Płaczka – opowieść czytelniczki

 

Bohaterka dzisiejszej historii ma na imię Anna. Rzecz dzieje się niespełna dwa lata temu.

 

SONY DSC

 

Telefon od kuzyna odebrała późno w nocy. Zawiadamiał ją o śmierci swojego ojca, a jej wuja oraz o planowanym terminie pogrzebu. Anna była zszokowana, przecież niedawno widziała wujka Zbyszka, który wyglądał kwitnąco, oczywiście jak na swój wiek. Nie zmrużyła oka aż do rana. Przeglądała stare albumy. Wujek zawsze pomagał jej rodzicom. Zawdzięczała mu bardzo wiele od letnich wakacji, spędzanych w jego domu po stypendium, które pozwoliło jej ukończyć studia. Oczywiście sama przed sobą przyznawała, że wujek był postacią kontrowersyjną. Dla niej dobroczyńca i przyjaciel dla innych komuch i dorobkiewicz.

Z uzyskaniem wolnego nie było problemu, Anna pracowała w firmie swojego teścia. Martwiła ją tylko podróż. Mąż Anny, pracownik korporacji, został oddelegowany na szkolenie za granicę. Owszem miała do dyspozycji samochód, ale swoje umiejętności, jako kierowcy oceniała dość nisko. W dodatku od kilku dni czuła się niezbyt dobrze, za, co winiła dużą porcje frytek zjedzoną w przydrożnym barze. Ambicja nie pozwoliła jej zrezygnować z wyjazdu. Poza tym była winna wujkowi przynajmniej pożegnanie.

Dojechała szczęśliwie, a na miejscu przywitała ją zapłakana ciotka Krystyna. Ciotka urodziła trzech chłopców, a Annę traktowała jak własną córkę, której bardzo pragnęła. Była wdzięczna Annie, że przyjechała tak szybko i nie zostawiła jej bez wsparcia. Dwa dni później odbył się pogrzeb. Przybyły tłumy ludzi. Przedstawiciele władz, różnych organizacji i zrzeszeń, do których wujek należał. Anna w myślach skonstatowała, że to najgłośniejsze ostatnie pożegnanie, w jakim brała udział. Następnego dnia poszła na cmentarz sama, aby w ciszy i spokoju pożegnać Zbyszka. Kiedy stała nad świeżą mogiłą, usłyszała płacz. Głośno i wyraźnie. Podążyła za tym dźwiękiem. Cmentarz był duży i gęsto zadrzewiony. W bocznej alejce, nieopodal starego grobu rodzinnego, zobaczyła kobietę, która głośno płakała. Anna zbliżyła się do niej. Wtedy kobieta gwałtownie się odwróciła. Miała piękną twarz, ale w jej spojrzeniu było coś przerażającego. Annie zrobił się słabo, resztką świadomości oparła się o sąsiedni grób. Po chwili oprzytomniała, rozejrzała się, dokoła, ale kobiety już tam nie było. O swojej przygodzie nie wspomniała nikomu z domowników. W nocy śniła o kobiecie z cmentarza. Był to dziwny sen pełen niezrozumiałych szeptów i obrazów. Zaraz po przebudzeniu miała przemożną ochotę, aby z kimś porozmawiać. Niestety ciotka na środkach uspakajających ledwo kontaktowała, kuzyni – pewnie by ją wyśmiali. Postanowiła przejść się po okolicy. Przyszło jej do głowy, aby przy okazji odwiedzić mieszkającego po sąsiedzku kolegę. Widziała go na pogrzebie. Kilka miesięcy wcześniej Anna wraz z mężem bawiła się na jego weselu. Została bardzo mile przyjęta. Razem z nimi mieszkała babcia. Kobieta ponad dziewięćdziesięcioletnia, ale zadziwiająco sprawna.. Kiedy Anna została z babcią Heleną sama, starsza pani zapytała, wprost; Co cię gnębi? Anna tylko na to czekała, wyrzuciła z siebie całą historię nieomalże jednym tchem. Babcia Helena złożyła dłonie jak do modlitwy – Płaczkę spotkałaś. Ale nie martw się nie ty pierwsza i pewnie nie ostatnia. Babciu, kim jest ta kobieta? To zabłąkana dusza. Czy babcia chce mi powiedzieć, że spotkałam ducha? Tak, pewnie, dlatego zasłabłaś. Anna miała kompletny bałagan w głowie i na tę chwilę nie wiedziała jak ma przyjąć to, co właśnie usłyszała. Babciu czyj to duch? Wiesz to stare dzieje. Podczas tamtych wydarzeń miałam paręnaście lat. Ty znasz inny świat, ale wtedy wszystko tutaj to znaczy las, jezioro, mnóstwo ziemi należało do jednego właściciela. Ludzie go szanowali, jak to się drzewiej mawiało ludzki był z niego pan. Jednego roku wysłał żonę wraz z synami do sanatorium. Słabego zdrowia były te jego dzieci. Kiedy szofer odwoził ich na stację po zakończeniu turnusu doszło do strasznego wypadku. Śpieszyli się i automobil wpadł do rzeki. Zginęli wszyscy nie wyłączając szofera. W majątku nastała straszna żałoba.

Po jakimś czasie na odmianę wybuchł skandal. Okazało się, że właściciel przywiózł do majątku kobietę z kilkuletnim chłopcem. Miał z nią romans. Ksiądz udzielił im ślubu w kaplicy, wszystko po cichu. W majątku mieszkała jeszcze jego matka, która ścierpieć nie mogła tego, co się stało. Jedna znajoma mojej świętej pamięci mamy pracowała w kuchni i słyszała jak starsza pani wyzywała na nową synową – lepiej żebyś to ty się w rzece utopiła, a nie moja prawdziwa synowa i wnuki. Pewnego razu ta dziewczyna poszła na spacer z synkiem i nie wróciła. Wieczorem zarządzono poszukiwania. Chłopca znaleziono w lesie. Był przerażony nie potrafił nic powiedzieć. Zwłoki jego matki pływały w jeziorze. Boże, co to była za sprawa. Policjanci przyjechali z miasta stołecznego. Przeczesali całą okolicę. Badali ciało i lekarz stwierdził, że to była czynna napaść. Ona chciała żyć i mocno walczyła. Ktoś ją utopił. Oczy wszystkich skierowały się w stronę starszej pani. Wyszło na jaw, że krótko przed tą tragedią dwukrotnie kazała wozić się na stację kolejową. Synowi mówiła, że krewną odwiedza, ale kto ją tam wie. Winnego nie odnaleziono. Może byłoby inaczej, ale w trakcie śledztwa starsza pani doznała udaru i do śmierci pozostała sparaliżowana. A, co było z chłopcem? Wychował się, ale był dziwny, unikał ludzi i bardzo się jąkał. Jego matka zawsze płacze i ukazuje się na cmentarzu lub w okolicach jeziora. Może to tylko przesąd, ale uważaj na siebie. Potraktuj to jak przestrogę.

W drodze powrotnej Anna miała wypadek samochodowy. Na szczęście nie groźny. Mimo wszystko trafiła do szpitala. Podczas badania USG okazało się, że jest w ciąży. Oczywiście odwiedza swoich krewnych, nadal jednak unika cmentarza.

 

  • Tekst powstał na podstawie maila od czytelniczki. Nie mogłam posłuż się oryginałem, gdyż był zbyt chaotyczny. Za jej zgodą uporządkowałam całość.
  • Zdjęcie autorstwa mojego kolegi Mateusza  Sokołowskiego

 

 

Historia czytelniczki cz V „Nocny Prześladowca”

Ktoś powie,że duchy nie istnieją. Że wszystko da się wytłumaczyć w racjonalny,jakże naukowy sposób. Że wszystkie „dziwne zjawiska”,to czysta fizyka.Ale czy na pewno? Od dziecka wierzyłam w siły nadprzyrodzone : w duchy; zjawy; życie po życiu…Moja wiara szczególnie przybrała na sile wtedy, kiedy w snach zaczął pojawiać się ON. Któż to taki? Wysoki, postawny  mężczyzna, oblany kolorem głębokiej czerni.”Kim jest? Czego ode mnie chce?” – te pytania krążyły mi po głowie.Ale od początku..
Wiodłam naprawdę spokojne życie.Szkoła podstawowa,nauka,przyjaciele,dziecięce zabawy,cały wolny czas spędzony na podwórku..Nic wyjątkowego.Aż do którejś nocy.Zatrułam się egzotyczną potrawą.Gorączka cały dzień skakała w zwyż,wyciskając ze mnie ostatki sił.Pół przytomna padłam na łóżko.Zdawało mi się,że ktoś mnie obserwuje,ale sen i zmęczenie przejęły górę.Z ulgą odpłynęłam w objęcia Morfeusza.Miałam bardzo przedziwny sen.Stałam na balkonie,w środku nocy.W koło panowała nienaturalna cisza.Zero odgłosów,powiewu choćby najdelikatniejszego wiatru..nic.Wszystko zdawało się być uśpione i takie..upiorne.Z niepokojem wyjrzałam za barierkę,w stronę placu budowy.Na środku niego stał mężczyzna.Jedynie po budowie ciała mogłam stwierdzić,że nim jest,gdyż mimo jasnej poświaty księżyca,był  otulony intensywną czernią.Podniósł głowę,a ja w tym momencie zamarłam.Nie widziałam,by poruszał wargami,ale jasno w mojej głowie usłyszałam „Jeszcze Cię znajdę”. Gwałtownie wycofałam się w tył…i się obudziłam.Powoli wracałam do siebie,ale nocny  sen na stałe utrwalił się w mojej głowie.Ciągle miałam irracjonalne wrażenie,że ten mężczyzna mnie śledzi.Ale wiadomo : dziecko ma wybujałą wyobraźnię,a jego fantazja nie zna granic.Tak minęły trzy lata,właśnie kończyłam trzecią klasę gimnazjum.Którejś nocy spałam niespokojnie.Znalazłam się na pobliskim cmentarzu.Ciemne niebo powoli  rozjaśniała jutrzenka,ale korony ogromnych drzew,zasłaniały każdy dopływ światła.Spojrzałam przed siebie.Ktoś biegł w moją stronkę,przeskakując nad płytami nagrobków.Doskonale wiedziałam kto to…To on.Mężczyzna z mojego koszmaru.Nim się odwróciłam,ten zdążył uderzyć mnie w kark,co w sekundę powaliło mnie na mokry chodnik.Gdy próbowałam się podnieść,mężczyzna złapał mnie za bluzkę,wyrzucając za cmentarną bramę.Upadłam na plecy.Nie wiem czemu,ale wstałam i podbiegłam do niego.Miałam mieszane uczucia,strach wraz ze złością na przemian,obezwładniał moje ciało.Nagle mężczyzna ponownie wypchał mnie za cmentarz.Podczas upadku,gwałtowanie zerwałam się z łóżka.Nie mogłam się uspokoić.
-Jezu,co to było…-szepnęłam bezgłośnie.Nie mogłam się opanować.Szybkie bicie serca,przyspieszony oddech i ten lęk.Na dodatek ta boląca ręka,jakbym właśnie co się w nią uderzyła.Albo upadła z impetem,na coś twardego.
-Już na pewno nie zmrużę oka.-stwierdziłam w myślach,patrząc się ze strachem na drzwi,czy przypadkiem nikt za nimi nie stoi.Rano zauważyłam na plecach dziwne pręgi.Jakby pojawiły się przez noc.
Cały dzień byłam rozbita i nieswoja.Na zajęciach lekcyjnych byłam tylko obecna ciałem,dusza nadal pozostawała na cmentarzu,a mózg rozmyślał,czy to możliwe,by gnębił mnie jakiś duch,nasycony negatywną energią,pełen złych zamiarów.Będąc już w domu,zebrałam się na odwagę i porozmawiałam z mamą.Dokładnie przytoczyłam jej słowa mężczyzny ze snu,który obiecał,że mnie odnajdzie.I to zrobił.Mama wykonała kilka telefonów. Wieczorem odezwała się do mnie przemiła Pani Róża,która była jasnowidzem.Wytłumaczyłam jej, na czym polega mój problem,kurczowo ściskając w dłoni telefon i zerkając na zewnątrz,czy ktoś przypadkiem nie obserwuje naszych okien.Róża obiecała mi pomóc.Już następnego dnia zadzwoniła.Jak się okazało,moim nocnym prześladowcą,by żołnierz z I Wojny Światowej,którego serce było przepełnione nienawiścią i złem.Stąd te ciągłe nawiedzanie i blizny,jak gdyby kto mnie pobił.Poleciła mi pomodlić się za jego zabłąkaną duszę,a na szyi zawiesić medalik z podobizną Maryi.
W nocy miałam sen.Stałam w tym samym miejscu,gdzie po raz pierwszy go spotkałam.Tym razem wszystko wirowało.Moje włosy rozwiewał silny wiatr.W rękach ściskałam różaniec a z moich ust wydobywały się słowa modlitwy ” Zdrowaś Mario”,które razem z wiatrem niosły się w dal.Czułam,jak całe napięcie znika.A wraz z nim ON.Obudziłam się wyjątkowo wyspana.Moją twarz pieściły ciepłe promienie słońca.Pierwszy raz od pewnego czasu czułam się wolna.Również zniknęły tajemnicze pręgi z pleców.Mężczyzna nigdy więcej nie pojawił się w moich snach.Mam nadzieję,że jego dusza zdoła odpokutować wszystkie grzechy,a on sam zazna wreszcie święty spokój.

Dominika

Historia czytelniczki IV

Przedstawiam nastepną relację osoby, która zrządzeniem losu, znalazła się w dość niecodziennej sytuacji. Jeszcze raz dziękuję za szczerość i czas poświęcony na opisanie tych zdarzeń. Państwa wypowiedzi są cenne i warte uwagi. Jak zawsze publikuję je w oryginalnej postaci.

 

Kolejna historia. Wydarzyła się ok. 10 lat temu. Znajomi remontowali wynajmowane mieszkanie, poprosili o pomoc w remoncie, w piętrowym przedwojennym budynku. Do ich mieszkania prowadziły schody, a ja szłam, jako ostatnia. Znajomy szedł przede mną. Kiedy jego nogi zniknęły mi z oczu, drogę zagrodził mi mężczyzna ubrany w trzyczęściowy garnitur, melonik, miał dewizkę. Wiedziałam, że to duch, który chce mnie ostrzec przed czymś. Poprosiłam, żeby mnie przepuścił, bo obiecałam pomóc przy remoncie. Powiedziałam znajomym o zdarzeniu, ale nie potraktowali tego poważnie. Jakiś czas później zaobserwowałam, że ich dziecko ma koszmary, a pies szczeka na ściany. Postanowiłam sprawdzić, co u nich mieszka. Rozłożyłam na podłodze świece. Zgasił je jakiś podmuch, a potem zapaliły się  powrotem…Wszystkie. Coś nie było zadowolone z naszej obecności. Kiedy powiedziałam, że z rogu nas coś obserwuje- znajoma się uśmiechnęła, nie wiem czy z przerażenia, czy pobłażliwości dla moich schiz. Wszystko działo się jakby w zwolnionym tempie. Coś przez nią przeszło, żeby jej udowodnić, że jest. Nie potrafię tego opisać, było to widać, włosy stanęły jej dęba, ale samo przejście wyglądało jak fala uderzeniowa przechodząca przez komórki, łącznie ze wstrząśnięciem. Jakiś czas później odłączyłyśmy wszystkie urządzenia od zasilania, ale licznik nadal pobierał prąd. Kolejne rytuały zdały się na tyle, że znajomi opuścili mieszkanie. W końcu nie byli mile widzianymi lokatorami. Znajomy, który stwierdził, że to bzdury, nocował w domu sam. W nocy coś go dusiło, uciekł w piżamie. Coś nie chciało, żeby tam mieszkali. Nie było wrogo nastawione i nie zrobiło nam krzywdy. Nie chciało dać znać, o co mu chodzi. Ja wychodzę z założenia, że chciało pomóc, ale nie wszystkie znaki udaje nam się w porę odczytać.

Pozdrawiam

Historia opowiedziana sercem III

Pozwolę sobie przedstawić relację Pani, której historia stanowi swoisty komentarz do wpisu pod tytułem „Jak nie kupować mieszkania” Jestem bardzo wdzięczna za takie relacje. Szczere i oparte na własnych doświadczeniach. Być może będzie to cenna wskazówka dla osób aktualnie szukających lokum do wynajęcia czy do kupienia. Oczywiście nie ma sytuacji bez wyjścia i każdą przestrzeń można odzyskać dla pozytywnych energii. Warto to zrobić wcześniej to znaczy zanim wprowadzimy się pod nowy adres. Tekst jak zawsze publikuje w oryginalnej postaci.

Miałam podobne doświadczenie! Ja i mój mężczyzna potrzebowaliśmy szybko kawalerki do wynajęcia. Do tej pory wynajmowaliśmy pokój w mieszkaniu z grzybem i właścicielką szachrajką. Jako, że mamy psiaka, nie było łatwo znaleźć dobrego lokum. I trafiła się okazja! Kawalerka za dość przystępną cenę, po wstępnych oględzinach bardzo nam się spodobała. Podłoga tylko w małym pokoiku była niedokończona – właściciel obiecał, że położy panele bardzo szybko. Nawet nie chcieliśmy tych paneli, bo psina się ślizga, a w innych pokojach były stylowe „klepki” lubiane przez nas, bo kojarzące się z dzieciństwem. Mieszkanko nie było jak się okazało wolne od wad: ostatnie piętro i kanalizacja wybijała, źle działające kaloryfery i spółdzielnia umywająca od wszystkiego ręce. Ale i tak byliśmy szczęśliwi! Nareszcie sami wolni od uciążliwych lokatorów. Spaliśmy w dużym pokoju aż do czasu, gdy z małego pokoiku  zrobiliśmy sypialnię.Zaczęło się nam spać gorzej lub w ogóle nie umieliśmy zasnąć. W pokoju było czasem bardzo duszno – tak, że dusiliśmy się niemal. Raz przy oglądaniu filmu (bardzo ładnego i spokojnego) odczuliśmy razem dziwną aurę.. Poczuliśmy się oboje bardzo zaniepokojeni i rozdrażnieni. Musieliśmy przerwać i pójść się przewietrzyć. Jeszcze niczego nie kojarzyliśmy.. Do czasu przygarnięcia drugiego psiaka. On dostał ten pokoik z racji tego, że z naszym się nie zaprzyjaźnił. Od tego momentu w mieszkaniu było czuć ciągle wydobywający się z pokoiku smród. Byliśmy pewni, że to nowy pies tak wonieje. Ale po przekazaniu go dalej w dobre ręce (byliśmy jego chwilową rodziną zastępczą) dziwny zapach pozostał. W końcu skojarzyliśmy fakty: listonosz zdziwiony, że nie mieszka tu już starsza pani, podłoga z panelami tylko w tym pokoju i zapach.. No tak – słodkawy mdlący..
Wyprowadziliśmy się w miarę szybko. I od tej pory uczę się ufać bardziej mojej intuicji.

P.S. Starsza pani chyba nie lubiła mężczyzn, bo ja sama z jej strony nie odczuwałam nieprzychylności (spędzałam w tym mieszkaniu całe dnie).
Mam nadzieję, że już opuściła ten smutny zakątek i jest szczęśliwa.

Pozdrawiam serdecznie!

Nimwe

Historia opowiedziana sercem II

Otrzymałam dwie wiadomości od Pani, która doświadczyła bardzo wyrazistych i mocnych kontaktów z istotami bezcielesnymi. Uzyskałam zgodę na publikację. Tekst publikuje w oryginalnej postaci. Proszę mi wierzyć robi wrażenie .

Pierwszy duch, którego pamiętam był ubrany w mundur żołnierza, ale ja nawet nie wiedziałam, że był duchem. Zgubiłam się na grzybach, miałam jakieś pięć lat. Rozpłakałam się, wtedy zobaczyłam klęczącą przede mną postać, która uspokajającym tonem mówiła, że mam nie płakać i zaprowadzi mnie do dziadka. Żołnierz powiedział jeszcze jedną rzecz, że wie, iż bolą mnie nogi, że muszę iść na nogach, bo nie może mnie nieść. Trzymał mnie za to za rękę 🙂 Ani przez chwilę nie miałam wątpliwości, że idzie ze mną człowiek. Potem zobaczyłam dziadka, który trochę pobladł, bo widział, ze trzymam kogoś za rękę i z kimś rozmawiam. Nawet pytał, z kim rozmawiam, więc powiedziałam, ze z panem żołnierzem, który mnie znalazł i powiedział, że zaprowadzi do dziadka. Dziadek jeszcze pytał czy go widzę, co mnie rozbawiło, no, bo przecież widziałam. Potem odszedł w stronę, z której przyszliśmy. Dziadek się przeżegnał kilka razy. Dziadek zabrał mnie na grób, krzyż brzozowy z zardzewiałym hełmem. I kazał mi odmawiać Wieczny odpoczynek, czego zrozumieć nie mogłam 🙁 Bo dla mnie żołnierz był żywy. Więcej mnie na grzyby nie zabrali.

Nie był to jedyny duch, którego widziałam. Wszystkie wyglądały jak żywe osoby. Bardzo mnie też rozbawiły Cyganki w Wieliczce, które zabrały mi pieniądze z ręki i chciały wcisnąć jakiś bajer. Kiedy wzięła moją rękę w swoją, zbladła i oddała mi pieniądze, goniłam je i wtedy mi powiedziała, że za mną stoją duchy i uciekły.

 

Rzeczywiście duchy pojawiały się w sytuacjach, powiedzmy kryzysowych. Prawie…. zapomniałam o mężczyźnie w meloniku na schodach. Dwa razy byli świadkowie, którzy widzieli jak z duchem rozmawiam, ale sami go nie widzieli- mój dziadek, ojciec i mama. Ponieważ byłam wówczas dzieckiem, nie rozumiał ich durnych pytań w stylu widzisz ich, słyszysz etc.

 

Ale możliwe, że u mnie zdolność ich odczuwania, widzenia wynikała z zawieszenia między tym, a poprzednim życiem. To takie moje gdybanie 😉

 

Pamiętam jeszcze, że żołnierz odchodząc zrobił się jakby wyblakły, nie umiem tego opisać dokładnie, bo to takie wrażenie nierzeczywistości postaci. Takie samo wrażenie miałam, kiedy zaczepił mnie duch kobiet, ale o tym, że jest duchem przekonałam się później. Kobieta wiedziała jak mam na imię, wiedziała, ze mama jest w szpitalu i wiedziała, że myślę o tym, ze po jej śmierci ( bo taką ewentualność zakładałam) mogę trafić do domu dziecka. Akurat szłam do szpitala do mamy, a niedaleko  była cukiernia, gdzie chciałam kupić loda, niestety nie miałam wystarczającej ilości pieniędzy, więc wyszłam przed cukiernię. Wtedy do mnie podeszła. W pierwszej chwili myślałam, że to jakaś koleżanka mamy. Wiedziała jak mam na imię, że mama w szpitalu. Dała mi pieniądze, żebym w cukierni kupiła loda. Ale to nie ona płaciła, a sprzedająca wcale na nią nie patrzyła, jakby jej nie widziała. Po wyjściu na zewnątrz powiedziała mi, że mam się nie martwić, bo mama nie umrze, a ja nie pójdę do domu dziecka. Czekała przy krawężniku, aż przejdę na drugą stronę ulicy. Odwracałam się kilka razy i ona tam stała, nawet, kiedy jedną nogą stałam na krawężniku, a drugą jeszcze na ulicy i kiedy będąc już na chodniku odwróciłam się ona po prostu zniknęła. Jakby jej obraz się, nie wiem rozmył, stał półprzezroczysty, trudno to opisać. Oczywiście mama nie kojarzyła takiej kobiety, chociaż dokładny jej rysopis podałam.

Później jeszcze w lesie spotkałam ducha staruszki, nie wiedziałam, że to duch. Kuzyn zabrał mnie na grzyby, a potem mnie zostawił i śmiał się, że nie trafię do domu. Całą scenę obserwowała starsza kobieta, miała dużo spódnic na sobie i chustkę na głowie. Powiedziałam, że nie znam tego lasu. Powiedziała mi, że jak pójdę – prosto, wskazała kierunek, dojdę do strumyka, mam iść, aż do drogi, za drogą polami, aż do domu dziadka. Tak zrobiłam. W domu powiedziałam dziadkowi jak potraktował mnie kuzyn i że o mało nie potrącił tej starszej kobiety, na co mój kuzyn stwierdził, że jestem głupia, bo w lesie nikogo nie było.  Dziadek kazał mi ją opisać. Pokiwał tylko głową. Jakiś czas później jadąc na pogrzeb dziadka taksówką, w grudniową mroźną noc miałam się przekonać, że duch nie musi się zmaterializować. Taksówka wpadała w poślizg, akurat siedziałam z przodu, obok taksówkarza. Moja stroną… prawie uderzyła w drzewo. Widziałam jak pomiędzy drzewem, a taksówką stoi postać, pochylona, trzymająca ręce po obu stronach samochodu, ta postać to jakby zagęszczone powietrze, postać jakby półprzezroczysta… jakby guma, gąbka pomiędzy samochodem, a drzewem. Postać wyhamowała samochód, że nawet zderzak nie ucierpiał. Na pewno to nie był dziadek. Może to była ów postać, która czasem wyciągała mnie z tarapatów… nie wiem. Kiedy bawiliśmy się z kuzynem w turlanie z dachu stodoły i zatrzymywanie przy krawędzi, ale spadłam i coś mnie na dole złapało. Wyglądało tak jakbym była zawieszona w powietrzu i kuzyn wystraszył się i uciekł. Albo jak w środku nocy wracałam z apteki z antybiotykiem dla chorego, a w parku, po drugiej stronie było dwóch mężczyzn, którzy chcieli przejść na drugą stronę ulicy i nagle się wystraszyli wielkiego psa, który rzekomo szedł ze mną. Ja psa nie wiedziałam, ale widziałam na padającym śniegu odciski wielkich psich łap i tak mi było na duszy lekko, że nie idę sama 🙂

Świat duchów jest związany z ludzkim światem. Nigdy się nie wie, kogo się spotka. Widywałam kolory aury ludzi, mówiąc kolorowi ludzie. Wiedziałam, że ci bez umrą. Nawet powiedziałam kiedyś babci, że pan S. umrze. Umarł, babcia chciała wiedzieć skąd wiedziałam. Nie umiałam wyjaśnić, ale poszłam zobaczyć pana S. w trumnie. Być może to było powodem, że z taką łatwością ukazywały mi się duchy. W każdym razie z duchami jest jak z powietrzem. Nie widzimy, go, ale przecież jest. Duchy są, tylko nie każdy je potrafi zobaczyć. Nie przychodzą na każde wezwanie.

 

To nie wszystkie duchy, które spotkałam. Było ich więcej. Chociaż trudno pisać duch. Kiedy się rozmawia z kimś, dotyka go i on/ona istnieje. Trzyma się za rękę, odbiera pieniądze… Nawet, jeśli się ma wrażenie nierealności… to w sytuacjach, kiedy człowiek potrzebuje pomocy i nagle ta pomoc nadchodzi, jest wielka radość. Oni widzieli mnie, a ja ich. I pewnie sama bym w takie historie nie uwierzyła, gdybym nie przeżyła takich doświadczeń. Widząc kogoś,coś, zakładamy z góry, że inni widzą to samo, ale czy słusznie? Nie zawsze. Gdybym miała opisać ducha to napisałabym, że wygląda jak żywy człowiek, mówi, słyszy, w dotyku jest jak żywy człowiek, tylko potrafi zniknąć. Ach i wie więcej 🙂

 

 

Historia opowiedziana sercem

Moi Drodzy!

Otrzymałam wiele wiadomości, za które dziękuję!

Opisujecie swoje własne doświadczenia i historie waszych bliskich. Zawsze znajduję w nich wiele emocji i prawdy. Ta szczerość właśnie czyni je niezwykłymi.

Ponieważ nie czuję się właścicielką tego blogu, a co najwyżej gospodynią, oddaję część przestrzeni tylko dla Was.Dzisiaj pierwsza wzruszająca opowieść. Jednocześnie zaznaczam, że Pani podpisująca się, jako „Kasia” wyraziła zgodę na publikacje – inaczej być nie może, obustronne zaufanie jest bezcenne.

*

Różne rzeczy mi się w życiu przydarzyły i nauczyły mnie nie negować zjawisk, których nie można zmierzyć, zważyć czy uchwycić na taśmie.

Mój dziadek zmarł 11 lat temu. Chorował od długiego czasu, ale nikt o tym nie wiedział, więc jego śmierć była dla wszystkich sporym zaskoczeniem. Nie jestem w stanie opisać bólu, który towarzyszył mi przez kilka dni od jego śmierci aż do dnia pogrzebu. Żyłam wtedy jakby za zasłoną, jakby wszystko, co się działo, nie dotyczyło mnie, jakby przydarzyło się komuś innemu. A świadomość tego, ze już nigdy go nie zobaczę, nigdy z nim nie porozmawiam – to była najgłupsza myśl, najbardziej nielogiczna, nieracjonalna i nieprawdziwa. Bo jak mogłam żyć w świecie, w którym go nie ma? Dlaczego słońce świeciło, psy szczekały, dlaczego świat nie stanął w miejscu?

A potem przyszedł sen – w noc poprzedzającą pogrzeb. Mój dziadek siedział w ogródku, w swoim ukochanym miejscu. Ubrany był w garnitur, w którym następnego dnia widziałam go w trumnie. Była piękna, słoneczna pogoda, zupełnie żadnego wiatru i normalne na wsi dźwięki też jakby przytłumione – bzyczenie pszczół, szczekanie psa, pianie koguta. Dziadek siedział na pniaku ściętego drzewa, który stał tam od zawsze. Był spokojny, uśmiechnięty. Wziął moją rękę w swoje spracowane dłonie i uśmiechnął się, głaskał mnie po ręku i powtarzał „moja kochana wnusia”. Rozpłakałam się, bo gdzieś podświadomie czułam, że to sen, że on umarł i już go nie ma, żeby głaskać mnie i nazywać swoją kochaną wnusią. I siedzieliśmy tak – ja płacząc, a on uśmiechając się, głaszcząc mnie po dłoni i powtarzając „moja kochana wnusia”, patrząc na swój ukochany ogródek, wypieszczone kwiaty i warzywa. W pewnym momencie na jego twarz padł promień słońca i zrozumiałam, że się ze mną żegna, bo nie zdążył tego zrobić za życia. Jakby tym głaskaniem chciał mi przekazać, że wszystko dobrze, że już nic go nie boli i mam nie płakać. Potem podniósł się, pocałował mnie w czoło i odszedł ścieżką, charakterystycznie powłócząc jedną nogą i jakby rozpłynął się w kolejnym promieniu słońca. I ten dźwięk szurania po żwirze słyszałam jeszcze kilka razy na jawie i uśmiechałam się wtedy, bo wiedziałam, że przyszedł doglądać swojego ogródka.

Rano w dniu pogrzebu obudziłam się dużo spokojniejsza, wręcz z ulgą. Byłam w stanie normalnie ubrać się, pójść do kościoła i trzymać za rękę moją mamę i młodszego brata.

Nikomu nie opowiadałam tego snu. A dziadek przychodzi do mnie we śnie zawsze, kiedy mam do podjęcia jakąś ważną decyzję. Nie zawsze są to dobre sny, czasem bardzo się go boję, bo wiem, że nie żyje i że nie powinno go tu być. Czasem są to sny pełne spokoju i miłości, jak ten. I nie mogę się doczekać kolejnego snu, żebym mogła mu powiedzieć, że zostanie pradziadkiem:)

Mam jeszcze sporo do napisania, dużo do opowiedzenia.  Zostawię, więc kolejne historie na kolejny raz. Pozdrawiam:)