Kochaj i pozwól odejść !

Akcja dzisiejszej opowieści dzieje się w latach pięćdziesiątych na Podlasiu. Rodzina Pani L. wiodła tam pracowite, ale spokojne życie. Dziadek i babcia, wtedy jeszcze pełni sił mieszkali w niewielkiej miejscowości, gdzie prowadzili gospodarstwo rolne i wychowywali piątkę swoich dzieci. Oczkiem w głowie rodziców była siedmioletnia Felcia. Dziewczynka urocza, niezwykle bystra i chętna do pomocy. Choć wszystkie dzieci w tej rodzinie były kochane i zadbane to jednak z najmłodszą pociechą wiązano największe plany na przyszłość. Dumny ojciec często powtarzał, że jego córka na pewno zostanie kimś wybitnym.

W domu każdy miał swój zakres obowiązków i pomagał rodzicom, ale zawsze w miarę swoich możliwości. Pewnego razu matka poprosiła najstarszą, osiemnastoletnią córkę, aby przyniosła wiadro wody ze studni. Dziewczyna albo nie usłyszała, albo się ociągała, nie wiadomo. W każdym razie mała Felcia, niewiele myśląc pobiegła do studni. Wyciągnęła i próbowała przenieść wiadro do domu. Niestety podczas tej czynności doszło do uszkodzenia kręgosłupa. W tamtych czasach o lekarza specjalistę było trudno nawet w dużych miastach, a co dopiero gdzieś w małej mieścinie na Podlasiu. Czy to w wyniku powikłań, czy nie właściwiej opieki medycznej, dziewczynka zmarła. Cała rodzina pogrążyła się w rozpaczy. Zwłaszcza jej ojciec nie potrafił pogodzić się ze stratą córki. Trudno się dziwić, wszak naturalną koleją rzeczy to dzieci powinny chować rodziców, a nie odwrotnie. Śmierć dziecka generuje niewyobrażalne cierpienie i często staje się ciężarem, którego dźwiganie porównać można jedynie do bolesnej tajemnicy drogi krzyżowej. Zrozpaczony ojciec pragnął zobaczyć Felusię raz jeszcze i dowiedzieć się czy aby na pewno jest jej dobrze po tamtej stronie. Modlił się o to żarliwie każdego dnia. Widać było, że jego gorące pragnienie staje się pomału obsesją. Pewnej nocy córeczka przyszła do niego we snie i prosiła, aby uwolnił ją i nie przywoływał więcej swoimi myślami, gdyż nie może przychodzić do niego na zawołanie. Rano opowiedział sen swojej żonie, ale nie zaprzestał żarliwych próśb i przywoływania córki. Całkowicie zlekceważyła przesłanie zawarte we śnie. Wkrótce w całym gospodarstwie zaczęły dziać się rzeczy, które trudno byłoby racjonalnie wytłumaczyć. Najgorsze były noce. W domu rozlegały się dziwne trzaski, naczynia spadały z półek, a gliniane garnuszki pękały. Taki stan rzeczy utrzymywał się przez dłuższy czas.  Jak łatwo się domyśleć domownicy byli nie tylko przerażeni, ale też zwyczajnie fizycznie zmęczeni nocnymi hałasami. Wreszcie matka dziewczynki udała się po pomoc do miejscowej Szeptuchy, która niezwykle sprawnie zażegnała sytuację. Nocne odgłosy ustały, a ojciec modlił się już tylko o spokój duszy Felusi.

 

Drodzy Państwo, rozpacz po śmierci bliskiej osoby to naturalna część żałoby. Jest to również gigantyczna próba dla naszej wiary i światopoglądu.  Nic nie zmieni jednak faktu, że ciało fizyczne ukochanej osoby przestało istnieć, a świadomość (dusza) odeszła w miejsce jej należne. Zakłócanie tego spokoju nie jest najlepszym pomysłem i niestety bywa, że dla żyjących kończy się nieprzyjemnie.

Pani L. opowiedziała historię z życia swoich dziadków, nie dla sensacji, ale dla refleksji nad konsekwencjami naruszania przestrzeni duchowej. Jej dziadkowie zapłacili za to własnym zdrowiem i rozstrojem nerwowym.

 

 

Piękna choć dramatyczna historia narodzin


Drodzy Państwo czytając list od Pani M., który zamieszczam poniżej przypomniałam sobie pewną rozmowę. Młodego księdza zapytano czemu modlił się przez całą noc? Odparł: moja siostra rodziła pierwsze dziecko i w ten sposób chciałem ją wspierać. Wierzę, że kiedy drzwi życia otwierają się bardzo szeroko to siłą rzeczy i drzwi śmierci muszą się uchylić. Pięknie powiedziane. Moment porodu to rzeczywiście szczególny czas. Bardzo mnie drażni nazywanie tego cudu „czynnością fizjologiczną”. Owszem jesteśmy istotami z krwi i kości, ale również nosimy w sobie boską cząstkę, która pozwala czuć i rozumieć więcej. Tekst jest dość obszerny, jednak zdecydowanie wart przeczytania i przemyślenia. Pani M. dziękuję za poświęcony czas, szczerość i dobrą energię !

„Od dzieciństwa towarzyszyły mi dziwne przeczucia, urywki wspomnień, zainteresowanie zupełnie innymi tematami niż te, które były poruszane w mojej rodzinie. Druga, ta nieznana strona, też mnie interesowała. Nie mniej jednak, teraz chciałam opisać i podzielić się z Panią i innymi forumowiczami, moim spotkaniem z aniołem.
Lat temu 16 zaszłam w ciążę- nie był to stan błogosławiony, ponieważ moja rodzina nie była tym uszczęśliwiona- fakt, ojciec dziecka postanowił nie mieć z nami nic do czynienia.  Nie byłam nastolatką ( miałam 23 lata), i naprawdę nie było to tragedią. W związku z atmosferą jaka towarzyszyła mojej ciąży, w trakcie miałam nadciśnienie tętnicze i cały czas miałam brać leki na obniżenie. Gdzieś w 6-7 miesiącu miałam sen, że moje dziecko jest już niemowlakiem, pływa w pięknym morzu i nagle zaczyna się topić. W ostatniej chwili zostaje wyciągnięte i uratowane. Do dziś pamiętam ten koszmar. Wtedy też w mojej świadomości zagnieździła się pewność, że to będzie syn- miałam kilkakrotnie robione USG, ale na żadnym nie było widać jakiej płci będzie moje dziecko.
Termin porodu wyznaczono na 10 września. 30 sierpnia zostałam odwieziona do szpitala, bo miałam strasznie wysokie ciśnienie. Na miejscu, ze względu na niesprzyjający czas- weekend, nie zrobiono ze mną praktycznie nic, poza podawaniem magnezu w kroplówce. Tak minęła sobota, niedziela, poniedziałek- stan mój nie ulegał poprawie, a wręcz przeciwnie- powoli ale sukcesywnie ciśnienie wzrastało. We wtorek rano młoda położna przestraszyła się podczas rannego pomiaru, nawet nie chciała mi powiedzieć ile, stwierdziła , że widocznie aparat się popsuł i błyskawicznie poszła po lekarza. I w tym momencie zaczął się koszmar- lekarze zaczęli się zastanawiać co zrobić- padła propozycja wywoływania porodu, nie podjęto żadnych działań , wszyscy czekali na moją reakcję czyli kopertę… Wtedy zaczęło do mnie docierać, że to chyba czas zawalczyć o siebie. Zdałam sobie sprawę, że zbliżam się do granicy, że to chyba jeszcze nie mój czas na umieranie, ale skoro ma być mój, to chciałam żebyśmy na tę drugą stronę przeszli razem, żeby mój synek nie był sierotą. I w pewnym momencie powiedziałam, że wychodzę na własne żądanie, jadę do innego szpitala, gdzie od razu wykonają mi cięcie. W tym momencie na salę wszedł kolejny, nieznany mi wcześniej lekarz i powiedział- zróbcie coś z nią natychmiast. Wszyscy wyszli , wrócili po chwili i ten nowo przybyły lekarz powiadomił mnie, że podjęto decyzję o cesarskim cięciu i on jako chirurg będzie mnie operować. Przewieziono mnie na salę operacyjną, podłączono kroplówki pod obydwie ręce- do 17 liczyłam, potem straciłam rachubę. Generalnie rozmawiał ze mną chirurg, reszta lekarzy nie, później zastanowiło mnie stwierdzenie opryskliwego anestezjologa, że mam tyle nie mówić… Po chwili od rozpoczęcia operacji zobaczyłam mojego synka- wyglądał tak samo jak w tym śnie. Chwilę przed tym zakołatała mi taka myśl w głowie, że jeśli będzie to syn, to będzie wszystko w porządku. Odetchnęłam z ulgą. Przewieziono mnie na salę pooperacyjną. Tam rozpoczął się kolejny akt tego przykrego przedstawienia- po tym znieczuleniu nie mogłam się ruszać, spadł mi koc ze stopy i ukazały się brunatne wręcz palce. Zdębiałam, bo skąd u mnie takie brudne stopy??? Gdzieś w okolicach głowy słyszałam jednostajny odgłos kapania i nagle koło pachy poczułam dziwne , lepkie ciepło. Okazało się , że leżę cała we własnej krwi, która wylewa się ze mnie litrami i kapie na podłogę. Nie chcę wspominać reakcji pań pielęgniarek, bo szkoda słów i nerwów, żeby wracać do tych przykrych zdarzeń. I znów pojawił się chirurg, znów to on mnie właściwie zaopatrywał, przekazał informację, że synek śliczny i zdrowy i że będzie dobrze. Przychodził na dół- sala poporodowa znajduje się w podziemiach szpitala – i w końcu , mimo nadal silnego krwotoku, podjął decyzję, żeby mnie przewieźć na normalną salę. Przeniesiono mnie na łóżko, nadal w stanie krytycznym, bo okazało się, że kilka godzin wcześniej powinnam odzyskać władzę w nogach po znieczuleniu, a ja nadal nie miałam czucia od pasa w dół. Lekarz stanął nade mną i powiedział, że jeśli do godziny 4 rano ( a było wtedy około północy) nie ustanie krwotok będzie musiał przeprowadzić reoperację i teraz prosi o podpisanie zgody. Powiedziałam , że podpiszę wszystko, ale musi dać mi słowo, że będę mieć ogólną narkozę. Po jego wyjściu pielęgniarka przyniosła mi synka i powiedziała, że według niej przy tak masywnym krwotoku nie obędzie się na pewno bez powtórnej operacji i doktor jest zbyt wielkim optymistą. O godzinie 3:59 krwotok ustał …. Obyło sie bez interwencji chirurgicznej. Mimo to , z powodu dużej utraty krwi zmuszeni byliśmy zostać w szpitalu tydzień- co wspominam jako coś okropnego. Cały personel tego, niegdyś renomowanego i do dziś znanego w całym kraju szpitala ;pacjentów, którzy nie mieli zwyczaju czy ochoty wręczać łapówek, traktował jak zło konieczne. Nastąpił dzień wypisu – w ten dzień, mimo że nie była to Wigilia, pielęgniarki przemówiły ludzkim głosem w oczekiwaniu na dowody wdzięczności. Ja chciałam odwdzięczyć się tylko jednej osobie- chirurgowi – operatorowi, dzięki któremu udało nam się przeżyć. I jakie było moje zdumienie , kiedy na karcie wypisowej nie było ani pieczątki, ani nazwiska , ani podpisu ….. Wzięłam moją kartę leczenia szpitalnego- tam też nie było śladu po tym lekarzu… Chciałam go poszukać na innym oddziale- ale nikt nie umiał mi udzielić informacji o człowieku- a może nie człowieku- który podarował nam szansę. Później , jak opadły pierwsze emocje związane z pojawieniem się dziecka, z nową sytuacją, zaczęłam analizować to, co mnie spotkało. Przypomniały mi się słowa anestezjologa, że mam tyle nie mówić, ten dziwny brak pieczątek, godzinę w której minął krwotok i włosy uniosły mi się na głowie. Bo to chyba był mój anioł stróż- nie miał skrzydeł, był wysokim, postawnym, przystojnym mężczyzną, bardzo sympatycznym, z poczuciem humoru, ale bardzo rzeczowym. Emanował z niego dziwny spokój i pewność siebie.
Nie wiem czy to było majaczenie, ja jestem pewna, że ON wpłynął na lekarzy na oddziale porodowym, żeby przeprowadzili zabieg, ON mnie otwierał, zaszywał rany, tylko ON schodził na salę poporodową i tam się mną zajmował. I od momentu kiedy memu życiu już nic nie zagrażało więcej się nie pokazał. Minęło tyle lat, a ja jestem przekonana, że ten anioł stróż uratował mi życie i to nie raz. Drugi raz ingerował dokładnie trzy lata później, w dniu trzecich urodzin mojego synka. Właściwie nie mogę mówić, że tylko mnie, bo zawsze to idzie w parze z moim dzieckiem. Wracając ze sklepu , praktycznie w drzwiach domu uświadomiłam sobie, że nie kupiłam chleba. Postanowiłam, że pójdę szybko do sklepu na dół. Synek był w wózku. Coś mnie tknęło, wyjęłam go z wózka, ale nie zabrałam ze sobą. Został w domu ze swoją babcią. Przestępując próg wiedziałam, że za chwilę dostanę czymś w głowę- wymieniali okna i ponadto trwały prace przy ocieplaniu budynku- wrażenie było tak realne, że niemal widziałam lecący odłamek. Ale wiedziałam ,że jest to nieuchronne, mogłam się cofnąć, ale nie zrobiłam tego. Musiałam przejść przez próg, musiał mi spaść kawałek betonu na głowę… Nie straciłam przytomności, nie zemdlałam, wróciłam do mieszkania, zadzwoniłam na pogotowie i policję… A na pogotowiu okazało się, że stał się cud, bo trafiło w najmocniejsze miejsce na czaszce- milimetr obojętnie w którą stronę i byłoby po mnie…. I tak sobie myślę, że gdybym się cofnęła, to ten kamień w innym czasie czy w innym miejscu trafiłby mojego syna …. Nie wiem dlaczego tak myślę, ale uważam , że tak musiało być.  Dodam, że gdybym wtedy wróciła z wózkiem, to kamień spadłby na moje dziecko…
I od tego momentu zaczęły powoli dochodzić do głosu inne , tłumione odczucia. Ale tam anioła już nie było, tylko zbiegi okoliczności, które uświadomiły mi, że warto słuchać tego co mówi nam wewnętrzny głos, że warto jest otworzyć się na nieznane, że  to ,co czego nie widzi „szkiełko i oko” jest o wiele bardziej prawdziwe od namacalnych, materialnych testów i doświadczeń. Ale to temat na zupełnie inną opowieść.”

Skuteczne metody komunikacji

Wobec korespondencji, którą od Państwa otrzymuje doprawdy trudno pozostać obojętnym. Każda wiadomość to kolejna ciekawa relacja, dowód na istnienie świata, którego mieszkańcy choć są niewidoczni gołym okiem, to okazują nieustanne zainteresowanie naszymi sprawami. Przekazują wiadomości, ostrzegają i troszczą się o nas .

Nasi opiekunowie działają często w zakamuflowany sposób. Dla mnie to oczywiste i jasne. Gdyby mieli ukazać się w swojej prawdziwej formie, lub manifestowali swoją obecność, jako anioł w ujęciu lansowanym przez ikonografię chrześcijańską, to na widok wielkich skrzydeł i jasnej poświaty ludzie lądowali by w szpitalu, a nie zastanawiali nad treścią konkretnego przekazu. Innymi słowy uważam , że widzimy i słyszymy to, na co jesteśmy gotowi. Forma przekazu dostosowana jest do okoliczności i jeśli sytuacja tego wymaga ma zachęcić nas do natychmiastowego działania.

Oto fragment poruszającej historii jednego z czytelników :

„ Żona namówiła mnie żebym napisał do pani i opowiedział historię, która przydarzyła mi się trzy lata temu. Jeżdżę ciężarówką i po długim kursie wracałem do domu. Jadę sobie spokojnie i nagle na drodze widzę psa. Wypisz, wymaluj mój Barii . Pies, którego miałem przez 10 lat. Zmarł ze starości kilka lat temu. Myślę sobie pies do psa podobny, ale coś jednak nie dawało mi spokoju. Zwolniłem i tak sobie pomyślałem, że może to ostrzeżenie. Po kilku kilometrach znowu widzę na drodze tego psa. Zdecydowałem, że czas się zatrzymać i wypić jakąś kawę na oprzytomnienie. Nagle patrzę, a tu na drodze stoi Tir na światłach awaryjnych, minąłem go i popatrzyłem we wsteczne lusterko i co widzę? Barii stoi obok tego Tira i wyje. Wie Pani, aż mi się zimno zrobiło, zaparkowałem na poboczu i podszedłem do tego Tira. Psa tam nie było, ale patrzę, a obok Tira na takiej górce leży nieprzytomny człowiek. Nachyliłem się nad nim. Nie poczułem alkoholu, ale on nie reagował zupełnie. Wezwałem Policję i Pogotowie. (…) Jak się okazało był to zawał. Tego człowieka udało się uratować i do dziś utrzymujemy dobry kontakt. Moja żona powiedziała, że to Anioł Stróż chciał żebym zrobił dobry uczynek. Nie wiem o co w tym wszystkim chodzi, ale faktem jest, że lata temu kiedy umarła moja babcia Barii wył całą noc jak oszalały. Nie dało się go uspokoić. Babcia mieszkała w Sanoku, to jest 160 kilometrów od mojego domu rodzinnego. I wie Pani co? Kiedy na drodze spojrzałem w to lusterko to nie tylko widziałem wyjącego Barika, ale też go słyszałem.”

Jeszcze jeden list:

„(…) W prezencie ślubnym od teściów dostaliśmy grunt pod budowę domu. Nasze działki graniczą ze sobą i co muszę podkreślić, bardzo dobrze ze sobą żyjemy. Teściowa już nie pracuje, ale teść jeszcze jest aktywny zawodowo i czasem jeździ w delegacje. (…) To była letnia noc. Mój mąż już spał, a proszę mi wierzyć sen ma wyjątkowo mocny. Ja kończyłam jakąś pilną robotę i położyłam się po północy. Nagle usłyszałam dziwne dźwięki od strony tarasu. Podeszłam do oszklonych drzwi i zobaczyłam kota, który niesamowicie rozrabiał. Zrzucił mi dwie doniczki, przewrócił suszarkę i jeszcze parę innych rzeczy. Wkurzyłam się bo włożyłam wiele pracy w upiększanie tarasu. Otworzyłam drzwi i przegoniłam go. Po kilku chwilach wrócił i znowu hałasował. Tym razem założyłam szlafrok i postanowiłam się z nim energicznie rozprawić. Na mój widok zeskoczył z tarasu. Poszłam za nim i w świetle latarni zobaczyłam przepiękne zwierzę. Kot był wyjątkowo duży i miał wielkie zielone oczy. Nigdy wcześniej nie widziałam takiego w okolicy. Wiedziona jakimś przymusem wewnętrznym chciałam go dotknąć. Przeszłam kawałek, a kot odskoczył, ale nie uciekł tylko siedział na krawędzi trawnika jakby chciał żebym za nim szła. Poszłam. W pewnej chwili przeskoczył płot na posesji moich teściów. Ze zdziwieniem zauważyłam, że pali się u nich światło w salonie i w kuchni. Zaniepokoiło mnie to, bo teściowa była sama w domu, a zwykła kłaść się spać z kurami. Zawróciłam do domu, żeby obudzić męża. Na tarasie znów siedział ten kot jakby pilnował czy robię to, co on chce. Z mężem poszliśmy do domu rodziców i okazało się, że teściowa leży nieprzytomna na podłodze. Wezwaliśmy pomoc.(…) Miała udar i szybka pomoc okazała się niezwykle ważna. Teraz już doszła do siebie i jest dobrze. Pytałam wszystkich mieszkańców okolicznych domów czy ktoś ma lub widział w okolicy takiego kota? Wszyscy zaprzeczali. Sama nie wiem, co mam o tym myśleć. Kot na balkonie był i ślady jego demolki również. Gdyby nie on to oczywiście nie latałabym w szlafroku po całym terenie i nie odkryłabym , co spotkało moją teściową. I jeszcze to, że wrócił kiedy pobiegłam po męża, a potem zniknął jak kamfora.”

Czy można znaleźć racjonalne wytłumaczenie dla opisanych sytuacji? Owszem można, jak mawiają ludzie szczególnie asertywni” wszystko można zrobić”. Ja dodaję od siebie, ale nie wszystko warto robić. W opisanych przypadkach dzięki szybkiej reakcji uratowano ludzkie życie. W czasach znieczulicy i obojętności , w czasach gdy po prostu strach zatrzymać samochód gdzieś na odludziu , taka „zachęta” ze strony Opiekunów jest niezbędna, a dla tych którym ratunek niesiemy , jest błogosławieństwem. Widać, że Opiekunowie to istoty praktyczne, które rozumieją zasady prawidłowej komunikacji i z definicji działają skutecznie.

Na zakończenie jeszcze jedna historia:

„Moja mama twierdziła że gdyby nie pies, który jej się ukazał mój tato wypadłby z okna. Mama spała i nagle poczuła że coś liże ją po ręce. Otworzyła oczy i ze zdziwieniem stwierdziła że to duży czarny pies, który błagalnym wzrokiem jakby prosił żeby szybko poszła za nim do kuchni. Postanowiła za nim pójść i zobaczyła że mój ojciec o mało co nie wypadnie z okna…Przyszedł z pracy zmęczony, chciał powyglądać w oknie i chyba zasnął…mama w ostatniej chwili wciągnęła go za nogi…Zawsze twierdziła że zjawa psa uratowała mu życie. Chyba nie muszę mówić że nie mieliśmy psa nawet nikt z sąsiadów. Gdy mama wciągnęła ojca po psie nie było śladu…Tak zastanawiam się czasem nad tym co opowiadała mama ale mówiąc to była zawsze tak przejęta że nie sposób podejrzewać było ją o oszustwo…”

 

Nie na wszystko jesteśmy gotowi

Pragnę dzisiaj odnieść się do tematu lęku przed kontaktem z duchami. Nawet jeśli są to duchy bliskich nam osób w momencie pełnej lub częściowej materializacji wpadamy w panikę. Zdarza się, że samo przypuszczenie iż osoba zmarła znajduje się blisko nas napawa trwogą i prowokuje reakcje, których sami po sobie byśmy się nigdy nie spodziewali.

Mam wrażenie, że źródłem tego lęku sterują dwa mechanizmy. Pierwszy z nich to przekaz kulturowy. Od najmłodszych lat dowiadujemy się od osób, którym ufamy, że dusza ludzka istnieje i jest nieśmiertelna. Słuchamy opowieści z dreszczykiem bądź to z ust naszych dziadków, bądź na przykład na obozach czy koloniach. Kultura masowa kreuje (rzec można na pęczki) przeróżne historie z duchami w tle lub nawet duchem w roli głównej. Pół biedy jeśli mamy do czynienia z filmami wybitnymi (polecam film „Inni” z Nicole Kidman). Takie dzieła zawierają pewien ładunek emocjonalny i nie pozostawiając widza obojętnym zmuszają do przemyślenia wielu aspektów życia i śmierci. Gorzej kiedy mamy do czynienia ze szmirą lub filmami, których jedynym celem jest doprowadzenie widza do skrajnego przerażenia. Po obejrzeniu takiej produkcji własny kot, wyłaniający się nagle z ciemności może stać się przyczyną zejścia śmiertelnego.

Drugi mechanizm to nasza własna aura. Jestem przekonana, że nasza aura to w znacznej mierze specyficzny acz bardzo skuteczny system wczesnego ostrzegania. Każdy z nas ma aurę, która doskonale odzwierciedla nie tylko stan emocjonalny, ale w nie mniejszym stopniu, stan zdrowia i nasze myśli. Mniej lub bardziej świadomie reagujemy na aury innych ludzi. Nie bez kozery zdarza nam się kogoś nie lubić, mimo że kiedy pragniemy racjonalnie uzasadnić tę niechęć, nie znajdujemy żadnych argumentów na jej wytłumaczenie. W ten sam sposób rozpoznajemy tak zwane „wampiry energetyczne” czy chociażby nieszczere, kłamliwe i dwulicowe osoby. Wyobraźmy sobie, co by się działo gdyby ten system ochronny nie wykrywał obecności bytów bezcielesnych? No cóż, byłoby z nami źle. Każda istota pozbawiona ciała, a więc możliwości pożywiania się mogłaby dosłownie garściami czerpać z naszej energii, a my nieświadomi niczego zmienialibyśmy się w bezwolnych żywicieli.

Z tej przyczyny niechęć do kontaktów z duchami manifestująca się jako strach jest zdrową reakcją obronną organizmu.

Pozwolę sobie zilustrować sytuację przykładami:

„Babcia była osobą związaną ze mną od moich narodzin aż do moich 15 urodzin (babcia pilnowała mnie jako dziecko, później chodząc do szkoły spędzałam u babci większość czasu).
Babcia od lat chorowała miała kilka zawałów serca + przeszła śmierć kliniczną (o której nigdy nie ciała opowiadać). Zmarła na zawał w wieku 60 lat, ja miałam wówczas 15 lat nie byłam więc już małym dzieckiem ale jej śmierć bardzo przeżyłam…do pewnego zdarzenia doszło właśnie w dzień jej śmierci. Ponieważ babcia zmarła w domu to moja mama z tatą poszli się z nią pożegnać…zostałam w domu z 4 letnim bratem który jak teraz pomyślę spał w drugim pokoju.Wszystko zaczęło się od „przygaszającego” się gazu na kuchence. Wiadomo jak to bywa, spadki gazu, złudzenia optyczne itd…piętnastolatka potrafi znaleźć sobie wytłumaczenie 🙂 ale nagle poczułam obecność kogoś…zapytałam „babciu to ty?” gaz znów zmalał i po chwili powrócił do pierwotnej postaci, miałam wrażenie że ktoś siedzi w fotelu, bardzo się przestraszyłam i nie mogąc opanować płaczu, strachu schowałam się pod koc…nie wiem ile ten stan trwał nie jestem w stanie tego opisać, ale rodzice wrócili i nie mogli mnie uspokoić. Przez krzyk i łzy powiedziałam mamie co się wydarzyło po czym ona tylko wykrzyczała: Mamo! dlaczego ją straszysz? tak bardzo ją kochałaś” i to wszystko się zakończyło……………..Bałam się iść na pogrzeb, mama powiedziała coś czego nie rozumiałam że mam się nie bać i pierwsze co to z daleka spojrzeć babci na nogi…hmmm do dziś nie wiem dlaczego ale to pomogło. Pożegnałam się z ukochaną mi osobą.”

Drugi mail był bardzo długi w związku z czym postanowiłam go dla Państwa streścić. Otóż Pani Emilka w wieku lat szesnastu straciła ukochanego dziadka. Dziadek, najpierw pojawił się we śnie, co ją ucieszyło bo bardzo za nim tęskniła. Któregoś wieczoru tuż przed zaśnięciem zobaczyła dziadka w rogu pokoju. Zamknęła oczy myśląc, że to tylko złudzenie. Kiedy ponownie je otworzyła dziadek stał tam nadal i uśmiechał się do niej. Uciekła z pokoju i zaalarmowała rodziców. Na początku jej nie uwierzyli. Widzenie, które miała uznali za objaw żałoby i wybujałej wyobraźni nastolatki. Postać dziadka manifestowała się jeszcze kilkakrotnie. Pani Emilka nadal reagowała emocjonalnie choć nieco spokojniej niż za pierwszym razem. Przez myśl jej nie przeszło żeby się odezwać i poprosić dziadka aby odszedł. Sytuacja rozwiązała się kiedy dziadek ukazał się swojej córce czyli mamie Pani Emilki. Kobieta była przerażona i krzyczała „tato odejdź stąd, odejdź gdzie twoje miejsce”. Więcej wizyt nie było.

Ja sama przeżyłam podobną sytuację:

http://biuro-duchow.blog.onet.pl/2013/06/15/znak-z-zaswiatow/.

Kopiuję link ponieważ nie chcę się powtarzać.

Czasami jest nam przykro, że nakrzyczeliśmy na swoich bliskich zmarłych, którzy próbowali zbliżyć się do nas w jedyny dostępny sobie sposób. Mamy wrażenie, że potraktowaliśmy ich grubiańsko, że zachowaliśmy się histerycznie. Ta ostatnia myśl pojawia się zwłaszcza w głowach osób, które w życiu doczesnym chcą kontrolować siebie i wszystko wokół. Nie na każde zdarzenie jesteśmy gotowi. Choć w gruncie rzeczy sami jesteśmy przede wszystkim duszami to jednak pewne sytuacje narzucają na nas ograniczenia. Wszystko ma swój czas i swoje miejsce. Kiedy porzucimy fizyczną powłokę to będzie właściwy czas na kontakt z innymi bezcielesnymi. A miejsce spotkania? Podobno każdy ma takie niebo jakie sobie wymarzy.

Dzwonek alarmowy

Ta opowieść zaczyna się jak wiele innych, które zbieram od lat. „Gdybym nie doświadczyła tego osobiście w życiu bym nie uwierzyła”. Zanim zacznę, krótka refleksja. Zastanawiam się  czemu jesteśmy tak małej wiary? Jakim cudem przyjmujemy, często bezkrytycznie, wszystko, co publikują media? Jednocześnie zagłuszamy naszego wewnętrznego doradcę, intuicję czy jak kto woli głos serca. Ile razy , tak zwana pierwsza myśl, choć z pozoru niedorzeczna w perspektywie czasu okazała się najlepszym rozwiązaniem? Odrzuciliśmy ją, poddając się woli racjonalnych argumentów lub profesjonalnych doradców. Przecież to nam zależy najbardziej- na nas samych. Każdy człowiek został hojnie wyposażony na trudy życia. Posiadamy instynkt samozachowawczy, sumienie jako busolę moralną i miłość własną, która w zdrowej proporcji nie czyni szkody. Oczywiście nie namawiam nikogo do zachowań skrajnych, jakie oddaje pewien żart: „jeśli w twoim domu  zaczyna migotać światło, nie szukaj duchów tylko dokręć żarówkę”. Namawiam aby nie tylko wierzyć w siebie, ale również wierzyć sobie. Jestem przekonana, że czuwają nad nami dobre Dusze i mądre Anioły. Wystarczy dać im szansę.

Pani, która uwierzyła bo doświadczyła, prowadzi wraz z mężem dużą firmę. Ma dwie córki.

„Moja starsza córka Justyna zakończyła pierwszy rok studiów ze średnią 4,6. Byliśmy bardzo dumni i kiedy powiedziała, że zamierza pojechać ze swoją paczką do Sopotu nie mieliśmy żadnych uwag. Wyjechała w sobotę nad ranem. Młodsza córka Zosia wybrała się na grilla do sąsiadów. Postanowiliśmy leniuchować przez całe popołudnie. Mąż włączył jakiś film, niestety mnie się nie podobał i sama nie wiem kiedy usnęłam, po czasie padł także małżonek. Obudził nas straszny huk. Zerwaliśmy się na równe nogi i zaczęliśmy biegać po całym domu szukając przyczyny tego hałasu. Runęło lustro w pokoju mojej mamy. Mama zmarła kilka miesięcy wcześniej. Jej pokój pozostał praktycznie nietknięty. Miała sporo antyków i różnych bibelotów. Nikt nie miał siły aby się za to zabrać. Po pierwsze tęskniliśmy za mamą (nawet zięć ją bardzo lubił) po drugie nie było wiadomo, co zrobić z tymi rzeczami? Lustro było ogromne i bardzo ciężkie. Mąż sam je zawieszał, a partaczem nie był. Zrobiło mi się jakoś tak nieswojo. Mąż mnie pocieszał: zobacz nie stłukło się, to nie jest zły znak. Odruchowo złapałam za telefon i zadzwoniłam do Justynki. „Abonent jest poza zasięgiem sieci”. Tłumaczyłam sobie, że pewnie znowu ma rozładowaną komórkę. Zrobiliśmy kolację, wróciła młodsza córa. Poszła prosto do siebie. Po chwili przybiegła do kuchni. „Mamo, obrazek z  Wenecji spadł i rozbił muszlę,tą szumiącą”. Tego było za wiele. Mąż znowu próbował to wszystko tłumaczyć. Nie  chciałam go słuchać, ostatecznie na szkodach górniczych nie mieszkamy. Zdenerwowałam się na dobre. Znowu zadzwoniłam do córki, ale nie odbierała. Miałam telefon do rodziców jednej z koleżanek Justyny i tak po nitce do kłębka doszliśmy do tego, że Justyna nie pojechała z paczką studentów tylko z chłopakiem, którego nie znaliśmy. Po kolejnych nastu telefonach udało się ustalić nazwę miejscowości do której jechali. Straciłam głowę, na szczęście mąż uświadomił sobie, że jeden z naszych kierowców powinien być w okolicy. Mąż zadzwonił do niego, chłopak spał przed drogą powrotną. Mąż wyjaśnił mu o co chodzi. To Bogu dzięki, był niezwykle operatywny człowiek. Podjechał na miejsce i okazało się, że był wypadek. Samochód uderzył w drzewo i wpadł do rowu. Miejscowi mówili, że w środku była młoda para. Zabrano ich do szpitala. Pojechaliśmy busem, prowadził nasz pracownik. My nie byliśmy w stanie. Po drodze zadzwoniłam na Policję i złego słowa nie mogę powiedzieć, bardzo nam pomogli. Dotarliśmy do szpitala. Udało się również zawiadomić rodziców chłopaka. Młodzi byli nieprzytomni, obydwoje. Owszem ktoś zauważył rozbity samochód i wezwał pomoc, ale wcześniej jakieś bydlę (przepraszam, ale nie mam innego słowa) okradło młodych z komórek, laptopa, portfeli i nawet łańcuszek córce zginął.

Pierwsza odzyskała przytomność córka. Kiedy doszła do siebie powiedziała, że okłamała nas bo Piotrek pochodzi z niezamożnej rodziny i bała się, że będziemy przeciwni. Bardzo nas to zabolało. Przecież dokładnie tak było z nami. Ja panienka z bogatego domu, a u męża cienko było z pieniędzmi. Chyba gdzieś popełniliśmy błąd. Na szczęście mamy szansę go naprawić.

Wierzę, że moja mama usiłowała powiadomić nas o tym wypadku. Oni byli w rowie, bez pomocy przez dłuższy czas. Kierowca, który spowodował wypadek uciekł i zostawił ich na śmierć. Potem się okazało, że to znany Policji pijak. Pokój mamy stoi do dziś nietknięty. Kiedy zobaczyłam jak mąż wiesza lustro, zapytałam po co to robi. A on na to, instaluję dzwonek alarmowy. Coś w tym jest”.

 

 

Wszechstronnie utalentowany Karol

Przedstawiam dzisiaj opowieść, którą miałam przyjemność wysłuchać osobiście. Streściłam ją nieco i prezentuję, aby po raz kolejny zwrócić uwagę na to jak nomen omen, żywy jest kontakt z „tamtym światem” i jaki wpływ może wywierać na naszą rzeczywistość. Niejednokrotnie rozwój wypadków, bez tej ingerencji były zupełnie inny. Z doświadczenia wiem, że wiele osób zawdzięcza sporo wskazówkom i radom otrzymanym od zmarłych. Niektórzy poprawę standardu życia, inni inspirację do działania, a są i tacy, którzy zawdzięczają ocalenie od śmierci.

Moja rozmówczyni to Pani Anna, jej brat ma na imię Karol. Rodzice Pani Anny wychowali się w sierocińcu. Pochodzili z bardzo dobrych rodzin, byli rozpieszczanymi jedynakami. Koszmar wojny przerwał ich sielskie dzieciństwo. Dziadkowie Anny ze strony matki zginęli walcząc w powstaniu Warszawskim. Ciotka, która wzięła pod opiekę Marysię (mamę Anny) zmarła na atak serca i w ten sposób dziewczynka trafiła do sierocińca prowadzonego przez siostry zakonne. Dziadkowie ze strony ojca zostali zamordowani podczas rzezi Woli,jest to jedna z najstraszniejszych chwil w historii stolicy. Ojciec Anny (Wiktor) twierdził, że nie pamięta prawie nic z tamtych wydarzeń. Całą rodziną ukryli się w piwnicy. Kiedy usłyszeli zbliżających się Niemców i zdali sobie sprawę, że ta kryjówka ich nie uratuje, matka kazała mu wejść do starego kufra i narzuciła na tenże jakieś zniszczone ubrania. Potem słyszał płacz, krzyk i wreszcie wielki huk. Stracił przytomność. Po pewnym czasie ocknął się i wyszedł na ulicę. Błąkał się jakiś czas, miał szczęście, ponieważ pierwszą osoba, na jaką się natknął był Polak. Po różnych perypetiach znalazł się u zakonnic. Tam poznał Marysię, a ich dziecięca przyjaźń w miarę upływu czasu przekształciła się w miłość. Matka Anny skończyła szkołę pielęgniarską, ojciec technikum. Pobrali się i zamieszkali w wynajętym, maleńkim pokoju. Wtedy odezwała się dalsza krewna Marii. Odnalazła ją po tylu latach, co wydawało się cudem samym w sobie. Krewna ta jeszcze przed wojną wyjechała z Warszawy i osiadła na południu kraju. Młodzi małżonkowie przeprowadzili się do niej i dzięki temu ich dzieci Anna i Karol zyskały „przyszywaną” babcie. Karol od najmłodszych lat uwielbiał rysować. Można powiedzieć, że na podstawie prób i błędów sam doskonalił swoją technikę. Nauczyciel plastyki podkreślał wielokrotnie, że chłopak ma niezwykły talent i trzeba go wspierać. Niestety sytuacja materialna rodziny nie była najlepsza. Ojciec uległ poważnemu wypadkowi i był na rencie. Matka brała dodatkowe dyżury w szpitalu, ale i to nie wystarczało. W pobliżu ich domu mieścił się stary żydowski cmentarz i mocno zdewastowany dom pogrzebowy. W tamtym czasie cmentarz nie był porządnie ogrodzony i wielu mieszkańców okolicznych ulic chodziło tamtędy skracając sobie drogę. Karol natomiast przesiadywał tam często i namiętnie szkicował. Pewnego razu do rodziców Anny przyszła sąsiadka i bardzo zaniepokojona oznajmiła, że z Karolem dzieje się coś złego. Widziała kilkakrotnie jak podczas rysowania rozmawia sam ze sobą. Kiedy sąsiadka poszła, rodzice zawołali Karola i zapytali:, czemu mówisz sam do siebie? Na, co chłopak spokojnie odpowiedział, że nie mówi do siebie tylko rozmawia z panem, który jest bardzo miły i zna mnóstwo ciekawych historii. Ze sterty rysunków wyciągnął kilka, na których jak twierdził przedstawił tego właśnie pana. Rodzice zaniemówili. Przyjęli, że skoro sąsiadka nikogo nie widziała to Karol wymyślił sobie tą postać. Na wszelki wypadek zabronili mu chodzić na cmentarz. Oczywiście chłopiec nie posłuchał. Kiedy Maria dowiedziała się, że znowu rysuje na kirkucie (zasługa usłużnej sąsiadki) poszła po niego. Na miejscu zastała Karola i jakiegoś eleganckiego pana, który z nim rozmawiał. Była zdenerwowana i potraktowała obu dość nieprzyjemnie. Mężczyzna ten przywitał się grzecznie. Po chwili zaczął tłumaczyć, że odwiedza groby przodków i kiedy zauważył szkicującego chłopca podszedł do niego. Rysunki, które zobaczył tak go urzekły, że gotów jest za nie zapłacić. Chce, bowiem koniecznie pokazać je swoim znajomym. Maria wybrała parę szkiców i wręczyła je nieznajomemu. Nie przyjęła wtedy pieniędzy. Po kilu tygodniach, podczas dyżuru jedna z lekarek poprosiła ją o chwilę rozmowy na osobności. Niby nic nadzwyczajnego, jednak jak się później okazało ta rozmowa miała wielki wpływ na życie całej rodziny, a Karola w szczególności.

Lekarka na wstępie poprosiła , aby wszystko, co zostanie powiedziane zostało między nimi. Najpierw zapytała Marię, czy Karol przychodzi na stary kirkut (o tym, że chłopiec jest uzdolniony plastycznie wiedział cały szpital), Kiedy uzyskała potwierdzenie, powiedziała, że jest Żydówką i na spotkaniu w bliskim jej gronie osób, ktoś pokazywał rysunki niezwykle uzdolnionego chłopca. Na podstawie opisu domyśliła się, że może chodzić o Karola. Zaproponowała, aby Karol narysował wszystkie macewy i zrobił więcej portretów tego szczególnego mężczyzny, z którym rozmawia. Wytłumaczyła oniemiałej Marii, że ten pan na rysunkach to ostatni przedwojenny rabin, jaki pełnił swoje obowiązki w tym miejscu. Rabin został zamordowany dawno temu, ale skoro ukazał się chłopcu to znaczy, że ma coś istotnego do przekazania. Podkreśliła raz jeszcze, że nie ma wątpliwości, co do tożsamości osoby rabina.

Zaproponowała w imieniu własnym i przyjaciół, wysoką zapłatę za rysunki oraz stypendium dla dziecka wypłacane do czasu ukończenia edukacji.

Anna poznała treść tej rozmowy podsłuchując rodziców, którzy przez wiele godzin dyskutowali jak zachować się w takiej sytuacji. Mieli mnóstwo wątpliwości, a kontakt Karola z duchem rabina wydawał im się nierealny. Z drugiej strony wiedzieli, że dziecko samo z siebie nie byłoby w stanie stworzyć perfekcyjnego portretu osoby, której nigdy nie widziało. Perspektywa stypendium oraz dużej kwoty na bieżące potrzeby nie pozostała bez znaczenia. Doszli do wniosku, że Karol może zarabiać rysując, co do reszty uznali, że dzieją się rzeczy, o których i tak nie są w stanie rozstrzygać.

Karol rozmawiał z rabinem, a treść tych rozmów przekazywał wyznaczonej osobie. Rysował też macewy i budynek przycmentarny, jego dzieła masowo opuszczały nasz kraj. Regularnie spływały zamówienia na następne. Chłopiec pozostawał pod opieką świetnie wykwalifikowanych nauczycieli. Dzisiaj jest architektem, maluje z tym samym zapałem, co kiedyś. Niechętnie rozmawia o kirkucie i tamtych wydarzeniach, twierdzi, że to zbyt osobiste. Jednak portret starego rabina wisi w jego domu. Anna jest zdania, że brat i jego talenty wyprowadziły rodzinę z wielkiego impasu. Otworzyły wszystkich nie tylko na nowe możliwości, ale także bardzo rozwinęły duchowo.  Jej ojciec do końca życia zgłębiał temat kontaktów osób żyjących z zaświatami.

 

 

Płaczka – opowieść czytelniczki

 

Bohaterka dzisiejszej historii ma na imię Anna. Rzecz dzieje się niespełna dwa lata temu.

 

SONY DSC

 

Telefon od kuzyna odebrała późno w nocy. Zawiadamiał ją o śmierci swojego ojca, a jej wuja oraz o planowanym terminie pogrzebu. Anna była zszokowana, przecież niedawno widziała wujka Zbyszka, który wyglądał kwitnąco, oczywiście jak na swój wiek. Nie zmrużyła oka aż do rana. Przeglądała stare albumy. Wujek zawsze pomagał jej rodzicom. Zawdzięczała mu bardzo wiele od letnich wakacji, spędzanych w jego domu po stypendium, które pozwoliło jej ukończyć studia. Oczywiście sama przed sobą przyznawała, że wujek był postacią kontrowersyjną. Dla niej dobroczyńca i przyjaciel dla innych komuch i dorobkiewicz.

Z uzyskaniem wolnego nie było problemu, Anna pracowała w firmie swojego teścia. Martwiła ją tylko podróż. Mąż Anny, pracownik korporacji, został oddelegowany na szkolenie za granicę. Owszem miała do dyspozycji samochód, ale swoje umiejętności, jako kierowcy oceniała dość nisko. W dodatku od kilku dni czuła się niezbyt dobrze, za, co winiła dużą porcje frytek zjedzoną w przydrożnym barze. Ambicja nie pozwoliła jej zrezygnować z wyjazdu. Poza tym była winna wujkowi przynajmniej pożegnanie.

Dojechała szczęśliwie, a na miejscu przywitała ją zapłakana ciotka Krystyna. Ciotka urodziła trzech chłopców, a Annę traktowała jak własną córkę, której bardzo pragnęła. Była wdzięczna Annie, że przyjechała tak szybko i nie zostawiła jej bez wsparcia. Dwa dni później odbył się pogrzeb. Przybyły tłumy ludzi. Przedstawiciele władz, różnych organizacji i zrzeszeń, do których wujek należał. Anna w myślach skonstatowała, że to najgłośniejsze ostatnie pożegnanie, w jakim brała udział. Następnego dnia poszła na cmentarz sama, aby w ciszy i spokoju pożegnać Zbyszka. Kiedy stała nad świeżą mogiłą, usłyszała płacz. Głośno i wyraźnie. Podążyła za tym dźwiękiem. Cmentarz był duży i gęsto zadrzewiony. W bocznej alejce, nieopodal starego grobu rodzinnego, zobaczyła kobietę, która głośno płakała. Anna zbliżyła się do niej. Wtedy kobieta gwałtownie się odwróciła. Miała piękną twarz, ale w jej spojrzeniu było coś przerażającego. Annie zrobił się słabo, resztką świadomości oparła się o sąsiedni grób. Po chwili oprzytomniała, rozejrzała się, dokoła, ale kobiety już tam nie było. O swojej przygodzie nie wspomniała nikomu z domowników. W nocy śniła o kobiecie z cmentarza. Był to dziwny sen pełen niezrozumiałych szeptów i obrazów. Zaraz po przebudzeniu miała przemożną ochotę, aby z kimś porozmawiać. Niestety ciotka na środkach uspakajających ledwo kontaktowała, kuzyni – pewnie by ją wyśmiali. Postanowiła przejść się po okolicy. Przyszło jej do głowy, aby przy okazji odwiedzić mieszkającego po sąsiedzku kolegę. Widziała go na pogrzebie. Kilka miesięcy wcześniej Anna wraz z mężem bawiła się na jego weselu. Została bardzo mile przyjęta. Razem z nimi mieszkała babcia. Kobieta ponad dziewięćdziesięcioletnia, ale zadziwiająco sprawna.. Kiedy Anna została z babcią Heleną sama, starsza pani zapytała, wprost; Co cię gnębi? Anna tylko na to czekała, wyrzuciła z siebie całą historię nieomalże jednym tchem. Babcia Helena złożyła dłonie jak do modlitwy – Płaczkę spotkałaś. Ale nie martw się nie ty pierwsza i pewnie nie ostatnia. Babciu, kim jest ta kobieta? To zabłąkana dusza. Czy babcia chce mi powiedzieć, że spotkałam ducha? Tak, pewnie, dlatego zasłabłaś. Anna miała kompletny bałagan w głowie i na tę chwilę nie wiedziała jak ma przyjąć to, co właśnie usłyszała. Babciu czyj to duch? Wiesz to stare dzieje. Podczas tamtych wydarzeń miałam paręnaście lat. Ty znasz inny świat, ale wtedy wszystko tutaj to znaczy las, jezioro, mnóstwo ziemi należało do jednego właściciela. Ludzie go szanowali, jak to się drzewiej mawiało ludzki był z niego pan. Jednego roku wysłał żonę wraz z synami do sanatorium. Słabego zdrowia były te jego dzieci. Kiedy szofer odwoził ich na stację po zakończeniu turnusu doszło do strasznego wypadku. Śpieszyli się i automobil wpadł do rzeki. Zginęli wszyscy nie wyłączając szofera. W majątku nastała straszna żałoba.

Po jakimś czasie na odmianę wybuchł skandal. Okazało się, że właściciel przywiózł do majątku kobietę z kilkuletnim chłopcem. Miał z nią romans. Ksiądz udzielił im ślubu w kaplicy, wszystko po cichu. W majątku mieszkała jeszcze jego matka, która ścierpieć nie mogła tego, co się stało. Jedna znajoma mojej świętej pamięci mamy pracowała w kuchni i słyszała jak starsza pani wyzywała na nową synową – lepiej żebyś to ty się w rzece utopiła, a nie moja prawdziwa synowa i wnuki. Pewnego razu ta dziewczyna poszła na spacer z synkiem i nie wróciła. Wieczorem zarządzono poszukiwania. Chłopca znaleziono w lesie. Był przerażony nie potrafił nic powiedzieć. Zwłoki jego matki pływały w jeziorze. Boże, co to była za sprawa. Policjanci przyjechali z miasta stołecznego. Przeczesali całą okolicę. Badali ciało i lekarz stwierdził, że to była czynna napaść. Ona chciała żyć i mocno walczyła. Ktoś ją utopił. Oczy wszystkich skierowały się w stronę starszej pani. Wyszło na jaw, że krótko przed tą tragedią dwukrotnie kazała wozić się na stację kolejową. Synowi mówiła, że krewną odwiedza, ale kto ją tam wie. Winnego nie odnaleziono. Może byłoby inaczej, ale w trakcie śledztwa starsza pani doznała udaru i do śmierci pozostała sparaliżowana. A, co było z chłopcem? Wychował się, ale był dziwny, unikał ludzi i bardzo się jąkał. Jego matka zawsze płacze i ukazuje się na cmentarzu lub w okolicach jeziora. Może to tylko przesąd, ale uważaj na siebie. Potraktuj to jak przestrogę.

W drodze powrotnej Anna miała wypadek samochodowy. Na szczęście nie groźny. Mimo wszystko trafiła do szpitala. Podczas badania USG okazało się, że jest w ciąży. Oczywiście odwiedza swoich krewnych, nadal jednak unika cmentarza.

 

  • Tekst powstał na podstawie maila od czytelniczki. Nie mogłam posłuż się oryginałem, gdyż był zbyt chaotyczny. Za jej zgodą uporządkowałam całość.
  • Zdjęcie autorstwa mojego kolegi Mateusza  Sokołowskiego

 

 

Historia czytelniczki cz V „Nocny Prześladowca”

Ktoś powie,że duchy nie istnieją. Że wszystko da się wytłumaczyć w racjonalny,jakże naukowy sposób. Że wszystkie „dziwne zjawiska”,to czysta fizyka.Ale czy na pewno? Od dziecka wierzyłam w siły nadprzyrodzone : w duchy; zjawy; życie po życiu…Moja wiara szczególnie przybrała na sile wtedy, kiedy w snach zaczął pojawiać się ON. Któż to taki? Wysoki, postawny  mężczyzna, oblany kolorem głębokiej czerni.”Kim jest? Czego ode mnie chce?” – te pytania krążyły mi po głowie.Ale od początku..
Wiodłam naprawdę spokojne życie.Szkoła podstawowa,nauka,przyjaciele,dziecięce zabawy,cały wolny czas spędzony na podwórku..Nic wyjątkowego.Aż do którejś nocy.Zatrułam się egzotyczną potrawą.Gorączka cały dzień skakała w zwyż,wyciskając ze mnie ostatki sił.Pół przytomna padłam na łóżko.Zdawało mi się,że ktoś mnie obserwuje,ale sen i zmęczenie przejęły górę.Z ulgą odpłynęłam w objęcia Morfeusza.Miałam bardzo przedziwny sen.Stałam na balkonie,w środku nocy.W koło panowała nienaturalna cisza.Zero odgłosów,powiewu choćby najdelikatniejszego wiatru..nic.Wszystko zdawało się być uśpione i takie..upiorne.Z niepokojem wyjrzałam za barierkę,w stronę placu budowy.Na środku niego stał mężczyzna.Jedynie po budowie ciała mogłam stwierdzić,że nim jest,gdyż mimo jasnej poświaty księżyca,był  otulony intensywną czernią.Podniósł głowę,a ja w tym momencie zamarłam.Nie widziałam,by poruszał wargami,ale jasno w mojej głowie usłyszałam „Jeszcze Cię znajdę”. Gwałtownie wycofałam się w tył…i się obudziłam.Powoli wracałam do siebie,ale nocny  sen na stałe utrwalił się w mojej głowie.Ciągle miałam irracjonalne wrażenie,że ten mężczyzna mnie śledzi.Ale wiadomo : dziecko ma wybujałą wyobraźnię,a jego fantazja nie zna granic.Tak minęły trzy lata,właśnie kończyłam trzecią klasę gimnazjum.Którejś nocy spałam niespokojnie.Znalazłam się na pobliskim cmentarzu.Ciemne niebo powoli  rozjaśniała jutrzenka,ale korony ogromnych drzew,zasłaniały każdy dopływ światła.Spojrzałam przed siebie.Ktoś biegł w moją stronkę,przeskakując nad płytami nagrobków.Doskonale wiedziałam kto to…To on.Mężczyzna z mojego koszmaru.Nim się odwróciłam,ten zdążył uderzyć mnie w kark,co w sekundę powaliło mnie na mokry chodnik.Gdy próbowałam się podnieść,mężczyzna złapał mnie za bluzkę,wyrzucając za cmentarną bramę.Upadłam na plecy.Nie wiem czemu,ale wstałam i podbiegłam do niego.Miałam mieszane uczucia,strach wraz ze złością na przemian,obezwładniał moje ciało.Nagle mężczyzna ponownie wypchał mnie za cmentarz.Podczas upadku,gwałtowanie zerwałam się z łóżka.Nie mogłam się uspokoić.
-Jezu,co to było…-szepnęłam bezgłośnie.Nie mogłam się opanować.Szybkie bicie serca,przyspieszony oddech i ten lęk.Na dodatek ta boląca ręka,jakbym właśnie co się w nią uderzyła.Albo upadła z impetem,na coś twardego.
-Już na pewno nie zmrużę oka.-stwierdziłam w myślach,patrząc się ze strachem na drzwi,czy przypadkiem nikt za nimi nie stoi.Rano zauważyłam na plecach dziwne pręgi.Jakby pojawiły się przez noc.
Cały dzień byłam rozbita i nieswoja.Na zajęciach lekcyjnych byłam tylko obecna ciałem,dusza nadal pozostawała na cmentarzu,a mózg rozmyślał,czy to możliwe,by gnębił mnie jakiś duch,nasycony negatywną energią,pełen złych zamiarów.Będąc już w domu,zebrałam się na odwagę i porozmawiałam z mamą.Dokładnie przytoczyłam jej słowa mężczyzny ze snu,który obiecał,że mnie odnajdzie.I to zrobił.Mama wykonała kilka telefonów. Wieczorem odezwała się do mnie przemiła Pani Róża,która była jasnowidzem.Wytłumaczyłam jej, na czym polega mój problem,kurczowo ściskając w dłoni telefon i zerkając na zewnątrz,czy ktoś przypadkiem nie obserwuje naszych okien.Róża obiecała mi pomóc.Już następnego dnia zadzwoniła.Jak się okazało,moim nocnym prześladowcą,by żołnierz z I Wojny Światowej,którego serce było przepełnione nienawiścią i złem.Stąd te ciągłe nawiedzanie i blizny,jak gdyby kto mnie pobił.Poleciła mi pomodlić się za jego zabłąkaną duszę,a na szyi zawiesić medalik z podobizną Maryi.
W nocy miałam sen.Stałam w tym samym miejscu,gdzie po raz pierwszy go spotkałam.Tym razem wszystko wirowało.Moje włosy rozwiewał silny wiatr.W rękach ściskałam różaniec a z moich ust wydobywały się słowa modlitwy ” Zdrowaś Mario”,które razem z wiatrem niosły się w dal.Czułam,jak całe napięcie znika.A wraz z nim ON.Obudziłam się wyjątkowo wyspana.Moją twarz pieściły ciepłe promienie słońca.Pierwszy raz od pewnego czasu czułam się wolna.Również zniknęły tajemnicze pręgi z pleców.Mężczyzna nigdy więcej nie pojawił się w moich snach.Mam nadzieję,że jego dusza zdoła odpokutować wszystkie grzechy,a on sam zazna wreszcie święty spokój.

Dominika

Historia czytelniczki IV

Przedstawiam nastepną relację osoby, która zrządzeniem losu, znalazła się w dość niecodziennej sytuacji. Jeszcze raz dziękuję za szczerość i czas poświęcony na opisanie tych zdarzeń. Państwa wypowiedzi są cenne i warte uwagi. Jak zawsze publikuję je w oryginalnej postaci.

 

Kolejna historia. Wydarzyła się ok. 10 lat temu. Znajomi remontowali wynajmowane mieszkanie, poprosili o pomoc w remoncie, w piętrowym przedwojennym budynku. Do ich mieszkania prowadziły schody, a ja szłam, jako ostatnia. Znajomy szedł przede mną. Kiedy jego nogi zniknęły mi z oczu, drogę zagrodził mi mężczyzna ubrany w trzyczęściowy garnitur, melonik, miał dewizkę. Wiedziałam, że to duch, który chce mnie ostrzec przed czymś. Poprosiłam, żeby mnie przepuścił, bo obiecałam pomóc przy remoncie. Powiedziałam znajomym o zdarzeniu, ale nie potraktowali tego poważnie. Jakiś czas później zaobserwowałam, że ich dziecko ma koszmary, a pies szczeka na ściany. Postanowiłam sprawdzić, co u nich mieszka. Rozłożyłam na podłodze świece. Zgasił je jakiś podmuch, a potem zapaliły się  powrotem…Wszystkie. Coś nie było zadowolone z naszej obecności. Kiedy powiedziałam, że z rogu nas coś obserwuje- znajoma się uśmiechnęła, nie wiem czy z przerażenia, czy pobłażliwości dla moich schiz. Wszystko działo się jakby w zwolnionym tempie. Coś przez nią przeszło, żeby jej udowodnić, że jest. Nie potrafię tego opisać, było to widać, włosy stanęły jej dęba, ale samo przejście wyglądało jak fala uderzeniowa przechodząca przez komórki, łącznie ze wstrząśnięciem. Jakiś czas później odłączyłyśmy wszystkie urządzenia od zasilania, ale licznik nadal pobierał prąd. Kolejne rytuały zdały się na tyle, że znajomi opuścili mieszkanie. W końcu nie byli mile widzianymi lokatorami. Znajomy, który stwierdził, że to bzdury, nocował w domu sam. W nocy coś go dusiło, uciekł w piżamie. Coś nie chciało, żeby tam mieszkali. Nie było wrogo nastawione i nie zrobiło nam krzywdy. Nie chciało dać znać, o co mu chodzi. Ja wychodzę z założenia, że chciało pomóc, ale nie wszystkie znaki udaje nam się w porę odczytać.

Pozdrawiam

Historia opowiedziana sercem III

Pozwolę sobie przedstawić relację Pani, której historia stanowi swoisty komentarz do wpisu pod tytułem „Jak nie kupować mieszkania” Jestem bardzo wdzięczna za takie relacje. Szczere i oparte na własnych doświadczeniach. Być może będzie to cenna wskazówka dla osób aktualnie szukających lokum do wynajęcia czy do kupienia. Oczywiście nie ma sytuacji bez wyjścia i każdą przestrzeń można odzyskać dla pozytywnych energii. Warto to zrobić wcześniej to znaczy zanim wprowadzimy się pod nowy adres. Tekst jak zawsze publikuje w oryginalnej postaci.

Miałam podobne doświadczenie! Ja i mój mężczyzna potrzebowaliśmy szybko kawalerki do wynajęcia. Do tej pory wynajmowaliśmy pokój w mieszkaniu z grzybem i właścicielką szachrajką. Jako, że mamy psiaka, nie było łatwo znaleźć dobrego lokum. I trafiła się okazja! Kawalerka za dość przystępną cenę, po wstępnych oględzinach bardzo nam się spodobała. Podłoga tylko w małym pokoiku była niedokończona – właściciel obiecał, że położy panele bardzo szybko. Nawet nie chcieliśmy tych paneli, bo psina się ślizga, a w innych pokojach były stylowe „klepki” lubiane przez nas, bo kojarzące się z dzieciństwem. Mieszkanko nie było jak się okazało wolne od wad: ostatnie piętro i kanalizacja wybijała, źle działające kaloryfery i spółdzielnia umywająca od wszystkiego ręce. Ale i tak byliśmy szczęśliwi! Nareszcie sami wolni od uciążliwych lokatorów. Spaliśmy w dużym pokoju aż do czasu, gdy z małego pokoiku  zrobiliśmy sypialnię.Zaczęło się nam spać gorzej lub w ogóle nie umieliśmy zasnąć. W pokoju było czasem bardzo duszno – tak, że dusiliśmy się niemal. Raz przy oglądaniu filmu (bardzo ładnego i spokojnego) odczuliśmy razem dziwną aurę.. Poczuliśmy się oboje bardzo zaniepokojeni i rozdrażnieni. Musieliśmy przerwać i pójść się przewietrzyć. Jeszcze niczego nie kojarzyliśmy.. Do czasu przygarnięcia drugiego psiaka. On dostał ten pokoik z racji tego, że z naszym się nie zaprzyjaźnił. Od tego momentu w mieszkaniu było czuć ciągle wydobywający się z pokoiku smród. Byliśmy pewni, że to nowy pies tak wonieje. Ale po przekazaniu go dalej w dobre ręce (byliśmy jego chwilową rodziną zastępczą) dziwny zapach pozostał. W końcu skojarzyliśmy fakty: listonosz zdziwiony, że nie mieszka tu już starsza pani, podłoga z panelami tylko w tym pokoju i zapach.. No tak – słodkawy mdlący..
Wyprowadziliśmy się w miarę szybko. I od tej pory uczę się ufać bardziej mojej intuicji.

P.S. Starsza pani chyba nie lubiła mężczyzn, bo ja sama z jej strony nie odczuwałam nieprzychylności (spędzałam w tym mieszkaniu całe dnie).
Mam nadzieję, że już opuściła ten smutny zakątek i jest szczęśliwa.

Pozdrawiam serdecznie!

Nimwe