutne odbierać tym ludziom nadzieję, może tylko tym żyją? Ksiądz odparł:- ta dziewczyna zna ich lepiej niż my i skoro przyszła to wie, co robi. Załatwimy sprawę razem.

Tak właśnie się stało. Odnaleziono rodzinę Ireny. We wskazanym miejscu dokonano ekshumacji, a zachowane przedmioty pozwoliły na identyfikację. Nie było to zadanie łatwe, ale rodzice wykazali się ogromną determinacją i ciało córki, spoczęło w mogile obok jej dziadków.

Julia odwiedziła później ten grób. Zapytała też księdza Marka:

-Czemu ona przyszła do mnie? Czemu musiałam przeżyć, coś tak dla mnie trudnego?

Spodziewała się długiego wywodu o niezbadanych wyrokach Boga, a otrzymała prostą odpowiedź: To do ciebie przyszło, bo byłaś gotowa.

Moja Babcia mawiała, że Sprawiedliwi świecą jasnym światłem, widocznym dla świata nadprzyrodzonego. Wygląda na to, że jak zwykle miała rację.

Powrót do korzeni

Wiele osób zmienia w swoim życiu miejsce zamieszkania. Niektórzy przeprowadzają się do większych miast, inni udają się nawet do bardzo odległych krajów. Zwłaszcza obecnie nikogo to nie dziwi. Notabene, emigracja zarobkowa Polaków nie zaczęła się po otwarciu granic Unii Europejskiej, tylko trwa od bardzo dawna.

Niezwykle znamienny jest fakt, że mimo wielu lat przeżytych w innym kraju, mieście i środowisku z wiekiem pojawia się tęsknota za rodzinnymi stronami, często za światem, którego już nie ma. Znane są przypadki osób wracających, mimo podeszłego wieku, do kraju lub miejscowości, z której pochodzą. Trudno powiedzieć czy ta nostalgia za przeszłością wiąże się, że świadomością przemijania, czy może bardziej jest wyrazem tęsknoty za młodością, która z biegiem lat wydaje się bardziej urokliwa i radosna niż była w rzeczywistości.

Zdarza się, że za życia ta przemożna tęsknota nie zostaje zaspokojona. Choroby, uciążliwości podróży lub brak środków materialnych mogą zniweczyć każdy zamiar. Historie, którą pragnę dzisiaj przedstawić świadczą o tym, że choć na ziemskim planie nasze działania zależą od wielu czynników to w świecie duchowym pojawiają się nowe możliwości.

Duszy nic nie może zatrzymać i jeśli taka jest jej wola znajdzie drogę tak do realizacji celu, jak i drogę do rodzinnego, ziemskiego domu.

Antoni to dziadek mojej najbliższej przyjaciółki. Miałam okazję poznać tego człowieka osobiście i mimo podeszłego wieku zrobił na mnie wrażenie osoby niezwykle pogodnej i energicznej. W życiu praktycznie zawsze osiągał to czego pragnął. Zdecydowanie był człowiekiem czynu. Niestety, choroba dosłownie ścięła go z nóg. W ostatnich miesiącach życia praktycznie oddał się tylko wspomnieniom. Przez cały czas myślał jedynie o tym, że już nigdy nie pojedzie w swoje rodzinne strony. Bardzo nad tym ubolewał. Chciał pożegnać się nie tylko z krewnymi, ale również z ziemią, z miejscami bliskimi sercu.

Ze względów technicznych organizacja takiej podróży nie była możliwa. Kiedy jego stan się pogorszył i Antoni znalazł się w szpitalu, praktycznie stracił kontakt z rzeczywistością.

„Dziadek owszem rozpoznawał mnie, ale mentalnie przeniósł się do swojego domu rodzinnego. Szpitalną salę postrzegał jako własny pokój, a za oknem widział ogród i warzywnik. Był szczęśliwy, uśmiechnięty. Nie chciałam odbierać mu tej iluzji. Nie tłumaczyłam mu, gdzie jest. Po prostu udawałam, że wyciągam rzeczy z nieistniejącej szafy lub odkładałam przedmioty na komodę, której tam oczywiście nie było. Cała ta sytuacja stanowiła dla mnie spore wyzwanie.

Dziadek opowiadał również o odwiedzinach i rozmowach prowadzonych z osobami, które od dawna nie żyją. Był przekonany, że to się dzieje naprawdę. Na sali szpitalnej leżał sam. Pielęgniarki widziały, jak rozmawia ze swoimi „gośćmi” żywo przy tym gestykulując. Umawiał się na spotkanie, żartował, coś wspominał. Następnego dnia był zdumiewająco spokojny i zapytał mnie tylko czy jego garnitur jest przygotowany. Zdziwiłam się po co mu garnitur? Odparł, że nie pójdzie na tak ważne spotkanie ubrany byle jak. Niedługo potem zmarł.

To wszystko było niesamowite. Najdziwniejsze jest jednak to, co zobaczyła kuzynka dziadka, mieszkającą w jego wiosce. Dziadek często do tej rodziny jeździł i właśnie u nich się zatrzymywał. Otóż, jak zwykle wyszła z domu skoro świt, żeby oporządzić zwierzęta. Nad polem położonym nieopodal domu unosiła się jeszcze mgła. Wydawało jej się, że dostrzega czyjąś postać, więc podeszła jak najbliżej, żeby sprawdzić kto to jest. Nie miała wątpliwości, że to mój dziadek Antek. Zaczęła do niego wołać, ale on nie zwracał na nią uwagi. Spacerował po polu w swoim najlepszym garniturze i to również zdziwiło kuzynkę. W końcu doszedł do drzewa, o które się oparł. Kuzynka przeszła w inne miejsce, bliżej tego drzewa, ale Antek zniknął. Po chwili dotarło do niej, że przecież to nie mógł być on, ponieważ jest chory i leży w szpitalu. Wtedy się przelękła i wróciła do domu, żeby ochłonąć. Chyba po prostu nie dopuszczała do siebie myśli, że to mogła być zjawa nieżyjącego człowieka.

Dziadek zmarł w nocy, a to widzenie miało miejsce oczywiście wcześnie rano, po jego odejściu. Do kuzynostwa zadzwoniliśmy dopiero wieczorem, żeby przekazać im tą smutną wiadomość. Dzidek był uparty i jak zawsze dopiął swego.”

Jeszcze jedna podobna opowieść nadesłana drogą mailową:

„Miałam starszą o dziesięć lat siostrę Hankę, która zmarła w zeszłym roku. Jej odejście było niespodziewane. Miała dopiero 62 lata i ogólnie była w dobrej formie. Podczas sprzątania domu poślizgnęła się i złamała nogę. Żeby to złamanie złożyć potrzebna była operacja, którą przeszła bez problemu. Jednak później zrobił się w organizmie skrzep, który z krwią dotarł do mózgu. W wyniku tego, siostra najpierw dostała udaru, a następnie zmarła.

Siostra od lat mieszkała w Hanowerze, ale mimo dzielącej nas odległości byłyśmy bardzo zżyte i utrzymywałyśmy częste kontakty. Już po operacji, siostra zadzwoniła do mnie i opowiedziała, co jej się przytrafiło. Myśmy mieli zaplanowany wyjazd na wczasy, ale byłam gotowa jechać do niej, gdyby tylko chciała. Uspokoiła mnie i powiedziała, że mam jechać na wypoczynek i niczym się nie przejmować, bo na miejscu są przecież jej córki. Więc pojechałam na te wczasy z moim mężem i młodszym synem. Kiedy wróciliśmy sąsiad mieszkający w domu po przeciwnej stronie ulicy zaczepił nas. Powiedział: to wy dzisiaj dopiero wróciliście, a Hanka już od wczoraj u was jest. Ja odpowiedziałam, że to niemożliwe, bo leży w szpitalu. Mój sąsiad chyba myślał, że sobie z niego żartuję. Trochę się zdenerwował i mówi: przecież wczoraj wieczorem widziałem ją na balkonie. Byłem z psem na spacerze, zobaczyłem, że Hanka tam stoi to do niej pomachałem i ona mnie też pozdrowiła. Nie gadałem z nią, bo myślałem, że jest po podróży to pewnie zmęczona.

Szczerze to pomyślałam sobie, że sąsiad chyba całkiem trzeźwy z tym psem nie spacerował. Z drugiej strony znał Hankę, razem chodzili do szkoły. Poza tym wcześniej zdarzało się, że siostra korzystała z noclegu u nas nawet pod nasza nieobecność. No ale tym razem było to niemożliwe. Zlekceważyłam jego słowa i zajęłam się rozpakowaniem walizek. Jeszcze nie skończyłam z tym całym bałaganem, kiedy zadzwonił telefon. To była moja siostrzenica. Mówi do mnie tak: ciociu mama umarła, zakrzep ją zabił. Dzwonię dopiero dzisiaj, bo jestem w takim szoku, że ledwo zbieram myśli. Jakby mi ktoś nóż w serce wbił.

Po jakimś czasie od pogrzebu, mój mąż wspomniał słowa naszego sąsiada. Ja sobie wtedy uświadomiłam, że siostra wróciła do rodzinnego domu, chyba żeby się pożegnać. Ten pokój z balkonem na piętrze był nasz wspólny. Wtedy mieszkali z nami jeszcze dziadkowie, taki dom wielopokoleniowy. Sąsiad ją widział i nie kłamał. To nie jest taki człowiek.

Siostra zmarła około pierwszej po południu, a sąsiad widział ją na balkonie koło dziewiętnastej. Tłumaczę sobie, że dzięki tej wizycie może było jej jakoś łatwiej odejść. Mam taką nadzieję.”

Te dwa przykłady mogą świadczyć o tym, że życie pośmiertne, to po pierwsze nadal życie, po drugie jest to istnienie świadome i nie pozbawione możliwości podejmowania pewnych działań oraz decyzji.

Poza ciałem – kolejne relacje

Jestem niezwykle wdzięczna wszystkim osobom, które opisują i przesyłają do mnie swoje relacje z pobytu poza ciałem. Zdaję sobie sprawę, że dla wielu z Was jest to ogromny wysiłek, ponieważ wymaga powrotu myślami do traumatycznych przeżyć.

Każdy przekaz porusza mnie do głębi, jednak list Joanny sprawił, że oniemiałam. Po prostu nigdy do tej pory nie spotkałam podobnego opisu.

„Prawie rok temu w dramatycznych okolicznościach przyszła na świat moja córka. To, co przeżyłam fizycznie i mentalnie zmieniło mnie chyba na całe życie. Przed porodem należałam do osób twardo stąpających po ziemi i nie interesowałam się zupełnie zjawiskami paranormalnymi. Po porodzie mój świat stanął na głowie.

Kiedy poczułam pierwsze skurcze z radością pojechałam do szpitala. Cała ciąża przebiegała wzorowo, a ja jako zdrowa silna kobieta liczyłam, że urodzę szybko i sprawnie. Towarzyszył mi mój mąż, który również nie mógł się już doczekać naszej córeczki. Akcja porodowa rozwijała się bardzo wolno, chociaż skurcze były coraz silniejsze. Przez pierwsze sześć godzin trzymałam się dzielnie, ale później zaczęłam słabnąć. Po dwunastu godzinach byłam kompletnie wyczerpana. Mąż rozmawiał z lekarzem, pytał o możliwość cesarskiego cięcia. Nie chcę tu opowiadać całego koszmaru, dość, że w osiemnastej godzinie porodu na KTG nie było tętna dziecka. Zaczęła się panika na całym oddziale. W ekspresowym tempie znalazłam się na stole operacyjnym w pełnej narkozie.

Stała się rzecz bardzo dziwna. Usnęłam, a w zasadzie zapadłam w jakąś czarną czeluść bez dna. Jednocześnie opuściłam ciało i stanęłam obok stołu operacyjnego. Szczerze mówiąc, ciało było mi raczej obojętne. Rozpoczęłam wędrówkę po korytarzu oraz innych pomieszczeniach szpitalnych. Widziałam mego męża, który rozmawiał z bratem (adwokatem) i odgrażał się, że poda szpital do sądu. Widziałam kobietę, którą przygotowywano do cesarki – podawano jej znieczulenie zewnętrzne. Wreszcie znalazłam się, można powiedzieć, w punkcie wyjścia, czyli na sali porodowej. Trafiłam na moment, w którym czyjeś dzieciątko właśnie przyszło na świat. Wtedy oprzytomniałam i zdałam sobie sprawę, że przecież „zostawiłam swoje dziecko”. W sekundzie byłam znowu na bloku operacyjnym. Pojawiłam się dokładnie w chwili kiedy wyjmowano z mego ciała córeczkę. Była sina i nie oddychała. Zauważyłam, że do jej ciałka szeroką, błyszczącą wstęgą „przypięta” jest kula światła. Spontanicznie zbliżyłam się do niej. Lekarze masowali serduszko, a ja mówiłam do tej kuli, aby połączyła się z ciałem. Błagałam, żeby żyła w ciele, żebyśmy mogły się poznać, być ze sobą. Kula znikła, a ja się przestraszyłam, ale w tym samym momencie dziecko zapłakało. Zobaczyłam ulgę na twarzach lekarzy. Pomyślałam, że teraz kolej na mnie i muszę wrócić do ciała. Tylko nie wiedziałam, jak mam to zrobić? Poszybowałam w kierunku stołu i próbowałam siebie dotykać. Liczyłam, że jakoś „wskoczę do środka”, ale nic takiego się nie stało. Byłam zdesperowana i całkowicie zagubiona. Do działania mobilizował mnie jedynie płacz córeczki, która mnie przecież potrzebowała. Ku memu zdziwieniu nad głową ciała fizycznego pojawiło się jasne światło, które nawiązało ze mną kontakt. Jedno proste słowo – pomogę ci wrócić- dodało mi otuchy. Zbliżyłam się do światła i – właściwie to wszystko, co pamiętam. Obudziłam się na sali pooperacyjnej w asyście lekarzy i pielęgniarek.

Długo nikomu o tym wszystkim nie mówiłam, bo bałam się reakcji, ale w końcu odważyłam się i opowiedziałam mojej teściowej. To podobno rzadkie zjawisko, ale ja mam z matką męża wspaniały kontakt i bardzo jej ufam. Była bardzo wzruszona i powiedziała, że w jej odbiorze to nie mogły być halucynacje. To wszystko było tak samo realne, jak wcześniejsze cierpienia ciała fizycznego.”

Z mojego punktu widzenia Joanna doświadczyła macierzyństwa w jego najbardziej subtelnym i mistycznym znaczeniu. Cała sytuacja jest o tyle niesamowita, że poza ciałem stała się obserwatorem śmierci klinicznej własnego dziecka. Doszło do spotkania dusz, których przeznaczeniem jest wspólna przyszłość zdefiniowana bezwarunkową miłością. Joanna odkryła dla siebie przestrzeń duchową, której istnienie wcześniej negowała, ma piękną głęboką relację ze swoją córeczką. „Wiedziałam, że macierzyństwo zmieni moje życie, ale przez myśl by mi nie przeszło, że tak bardzo.”

I jeszcze jedna piękna, szczera wypowiedź dzielnej kobiety, której ciało miewa problemy, ale duch jest wielki.

„Trudno by mi było żyć ze świadomością, że inni uważają mnie za nawiedzoną, dlatego nie przyznawałam się do tego, co przeżyłam aż trzykrotnie. Dziękuję Pani Beato, bo dzięki opublikowanemu artykułowi pozwoliła mi Pani uwierzyć, że to było moje przeżycie a nie jakieś halucynacje.
Pierwszy raz byłam „po tamtej stronie” w 2002 roku w czasie operacji guza mózgu. Widziałam moją córkę chodzącą nerwowo szpitalnym korytarzem, lekarza, który wyciągnął mi z głowy guza wielkości orzecha włoskiego. Wiedziałam, że wrócę by dalej żyć. Powiedziała mi to moja babcia, którą znałam tylko ze zdjęcia (zginęła w czasie pierwszego bombardowania Warszawy we wrześniu1939r).

Spokojnie żyłam do 13maja 2006. Nastąpił wtedy paraliż lewostronny. Diagnoza – glejak na rdzeniu. W rzeczywistości – zawał rdzenia kręgowego, krwawienie do rdzenia, najwyżej 72 godziny życia. Wymusiłam kroplówki ze sterydów podawane pompą infuzyjną przez 72 godziny. Balansowałam między tą a inną rzeczywistością. I znowu babcia „wepchnęła mnie” na szpitalne łóżko.

Potem była operacja – implantacja kręgosłupa szyjnego- zgodziłam się na eksperyment (nowego rodzaju implanty) – mam implanty na trzech kręgach. Facet z Holandii i kobieta ze Szwajcarii przeżyli z nimi dwa lata, ja żyję do tej pory. Operacja była w upalny lipcowy dzień. Nie leżałam bezczynnie na stole operacyjnym – „latałam” po szpitalnych korytarzach, widziałam moja zapłakana córkę, której ślub był planowany na wrzesień. Powtarzała jak mantrę ” Mamo kocham Cię, nie rób mi tego”. Wróciłam – do bólu, do trosk, do kłopotów, do miłości moich bliskich. Ślub odbył się w planowanym terminie. Przyjechałam sama(!) własnym samochodem, wystrojona w kołnierz ortopedyczny. Ale byłam. I jestem.

Widocznie mam tu coś jeszcze do zrobienia. Ostatnio okazuje się, że coraz więcej. Dokonałam wyboru i jestem szczęśliwa, bez względu na wszystko, co się wokół dzieje, bo szczęście to wybór, którego dokonujemy każdego dnia.”

To podsumowanie powinno przeświecać nam w dobrych i złych chwilach.

 Podziekowania

Kochani Zmartwychwstańcy tule was do serca i dziękuję za wszystkie nadesłane relacje!

Wspomnienia z poprzedniego życia

 

 

 

Zdecydowanie wierzę w reinkarnację i jej głęboki sens dla człowieka podążającego drogą osobistego doskonalenia. Zdaję sobie sprawę, że nie jest to widzenie świata powszechne w naszej kulturze, ale nie zamierzam żyć i myśleć wbrew sobie. Poza tym jak się okazuje nie jestem w moich poglądach aż tak odosobniona.

 

Otrzymałam sporo ciekawych listów od Czytelników, odbyłam też wiele rozmów z ludźmi, którzy albo sami przejawiają pamięć poprzedniego życia, albo usłyszeli zdumiewające relacje swoich dzieci czy wnuków. Proponuję przyjrzeć się bliżej kliku takim relacjom.

Na wstępie odniosę się do fenomenu „deja vu”, który jest często przywoływany, jako dowód na istnienie pamięci reinkarnacyjnej. Moim zdaniem deja vu może być poszlaką, ale nie dowodem kluczowym dla sprawy. Z definicji tego zjawiska wynika, że jest to stan nagły, trwający ledwie kilka sekund i choć może dotyczyć nie tylko osób czy miejsc, ale konkretnych sytuacji to jednak nie są to wspomnienia szczegółowe lub wielowątkowe. Na podstawie przebłysku nie jesteśmy w stanie przypomnieć sobie złożonych relacji z miejscem lub osobą. Czym zatem jest deja vu? Powiązanie tego zjawiska z napadami migrenowymi, padaczką skroniową lub innymi anomaliami w przekazie informacji między prawą a lewą półkulą mózgu, nie wyjaśnia tak naprawdę niczego, ponieważ deja vu występuje w miażdżącej większości u ludzi zdrowych. Zatem podłoże tego zjawiska nie wiąże się wprost z patologią. Być może w przyszłości uda się znaleźć jednoznaczną odpowiedź, jednak na dzień dzisiejszy mamy tylko mniej lub bardziej sensowne hipotezy.

Przejdźmy zatem do korespondencji:

„Jestem matką jedynaka, który obecnie zdaje maturę i mam nadzieję dostanie się na swoje wymarzone studia, czyli architekturę. Chciałabym napisać o wydarzeniach z dzieciństwa mojego syna, które nie dość, że były niezwykłe to śmiało można powiedzieć, że wywarły wpływ na światopogląd mój i mego męża. Zawsze interesowały nas inne kultury, tradycje i wierzenia, ale dopiero opowieści syna uruchomiły w nas potrzebę zgłębiania istoty naszej obecności na tej pięknej planecie.

Mój syn zaczął dosyć wcześnie mówić. Bardzo interesowało go otoczenie, dosłownie każdy kwiatek i kamyk. Kiedy dostał pierwsze kredki i blok szybko zrozumieliśmy, że otworzył się dla niego nowy kanał komunikacji ze światem. Pierwszy raz zaskoczył mnie swoją wypowiedzią w wieku około 4 lat. Ponieważ miałam świadomość, że nie urodzę więcej dzieci, a mój syn zostanie jedynakiem robiłam wszystko, aby nie był to jedynak w złym tego słowa znaczeniu. Kiedy po raz kolejny rzucił swoją kurteczkę na podłogę i zostawił, zawołałam go i przypomniałam o wieszaniu odzieży. Powiedziałam: w tym domu nie ma służących i każdy sprząta swoje rzeczy, syn zezłościł się i bez namysłu odpalił: no właśnie, gdzie są czarni ludzie? Zapytałam jakich ludzi ma na myśli? Czarnych do sprzątania kurtek i wszystkiego!

Powiem szczerze, że zdębiałam. Wieczorem opowiedziałam o tym mężowi, a on wprost zapytał syna, jakich ludzi miała na myśli?

-Czarnych, których się ma.

-Nie można mieć człowieka. Zaprzeczył mąż

-Można, tak samo jak my mamy kota. I wtedy się nie sprząta.

Po namyśle postanowiliśmy nie drążyć tematu tylko spokojnie czekać na rozwój wypadków. Kila dni później śpiewałam mu kołysankę. W pewnej chwili syn przerwał mi słowami: już dosyć, Mama Lu lepiej śpiewała. Zapytałam kto to? Czarny człowiek, którego się ma. Ona była moja.

Od tego czasu wielokrotnie padały słowa świadczące o tym, że mój syn był wcześniej dzieckiem jakiegoś plantatora bawełny, posiadającego niewolników. Kiedyś w sklepie nie chciałam mu kupić bluzeczki z jakimś bohaterem dziecięcego serialu, ponieważ nie była uszyta z bawełny. Tłumaczyłam synowi, że się będzie w tym ubraniu źle czuł. On zaś powiedział: wiem skąd się bierze bawełna. To taka wata zbierana na polu przez czarnych. Jest miła w dotyku i skakałem po workach z bawełną.

Takich sytuacji było mnóstwo. Potem pojawiły się rysunki, które pieczołowicie przechowujemy. Widać na nich piękny dom, ogród, pola bawełny, konie i dzikie zwierzęta. Również zdarzały się budynki, które udało nam się z czasem zidentyfikować. Mąż wyjechał do Stanów służbowo i zrobił wiele zdjęć. Przebywał głównie w stanie Georgia i sporo tam zwiedził, a że jest zapalonym fotografem uwieczniał wszystko bez wyjątku. Wiele wskazuje, że nasz syn spędził w tych okolicach kawał swego poprzedniego życia. W tamtym życiu również malował obrazy.

Na szczęście nie jest rasistą. Pozostała pasja do rysunku i architektury. Myślę, że gdyby wszyscy rodzice wsłuchiwali się w opowieści dzieci, takich zdarzeń jak w mojej rodzinie odnotowano by mnóstwo.”

Trudno sobie wyobrazić małego chłopca wychowanego w sercu Europy, który spontanicznie wpadnie na pomysł, że czarnego człowieka można mieć na tych samych zasadach, co kota. To jest po prostu nie do pomyślenia.

Jeszcze jedna relacja:

„Od lat interesuję się szeroko pojęta ezoteryką i o ludziach z pamięcią poprzednich wcieleń czytałam na długo prze narodzinami mojej córki. Mimo świadomości, że dziecko może pamiętać poprzednie życie z zaskoczeniem przyjęłam opowieść kilkuletniej pociechy.

Moje dziecko było raczej małomównym maluchem do czasu pójścia do przedszkola. Nowa sytuacja zmusiła ją do rozwijania zdolności komunikacyjnych. Wtedy też opowiedziała mi o „innym domu”

Po prostu, jak gdyby nigdy nic oświadczyła, że mieszkała kiedyś w innym domu niż nasz. Dom ten położony był nad rzeką, a w jego wnętrzu pełno było obrazów przedstawiających konie. Nie wypytywałam córki o szczegóły, czekałam na to co sama zechce powiedzieć. Z ciekawości zabrałam ją do stadniny, żeby zobaczyła konie z bliska. Nie chciała wsiąść na koński grzbiet i ten lęk przed końmi pozostał do dzisiaj, chociaż to już dorosła kobieta.

Opowieści o domu nad rzeką były spójne i jeśli je powtarzała to zgadzały się wszystkie szczegóły. Po prostu trudno było oprzeć się wrażeniu, że ona była tam naprawdę.

Dzisiaj moja córka jest mężatką i w jakiś sposób konie do niej wróciły. Już po ślubie, zięć nagle zainteresował się końmi i jeździectwem. Dziś nie wyobraża sobie życia bez tych zwierząt. Bierze udział w rajdach, intensywnie trenuje i opiekuje się swoim koniem. Córka nie ma nic przeciwko temu choć sama się nie angażuje.

A ja po prostu zastanawiam się czy moje dziecko wspominało swoją przeszłość, czy też w niezwykły sposób zobaczyło przyszłość, która w tej chwili zaczyna się materializować.”

 

 

 

 

„Chcesz wiedzieć kim będziesz – zważaj na to co robisz” Budda

 

Zdjęcie autorstwa Izabeli Ptak

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zawsze warto rozmawiać

W świątecznym numerze Gazety Wyborczej, a konkretnie w dodatku Duży Format ukazał się artykuł „Zmartwychwstańcy” w całości poświęcony relacjom osób po śmierci klinicznej. Muszę przyznać, że przed publikacją pytano mnie, czy aby na pewno jest to słuszne i czy warto poruszać taką tematykę na łamach periodyku preferującego specyficzny światopogląd. Myślę, że zawsze warto rozmawiać, a kreowanie nowych podziałów na określone sorty w dziedzinie duchowości nie ma najmniejszego sensu. Zresztą, podziałów w tym kraju mamy wystarczająco wiele i czas szukać przestrzeni wspólnej, gdzie wszyscy jesteśmy po prostu równymi sobie wędrowcami, którzy poszukują Prawdy i odpowiedzi na pytania fundamentalne. Każdy szuka tak jak umie, w przestrzeni dostępnej własnej świadomości, patrząc przez pryzmat własnego Ja. To nas łączy.

Proponuję Państwu lekturę listu jaki otrzymałam od Pana Andrzeja:

 

„Przeczytałem właśnie artykuł „Zmartwychwstańcy” w dodatku do Gazety Wyborczej. Postanowiłem do Pani napisać, ponieważ dość już mam opowieści tzw. naukowców o halucynacjach umysłu i przedśmiertnych spazmach mózgu.

Nauka, zwłaszcza w dziedzinach technicznych i technologicznych zrobiła kolosalny postęp – jestem informatykiem i w tym sensie sam stoję w centrum zdarzeń. Z drugiej strony postęp uświadamia nam też jak wiele jeszcze nie wiemy i jak długa droga przed nami. Zapytałem kiedyś kolegę z czasów licealnych, a obecnie neurologa po doktoracie, czy jest w 100% pewien, że to, co widzą ludzie podczas tzw. śmierci klinicznej lub ogólnie NDE to zwidy i omamy produkowane przez mózg, aby lepiej nam się umierało? Odpowiedział, że on by nie miał odwagi stawiać tak definitywnych diagnoz. Przyznał, że nie chce rozmawiać z pacjentami na takie tematy, ponieważ obawia się reakcji swoich kolegów. Poniekąd rozumiem go i nie potępiam.

Pani przekonywać nie muszę, ale mam kilka słów do sceptyków. Dwa lata temu pewien „wczorajszy” kierowca wymusił pierwszeństwo i staranował mój samochód. Nie miałem szans, wbiłem się w betonową wiatę, a siła uderzenia była ogromna. Straciłem przytomność. Na szczęście działo się to można rzec na rogatkach miasta, a z pobliskich domów przybiegli ludzie, którzy wezwali pomoc. Nagle zdałem sobie sprawę, że unoszę się nad samochodem, a z ciałem łączy mnie coś, co nazwałbym błyszczącym sznurem. Widziałem dokładnie całą akcję ratunkową. Mogę wymienić imiona strażaków, którzy wydobywali mnie z samochodu. Lekarz ich poganiał i ogólnie był bardzo zaangażowany w ratowanie mojej osoby. Kiedy ciało przeniesiono do karetki oczywiście też się tam znalazłem. Zaznaczam, że serce cały czas pracowało. W drodze do szpitala raz byłem w środku karetki raz nad nią. Zapamiętałem, że mijaliśmy dom, w którym palił się dach. Późnej to sprawdziłem – rzeczywiście był tam tego dnia pożar. Widziałem siebie na stole operacyjnym i powiem, że nawet przez chwilę pomyślałem sobie, że ta ilość leków jaką we mnie wpompowano może być zabójcza. Taki czarny humor. Na sali pooperacyjnej poczułem szarpnięcie i ocknąłem się już we własnym ciele.

Cisną mi się na usta twarde, męskie słowa, ale żeby nie było żem cham i prostak pominę je. Pytam zatem sceptyków: jakim cudem widziałem to co widziałem? Gdybym chociaż na chwile odzyskał przytomność to z bólu chyba bym wył. Miałem otwarte złamanie podudzia i pęknięte żebra. Kto w takim stanie zapamiętuje cokolwiek? Zresztą pytałem lekarzy – byłem nieprzytomny. Poza ciałem pozostałem sobą, byłem wściekły na gościa, który ten wypadek spowodował, a ze swojego auta wysiadł bez niczyjej pomocy. Ot, był trochę poobijany.

Słownikowe znaczenie słowa halucynacja to: «złudne wrażenie polegające na widzeniu, czuciu lub słyszeniu czegoś, co nie istnieje w rzeczywistości» Wszystkie wydarzenia i postacie istniały w realnym świecie. Ja po prostu stałem się niewidocznym świadkiem tych zdarzeń.

Osobom, które wypowiedziały się w „Zmartwychwstańcach” – oddaję szacunek i podziwiam za odwagę. Dla Pani ukłony za całokształt.

Pozdrawiam wszystkich

Andrzej”

Ten list dowodzi, że myślenie stereotypami nie ma sensu. Nieważne, kto jaką prasę czyta i jakie ma poglądy polityczne. Najważniejsza jest Prawda w sercu.

Bardzo dziękuję za poświęcony czas i świadectwo, będące mocnym akcentem w dyskusji, jaka toczy się między sceptykami i praktykami.

 

 

O tak zwanym wywoływaniu duchów raz jeszcze

 

Ponieważ wstrząsnęły mną dwie wiadomości otrzymane w krótkim odstępie czasu postanowiłam wrócić do tematu, który był już poruszany na blogu.

Oddam teraz głos Czytelnikom: Michałowi i Kamili, a do treści tych historii odniosę się w podsumowaniu. Uprzedzam, że tekst będzie wyjątkowo obszerny.

„W listopadzie ubiegłego roku przydarzyła mi się bardzo dziwna i nieprzyjemna historia. Chciałbym za pomocą Pani bloga ostrzec ludzi, zwłaszcza młodych takich jak ja, przed tak zwaną tabliczką Ouija. Nie wiem, może są ludzie, którzy potrafią używać tego przedmiotu w bezpieczny sposób. Jednak, kto się nie zna niech tego nie rusza.

Moja dziewczyna Aga ma ciotkę o bardzo nietypowych zainteresowaniach. Mam na myśli radiestezję i różne formy medycyny alternatywnej. Jest to bardzo miła osoba i rzeczywiście ma na koncie sukcesy. Często wyjeżdża, aby doskonalić swoje umiejętności. W listopadzie wyjechała na Hawaje żeby tam uczyć się jakiegoś masażu uzdrawiającego. Aga i jej siostra Justyna zajmowały się wtedy mieszkaniem ciotki. Któregoś dnia zadzwoniły do mnie żebym przyjechał do tego mieszkania, bo nie radzą sobie z jakąś szafką. Okazało się, że ciotka chciała pożyczyć swojej znajomej narty. Trzeba było je wyjąć z zabudowanej szafki w przedpokoju. Mieszkanie w starym budownictwie ma trzy metry wysokości i dziewczyny nie dosięgały. Pomogłem im, a kiedy wyciągałem narty to wypadło także kilka pudełek. W jednym z nich była właśnie tablica Ouija. To znaczy myśmy wtedy jeszcze nie wiedzieli, co to jest. Dopiero siostra mojej dziewczyny znalazła te informacje w necie. W sobotę zrobiliśmy sobie imprezę w mieszkaniu ciotki. Ona nam na to pozwoliła pod warunkiem, że posprzątamy i będziemy zachowywać się cicho.

 

 

Oglądaliśmy jakieś filmy, było OK. Niestety Justyna wpadła na pomysł zabawy z tą tablicą. Opowiedziała nam, co wyczytała i na czym to polega. Ktoś zażartował, że w tak starym domu na pewno są jakieś duchy. No i się zaczęło. Jak ten wskaźnik się poruszył, to myślałem, że zawału dostanę. Zadawaliśmy pytania. Najpierw odpowiedzi miały sens, ale później to już był jakiś bełkot. Przerwaliśmy to i odłożyliśmy tablicę na miejsce. Nie wiem czy to zbieg okoliczności czy nie, ale w ciągu trzech dni wszystkich spotkało coś złego. Jeden chłopak miał stłuczkę (poważną), Justyna złamała rękę, jej chłopak robił porządki w piwnicy i przebił sobie stopę gwoździem, moją dziewczynę okradziono w autobusie, a kuzynka, która też była z nami, spadła ze schodów (wewnątrz budynku). Ja bardzo źle się czułem, zupełnie jakbym miał jakieś zatrucie. Śniły mi się okropne rzeczy. Nie potrafię opisać szczegółów, ale bałem się w tych snach dziwacznie ubranej osoby. Oczywiście chodziłem do pracy, ale coś ze mną było nie tak.

W piątek mama poprosiła mnie żebym zawiózł ja na akupunkturę. Ma zespół bolesnego barku i te zabiegi bardzo jej pomagają. W tej przychodni przyjmują tylko medycy naturalni. Jak czekałem na mamę, z gabinetu wyszła starsza pani i tak uważnie mi się przyjrzała. Zapytała czy dobrze się czuję? Odpowiedziałem, że czuję się fatalnie. Zapytała, czy chciałbym żeby mi pomogła? Przyznałem, że nie mam pieniędzy żeby jej zapłacić. Zdziwiłem się, bo obiecała, że przyjmie mnie za symboliczną złotówkę. Zapytała, od kiedy tak źle się czuje i czy ostatnio coś mnie przestraszyło lub czy spotkało mnie wielkie nieszczęście. Opowiedziałem jej wszystko ze szczegółami. Czasami trzeba się przyznać do własnej głupoty. Ona mi wytłumaczyła, jak niebezpieczna jest ta tablica. Potem usiadłem na krześle i powiem szczerze zupełnie jakby mnie wyłączyła. Nic nie pamiętam z tego zabiegu. W każdym razie poczułem się dużo lepiej. Następnego dnia wstałem dosłownie jak nowo narodzony.

Kiedy spotkaliśmy się znowu w tym samym składzie. Wróciłem do tematu tablicy. Wszystkim nam wydało się dziwne, że w tak krótkim czasie spadło na nas tyle złych rzeczy. Owszem wypadki chodzą po ludziach, ale to była niespotykana kumulacja. Wiem jedno zachowaliśmy się głupio, jak dzieciaki z gimbazy. Mam wrażenie, że większość młodych ludzi nie wierzy w duchy i moc tej tablicy. Chyba trzeba coś przeżyć na własnej skórze, żeby zacząć myśleć.”

 

 

List od Kamili:

„Wszystko zaczęło się jak byłam w podstawówce. Któregoś wieczoru bawiłam się z kuzynką i siostra lalkami. W trakcie zabawy poszłam na strych po ciuszki i zobaczyłam tam jakby mgłę, która formowała się w ludzki kształt. Byłam jak w transie i wyciągałam rękę w stronę tej mgły. Ona mnie przyciągała, kazała mi się dotknąć. W pewnym momencie się ocknęłam i zapaliłam światło. Od tamtego czasu regularnie zdarzały mi się dziwne, paranormalne rzeczy. W 6 klasie podstawówki byłam zafascynowana takimi zjawiskami. Postanowiłam z kuzynka i siostra zrobić tablicę, żeby skontaktować się z duchami. Seans odbył się u mnie w domu.

Ja się nigdy nie bałam duchów. Moja siostra i kuzynka miały przy sobie różańce i obrazki. Ja nic nie miałam. Kiedy poszłam do drugiego pokoju po książeczkę z komunii (gdyż one mnie o to poprosiły), coś dyszało mi do ucha, a kiedy podeszłam do siostry i kuzynki wyraźnie poczułam dotyk na plecach. W gimnazjum po raz pierwszy zobaczyłam mężczyznę ubranego na czarno, który obserwował mnie. Od tamtej pory w domu coraz częściej dochodziło do dziwnych zjawisk.”

Pani Kamila widywała ciemną zakapturzoną postać. W mieszkaniu słychać było niepokojące odgłosy, przewracały się przedmioty, pękały lustra, a ją samą zaczęły nawiedzać koszmary. Zaoszczędzę Państwu opisu tych snów, nie jest to, bowiem przyjemna lektura. Zaniepokojona kobieta poszła na rozmowę z księdzem, który stwierdził, że do jej życia wkroczył demon. Przestrzegł, że jest poważnie zagrożona.

Z diagnozą księdza trudno mi się do końca zgodzić. Owszem zagrożenie jest realne, ale gdyby nawiedzenie miało charakter demoniczny to tak silna energetyczna istota, już dawno zawładnęłaby całym życiem i jestestwem swojej ofiary. W tym wypadku ewidentnie owo „coś” dobrze się bawi. Z treści listu wynika, że ta „zabawa” trwa już od ładnych paru lat.

Ataki mentalne są zawsze wyczerpujące i na dłuższą metę nie do zniesienia. Mam nadzieję, że Kamila nie zlekceważy sytuacji i konsekwentnie odetnie się tak od samego ducha, jak i swojej, powiedziałabym niezdrowej, fascynacji jego osobą. W tej chwili ze względu na młody silny organizm nie odczuwa jeszcze konsekwencji, jakie niesie za sobą „karmienie” istoty bezcielesnej. My nie jesteśmy mocarni jak drzewa, mogące latami odżywiać jemiołę.

Doświadczenie uczy, że w tym swoistym zawieszeniu między światami pozostają dusze obciążone złem, zdegenerowane. Nie przechodzą one na tamtą stronę w miejsce sobie należne, ponieważ wiedzą, że trzeba będzie złożyć rachunek ze swoich uczynków. Chociaż nie czekają na nich diabły, tak malowniczo ukazane w ikonografii chrześcijańskiej, tylko de facto sąd nad samym sobą, pragną odciągnąć ten moment, jak długo jest to możliwe. Ponieważ są istotami rozumnymi, posiadającymi wszystkie cechy charakteru rozwinięte w cielesnej postaci, ich postępowanie nie zmienia się. Nie łagodnieją, nie stają się nagle miłe i urocze lecz kontynuują swoje destrukcyjne działania.

Gdy zagubieni po środku lasu zaczniemy wzywać pomocy to pojawi się osoba, która jest najbliżej, a nie konkretna, którą pragniemy zobaczyć. Jeśli wzywamy ducha najpewniej przyjdzie ten, który pierwszy nas usłyszy. Taka prosta, acz obrazowa analogia.

Jeśli dobra, życzliwa nam dusza pragnie kontaktu, znajdzie sposób, aby zrobić to bez szkody dla otoczenia. W zgodzie z tą metodą odbywają się dyktowania ludzi w duchu. Z tym, że może jeden człowiek na milion otrzymuje dar odbierania tych przekazów.

Biuro Duchow 1200

 

 

 

 

 

 

 

 

Zapisz

Wielka próba charakteru

Otrzymuję wiele ciekawych, wzruszających lub wręcz wstrząsających informacji od Państwa, ale ten list poruszył mnie do głębi. Jest to niezwykle dramatyczna historia i przez chwilę zastanawiałam się czy ją przytoczyć. Wszak dramatów w codziennym życiu nam nie brakuje. Doszłam jednak do wniosku, że z moralnego i dokumentalnego punktu widzenia ma ogromną wartość. Jest świadectwem cierpienia, walki dobra ze złem, ale również serdecznej obecności duchowej bliskich zmarłych. Pięknie definiuje wartość wybaczenia.

Syn pani Haliny, Paweł zginął w wypadku samochodowym. Sprawca wypadku był jego rówieśnikiem miał 23 lata, (zamiast imienia użyjmy inicjału T) . Tym razem alkohol nie wchodził w grę. Chłopak był pod wpływem środków psychotropowych. Po tego typu lekach nie wolno prowadzić samochodu i T. powinien doskonale o tym wiedzieć. Jednak zważywszy jego stan psychiczny orzeczono, że w chwili, kiedy wsiadał do samochodu nie miał pełnej świadomości tego, co robi.

„ Nic mnie wtedy nie interesowało. On zabrał mi mojego Pawełka. Chciałam żeby cierpiał, żeby coś go bolało, żeby dosięgła go jakaś okropna choroba. Znajomi jeszcze dolewali oliwy do ognia, powtarzając – pewnie bogaci rodzice załatwili synalkowi „żółte papiery”. Nie potrafiłam się nad niczym skupić. Współpracownicy, a nawet przełożeni wiedzieli o mojej tragedii i przymykali oko na moje zachowanie. Klienci zaczęli się skarżyć. Kierowniczka działu zaproponowała żebym poszła na chorobowe i wróciła jak uporządkuję myśli. Owszem poszłam do lekarza, ale nie brałam leków, które mi przepisał. Miałam dużo czasu na myślenie. Kiedy córka i mąż wychodzili do swoich zajęć, zostawałam sama. Muszę pani powiedzieć, że zło jest wyczuwalne fizycznie. Im miałam gorsze, straszniejsze myśli tym bardziej było mi zimno. Nie potrafiłam się rozgrzać. Pewnej nocy przyśnił mi się Paweł, który patrzył na mnie surowym wzrokiem i powiedział: mamo opamiętaj się! Powtórzył te słowa trzy razy. Nie rozumiem, czemu zlekceważyłam ten sen. Ja brnęłam w swój obłęd i zamarzałam od środka. Wreszcie pojawił się pomysł najgorszy z możliwych, chciałam tego chłopaka unicestwić. Z perspektywy czasu nie chce mi się wierzyć, że taka myśl pojawiła się w mojej głowie. Wniosek jest tylko jeden. Kiedy otworzymy się na zło to ono niszczy nas w szybkim tempie. Na szczęście opamiętanie przyszło w przedziwny sposób. Znowu śnił mi się mój syn. Kategorycznym głosem powiedział, że mam pojechać na cmentarz i zapalić znicz na grobie babci (mojej mamy) i drugi koniecznie pod białą kapliczką. Obudziłam się zlana potem. Paweł nigdy na mnie nie podnosił głosu. To był taki szok psychiczny. Cmentarz, na którym pochowana jest moja mama znajduje się jakby z drugiej strony miasta. Nawet samochodem jest to kawał drogi. Zawahałam się: jechać czy nie jechać? Wreszcie ubrałam się i pojechałam. Odwiedziłam grób mamy i poszłam pod tą białą kapliczkę. Czułam wielkie napięcie. Chyba oczekiwałam, że Paweł mi się ukaże albo, ze stanie się coś nadzwyczajnego. Kiedy zapalałam znicz usłyszałam płacz. W głębi alejki za takim wielkim krzewem ktoś płakał. Poszłam sprawdzić, co się stało. Nad grobem pochylała się starsza pani. Zbierała ona kawałki rozbitego marmurowego wazonu. Odezwałam się: czy mogę jakoś pomóc? Kiedy kobieta wyprostowała się i odsunęła kawałek dalej, zobaczyłam zdjęcie mężczyzny przytwierdzone do płyty nagrobnej. Przysięgam, byłam pewna, że mam halucynacje, że to już całkowity obłęd nastąpił. Na zdjęciu widziałam chłopaka, który zabił mego Pawełka. Starsza pani chyba nie zauważyła, co się ze mną dzieje. Mówiła o wandalach, o zdemolowanym wazonie i jak źle się dzieje na świecie. Ja patrzyłam jak nieprzytomna tylko na zdjęcie. Wreszcie przeczytałam napis obok tego zdjęcia. Nazwisko się zgadzało, ale imię było inne. Zapytałam tej pani, czy pozwoli mi usiąść na ławce koło grobu. To była miła staruszka. Nie wiedziałam, jak mam ją zapytać, kim dla niej jest ten mężczyzna?”

Pozwolę sobie streścić następny fragment. Pani Halina przemogła się i zapytała, kim jest mężczyzna ze zdjęcia? Okazało się, że starsza pani jest jego babcią. Jak się Państwo domyślacie chodziło o bliźniaczych braci. Staruszka opowiedziała o wielkiej rodzinnej tragedii. Po zakończonym semestrze bracia planowali wspólny wypad w gronie przyjaciół.

T. wymyślił wyjazd połączony ze sportami wodnymi. Drugi brat długo nie potrafił się zdecydować, ale wreszcie uległ namowom i pojechał. Doszło do tragedii i chłopak utonął. Babcia opowiadała ze szczegółami jak T. pogrążał się w depresji. Obwiniał się za śmierć brata i nikt nie potrafił przekonać go, że nieszczęśliwe wypadki po prostu się zdarzają. Snując opowieść staruszka doszła do tematu wypadku, który T. spowodował. Była załamana tym, co się stało. Sugerowała, że to chyba jakaś klątwa, bo przecież normalnie „takie nieszczęścia nie chodzą w parach”. Powiedziała, że aktualnie T. przebywa na oddziale zamkniętym szpitala psychiatrycznego, ponieważ jego stan się pogorszył. Powiedziała też, że jeśli się nic nie zmieni to straci ostatniego wnuka, jakiego ma. Pani Halina przytuliła staruszkę, odprowadziła babcię do wyjścia i zgodnie z jej życzeniem zamówiła dla niej taksówkę. Sama wsiadła do swojego auta i nie pamięta jak długo tam przebywała. Nastąpiła galopada myśli i kompletny zamęt. Z odrętwienia wyrwał ją dzwoniący telefon. Mąż i córka martwili się o nią. Kobieta powiedziała gdzie się znajduje i poprosiła żeby tam przyjechali. Kiedy przybyli na miejsce, pani Halina zaprowadziła ich na grób chłopaka i w skrócie opowiedziała całą historię. Wszyscy byli wstrząśnięci do głębi. Po powrocie do domu Halina przyznała się do swoich strasznych myśli i opowiedziała sen, który przygnał ją na cmentarz. Mąż był jej wyznaniem poruszony i tłumaczył, że przecież mają córkę, która niebawem wyjdzie za mąż, że doczekają wnuków. Córka okazała się osobą bardzo dojrzałą i oświadczyła, że w tej sytuacji pojedzie do T. i powie, że mu wybacza. Mąż również tak postanowił, „aby nie mnożyć już i tak wielkiej tragedii”. Pani Halina wahała się, jednak, kiedy pomyślała o babci T. postanowiła postąpić tak jak jej najbliżsi. Znali adres rodziny T. i pojechali tam razem. Swoim przybyciem i słowami wybaczenia, wywołali wielkie zdumienie, ale i radość. Okazało się, że sprawa spotkania nie jest tak prosta i dopiero po konsultacji z lekarzami, wybrano odpowiedni moment.  Ich spotkanie stało się wielkim przeżycie dla wszystkich. Chłopak wyglądał jak z krzyża zdjęty, ale kiedy usłyszał, że wybaczają mu to, co się stało, nieco się ożywił. Lekarze powiedzieli, że z punktu widzenia terapeutycznego ich gest ma ogromne, być może kluczowe znaczenie w kwestii poprawy stanu jego zdrowia. Pani Halina zwierzyła się ze wszystkiego swojej przyjaciółce.

„Moja przyjaciółka jest bardzo mądrą kobietą. Powiedziała do mnie tak – to nie był żaden zbieg okoliczności, nie mów też, że świat jest mały, to był cud po prostu wielki cud i tak masz o tym myśleć- miała rację. To był akt łaski, który mi dano. Zastanawiam się tylko czy we śnie przyszedł do mnie Paweł, czy to mój Anioł się tak objawił? Na zdrowy rozum ten Ktoś znał przyszłość i wiedział, kogo spotkam na cmentarzu. Chodzę na grób syna, czekam na narodziny wnuka i bardzo pragnę żeby T. doszedł do zdrowia. Wiem, że już od pewnego czasu jest w domu.”