Sny o zmarłych – mistyczne znaki dla nas wszystkich

Drodzy Państwo, otrzymałam poruszająca korespondencję i pragnę podzielić się z Państwem treścią listu, a także moimi przemyśleniami. Bez zbędnych wstępów zapraszam do lektury:

Szanowna Pani!

Postanowiłem do Pani napisać, ponieważ przydarzyła mi się niezwykła historia. Myślę, że warto, aby poznali ją również czytelnicy Biura Duchów.

Latem ubiegłego roku moją rodzinę spotkała wielka tragedia. W wypadku samochodowym zginął mój brat Andrzej. Wiele jest opowieści o skłóconych i rywalizujących ze sobą braciach, ale nas to nie dotyczyło. Brat było ode mnie starszy prawie dwanaście lat i w okresie, kiedy zmarł nasz ojciec, a ja i mama zostaliśmy w trudnej sytuacji materialnej, bardzo nam pomagał. Dzięki jego pomocy finansowej oraz pracy, którą dla mnie znalazł mogłem skończyć studia. Byliśmy bardzo zżyci ze sobą i mimo różnicy wieku lubiliśmy spędzać razem czas.

Mieszkam obecnie z mamą, która jest w podeszłym wieku. Mam żonę i synka. Dzieci mojego brata są już praktycznie samodzielne.

W ubiegłym roku, latem, Andrzej wyjechał służbowo do Niemiec. Przy okazji odwiedził tam swojego przyjaciela, który był ciężko chory i bardzo zależało mu na tym spotkaniu. Kiedy wracał do hotelu wydarzył się poważny wypadek. Andrzej tego nie przeżył.

Kiedy kładliśmy się spać, Andrzej przysłał mi SMS, że u niego wszystko dobrze i wraca na weekend. Ucieszyłem się, że wróci, bo mieliśmy razem jechać na ryby. Nie wiem, jak to napisać, żeby nie brzmiało głupio, ale tej nocy śniło mi się, że się obudziłem i poszedłem do kuchni. Już z daleka widziałem, że świeci się tam dziwne, jasne światło. W kuchni zastałem Andrzeja, który siedział przy stole na swoim ulubionym miejscu. Był spokojny. Spojrzał na mnie i powiedział:

Janek, ja nie żyję. Sam jestem w szoku, ale tak wygląda prawda. Proszę cię pomóż mojej rodzinie przetrwać to wszystko. Oni będą pewnie płakać i rozpaczać, a tu trzeba tyle rzeczy załatwić. Przysięgnij, że będziecie z nimi!

Powiedziałem, że przysięgam. Andrzej jeszcze tak się chwilę zastanowił i dodał:

Mamie powiedz, że aniołów nie widziałem, ale że tamten świat istnieje to prawda.

Ten sen nagle się skończył, a obudziła mnie żona. Podobno szarpała mnie i nie mogła dobudzić przez kilka minut. Była wystraszona, bo nasz, bardzo spokojny pies, który ze względu na upał wolał spać na dworze, zaczął wariować. Pies wył, szczekał, biegał po całym podwórku. Ja się zerwałem z łóżka i złapałem za komórkę. Dzwoniłem do brata. Nie odbierał więc opowiedziałem żonie, co mi się śniło i poszedłem uspokoić psa, bo zdążył już obudzić sąsiadów. Dzwoniłem na numer brata kilkanaście razy. W końcu po drugiej stronie usłyszałem męski głos, niestety nie był to mój brat tylko ktoś z Policji. Nie mówię zbyt dobrze po niemiecku, ale powiedziałem, że jestem bratem Andrzeja i szukam go. Ten policjant opowiedział o wypadku, że Andrzej nie żyje i żeby ktoś z Polski jak najszybciej tam przyjechał. (…)

Ja się nigdy nie interesowałem duchami, snami o zmarłych itp. Jednak ten sen nie dawał mi spokoju i tak razem z zoną znaleźliśmy Pani bloga. Czytaliśmy go nawet mojej mamie. Była to dla nas pewna pomoc, jakby terapia.

Zawsze wydawało mi się, że sny to coś ulotnego, symbolicznego, oderwanego od realności. Jednak ten sen, w którym Andrzej do mnie przyszedł był niesamowicie rzeczywisty. Jakby się działo prawdziwe życie. Myślę, że w godzinę śmierci człowiek uzyskuje jakąś szczególną moc, skoro takie rzeczy są możliwe. (…)

 

Przede wszystkim dziękuję za tę cenną relację. Z mojego punktu widzenia, możliwości człowieka po śmierci fizycznej nie są wcale tak ograniczone jakby się wydawało. Zachowanie Andrzeja było naturalne i związane z jego osobowością (o czym wspomniano w liście). Mimo przebywania poza ciałem, był po prostu sobą w pełnym tego słowa znaczeniu. Dlatego nie dziwi troska z jaką Andrzej myślał o swojej rodzinie.

Wiadomość przekazał bratu w bardzo bezpośredni, męski sposób. To również przekonuje mnie do autentyczności tej wizji. Wszak, jeśli o wyjątkowości jednostki stanowi jej świadomość to w chwili śmierci fizycznej jest ona taka jak za życia. Nie zmieniamy się nagle w kogoś kim nigdy nie byliśmy.

Pan Janek wspomina w liście, że rozmawiał o swoim śnie z proboszczem, a ten był bardzo sceptyczny i chyba mu nie uwierzył. Cały czas kładł nacisk na psychologiczną stronę zaistniałej sytuacji i nie zważał na fakt, że Jan nie wiedział o śmierci brata więc nie mógł niczego sobie „domniemać mentalnie”

Nie oceniam takiej postawy, zapewne duchowny wolał zachować neutralność lub po prostu trzymał się wytycznych. Jednak nie ukrywam, że ciekawi mnie, co powiedziałby na relację, którą zacytuję teraz.

Tekst pochodzi z materiałów do przedstawienie „Cela ojca Maksymiliana” w reżyserii Andrzeja M. Marczewskiego – Teatr Karola Wojtyły – jest to streszczenie listu Marii Kolbe, matki św. Maksymiliana Kolbe, napisanego w czasie okupacji niemieckiej.

„Jeden z tych listów napisany w okresie okupacji zawiera opis nadzwyczajnego spotkania. Maria Kolbe pisze, że w 1941 r., wkrótce po męczeńskiej śmierci swojego syna, o której wtedy jeszcze nie wiedziała, po przebudzeniu rozpoczęła poranną modlitwę. W pewnej chwili usłyszała delikatne pukanie do drzwi, odwróciła się i zdumiona zobaczyła swego syna Maksymiliana ubranego we franciszkański habit. Był radosny, uśmiechnięty, nadzwyczajnie piękny i promieniujący przedziwną jasnością. Pani Kolbe zaniemówiła z radości i zapytała po chwili milczenia:

Synu czy Niemcy ciebie wypuścili?

Maksymilian przeszedł prze pokój, zbliżył się do okna i powiedział: Nie martw się o mnie, mamo. Tam, gdzie jestem, jest pełnia szczęścia.

Po wypowiedzeniu tych słów nagle znikł. Maria Kolbe natychmiast zrozumiała, że jej syn umarł i przyszedł, aby ją o tym poinformować. Dopiero później przyszła pocztą oficjalna wiadomość z obozu w Oświęcimiu o śmierci jej syna.”

Przypuszczam, że to objawienie poczytano za przejaw świętości lub szczególną łaskę związaną z osobą Maksymiliana Kolbe.

 

W drodze do Wiecznego Domu – listy Czytelników

Czytając maile od państwa bardzo często czuję ogromne wzruszenie. Tak było również w przypadku korespondencji cytowanej poniżej. Nie chodzi tu bynajmniej o sytuację, kiedy rodzina żegna kogoś najbliższego, co samo w sobie pobudza współczucie i empatię. Zadziwia mnie dojrzałość, z jaką istoty duchowe, którymi przecież jesteśmy, potrafią przeżywać moment pożegnania. Ta świadoma obecność, poparta ciepłem i miłością, otula duszę powracającą do Wiecznego Domu i pozwala jej łagodnie wyruszyć w podróż, aby po dotarciu do celu z uśmiechem przywitała oczekujących.

Wielki, rosyjski pisarz Michał Bułhakow w swoim natchnionym dziele „Mistrz i Małgorzata” zawarł znamienne zdanie Ten, który kocha, powinien dzielić los tego, kogo kocha. Sam miał szczęście doświadczyć takiego współdzielenia losu, gdyż jego żona Jelena, trwała przy nim do końca, do ostatniego oddechu.

Michał Bułhakow żył ze śmiercią za pan brat. Znał ją doskonale, nie tylko jako lekarz. Jego ojciec zmarł na nerczycę, więc kiedy u pisarza pojawiły się objawy tej choroby, miał pełną świadomość jak niewiele czasu mu pozostało. W dodatku, przyszło mu tworzyć w okresie, kiedy nad Rosją roztoczył się cień gorszy od śmierci. Był to cień strachu. Gęsty jak wąsy Józefa Stalina i bardziej nieprzenikniony od jego spojrzenia. Bułhakow stał się zabawką w rękach dyktatora. Wiele ryzykował przez sam fakt, że był porządnym człowiekiem. Dlatego pisał:

O bogowie, o, bogowie moi! Jakże smutna jest wieczorna ziemia!  Jakże tajemnicze są opary nad oparzeliskami! Wie o tym ten, kto błądził w takich oparach, kto wiele cierpiał przed śmiercią, kto leciał ponad tą ziemią, dźwigając ciężar ponad siły. Wie o tym ten, kto jest zmęczony. I bez żalu porzuca wtedy mglistą ziemię, jej bagniska i jej rzeki, ze spokojem w sercu powierza się śmierci, wie bowiem, że tylko ona przyniesie mu spokój.

Myślę, że jakikolwiek komentarz z mojej strony jest zbyteczny. Proszę przeczytać opowieści dwóch kobiet, które podzieliły się ze mną i z Państwem doświadczeniem niezwykle intymnym i głębokim.

Pozostawiam Państwa w CISZY.

„Droga Ado. Chciałabym opisać ci moje przeżycia związane z tamtą stroną.

Pierwsza historia wydarzyła się, kiedy umierała moja mama. Opiekowałam się nią do końca, ale w ostatnią dobę jej życia zmuszeni byliśmy oddać ja do hospicjum z racji tego, że nie przyjmowała pokarmów i płynów. Umarła o godzinie 14. Lecz, gdyby nie pewne zdarzenie nie byłoby mnie przy niej w tej pięknej chwili. Otóż miałam do niej jechać o 15, a była już godzina 12.30. Siedziałam w pokoju i nagle w okno zaczęły uderzać rozpędzone ptaki. Były to wróble i szpaki. Uderzały w szybę do momentu aż poczułam, że muszę natychmiast jechać do mamy, co też zrobiłam. Mama już odchodziła, bo ustawało krążenie. Była na środkach uspokajających i przeciwbólowych. Spała. Podeszłam do niej i szepnęłam jej do ucha, że odchodzi i żeby się nie bala, żeby szła do światła. Widziałam, jak po policzku spływają jej łzy. Nie mam wątpliwości, że słyszała i rozumiała mnie. Wieczorem, kiedy przyszłam do taty, czyli do mieszkania, gdzie mieszkała moja mama, to po otwarciu drzwi, poczułam intensywny zapach mojej mamy. Wiedziałam, że jest tam. Czułam ją.

Potem po kilku dniach przyszła do mnie we śnie. Była bardzo realna taka jak przed śmiercią. Tu też czułam jej zapach. Pożegnała się ze mną. Podziękowała, że pomogłam jej przejść. Potwierdziła, że jest Bóg.

Kolejnym razem, kiedy dowiedziałam się o ciąży mojej siostry, pierwsza moja myśl była taka: jaka szkoda, że mama tego nie dożyła. Na pewno bardzo by się ucieszyła.

W nocy przyszła do mnie znowu. Albo ja do niej, bo w końcu sen to takie spotkanie, gdzie nie wiadomo kto jest gościem, a kto gospodarzem. Leżała w białej pościeli i mówiła, że może wreszcie odpocząć. Powiedziałam mamie o ciąży siostry, a ona odparła, że wie o tym. Zapytałam, czy nie chciałaby urodzić się w tym dziecku? A mama odpowiedziała, że nie wie, bo tu na ziemi jest zbyt dużo problemów i ogólnie ciężko tu żyć. Od tamtej pory nie mam z nią kontaktu. Nie wiem, czy poszła dalej czy zeszła tu na ziemię, ale zawsze mnie ostrzega przed niepowodzeniami w moim życiu. Śni mi się, ale nie tak jak na początku. Był to mój pierwszy kontakt z tamtym światem.

Pozdrawiam Aneta.”

„Ado, nigdy nie myślałam, że doświadczę czegoś nadprzyrodzonego. Wierzyłam, że takie historie mogą być prawdziwe, ale przydarzają się tylko ludziom o nadzwyczajnych predyspozycjach. Tymczasem coś metafizycznego dotknęło również mnie.

Mieszkam w Niemczech, tu urodziły się moje dzieci. W opiece nad nimi bardzo pomagała mi moja mama. Przyjeżdżała często, czasem sama, czasem z moim ojcem. Tata był znacznie starszy od mamy i zmarł kilka lat temu. Po jego odejściu mama dała się namówić na to by z nami zamieszkać. Mój mąż bardzo się z nią zżył. Wbrew kawałom jakie opowiada się o relacji teściowa – zięć, doskonale się rozumieli. Mąż chyba zastąpił jej syna, którego zawsze pragnęła.

Kiedy mama zaczęła załatwiać w Polsce formalności związane z wyjazdem, jej stan zdrowia nagle się pogorszył. Przeprowadzono wiele badań i lekarze postawili dość jednoznaczną diagnozę: RAK

Ja to strasznie przeżyłam, a mama była „spokojna nieadekwatnie do sytuacji” – tak powiedział mój mąż. Przyjechaliśmy do Polski i zabraliśmy mamę do siebie. Próbowaliśmy różnych metod i tych naturalnych i medycyny akademickiej. Niestety jej stan systematycznie się pogarszał.

Ostatni tydzień życia spędziła w hospicjum. Ze względu na kroplówki i karmienie ( miała założonego PEG-a) opieka domowa nie wchodziła w grę. Odwiedzałam mamę codziennie, tylko o różnych porach. Tego, pamiętnego dnia, planowałam pojechać do niej wieczorem. Odwiozłam dzieci do szkoły i przedszkola, wróciłam do domu. Zajęłam się codziennymi, życiowymi sprawami. Usłyszałam, że przyszedł SMS – mąż o coś pytał. Kiedy zaczęłam odpisywać na jego wiadomość, coś dziwnego zaczęło się dziać z moim telefonem. Na zmianę działał i nie działał. Odłożyłam aparat, bo wiem, że najgorszą rzeczą w takiej sytuacji jest manipulowanie przyciskami. Nagle wszystko się uspokoiło, tyle tylko, że zamiast SMS-a od męża wyświetlał mi się SMS od mamy. Była to wiadomość sprzed wielu miesięcy, gdy dowiedzieliśmy się o jej chorobie. „Jeśli ja jestem spokojna, to czego Ty się boisz Joasiu?”.

Ogarnął mnie strach. Zdałam sobie sprawę, że nadeszła chwila, której tak bardzo się obawiałam. Złapałam torebkę i wybiegłam z domu. Rozpoczęłam walkę z pilotem do garażu. Nie mogłam otworzyć drzwi, a tu każda minuta mogła mieć znaczenie. Nagle pod dom sąsiadów podjechała taksówka, z której skorzystałam.

Do hospicjum wpadłam jak przysłowiowa bomba i pokonując po trzy schody dotarłam do pokoju, gdzie leżała moja mama. Spojrzała na mnie takim wzorkiem pełnym ulgi. Ona na mnie czekała. W tym momencie poczułam (może paradoksalnie) ogromny spokój. Przytuliłam mamę, a ona uścisnęła moją rękę. Wyszeptała tylko dwa słowa: „nadeszło wyzwolenie” i odeszła.

Trzy dni później przyśniła się nam, używam liczby mnogiej, ponieważ przyśniła się całej naszej czwórce. Dzieciom ukazała się w jakimś nieznanym im, ale pięknym parku. Minie i mężowi przed białym budynkiem – siedziała tam na ławce, piękna, młoda i jak zwykle elegancka.

Nasze dzieci zapewniła o swojej miłości, a do nas powiedziała: Trafiłam do świata wielu możliwości, jestem szczęśliwa.”

 

Cytaty pochodzą z książki Michał Bułhakow „Mistrz i Małgorzata” -kolekcja Gazety Wyborczej.

 

Zdjęcia: własne.

Duch, który sprowadził pomoc

 

Otrzymałam niezwykle ciekawą i oryginalną relację dotyczącą fizycznej interwencji osoby zmarłej. Do tej międzywymiarowej manifestacji doszło w dramatycznych okolicznościach, a duch, o którym mowa bez dwóch zdań, uratował życie dwóch osób.

Oddaję głos Krzysztofowi, bezpośredniemu uczestnikowi wydarzeń:

Chciałbym zacząć od tego, że nigdy nie interesowały mnie sprawy tak zwanego życia pozagrobowego. W czasie, kiedy doszło do zdarzenia, które chcę przedstawić pracowałem w Policji. W sumie moja służba trwała dziesięć lat. Rezygnacja z pracy w Policji spowodowana była trudną sytuacją rodzinną, a nie niechęcią do samej instytucji. Choć różnie się o policjantach mówi, ja byłem dumny z munduru, który nosiłem.

Tego pamiętnego dla mnie dnia, pracowałem z Adamem – on pozostał w Policji do dziś. Nasz dyżur się kończył. Wracaliśmy z jakiejś interwencji domowej. Jechałem bardzo wolno, ponieważ warunki pogodowe były fatalne, a droga nieoświetlona. Głęboki listopad, zimno, silny wiatr i ulewa. Po lewej stronie drogi puste pola, po prawej stare magazyny i popadająca w ruinę, nieczynna fabryka. Nagle zobaczyliśmy starszego mężczyznę, który dawał nam znaki żebyśmy się zatrzymali. Po jego ruchach i zachowaniu widać było ogromne zdenerwowanie. Zatrzymaliśmy samochód i wysiedliśmy, żeby zobaczyć, co się stało. Ten mężczyzna przemieścił się o kilka metrów i wszedł w krzaki, pokazując nam żebyśmy poszli za nim. Podeszliśmy bliżej i poświeciliśmy sobie latarkami. W dole (około czterech metrów poniżej drogi) zobaczyliśmy przewrócony samochód. Zeszliśmy tam najszybciej jak się dało. W wozie były dwie osoby: ranna kobieta w kompletnym szoku oraz nieprzytomny mężczyzna. Ja wezwałem pomoc, a kolega usiłował wydobyć pasażerkę. Jak wspomniałem samochód był przewrócony i to ograniczało dostęp do kierowcy. Finalnie udało nam się wydobyć pasażerkę, co zbiegło się z przyjazdem Straży Pożarnej. Wkrótce przyjechał też ambulans i można powiedzieć działaliśmy pełną parą. W pewnej chwil Adam podszedł do mnie i zapytał, gdzie jest ten starszy gość, który nas zatrzymał. Powiedziałem, że nie wiem, ale prawdopodobnie gdzieś się tu kręci. Jeden ze strażaków podał mi damską torebkę, a ja zajrzałem do niej szukając dokumentów. Znalazłem duży czerwony portfel. Były tam oczywiście dokumenty tej kobiety, ale zauważyłem też zdjęcie mężczyzny, który nas zatrzymał. Nie miałem wątpliwości, że to ten sam człowiek. Kobieta była już w karetce i zajmował się nią ratownik medyczny. Później zostawił ją pod moją opieką, bo potrzebna była pomoc przy ciężko rannym kierowcy. Otworzyłem jeszcze raz ten portfel, wskazałem na zdjęcie i zapytałem, czy ten mężczyzna jechał z nimi. Odpowiedziała, że jechali sami. Powiedziałem, że ten pan nas zatrzymał i dzięki niemu żeśmy ich znaleźli. Dziewczyna się rozpłakała, na zdjęciu był jej zmarły ojciec. Powiem szczerze: zatkało mnie. Kompletnie nie umiałem wykrztusić z siebie ani słowa.

Kiedy karetki odjechały, a nasi koledzy z drogówki przejęli sprawę, nie byliśmy już potrzebni. Adam jeszcze raz zapytał o tego starszego pana, a ja powtórzyłem mu słowa córki. Zrobiło się dziwnie. Po prostu żadnemu z nas nie przechodziły przez gardło z pozoru proste słowa: po raz pierwszy w życiu widzieliśmy ducha. Dopiero po jakimś czasie zebrało nam się na szczerą rozmowę. Przeanalizowaliśmy całą sytuację dosłownie minuta po minucie. Nie było innego samochodu, do którego mógłby wsiąść i odjechać, gdyby oczywiście był żywym człowiekiem. Jego strój był zupełnie nieadekwatny do warunków pogodowych, więc gdyby to był żywy człowiek szukałby pomocy, chociażby, żeby się ogrzać. Poza tym, kiedy wysiedliśmy z auta obaj go widzieliśmy, jednak, mimo że wyglądało jakby krzyczał, to tak naprawdę nie usłyszeliśmy ani słowa. Nasz reakcja oparta była na obserwacji mowy ciała. Kiedy zobaczyliśmy rozbity samochód włączyło się działanie mechaniczne. Ostatecznie po coś jesteśmy szkoleni.

Trudno dyskutować z faktami, a one wskazywały, że mieliśmy do czynienia ze zjawiskiem paranormalnym. Faktem jest też, że gdybyśmy ich nie znaleźli, to kierowca raczej nie przeżyłby wypadku, a i pasażerka miała małe szanse, ponieważ w nocy chwycił mróz. Jak już pisałem, to mało uczęszczana okolica i nikłe są szanse, że ktoś by ich znalazł. Może dopiero rano złomiarze, którzy rozbierali resztki stalowych elementów nieczynnej fabryki.

To jeszcze nie koniec tej niezwykłej historii. Okazało się bowiem, że do wypadku nie doszło za sprawą złej pogody lub błędu kierowcy. Była to zemsta ex partnera tej młodej kobiety, który nie chciał pogodzić się z rozpadem ich związku. Człowiek ten wielokrotnie taranował ich samochód, próbując zepchnąć pojazd z drogi. W końcu kierowca atakowanego samochodu wpadł w poślizg i uderzył w drzewo, a następnie samochód stoczył się po skarpie i przewrócił. Sprawca odjechał nie wzywając pomocy.

Sprawa okazała się bardzo poważna, a sprawca stanął przed sądem. Pan Krzysztof oraz jego kolega zostali wezwani w charakterze świadków.

Na korytarzu podeszła do mnie ta młoda kobieta. Przypomniała rozmowę z karetki i poprosiła żebyśmy potwierdzili tożsamość osoby, która nas zatrzymała. Dyskretnie pokazała nam kilka zdjęć, na których był jej ojciec. Bez wątpliwości widzieliśmy wtedy właśnie jego. Trudno go pomylić z kimś innym: wysoki (około dwa metry wzrostu), burza kręconych siwych włosów i takie trochę orientalne rysy twarzy. Okazało się, że ojciec tej pani był Ormianinem. Kolega od razu zaznaczył, że w życiu oficjalnie się nie przyzna, że widział ducha. Ona to doskonale rozumiała, chciała tylko znać prawdę, dla samej siebie. To była bardzo wzruszająca scena.

Zainteresowałem się tematem zjaw pojawiających się na drogach. Myślę sobie, że to takie znaki ostrzegawcze dla nieostrożnych kierowców. Kto wie, może działają z polecenia siły wyższej?

Przypadek opisany przez Krzysztofa niewątpliwie daje do myślenia. Zjawa ojca pojawiła się w momencie, kiedy życie córki było zagrożone. Może to świadczyć o tym, że jesteśmy permanentnie obserwowani przez dusze w Zaświatach lub o istnieniu jakiegoś systemu ostrzegawczego, uruchamiającego się w dramatycznych okolicznościach. Wszak, kiedy grozi nam niebezpieczeństwo emitujemy specyficzną energię strachu, a poza tym mentalnie wzywamy na pomoc istoty z innego wymiaru

Co do zjaw pojawiających się na drogach całego świata, to klasyfikowałabym je jako tak zwane „duchy rocznicowe”, czyli ukazujące się albo w rocznicę własnej śmierci, albo w okolicznościach zbliżonych do panujących w tamtej chwili. Dla przykładu, ktoś kto zginął, kiedy jednocześnie była jesień, padał deszcz, a księżyc wszedł w fazę nowiu, będzie wracał w tych okolicznościach. Dlaczego? Bo uznaje taki zbieg okoliczności przyrodniczo- astronomicznych za potencjalnie niebezpieczny i chce ostrzec innych.

Pytaniem otwartym pozostaje, czy są to faktycznie istności duchowe przechodzące ze swojego wymiaru w nasz wymiar fizyczny, czy też stanowią rodzaj projekcji albo hologramu, pozostawionego przez ducha w miejscu szczególnie dla niego ważnym. Być może matryca czasoprzestrzenna pozwala na takie działanie. A może należy wziąć pod uwagę jeszcze inne możliwości?

Miłość – na granicy światów

Inspirację do napisania dzisiejszego artykułu zaczerpnęłam z listu otrzymanego od Romana.

Roman stracił ukochaną żonę Lidię i nie może pogodzić się z jej odejściem. Lidia zmarła zdecydowanie przedwcześnie (56 lat) w wyniku zakażenia szpitalnego, które w konsekwencji doprowadziło do sepsy. List ten jest doprawdy niezwykłym dowodem zarówno wielkiej miłości do kobiety jak i głębokiej, gnostycznej wręcz duchowości autora. Zawiera istotne pytania, które po prostu nie mogą pozostać bez odpowiedzi.

W tym miejscu, aż trudno nie przywołać fragmentu „Mistrza i Małgorzaty” autorstwa uwielbianego twórcy Michała Bułhakowa

Za mną czytelniku! Któż to ci powiedział, że nie ma już na świecie prawdziwej, wiernej, wiecznej miłości? A niechże wyrwą temu kłamcy jego plugawy język! Za mną, czytelniku mój, podążaj za mną, a ja ci pokażę taką miłość”[1]

 

„Biuro duchów odkryłem szukając informacji o życiu po życiu. Tego rodzaju zagadnienia interesowały mnie od dziecka, a zainteresowanie to wzrosło po śmierci mojej ukochanej żony Lidii, która zmarła całkiem niedawno – w styczniu tego roku.

Z jej śmiercią nie mogę się pogodzić i z tego powodu bardzo cierpię psychicznie. Ogromnie za nią tęsknię. Dużo o niej myślę, praktycznie bez przerwy. Nie jestem w stanie tego powstrzymać.

Lidka kilka razy mi się przyśniła. Nie będę opisywać wszystkich snów, ale o jednym z nich uważam, że warto wspomnieć. Otóż śniło mi się, że ja i Lidka staliśmy przytuleni do siebie. Lidzia była śliczna, odmłodzona o jakieś 25 lat. W tym przytuleniu, telepatycznie przekazała mi informacje, że to nasze spotkanie jest rzeczywiste i dzieje się naprawdę, natomiast moje obecne jeszcze życie to tylko okrutny sen. Kiedy w czasie snu uzmysłowiłem sobie, że Lidka nie żyje, że przecież był pogrzeb – sen mi się urwał i obudziłem się. Była godz.3.30. Nadmienię, że opisany sen nastąpił po tym jak dnia poprzedniego usilnie myślami prosiłem ją, aby mi przekazała jakąkolwiek wiadomość z tamtego świata. I jeszcze pozwolę sobie na inny przykład łączności ponadzmysłowej z moją Lidką. Tym razem to nie był sen. Otóż w dniu 24.lutego br. byłem na cmentarzu przy jej grobie. W zasięgu mojego wzroku nie było nikogo, dlatego pozwoliłem sobie mówić do niej na głos. Może niezbyt głośno, ale na głos. Gdyby był ktoś obok w pobliżu mógłby pomyśleć, że zwariowałem. Mówiłem jej o naszych wspólnych planach, których już nigdy razem nie zrealizujemy, o moich bieżących problemach, a także o tym, że jest mi bardzo ciężko bez niej żyć i ogromnie za nią tęsknię. Gadam do niej, gadam w nadziei, że może mnie słyszy. W pewnym momencie powiedziałem; Lidka czy ty mnie słyszysz, czy dociera do ciebie to co ja mówię? Jeżeli tak to daj mi jakiś znak. Wiesz co, poruszaj choćby jednym z tych kwiatów. Na grobie znajdował się kosz z trzydziestoma różami. Pogoda była tego dnia piękna i co ważne nie było absolutnie najmniejszego wiatru. Proszę sobie wyobrazić, że mniej więcej po ok. 15 sekundach zerwał się dość silny wiatr, solidnie potrzepał nie jednym, ale wszystkimi kwiatami na grobie. Trwało to przez ok. 10 sekund po czym nastąpiła absolutna cisza.

Innym razem przeżyłem również coś niesamowitego. Otóż aktualnie pracuję jako kierowca podmiejskiego autobusu. W dniu 01.marca do prowadzonego przeze mnie autobusu na jednym z przystanków wsiadła pewna kobieta, od razu zaznaczam, że w najmniejszym stopniu niepodobna do mojej Lidki. W trakcie jazdy mam zwyczaj spoglądać w wewnętrzne lusterko, aby obserwować pasażerów. Zwłaszcza interesuje mnie czy ktoś wstaje z siedzenia przed przystankiem, bywa bowiem, że nie ma powodów, żeby się zatrzymywać, bo nikt nie wysiada i nie wsiada. Tego pamiętnego dnia zamiast wspomnianej wcześniej kobiety ujrzałem w lusterku nie ją, ale wyraźne odbicie Lidki.

Odwróciłem na moment wzrok, nie wierzyłem własnym oczom, spojrzałem po raz kolejny w lusterko, nadal widziałem Lidkę. Trwało to co najmniej 30 sekund. Ponownie odwróciłem wzrok, bo zbliżałem się do przystanku i musiałem precyzyjnie zatrzymać się przy krawężniku. Na tym przystanku wysiadła ta kobieta, którą w lustrzanym odbiciu widziałem jako Lidkę. Zaznaczam, że jestem odpowiedzialnym kierowcą i zawsze zachowuję trzeźwość.

Z tych przytoczonych mich doświadczeń rozumiem, że Lidka żyje jako duch bez ciała, ale zachowując dotychczasową świadomość własnego jestestwa, z pamięcią jeszcze niedawnego cielesnego życia.

I tu nasuwa się moje zasadnicze pytanie, które zachęciło mnie do napisania listu do Pani. Proszę mi wyjaśnić, jak to właściwie jest z tym istnieniem po śmierci ciała. Są świadectwa, że ludzie rodzą się na nowo po raz kolejny. Ich dusze tracą znaczną część pamięci lub całą i zasiedlają ciała nowo narodzonych dzieci. Czyli następuje REINKARNACJA. Ale są również świadectwa, że ludzie po śmierci ciała istnieją jako te same osoby, którymi były na ziemi. W związku z tym, znane są przypadki spotkań ze zmarłymi wcześniej osobami jak; rodzice. Dziadkowie; rodzeństwo, małżonkowie i itd. Zatem, jeżeli wierzyć w istnienie ponownego narodzenia, to jak pogodzić tę teorię z otrzymywaniem przekazów z zaświatów od osób zmarłych- doświadczonych minionym życiem, niekiedy otrzymywaniem porad i ostrzeżeń, oglądanie ich w snach a także jako zjawy-fantomy. No bo jeżeli przyjąć, że moja Lidka ponownie się urodziła i istnieje gdzieś na świecie jako nowo narodzone niemowlę, to jak się ma do tego to że ukazywała mi się w kilku innych snach jako ona- Lidka -moja żona?

Ewentualne istnienie reinkarnacji na moim obecnym etapie świadomości bardzo mnie martwi, bo to oznacza, że po mojej śmierci nie będę mógł spotkać się ze swoją kochaną żoną Lidzią, z taką Lidzią jaką mam w pamięci po prawie 38 latach małżeństwa.”

Drogi Romanie, jestem przekonana, że spotkasz się z Lidią i razem ustalicie, jaka przyszłość jest dla Was najlepsza. Dla istoty duchowej, nad którą nie wisi miecz Damoklesa pod postacią nieuchronnego starzenia prowadzącego do unicestwienia ciała, upływ czasu nie ma najmniejszego znaczenia. Jak wynika z zapisu regresji do poprzednich wcieleń, między jedną a drugą inkarnacją może upłynąć nawet kilkaset lat. Owszem, zdarzają się osoby zdeterminowane do powrotu absolutnie wyższą koniecznością. Inkarnują się zatem, na własne życzenie, w tempie błyskawicznym. Najprostszy przykład dotyczy Lamów tybetańskich, którzy jako duchowi przywódcy i w ogóle osoby o wysokiej samoświadomości, poświęcają całe swoje istnienie (wszystkie wcielenia) do realizacji jednego celu, a jest nim służba i wpływ na rozwój duchowy ludzkości.

Proszę zwrócić uwagę, że istnieje wiele starożytnych pism, z których jasno wynika, że dusza ludzka po śmierci ciała fizycznego przechodzi pewien długi i skomplikowany proces, w trakcie którego, pozbywa się zarówno swoich ziemskich programów, jak i dokonuje swoistego rozliczenia dotychczasowych dokonań. Mam tu na myśli chociażby: Tybetańską księgę umarłych, Egipską Księgę umarłych lub Księgę bram, starożytne teksty wedyjskie, a także przekazy współczesnych Indian oraz ludów od zarania dziejów zamieszkujących obie Ameryki. Niestety dosyć kiepsko wypadają na tym tle judaizm, islam i chrześcijaństwo, rzecz jasna nie w swoich mistycznych odmianach (kabała, derwisze, gnoza), tylko w dogmatycznej, skostniałej formule. Tu niestety uproszczono ideę nieśmiertelnej duszy, czyniąc z niej lekkostrawną papkę. Taka „konsystencja myślowa” ma to do siebie, że każdy jest w stanie ją przyjąć. Pomijam w tym miejscu kwestię, jak symplifikacja procesu ewolucji duszy i sprowadzanie tak złożonej materii do trzech pojęć niebo/czyściec/piekło, posłużyło do manipulacji i nadużyć wobec wiernych.

Lidia zapewne przeszła w miejsce sobie należne, ale interesuje się mężem i używając siły, jaką jest miłość płynąca z głębi jej serca, pozostaje z nim w kontakcie. W miarę swoich możliwości przekazuje znaki, a relacje bezpośrednie prowadzi na bezpiecznej płaszczyźnie sennej. Dokonała również pewnych projekcji na planie fizycznym. Wszystko po to aby przekazać jeden prosty komunikat: Istnieję i jestem sobą. Kocham i czekam.

W naszym świecie, zdarzają się ludzie, którzy siłą umysłu potrafią przesuwać przedmioty, zatrzymywać ruch zegarów, odnajdywać zaginionych lub przewidywać przyszłość. Generalnie są to zdolności rzadkie, a i sami predestynowani muszą włożyć sporo wysiłku, aby ich próby odniosły oczekiwany skutek. Jednak to się udaje. Działają bez użycia mięśni, swój cel osiągają posługując się tylko siłą kryjącą się w ich świadomości.

Czemu zatem nie wierzymy, że kochająca osoba może poruszyć przedmiotem (w tym wypadku kwiatami), lub w jakikolwiek inny sposób zasygnalizować swoją obecność? Tu nie chodzi oczywiście o obecność rozumianą dosłownie jako przebywanie istoności duchowej w naszym świecie. Kurtyna oddzielająca życie i śmierć jest wystarczająco cienka, aby dusze mogły działać i zza tej zasłony. Manifestacje pośmiertne są bowiem jednym z najczęstszych zjawisk z kręgu aktywności paranormalnej.

Na temat fenomenu zjaw lustrzanych, niezrównany dr Raymond Moody napisał całe tomy, więc pozwolę sobie wątpiących odesłać do literatury tematu. Polecam zwłaszcza „Odwiedziny z Zaświatów” gdzie znajdziecie Państwo pełen rys historyczno -kulturowy opisujący zarówno spontaniczne widzenia jak i niezwykłe miejsca „psychomantea”, gdzie za pomocą luster przywoływano zmarłych.

Podsumowując: reinkarnacja to proces i jako taki ma swój rytm oraz zasady. Nie jest to na pewno akt nawykowy lub innymi słowy automatyczny. Wiele wskazuje również, że przed podjęciem decyzji o powrocie otrzymujemy wsparcie i radę istot, które nazwałabym duchowymi mentorami.

Zaufajmy zatem tej niepojętej sile, która choć jest tak potężna, nie uczyniła nas bezwolnymi bio-maszynami, tylko przeciwnie obdarzyła nas wolną wolą i swobodą myśli. Tak postępuje tylko ktoś kto kocha.

[1] M. Bułhakow Mistrz i Małgorzata, Kraków KGW, str. 229

Interwencja z Zaświatów

Po przerwie związanej z premierą książki, Biuro duchów wraca do pracy. Dzisiaj proponuję lekturę niezwykle ciekawego listu, który otrzymałam od pani M.

Treść korespondencji, stanowi dla mnie kolejny, cenny dowód potwierdzający, iż bliscy przebywający w Zaświatach obserwują nas i bardzo się nami interesują. Mało tego starają się skorygować nasze poczynania, jeśli akurat niczym zbłąkani żeglarze wpływamy na manowce doczesności.

Nigdy nie wierzyłam w zjawiska paranormalne, duchy itp. Byłam wręcz wyjątkowo sceptyczna, ale jak to w życiu bywa, tylko do pewnego momentu. Po śmierci babci, z którą byłam silnie związana emocjonalnie zaczęłam wierzyć.

Od kilku lat pozostawałam w związku partnerskim, mieliśmy dziecko, własne mieszkanie. Wszystko, co niezbędne do godziwej egzystencji. Czegoś jednak mi brakowało i prowadziłam podwójne życie. Spotykałam się z innym mężczyzną. Po jednym z takich spotkań przyśniła mi się babcia. Byłyśmy u niej w mieszkaniu. Strasznie mną szarpała, krzyczała na mnie, była potwornie wściekła. Nigdy w życiu nie widziałam jej w takim stanie. Przez cały sen płakałam, bałam się i nie potrafiłam zrozumieć ani jednego słowa jakie wypowiada do mnie. Obudziłam się z potwornym bólem głowy. Wtedy jeszcze nie wierzyłam w realność tego przekazu.

Po miesiącu, może dwóch rozpadł się mój romans. Sama postanowiłam, że chcę to zakończyć. Jakiś czas później miałam kolejny sen. Ponownie znalazłam się w mieszkaniu z moją babcia. Tym razem szczęśliwa, tryskająca radością, przytulała mnie. Pamiętam, że zadawałam jej pytania, co dzieje się po śmierci, gdzie jest teraz. Odpowiedziała mi, że nie może o tym mówić, ale że zostało jej jeszcze 28 dni. Sen się zakończył, a przynajmniej nic więcej z niego nie pamiętam.

Obecnie, jestem od dwóch lat szczęśliwą mężatką. Nasza rodzina się powiększyła, kupiliśmy piękny dom. Do romansów nigdy nie wróciłam. Jestem przekonana, że sen, w którym babcia mną szarpała dotyczył właśnie mojej zdrady, a zatem zachowania dla babci nie do zaakceptowania. Pamiętam każdy szczegół z tych snów pomimo tego, że minęły prawie trzy lata. Były to sny niesamowicie realistyczne.

W ubiegłym roku miałam jeszcze jedną, bardzo dziwną sytuację. Tym razem nie był to sen. Bardzo pomogłam siostrze, z którą nigdy nie miałam dobrego kontaktu. Babcia nas dwie wychowała, jednakże nie było pomiędzy nami żadnej więzi, nawet się nie kłóciliśmy, bo po prostu nie rozmawiałyśmy ze sobą. Nie potrafiłyśmy tego robić. Sama nie wiem, dlaczego. Pomoc siostrze kosztowała mnie wiele wysiłku i nieprzespanych nocy. Dałam radę.

Kiedy już cała trudna sytuacja wydawała się szczęśliwie zakończona, a ja radosna i odprężona wracałam do domu, spotkało mnie coś szczególnego. Był późny wieczór, ale nie czułam zmęczenia. Wręcz przeciwnie dawno nie było mi tak dobrze.

Podjeżdżając do garażu, zauważyłam przed samochodem ubraną na biało postać. W takiej sytuacji rzecz pierwsza to noga na hamulec. Zatrzymałam się gwałtownie, a postać zniknęła. Trwało to ułamek sekundy, dosłownie mrugnięcie powiek. Wyszłam przestraszona z samochodu, rozejrzałam się po podwórku, ale nikogo nie było, choć po dzisiejszy dzień pamiętam dokładnie tę jasną poświatę, bijącą od sylwetki szczupłej osoby. Zarejestrowałam ze szczegółami wyraz twarzy i ubiór. Jestem przekonana, że była to moja babcia. Tylko dlaczego mi się ukazała? Być może w podziękowaniu za pomoc okazaną siostrze? Od tamtej pory nie wiem jakim cudem, ale znalazłyśmy z siostra wspólny język i dogadujemy się. Kolejna, już ostatnia sytuacja miała miejsce niedawno. Przeszłam ciężką operację ratująca moje życie. Po powrocie do domu ze szpitala miałam kolejny sen. Byłam w szpitalu, a obok mojego łóżka siedzieli dziadkowie. W czasie mojego pobytu w szpitalu nie żyli już oboje. Dziadek powiedział do mnie, -Ty wiesz wnusia, że oni wszyscy myślą ze my nie żyjemy. Po czym zaczął się śmiać. Babcia również się śmiała. Powiedziała tylko jedno zdanie „teraz już wszystko będzie dobrze”. Sen się skończył.

W Boga nie wierzę, ale zaczęłam wierzyć, że śmierć nie jest końcem wszystkiego. Zastanawia mnie tylko dlaczego w jednym ze snów babcia powiedziała, że zostało jej 28 dni? Skoro obserwuje mnie, to dlaczego nie przyśni mi się w momentach, kiedy jej potrzebuje??? Czemu tak naprawdę miała służyć wizyta białej postaci na moim podwórku?

Droga M., bardzo dziękuję za tę niezwykle szczerą i głęboką relację. Pozwolę sobie zauważyć, że jeśli uznajesz za fakt ciągłości życia po śmierci ciała, to tym samym wierzysz w inteligentną, pełną miłości Siłę, która panuje nad wieloma światami i zachowuje najwartościowszą cząstkę naszego istnienia, czyli duszę w dobrostanie. Dzisiaj chyba już niewiele osób wyobraża sobie Najwyższego jako siwego starca, siedzącego na tronie z chmur. Choć, być może, nigdy nie ogarniemy istnienia tej Siły rozumem, to mamy szansę pojąć ją sercem. Inteligencja serca, nie jest na dzień dzisiejszy kwestią wiary i okazuje się, że nie pomylił się Mickiewicz przekonując „Miej serce i patrzaj w serce”.

„W opublikowanej w 1991 r. książce „Neurokardiologia” dr J. Andrew Armoura udowadniał, że serce ma złożony system nerwowy, który można nazwać małym mózgiem składającym się z czterdziestu tysięcy komórek nerwowych. W 1995 r. inny naukowiec – dr Ming He-Huang z Akademii Medycznej w Harvardzie – odkrył, że komórki te są identyczne z tymi, które znajdują się w mózgu. Oznacza to, że serce i mózg mają ze sobą łączność elektromagnetyczną, dzięki której przesyłają sobie nawzajem informacje.[1]
Sceptyk wytłumaczyłby każdy z Twoich snów, używając argumentów zaczerpniętych tak z psychologii głębi jak i behawioryzmu. Ot, skrywane wyrzuty sumienia, potrzeba potwierdzenia własnych działań, zaspokajanie atawistycznego lęku przed unicestwieniem itd.

Dla sceptyka, życie we wszystkich przejawach, jest tak naprawdę, tylko podniecającą grą, jaką jego intelekt toczy z własnym ego. Dla osoby bogatszej o doświadczenie pozazmysłowe świat otaczający jawi się jako jedna z wielu możliwości istnienia, a resztę podpowiada dusza.

Babci mogło nie podobać się Twoje zachowanie, lecz przypuszczam, że nie o jej subiektywną ocenę chodziło. Babcia prawdopodobnie wiedziała jak destrukcyjne mogą być konsekwencje tego romansu. Wiele snów, w których pojawiają się bliscy zmarli ma charakter proroczy. Zadaj sobie pytanie, co by się stało, gdyby ów romans wyszedł na jaw? Czy Twoje życie byłoby równie zadawalające jak obecne? Osobiście uważam, że tak bliska twemu sercu osoba, usiłowała powstrzymać Cię przed wejściem na życiową równię pochyłą z wszystkimi następstwami tego działania.

Jeśli chodzi o te 28 dni, o których babcia wspomniała, to myślę, że odniosła się do zakończenia pewnego etapu jej duchowej wędrówki. Wszystkie wielkie religie mają swoją wizję wydarzeń rozgrywających się po opuszczeniu ziemskiej powłoki. Na przykład w buddyzmie istniej pojęcie stanu bardo, w którym przechodzenie do subtelnej formy istnienia nie następuje ad hoc, tylko stanowi pewien proces, podzielony na etapy rozgrywające się w konkretnych ramach czasowych. Skoro tak mocno zaakcentowała te 28 dni, to można założyć, że przejście tej fazy było dla niej bardzo ważne, a może wręcz decydujące. Myślę, że była przy Tobie zawsze, kiedy jej naprawdę potrzebowałaś, a w innych niełatwych momentach widocznie wierzyła w Ciebie i wiedziała, że sobie poradzisz. Poza tym, weź pod uwagę, że częste wizyty babci mogłyby wpłynąć nie tylko na Twoją wolną wolę, ale przede wszystkim zachwiać pewnością siebie, a w najgorszym razie uzależnić od zewnętrznej i subiektywnej opinii. Nasi bliscy mogą próbować nam pomóc, ale życia za nas nie przeżyją.

Temat świetlistej postaci, która ukazała się w tak ważnym dla Ciebie momencie jest niezwykle interesujący. Czy była to babcia? Nie wiem. Bezsprzecznie był to sygnał świadczący o zdjęciu jakieś blokady, która umiejscowiła się w Twojej świadomości i ograniczała kontakty z siostrą. Doświadczenie uczy, że z samym sobą także można wejść w dość szczególną relację, również pozazmysłową. Zajmując się problemem siostry, zrekompensowałaś lub innymi słowy wypełniłaś dobrem przestrzeń, która do tej pory pozostawała ziemią jałową i właśnie w tej przestrzeni wasze relacje mogły odrodzić się na nowo. Z mojej perspektywy, zaskoczyła Cię najlepsza cząstka Ciebie samej. Zmieniła się po prostu obraz ciał subtelnych, co mogło spontanicznie zamanifestować się w świecie fizycznym. Oczywiście, jest to tylko i wyłącznie moja hipoteza.

Sen, w którym odwiedzili Cię dziadkowie, zapewne miał zrekompensować traumę jaką była operacja, od wyniku której zależało Twoje życie. Ich zachowanie było kojące, a przekazana informacja cenna. Zakładam, że wiele osób przyjęłoby ją z radością i wdzięcznością.

Dziękuję za list i poświęcony czas.

Mam nadzieję, że dla Państwa ta korespondencja była równie wartościowa jak dla mnie.

 

[1] http://www.poradnikzdrowie.pl/psychologia/emocje/neurokardiologia-naukowcy-dowodza-ze-serce-czuje-i-rozumie_41356.html

 

Komunikacja między światami – ciekawa historia Katarzyny

Nigdy nie miałam najmniejszych wątpliwości, że kurtyna oddzielając świat ziemski od Zaświatów, nie jest bynajmniej nieprzenikniona. Bliskie nam osoby, które zakończyły swoją doczesną wędrówkę, interesują się naszym życiem i czujnie obserwują rzeczywistość, w której egzystujemy. Niejednokrotnie przekazują ostrzeżenia lub po prostu akcentują swoją obecność, dodając nam w ten sposób otuchy. Sny, widzenia, znaki, jakie od nich otrzymujemy działają niczym balsam na skołatane nerwy i często odbudowują zachwianą wiarę w sens życia, które choć pełne tajemnic i zawirowań, jawi się jako dar bezcenny.

Taką właśnie piękną historię ze spotkania na granicy światów, przesłała Katarzyna.

W 2009 roku wybrałam się w rodzinne strony mego Ojca. Ponieważ, mój pracodawca nie udzielił mi wolnego, nie mogłam być na pogrzebie Babci, która odeszła w lutym. Z tego względu, dzień Wszystkich Świętych stał się dla mnie okazją, aby odwiedzić grób Babci i symbolicznie się z nią pożegnać.

W noc poprzedzającą mszę, która miała odbyć się na cmentarzu, spałyśmy z siostrą w jednym łóżku. W pokoju panowała ciemność. Były opuszczone rolety antywłamaniowe. Nagle w ciągu ułamka sekundy pokój zaczął wypełniać się jasnym, ciepłym światłem. Zapytałam siostrę, czy widzi to światło, a ona odparła, że nie, zerknęłam w stronę okna, szukając źródła światła, ale jak wspomniałam żaluzje były opuszczone.

Miałam wrażenie, że światło wydobywa się z sufitu. Wypełniło ono całe pomieszczenie, w którym po kilku sekundach, panowała niewyobrażalna jasność. Widziałam również, pojedyncze lśniące bąbelki, swobodnie unoszące się w powietrzu. Poczułam lęk, a moje ciało ogarnął paraliż, nie mogłam wydobyć z siebie słowa ani się ruszyć.

Zaczęłam czuć obecność jakiejś Istoty, po prostu wiedziałam, że ktoś znajduję się w tej nieopisanej jasności. W myślach zapytałam, czy tą osobą jest Babcia? Ona to potwierdziła i dodała, że mam oddalić lęk, że wszystko jest w porządku.

Poczułam błogi spokój, bezwładne do tej pory ciało rozluźniło się. Czas dla mnie stanął w miejscu. Ta chwila, wydawała się trwać wiecznie. Porozumiewałyśmy się w myślach, płynących prosto z Serca. Babcia przekazała mi, że jest Jej tam dobrze, zapewniła, że jest spokojna. Babcia udzieliła mi również pewnej rady, której treść była dla mnie szokująca.

Mówiła, abym zaufała Łukaszowi, przestała się buntować i bez wątpliwości oddała się Miłości. Babcia odeszła w lutym 2009 r. a ja poznałam Łukasza w czerwcu 2009r! Wynika z tego jasno, że bliscy zmarli, mogą obserwować nasze życie i osoby, które się w nim pojawiają!

Babcia przekazała mi także informacje dla pozostałych członków rodziny. Na koniec naszego spotkania Babcia powiedziała, że mam ogromną MOC i że Ona także przekazuje mi swoją siłę, a dowód otrzymam jutro. Z moich oczu płynęły łzy, czułam ogromne ciepło, światło zaczęło powoli znikać. Ponownie zapytałam siostrę, czy widziała to światło? Zaspana siostra kompletnie nie wiedziała, o co mi chodzi. W tej sytuacji, nie drążyłam tematu, tylko po prostu usnęłam.

Następnego dnia rano obudził mnie trzask zamykanych drzwi. Domownicy udali się do samochodów, aby dojechać na oddalony o kilka kilometrów cmentarz. Wstałam i w kilka sekund ubrałam się, a siostry niestety nie mogłam dobudzić. Szybko zbiegłam po schodach. Miałam nadzieję, że ktoś jeszcze nie odjechał i mimo, że zaspałam, jakoś na tę msze zdążę. Wybiegłam przed posesję, ale wszystkie samochody odjechały.

Zaczęłam więc biec co sił w kierunku głównej drogi, do której jest spory kawałek. Kiedy dostałam się na główną drogę próbowałam łapać stopa, niestety nikt nie chciał stanąć. Nagle usłyszałam klakson i znajomy głos zawołał: Kaśka parking obok! Był to mój chrzestny z rodziną (mój Tata ma dwóch braci, u jednego z nich nocowaliśmy a drugi, czyli mój chrzestny mieszka w innej części miasta). Szczęśliwa dobiegłam na parking, wsiadłam do samochodu i jakimś cudem zdążyliśmy! Kiedy pojawiłam się na cmentarzu, reszta rodziny była przekonana, że zadzwoniłam po chrzestnego, a ja przecież do dziś nie mam jego numeru. Zrozumiałam, że ktoś zadbał, abym dotarła na miejsce.

Spojrzałam na grób Babci, w duchu podziękowałam, było to dla mnie swego rodzaju potwierdzenie wydarzenia z ubiegłej nocy. Z perspektywy lat uważam, że droga jaką przeszłam wymagała i wymaga ogromnej mocy. Diagnoza o nieuleczalnej chorobie, którą usłyszałam w dzieciństwie, kilka przebytych operacji, sam fakt odnalezienia własnej Drogi Życia, to ważne i trudne chwile. Byłam w piekle. Wyrwałam się żywcem z kotła piekielnego. Dziś po latach widzę, jaką moc dała mi Babcia, o jakiej sile mówiła. Z Łukaszem jesteśmy małżeństwem i wspieramy się nawzajem. Nie zostawił mnie, mimo bardzo ciężkich chwil po operacjach. Troskliwie karmił, ubierał, dbał o higienę, pomagał i pomaga we wszystkim. Tu też Babcia miała słuszność.

Wskazówki, jakie otrzymujemy z Zaświatów dowodzą, że osoba przekazująca informacje posiada wgląd w przyszłość i widzi dalszy rozwój wypadków. Osoba ta, dokłada zwykle wszelkich starań, aby owo ostrzeżenie nie zostało zignorowane. Zjawisko, komunikacji między światami samo w sobie jest niezwykłe, a dla kogoś kto bodaj raz w życiu doświadczył kontaktu pozazmysłowego, pozostaje niezbitym dowodem na „życie po życiu”. Można by powiedzieć, że fenomen ten posiada jeszcze jedną właściwość – poprzez swój prekognicyjny charakter, uwiarygadnia źródło, z którego informacja pochodzi.

Pewna grupa naukowców doszukuje się wytłumaczenia tego typu zjawisk w ludzkiej psychice. Innymi słowy uczeni ci sugerują, że nasz wyższy umysł (świadomość, superego) miałby tworzyć swego rodzaju fantomy, przekazujące nam w przystępny sposób informacje, których nie dostrzegamy, pomijamy lub nie rozumiemy właściwie – oczywiście na jawie, kiedy opieramy się jedynie na naszym Ego.

Nie można wykluczyć, że taki proces jest możliwy, zwłaszcza, że znalazłby wiele praktycznych zastosowań. Często zdarza się, że sami sabotujemy swoje poczynania lub znajdujemy się w takich okolicznościach, gdzie od podjętej decyzji może zależeć nasze być albo nie być. Psycholog powiedziałby, że podświadomość (Id), świadomość (Ego) i nadświadomość (Superego) działają w nas jednocześnie. Niestety, czasami te trzy części naszej osobowości są ze sobą skonfliktowane, co w rezultacie powoduje kompletnie irracjonalne i nieadekwatne do sytuacji zachowania. Gdyby Superego chciało zdyscyplinować Id i wymusić pożądaną oraz korzystną reakcję, użycie mentalnego fantomu osoby, z którą się liczymy, ponieważ zawsze była dla nas autorytetem, byłoby uzasadnione i zapewne skuteczne.

Nie ulega jednak wątpliwości, że Superego może korzystać z wiedzy nabytej (być może nawet poprzednich wcieleń) nie posiada jednak zdolności jasnowidzenia, jasnosłyszenia itp.

Dlatego przepowiednie, prognozy o charakterze proroctw, wydają się pochodzić z innej, niepojętej przestrzeni. Ludzie duchowi, mają nieskończenie większe możliwości niż my ograniczeni ciałem. Wglądy w przyszłość stanowią zapewne jedną z ich „supermocy”.

Mniemam zatem, że historia opisana przez Katarzynę, pełna nie tylko absolutnie mistycznych przesłań, ale również proroctw, które spełniły się, co do joty, pochodziła z Zaświatów.

Autorce dziękuje za szczerość i poświęcony czas.

 

Echa historii cz. II

 

 

Drodzy Państwo, ponieważ otrzymałam bardzo interesujące listy, wracam do tematu poprzedniego artykułu. Myślę, że warto, ponieważ opisane zjawisko jest raczej słabo zbadane i nieczęsto poruszane w przestrzeni parapsychologii.

Zaprezentowane relacje łączy pewien ciekawy wspólny element, odnoszący się do fizycznego odbioru zachodzących zjawisk. Zapraszam zatem do lektury.

Pierwszy list otrzymałam od Agaty. Jej ojciec Marcel był z zawodu geodetą. Często wyjeżdżał służbowo nad czym Agata i jej mama bardzo ubolewały. Z kolejnej delegacji, wrócił w wyjątkowo melancholijnym nastroju. Zapytany o przyczynę swojego zachowania, odparł, że po prostu jest zmęczony pracą i podróżą. Marcel pracował wtedy dla firmy, która kupiła bardzo rozległy teren, gdzie miało powstać osiedle i kilkanaście domów jednorodzinnych. Jego zadaniem było rozgraniczenie działek pod zabudowę indywidualną. Na miejscu okazało się, że występują spore nieścisłości między tym, co wcześniej naniesiono na mapę, a stanem faktycznym.

Około półtora roku później do Marcela zadzwonił znajomy, kierujący właśnie tą budową. Rozmawiali dłuższą chwilę, po czym ojciec bardzo przejęty poprosił, żeby Agata przyniosła mu kieliszek koniaku. Matka i Agata zaczęły dopytywać, co się takiego stało.

„Dowiedziałem się właśnie, że na działce położonej najbliżej lasu wykopano ludzkie szczątki. Ja znam tego kierownika budowy. Był zdenerwowany, bo wiecie, jak to jest, roboty wstrzymane. Policja, prokurator, a jak się okaże, że sprawa ma podłoże historyczne to jeszcze archeolodzy.

Mama odparła: przecież nie pierwszy raz na terenie, który mierzyłeś odkryto takie smutne znalezisko. Nam ciągle powtarzasz, że ziemia kryje wiele tajemnic i ludzie sami niewiedzą na czym mieszkają. Czemu cię to tak poruszyło? Mój ojciec był człowiekiem poważnym, zafascynowanym nauką i na pewno niełatwo mu było, przełamać się i opowiedzieć nam taką historię.

Przyznam się wam kochane dziewczyny, że na tej działce spotkała mnie bardzo dziwna przygoda. To była ostatnia działka do zrobienia. Piękne miejsce pod samym lasem. Jedyny mankament to ogromny głaz, który tam leżał. Na moje oko ważył koło dwóch ton. Oparłem się o ten kamień i chwilę odpoczywałem. Pracowałem w dużym pośpiechu, bo chciałem wrócić do domu ostatnim pociągiem. Nagle poczułem silny ucisk w skroniach. Pomyślałem, że głowa boli mnie ze zmęczenia. Zacząłem rozkładać swoje narzędzia, ale do tego bólu głowy doszedł jeszcze szum w uszach. Po chwili ten szum zmienił się w pisk i to było bardzo nieprzyjemne. Odruchowo zatkałem uszy palcami i zamknąłem oczy. Ten pisk ustał. Otworzyłem oczy i zdałem sobie sprawę, że w niepojęty sposób, znalazłem się w samym środku bitwy. Wiem, że to brzmi idiotycznie. Próbowałem szukać jakiegoś wyjaśnienia, ale nie znalazłem.

Mama poprosiła, żeby opisał nam ze szczegółami to, co widział, bez względu na to jak dziwne wydaje mu się całe zajście. Ojciec się wzbraniał, ale w końcu uległ naszym namowom. Słyszał zgiełk bitewny, wybuchy pocisków, krzyki ludzi. Z tego lasu wybiegł żołnierz, który próbował ukryć się za głazem, niemal natychmiast został on postrzelony w głowę. Padł dosłownie przed moim ojcem. Ojciec widział, jak reszta żołnierzy cofa się do lasu. Po czym wszystko zaczęło cichnąć, a obraz zaczął się rozmazywać. Kiedy w końcu zniknął zupełnie, ojciec odruchowo spojrzał na zegarek, upłynęły trzy minuty. Wiedział to, ponieważ zanim obraz się pokazał również sprawdzał godzinę, szacując w jakim tempie musi uwinąć się z robotą, żeby zdążyć na pociąg. Był oczywiście wstrząśnięty i zmobilizował wszystkie siły, żeby zrobić swoje i zdążyć na dworzec. Mówił, że się nie bał. Wiedział, że to nie były duchy, tylko coś zupełnie innego. Długo dyskutowaliśmy na ten temat. Ojciec do końca życia szukał publikacji i kontaktów, które umożliwiłyby mu zrozumienie tamtego doświadczenia. Podejrzewał, że doszło w tym miejscu do zakrzywienia czasoprzestrzennego. Interesował się również tym, co mogło wpłynąć na szczególny stan fizyczny, który wtedy odczuwał.

Dodam, że odkryte szczątki należały do żołnierza z I Wojny Światowej. Znaleziono fragmenty munduru carskiej armii.”

Przyznacie Państwo, że to doprawdy epickie doświadczenie. Wnioski jakie wysnuł ojciec Agaty wydają się być bardzo sensowne. Zwłaszcza, że na obecnym etapie fizyka kwantowa, potwierdza istnienie wielu wymiarów i pojęcie względności czasu znajduje dodatkowe potwierdzenie. Przejdźmy do kolejnej historii, przesłanej przez Błażeja.

„Mój dziadek był warszawiakiem z dziada pradziada. Chłopak z niebogatej, ale kochającej się rodziny, trafił w 1938 roku „na termin” do majstra i tak rozpoczął swoją pracę kanalarza, którą wykonywał aż do emerytury. Późno się ożenił i dlatego, mimo że zmarł mając dziewięćdziesiąt lat, nie cieszyłem się nim tak długo, jakbym chciał. Pozostał do śmierci młody duchem i koledzy zazdrościli mi tak fajnego dziadka. Opowiadał mnóstwo ciekawych historii, które opiszę i przekażę Tobie w najbliższym czasie. W pierwszej kolejności przedstawiam taką, która łączy się z artykułem „Echa historii”.

Rzecz dzieje się za Gomółki. Dzień, jak co dzień, dziadek, sam był już majstrem, a za pomocnika miał Michała. Był to prosty, wiejski chłopak, ale żądny wiedzy. Uczył się zaocznie, a po latach jako inżynier został przełożonym dziadka.

Tym razem zeszli do kanałów w miejscu, gdzie przecinały się dwa korytarze. (Zaznaczam, że byli tam nie pierwszy raz.) Przeszli kilkadziesiąt metrów. Dziadek mówił, że zaczęła go boleć głowa. To był mocny człowiek i niezwykle rzadko coś mu dolegało. Znał każdy zakamarek tego podziemnego miasta i to on był wyrocznią dla Michała. Dziadek mówił, że szli wtedy pod Starym Miastem. Nagle usłyszeli dziwne dudnienie i odgłos kroków. Michał złapał się za głowę, w uszach coś mu okropnie piszczało, mówił później, że to był „bolesny dźwięk”. Zdezorientowani oparli się o ścianę. Na przecięciu tych dwóch korytarzy zobaczyli grupkę ludzi. Dziadek wspominał, że ten widok przypominał fatamorganę, powietrze zrobiło się jakby gęste i falowało. Zjawy miały albo mundury, albo po prostu powstańcze opaski. Dwóch mężczyzn wspierało rannego kolegę. Była też kobieta. Szła jako pierwsza i to ona krzyknęła: granaty, rzucają granaty! Potem pojawił się jasny rozbłysk i wszystko zniknęło. Dziadek szybko się pozbierał, ale Michał dostał ataku paniki, w kółko powtarzał – co się stało panie majster, co się stało?

W czasie wojny dziadek przeprowadził kanałami wiele osób i takich grup jak ta „widmowa” również spotkał sporo. Przyznał, że nie rozumiał, co zaszło. Wiedział, chyba instynktownie, że trzeba zabrać z tego miejsca Michała i jakoś go uspokoić. Tak zrobił. Kiedy chłopak zaczął mówić do rzeczy, dziadek wytłumaczył mu, że musi wszystko zachować w tajemnicy, bo inaczej zamkną ich do Tworek. Po prostu są rzeczy niewyjaśnione i taka właśnie im się przytrafiła. Te kanały pochłonęły tysiące istnień ludzkich, może widzieli duchy zmarłych, a może jeszcze coś innego, ale mówić o tym nie ma sensu, bo albo ich wyśmieją, albo uznają za wariatów. Michał to zrozumiał i nikomu nic nie powiedział. Chciał się przecież kształcić, a kto w czasach komuny zainwestowałby w takiego, co szerzy ciemnotę i zabobon?

Wielokrotnie zastanawiałem się, co tak naprawdę widział mój dziadek. Pewnego razu natknąłem się na opis osoby, która miała podobne widzenie. Mężczyzna ten po prostu „zobaczył” w Strykowie fragment wydarzenia, które historia zna jako bitwę nad Bzurą. Mój dziadek zobaczył zatem kadr z Powstania Warszawskiego. Zastanawiam się też nad objawami fizycznymi, które wystąpiły u dziadka i jego pomocnika. Takie nieprzyjemne wrażenia mogą wywołać infradźwięki.”

Pojawia się wniosek, że kiedy otwierają się wrota czasu, ciało ludzkie nie pozostaje obojętne, a wręcz przeżywa fizyczny dyskomfort. Prawdą jest, że podobne odczucia wywołują infradźwięki. Tyle tylko, że w tym konkretnym wypadku trudno o badania empiryczne.

Z drugiej strony, wiele osób, którym dane było stać się przypadkowymi widzami takiej projekcji z przeszłości, nie wspominało o jakichkolwiek dolegliwościach natury fizycznej. Czyżby zatem odbiór takich przekazów uzależniony był od cech osobniczych lub związany jedynie z konkretnym miejscem? Sprawa zdecydowanie do zbadania.

Ciekawa jestem Państwa opinii na ten temat.

Spokojnie, tylko spokojnie

 

Napisał do mnie Pan Roman:

„Od pewnego czasu czytam tego bloga i zastanawiam się czy istnieją ludzie, którzy są w stanie przeżyć spotkanie z duchem, tak na spokojnie? Jestem facetem po pięćdziesiątce i uchodzę za osobę odważną. W swoim czasie służyłem w Czerwonych Beretach, gdzie trzeba było pozostać twardym, a strachu żaden z nas nie znał. Jednak wydaje mi się, że w kontakcie z czymś tak dziwnym i niejednoznacznym, chyba bym skrewił. Nie byłem nigdy w takiej sytuacji. Podejrzewam, że gdyby niespodziewanie z ciemności wyłoniła się przede mną jakaś bladolica postać to (przepraszam za dosadność) obawiałbym się o swoje zwieracze.”

Panie Romku, jest Pan bardzo bezpośrednim człowiekiem, ale to dobrze bo takich ludzi lubię najbardziej. Postawił Pan ciekawe pytanie, a ja postaram się udowodnić, że istnieją osoby potrafiące przyjąć z otwartym sercem, również byty duchowe.

Trudno powiedzieć, co właściwie decyduje o postawie jaką przyjmujemy wobec istności duchowych. Z moich obserwacji wynika, że nie ma tu znaczenia ani wiara (rozumiana jako religijność) ani wiek osoby, doświadczającej takiego kontaktu, a już na pewno o jakości i rodzaju tegoż, nie decyduje postawa reprezentowana w codziennym życiu. Innymi słowy ktoś odważny jak żołnierz Czerwonych Beretów, może w relacji paranormalnej czuć się bezradny i przerażony. Natomiast osoba, która na samą myśl o skoku ze spadochronem blednie, przyjmuje bezcielesną obecność naturalnie i bez lęku. Być może, znaczącą rolę odgrywa tutaj jeden z rodzajów naszej inteligencji, a konkretnie inteligencja emocjonalna ze szczególnym uwzględnieniem typu interpersonalnego. Osoba spełniająca kryteria charakterystyczne dla tego typu doskonale rozumie potrzeby innych ludzi, jest wysoce empatyczna i znakomicie czyta mowę ciała. Taka osoba świetnie rozróżnia emocje i co istotne potrafi nad nimi panować. Można powiedzieć, że „czyta” innych ludzi niczym otwartą księgę. Czemu zatem nie miałaby sobie poradzić z rozpoznawaniem intencji w kontaktach między wymiarowych?

Oto relacja nadesłana przez Panią Jolantę:

„Historia miała miejsce po wojnie, na Ziemiach Odzyskanych, prawdopodobnie gdzieś na Dolnym Śląsku. Mieszkająca na wsi rodzina nauczycieli poszukiwała pani do prowadzenia domu. Młode małżeństwo z dzieckiem mieszkało na terenie budynku szkolnego. Babcia mojej koleżanki chętnie przyjęła tę posadę. Zdziwiła się wprawdzie, kiedy zaproponowano jej przestronny, ładniejszy pokój z dużym łóżkiem, a rodzice z dzieckiem pozostali w małym pokoju.

W wolnej chwili, babcia poszła zwiedzać urokliwe okolice. Dotarła na miejscowy cmentarz, gdzie jej uwagę zwrócił grób ulokowany pod płotem w dodatku jako jedyny pozbawiony krzyża. Zaintrygowało ją czemu ten grób nie ma krzyża. Nastała noc, babcia położyła się do łóżka, a po chwili ukazała się jej zakonnica. Po prostu stała w nogach łózka i odezwała się do babci: ”Ja się tutaj powiesiłam”.

Babcia nie przelękła się tylko spokojnie odpowiedziała tak: „To skoro się tu powiesiłaś, to ja się pomodlę za Twoją duszę”. Babcia koleżanki modliła się, a zakonnica przestała ją nawiedzać. Po pewnym czasie babcia dowiedziała się, że grób bez krzyża na cmentarzu był grobem tej właśnie zakonnicy.”

Proszę zwrócić uwagę, że bohaterka tej historii przyjęła duszę zakonnicy szlachetnie, odnosząc się z wielkim współczuciem do jej tragedii. Prawdopodobnie tak samo postąpiłaby również z żywym człowiekiem w potrzebie.

Pozwolę sobie przedstawić historię dotyczącą osoby z mojej rodziny. Rzecz dzieje się w Warszawie, po wyzwoleniu. W mieście rozpoczyna się może jeszcze nie odbudowa w pełnym tego słowa znaczeniu, ale gruntowne porządki. Lewobrzeżna Warszawa to jeden wielki cmentarz, pod gruzami leżą zwłoki, które trzeba pochować.

Julia przetrwała wojnę, ma dach nad głową, właściwie można powiedzieć, że wygrała los na loterii życia. Po pracowitym dniu kładzie się spać, marzy o wannie pełnej wody. Po raz kolejny śni ten sam sen. Młoda dziewczyna stoi wśród ruin. Jula poznaje to podwórko z charakterystyczną kapliczką. Przed wojną mieszkała tam jej najlepsza przyjaciółka. Dziewczyna ze snu jest wyjątkowo ładna. Prawą ręką wskazuje na kilka grobów, i mówi:

-Ten pierwszy jest mój, mam na imię Irena, powiedz moim rodzicom, że tu jest moje ciało. Proszę cię, oni się martwią, wszędzie mnie szukają. Powiedz im, niech wiedzą.

Dziewczyna podaje adres rodziców. Ten sen jest tak realistyczny, że trudno w niego nie wierzyć.

Julia się waha, nie wie czy odnajdzie tych ludzi, jak ją potraktują? Odkłada podjęcie decyzji. Przełom następuje w chwili kiedy dziewczyna ukazuje się jak żywa w kuchni i patrzy błagalnie, swoimi ogromnymi brązowymi oczyma. Jest środek dnia. Jula nie boi się umarłych, tylko reakcji żywych. Zdezorientowana idzie na plebanię. Ksiądz Marek to bardzo mądry człowiek, coś wymyśli. Ze względu na wieloletnią znajomość rozmowa odbywa się bez ogródek. Julia ma nadzieję, że ksiądz zaleci modlitwę za zmarła i zwolni ją z tej posługi (bo tak postrzega prośbę zmarłej). Tymczasem Marek słucha uważnie i mówi:

-Musi pani to zrobić. Sam nie wierzę, że to mówię, ale tak trzeba. Dwa lata temu śniłem o moim mentorze i przyjacielu, księdzu Piotrze. Był strasznie wyniszczony, blady, ale uśmiechnięty. Powiedział do mnie Marku całe życie walczyłem ze złem, ale ono mnie dopadło. Zemściło się okrutnie, moja męka trwała rok, ale dziś nadeszło wyzwolenie. Teraz już mnie nie dosięgną, nie skrzywdzą. Żegnaj.

Ja zapisałem datę tego snu. Dopiero niedawno dowiedziałem się, że ksiądz Piotr przebywał przez rok w obozie koncentracyjnym i tam zmarł na tyfus. Niemcy skrupulatnie zapisali datę jego śmierci. Obie daty są zgodne, nie mam wątpliwości, że są dusze, którym dana jest łaska łączności ze światem żywych. Jeśli pani chce, pójdziemy razem pod wskazany adres.

Julia zapytała: – czy to nie jest okrutne odbierać tym ludziom nadzieję, może tylko tym żyją? Ksiądz odparł:- ta dziewczyna zna ich lepiej niż my i skoro przyszła to wie, co robi. Załatwimy sprawę razem.

Tak właśnie się stało. Odnaleziono rodzinę Ireny. We wskazanym miejscu dokonano ekshumacji, a zachowane przedmioty pozwoliły na identyfikację. Nie było to zadanie łatwe, ale rodzice wykazali się ogromną determinacją i ciało córki, spoczęło w mogile obok jej dziadków.

Julia odwiedziła później ten grób. Zapytała też księdza Marka:

-Czemu ona przyszła do mnie? Czemu musiałam przeżyć, coś tak dla mnie trudnego?

Spodziewała się długiego wywodu o niezbadanych wyrokach Boga, a otrzymała prostą odpowiedź: To do ciebie przyszło, bo byłaś gotowa.

Moja Babcia mawiała, że Sprawiedliwi świecą jasnym światłem, widocznym dla świata nadprzyrodzonego. Wygląda na to, że jak zwykle miała rację.

Powrót do korzeni

Wiele osób zmienia w swoim życiu miejsce zamieszkania. Niektórzy przeprowadzają się do większych miast, inni udają się nawet do bardzo odległych krajów. Zwłaszcza obecnie nikogo to nie dziwi. Notabene, emigracja zarobkowa Polaków nie zaczęła się po otwarciu granic Unii Europejskiej, tylko trwa od bardzo dawna.

Niezwykle znamienny jest fakt, że mimo wielu lat przeżytych w innym kraju, mieście i środowisku z wiekiem pojawia się tęsknota za rodzinnymi stronami, często za światem, którego już nie ma. Znane są przypadki osób wracających, mimo podeszłego wieku, do kraju lub miejscowości, z której pochodzą. Trudno powiedzieć czy ta nostalgia za przeszłością wiąże się, że świadomością przemijania, czy może bardziej jest wyrazem tęsknoty za młodością, która z biegiem lat wydaje się bardziej urokliwa i radosna niż była w rzeczywistości.

Zdarza się, że za życia ta przemożna tęsknota nie zostaje zaspokojona. Choroby, uciążliwości podróży lub brak środków materialnych mogą zniweczyć każdy zamiar. Historie, którą pragnę dzisiaj przedstawić świadczą o tym, że choć na ziemskim planie nasze działania zależą od wielu czynników to w świecie duchowym pojawiają się nowe możliwości.

Duszy nic nie może zatrzymać i jeśli taka jest jej wola znajdzie drogę tak do realizacji celu, jak i drogę do rodzinnego, ziemskiego domu.

Antoni to dziadek mojej najbliższej przyjaciółki. Miałam okazję poznać tego człowieka osobiście i mimo podeszłego wieku zrobił na mnie wrażenie osoby niezwykle pogodnej i energicznej. W życiu praktycznie zawsze osiągał to czego pragnął. Zdecydowanie był człowiekiem czynu. Niestety, choroba dosłownie ścięła go z nóg. W ostatnich miesiącach życia praktycznie oddał się tylko wspomnieniom. Przez cały czas myślał jedynie o tym, że już nigdy nie pojedzie w swoje rodzinne strony. Bardzo nad tym ubolewał. Chciał pożegnać się nie tylko z krewnymi, ale również z ziemią, z miejscami bliskimi sercu.

Ze względów technicznych organizacja takiej podróży nie była możliwa. Kiedy jego stan się pogorszył i Antoni znalazł się w szpitalu, praktycznie stracił kontakt z rzeczywistością.

„Dziadek owszem rozpoznawał mnie, ale mentalnie przeniósł się do swojego domu rodzinnego. Szpitalną salę postrzegał jako własny pokój, a za oknem widział ogród i warzywnik. Był szczęśliwy, uśmiechnięty. Nie chciałam odbierać mu tej iluzji. Nie tłumaczyłam mu, gdzie jest. Po prostu udawałam, że wyciągam rzeczy z nieistniejącej szafy lub odkładałam przedmioty na komodę, której tam oczywiście nie było. Cała ta sytuacja stanowiła dla mnie spore wyzwanie.

Dziadek opowiadał również o odwiedzinach i rozmowach prowadzonych z osobami, które od dawna nie żyją. Był przekonany, że to się dzieje naprawdę. Na sali szpitalnej leżał sam. Pielęgniarki widziały, jak rozmawia ze swoimi „gośćmi” żywo przy tym gestykulując. Umawiał się na spotkanie, żartował, coś wspominał. Następnego dnia był zdumiewająco spokojny i zapytał mnie tylko czy jego garnitur jest przygotowany. Zdziwiłam się po co mu garnitur? Odparł, że nie pójdzie na tak ważne spotkanie ubrany byle jak. Niedługo potem zmarł.

To wszystko było niesamowite. Najdziwniejsze jest jednak to, co zobaczyła kuzynka dziadka, mieszkającą w jego wiosce. Dziadek często do tej rodziny jeździł i właśnie u nich się zatrzymywał. Otóż, jak zwykle wyszła z domu skoro świt, żeby oporządzić zwierzęta. Nad polem położonym nieopodal domu unosiła się jeszcze mgła. Wydawało jej się, że dostrzega czyjąś postać, więc podeszła jak najbliżej, żeby sprawdzić kto to jest. Nie miała wątpliwości, że to mój dziadek Antek. Zaczęła do niego wołać, ale on nie zwracał na nią uwagi. Spacerował po polu w swoim najlepszym garniturze i to również zdziwiło kuzynkę. W końcu doszedł do drzewa, o które się oparł. Kuzynka przeszła w inne miejsce, bliżej tego drzewa, ale Antek zniknął. Po chwili dotarło do niej, że przecież to nie mógł być on, ponieważ jest chory i leży w szpitalu. Wtedy się przelękła i wróciła do domu, żeby ochłonąć. Chyba po prostu nie dopuszczała do siebie myśli, że to mogła być zjawa nieżyjącego człowieka.

Dziadek zmarł w nocy, a to widzenie miało miejsce oczywiście wcześnie rano, po jego odejściu. Do kuzynostwa zadzwoniliśmy dopiero wieczorem, żeby przekazać im tą smutną wiadomość. Dzidek był uparty i jak zawsze dopiął swego.”

Jeszcze jedna podobna opowieść nadesłana drogą mailową:

„Miałam starszą o dziesięć lat siostrę Hankę, która zmarła w zeszłym roku. Jej odejście było niespodziewane. Miała dopiero 62 lata i ogólnie była w dobrej formie. Podczas sprzątania domu poślizgnęła się i złamała nogę. Żeby to złamanie złożyć potrzebna była operacja, którą przeszła bez problemu. Jednak później zrobił się w organizmie skrzep, który z krwią dotarł do mózgu. W wyniku tego, siostra najpierw dostała udaru, a następnie zmarła.

Siostra od lat mieszkała w Hanowerze, ale mimo dzielącej nas odległości byłyśmy bardzo zżyte i utrzymywałyśmy częste kontakty. Już po operacji, siostra zadzwoniła do mnie i opowiedziała, co jej się przytrafiło. Myśmy mieli zaplanowany wyjazd na wczasy, ale byłam gotowa jechać do niej, gdyby tylko chciała. Uspokoiła mnie i powiedziała, że mam jechać na wypoczynek i niczym się nie przejmować, bo na miejscu są przecież jej córki. Więc pojechałam na te wczasy z moim mężem i młodszym synem. Kiedy wróciliśmy sąsiad mieszkający w domu po przeciwnej stronie ulicy zaczepił nas. Powiedział: to wy dzisiaj dopiero wróciliście, a Hanka już od wczoraj u was jest. Ja odpowiedziałam, że to niemożliwe, bo leży w szpitalu. Mój sąsiad chyba myślał, że sobie z niego żartuję. Trochę się zdenerwował i mówi: przecież wczoraj wieczorem widziałem ją na balkonie. Byłem z psem na spacerze, zobaczyłem, że Hanka tam stoi to do niej pomachałem i ona mnie też pozdrowiła. Nie gadałem z nią, bo myślałem, że jest po podróży to pewnie zmęczona.

Szczerze to pomyślałam sobie, że sąsiad chyba całkiem trzeźwy z tym psem nie spacerował. Z drugiej strony znał Hankę, razem chodzili do szkoły. Poza tym wcześniej zdarzało się, że siostra korzystała z noclegu u nas nawet pod nasza nieobecność. No ale tym razem było to niemożliwe. Zlekceważyłam jego słowa i zajęłam się rozpakowaniem walizek. Jeszcze nie skończyłam z tym całym bałaganem, kiedy zadzwonił telefon. To była moja siostrzenica. Mówi do mnie tak: ciociu mama umarła, zakrzep ją zabił. Dzwonię dopiero dzisiaj, bo jestem w takim szoku, że ledwo zbieram myśli. Jakby mi ktoś nóż w serce wbił.

Po jakimś czasie od pogrzebu, mój mąż wspomniał słowa naszego sąsiada. Ja sobie wtedy uświadomiłam, że siostra wróciła do rodzinnego domu, chyba żeby się pożegnać. Ten pokój z balkonem na piętrze był nasz wspólny. Wtedy mieszkali z nami jeszcze dziadkowie, taki dom wielopokoleniowy. Sąsiad ją widział i nie kłamał. To nie jest taki człowiek.

Siostra zmarła około pierwszej po południu, a sąsiad widział ją na balkonie koło dziewiętnastej. Tłumaczę sobie, że dzięki tej wizycie może było jej jakoś łatwiej odejść. Mam taką nadzieję.”

Te dwa przykłady mogą świadczyć o tym, że życie pośmiertne, to po pierwsze nadal życie, po drugie jest to istnienie świadome i nie pozbawione możliwości podejmowania pewnych działań oraz decyzji.

Poza ciałem – kolejne relacje

Jestem niezwykle wdzięczna wszystkim osobom, które opisują i przesyłają do mnie swoje relacje z pobytu poza ciałem. Zdaję sobie sprawę, że dla wielu z Was jest to ogromny wysiłek, ponieważ wymaga powrotu myślami do traumatycznych przeżyć.

Każdy przekaz porusza mnie do głębi, jednak list Joanny sprawił, że oniemiałam. Po prostu nigdy do tej pory nie spotkałam podobnego opisu.

„Prawie rok temu w dramatycznych okolicznościach przyszła na świat moja córka. To, co przeżyłam fizycznie i mentalnie zmieniło mnie chyba na całe życie. Przed porodem należałam do osób twardo stąpających po ziemi i nie interesowałam się zupełnie zjawiskami paranormalnymi. Po porodzie mój świat stanął na głowie.

Kiedy poczułam pierwsze skurcze z radością pojechałam do szpitala. Cała ciąża przebiegała wzorowo, a ja jako zdrowa silna kobieta liczyłam, że urodzę szybko i sprawnie. Towarzyszył mi mój mąż, który również nie mógł się już doczekać naszej córeczki. Akcja porodowa rozwijała się bardzo wolno, chociaż skurcze były coraz silniejsze. Przez pierwsze sześć godzin trzymałam się dzielnie, ale później zaczęłam słabnąć. Po dwunastu godzinach byłam kompletnie wyczerpana. Mąż rozmawiał z lekarzem, pytał o możliwość cesarskiego cięcia. Nie chcę tu opowiadać całego koszmaru, dość, że w osiemnastej godzinie porodu na KTG nie było tętna dziecka. Zaczęła się panika na całym oddziale. W ekspresowym tempie znalazłam się na stole operacyjnym w pełnej narkozie.

Stała się rzecz bardzo dziwna. Usnęłam, a w zasadzie zapadłam w jakąś czarną czeluść bez dna. Jednocześnie opuściłam ciało i stanęłam obok stołu operacyjnego. Szczerze mówiąc, ciało było mi raczej obojętne. Rozpoczęłam wędrówkę po korytarzu oraz innych pomieszczeniach szpitalnych. Widziałam mego męża, który rozmawiał z bratem (adwokatem) i odgrażał się, że poda szpital do sądu. Widziałam kobietę, którą przygotowywano do cesarki – podawano jej znieczulenie zewnętrzne. Wreszcie znalazłam się, można powiedzieć, w punkcie wyjścia, czyli na sali porodowej. Trafiłam na moment, w którym czyjeś dzieciątko właśnie przyszło na świat. Wtedy oprzytomniałam i zdałam sobie sprawę, że przecież „zostawiłam swoje dziecko”. W sekundzie byłam znowu na bloku operacyjnym. Pojawiłam się dokładnie w chwili kiedy wyjmowano z mego ciała córeczkę. Była sina i nie oddychała. Zauważyłam, że do jej ciałka szeroką, błyszczącą wstęgą „przypięta” jest kula światła. Spontanicznie zbliżyłam się do niej. Lekarze masowali serduszko, a ja mówiłam do tej kuli, aby połączyła się z ciałem. Błagałam, żeby żyła w ciele, żebyśmy mogły się poznać, być ze sobą. Kula znikła, a ja się przestraszyłam, ale w tym samym momencie dziecko zapłakało. Zobaczyłam ulgę na twarzach lekarzy. Pomyślałam, że teraz kolej na mnie i muszę wrócić do ciała. Tylko nie wiedziałam, jak mam to zrobić? Poszybowałam w kierunku stołu i próbowałam siebie dotykać. Liczyłam, że jakoś „wskoczę do środka”, ale nic takiego się nie stało. Byłam zdesperowana i całkowicie zagubiona. Do działania mobilizował mnie jedynie płacz córeczki, która mnie przecież potrzebowała. Ku memu zdziwieniu nad głową ciała fizycznego pojawiło się jasne światło, które nawiązało ze mną kontakt. Jedno proste słowo – pomogę ci wrócić- dodało mi otuchy. Zbliżyłam się do światła i – właściwie to wszystko, co pamiętam. Obudziłam się na sali pooperacyjnej w asyście lekarzy i pielęgniarek.

Długo nikomu o tym wszystkim nie mówiłam, bo bałam się reakcji, ale w końcu odważyłam się i opowiedziałam mojej teściowej. To podobno rzadkie zjawisko, ale ja mam z matką męża wspaniały kontakt i bardzo jej ufam. Była bardzo wzruszona i powiedziała, że w jej odbiorze to nie mogły być halucynacje. To wszystko było tak samo realne, jak wcześniejsze cierpienia ciała fizycznego.”

Z mojego punktu widzenia Joanna doświadczyła macierzyństwa w jego najbardziej subtelnym i mistycznym znaczeniu. Cała sytuacja jest o tyle niesamowita, że poza ciałem stała się obserwatorem śmierci klinicznej własnego dziecka. Doszło do spotkania dusz, których przeznaczeniem jest wspólna przyszłość zdefiniowana bezwarunkową miłością. Joanna odkryła dla siebie przestrzeń duchową, której istnienie wcześniej negowała, ma piękną głęboką relację ze swoją córeczką. „Wiedziałam, że macierzyństwo zmieni moje życie, ale przez myśl by mi nie przeszło, że tak bardzo.”

I jeszcze jedna piękna, szczera wypowiedź dzielnej kobiety, której ciało miewa problemy, ale duch jest wielki.

„Trudno by mi było żyć ze świadomością, że inni uważają mnie za nawiedzoną, dlatego nie przyznawałam się do tego, co przeżyłam aż trzykrotnie. Dziękuję Pani Beato, bo dzięki opublikowanemu artykułowi pozwoliła mi Pani uwierzyć, że to było moje przeżycie a nie jakieś halucynacje.
Pierwszy raz byłam „po tamtej stronie” w 2002 roku w czasie operacji guza mózgu. Widziałam moją córkę chodzącą nerwowo szpitalnym korytarzem, lekarza, który wyciągnął mi z głowy guza wielkości orzecha włoskiego. Wiedziałam, że wrócę by dalej żyć. Powiedziała mi to moja babcia, którą znałam tylko ze zdjęcia (zginęła w czasie pierwszego bombardowania Warszawy we wrześniu1939r).

Spokojnie żyłam do 13maja 2006. Nastąpił wtedy paraliż lewostronny. Diagnoza – glejak na rdzeniu. W rzeczywistości – zawał rdzenia kręgowego, krwawienie do rdzenia, najwyżej 72 godziny życia. Wymusiłam kroplówki ze sterydów podawane pompą infuzyjną przez 72 godziny. Balansowałam między tą a inną rzeczywistością. I znowu babcia „wepchnęła mnie” na szpitalne łóżko.

Potem była operacja – implantacja kręgosłupa szyjnego- zgodziłam się na eksperyment (nowego rodzaju implanty) – mam implanty na trzech kręgach. Facet z Holandii i kobieta ze Szwajcarii przeżyli z nimi dwa lata, ja żyję do tej pory. Operacja była w upalny lipcowy dzień. Nie leżałam bezczynnie na stole operacyjnym – „latałam” po szpitalnych korytarzach, widziałam moja zapłakana córkę, której ślub był planowany na wrzesień. Powtarzała jak mantrę ” Mamo kocham Cię, nie rób mi tego”. Wróciłam – do bólu, do trosk, do kłopotów, do miłości moich bliskich. Ślub odbył się w planowanym terminie. Przyjechałam sama(!) własnym samochodem, wystrojona w kołnierz ortopedyczny. Ale byłam. I jestem.

Widocznie mam tu coś jeszcze do zrobienia. Ostatnio okazuje się, że coraz więcej. Dokonałam wyboru i jestem szczęśliwa, bez względu na wszystko, co się wokół dzieje, bo szczęście to wybór, którego dokonujemy każdego dnia.”

To podsumowanie powinno przeświecać nam w dobrych i złych chwilach.

 Podziekowania

Kochani Zmartwychwstańcy tule was do serca i dziękuję za wszystkie nadesłane relacje!