Czy można przewidzieć przyszłość?

W komentarzach do poprzedniego wpisu pojawiło się ciekawe pytanie :

 

„Pani Beato a czym, według Pani, jest to zaglądanie w przyszłość? Czy to odczytanie jednego z wielu scenariuszy, który akurat „wpadł” nam do głowy czy też przyszłość jest z góry zaplanowana a my nie możemy już nic zmienić? „

Postaram się odpowiedzieć najlepiej jak potrafię. Pragnę jednak podkreślić, że są to moje prywatne przemyślenia i absolutnie nie uważam się za samozwańczego i nieomylnego znawcę wszechrzeczy.

Jak mawia mój znajomy „kosmos jest zbyt wielki, żeby można było coś ostatecznie zaplanować ”. W jego wersji jest to opinia mocno podbudowana pokładami humoru, ale trudno odmówić jej racji. Moim skromnym zdaniem przewidzieć czy też innymi słowy odczytać można tylko to, co zostało już pomyślane, choć niekoniecznie postanowione. Przy założeniu, że wszystkie myśli, które emituje mózg ulatują w przestrzeń, ale nie po to by bezpowrotnie zginąć tylko pozostać w swoistej bazie danych jaką jest pole morficzne, odczytanie ich wydaje się być jedynie problemem technicznym. Problem ten, przy pewnym nakładzie pracy można rozwiązać i z lepszym lub gorszym efektem korzystać z tejże „bazy danych”. Posłużę się przykładem z życia wziętym.

Przyszła do mnie pani Halina, przed którą stoi poważne wyzwanie. Ubiega się o stanowisko kierownicze. Z wielu kandydatów wybrano i zaproszoną na rozmowę kwalifikacyjną właśnie ją. Halina chce wiedzieć czy rozmowa będzie miała dla niej korzystny efekt i jak ma się zaprezentować żeby wypaść najlepiej. Oczywiste jest, że istnieje już w przestrzeni „baza danych” dotycząca kandydatury Haliny na to eksponowane stanowisko. Ktoś przeglądał liczne CV i z konkretnych powodów wybrał właśnie ją, zaprezentował i uzasadnił swój wybór osobie decyzyjnej, która również przemyślała swoje stanowisko i wyraziła chęć poznani Haliny osobiście. W tej sytuacji możemy prognozować jakie cechy uznano za kluczowe (bo kwalifikacje kandydaci mieli zbliżone) i scharakteryzować osobę, z która Halina spotka się lada dzień. Wiedząc któż zacz, można przyjąć dogodną dla siebie strategię. Zaproponowałam żeby Halina podkreśliła jak ważna jest dla niej rodzina i dzieci. Z początku pomysł ten wydał jej się wręcz niebezpieczny. Okazał się jednak strzałem w dziesiątkę. Jej szef uważał, że kto szanuje rodzinę szanuje też pracę.

Inny przykład. Młoda dziewczyna pyta „czy chłopak, z którym się spotyka myśli o niej poważnie” Odpowiedź była jednoznaczna, myśli bardzo poważnie, ale jednocześnie planuje daleki wyjazd. Jeśli ona o tym nie wie to w jej interesie jest zapytać chłopaka, czemu ukrywa tak istotny dla ich związku fakt? ( Nie ważne w jakim stadium realizacji jest dany plan, wystarczy że zaistniał chociażby w myślach. ) Chłopak obawiał się jej reakcji, a trafiała mu się wyjątkowo atrakcyjna oferta pracy. Był zaskoczony i dociekał skąd ona się o tym dowiedziała. (Podejrzenie padło na mechanika, z którego usług oboje korzystali. Mechanik jako jeden z nielicznych wiedział o planowanym wyjeździe. Bardzo mnie to rozbawiło.)

Są to przykłady banalne, ale chodzi mi jedynie o uchwycenia samego mechanizmu. Ranga problemu jest tu sprawą drugorzędną. Refleksja pozostaje ta sama:

Gdyby nie istniała globalna baza danych  to skąd miałabym pozyskiwać takie informacje?

Pilot samobójca również planował swój czyn.( Nie był zresztą jedynym pilotem, jaki popełnił samobójstwo rozszerzone o wszystkich pasażerów i członków załogi.) Stąd właśnie wziął się mój sen.

Oczywiście „to co nam wpada do głowy” jest tylko jednym z możliwych scenariuszy. Innymi słowy jest on aktualny dziś – tu i teraz. Jest on również statystycznie najbardziej prawdopodobny. Inna sprawa to wizje profetyczne, które stanowią przepowiednię wydarzeń odległych. Tutaj trzeba przyjąć do wiadomości dwa fakty. Pierwszy (dla niedowiarków) jest taki, że politycy, rządy czy chociażby przywódcy różnych grup wyznaniowych, planują swoje działania z dużym wyprzedzeniem. Wiele posunięć jest obmyślonych i zatwierdzonych do realizacji całe lata wcześniej niż dowiaduje się o tym opinia publiczna. Na przykład strategie wojskowe i związane z nimi nowe typy broni, przewroty, pucze i wszelkiej maści rewolty.Druga informacja (dla wierzących) jest taka, że nawet najbardziej „wydajny” prorok może się mylić, lub źle zinterpretować swoją wizję. Powód omyłki bywa banalny, na przykład prorok nie zna konkretnej technologii.Znamienny jest jeszcze jeden fakt. Często prorokami byli ludzie prości, niepiśmienni, którzy poza swoja wioską świata nie widzieli. Trudno więc podejrzewać ich o prognozowanie na podstawie znajomości faktów, zagadnień politycznych czy socjologicznych. Okazuje się, że w tym wypadku IQ nie ma znaczenia.

Kolejne zagadnienie to samoistne „podłączanie” się do „bazy danych”, które zdarza się głównie we śnie i często dotyczy osób przypadkowych, a przynajmniej nie zabiegających o taka wiedzę. Oczywistością wydaje się fakt, że to właśnie we śnie jesteśmy sobą i pozbywamy się krępujących nas więzów i uprzedzeń. Otwarty umysł przyjmuje więcej informacji, niż umysł rozproszony tysiącem bodźców i „zapieczętowany” przekonaniem, że nam się to nie przytrafi. Takie zdarzenie to dobry pretekst do zastanowienia nad tym jak bardzo lekceważymy własną intuicję i ile na tym tracimy.

Moim zdaniem nic nie jest  z góry przesądzone. Gdyby było inaczej wolna wola, która jest cechą przypisaną tylko wolnym duszom i nieodzowna dla ich rozwoju osobistego, stałaby się farsą niegodną Stwórcy.

 

 

„Druga szuflada” czyli opera mydlana po polsku

Dzisiejsza historia opowiada nie tylko o doświadczeniu paranormalnym, ale odnosi się również do sfery obyczajowej. Generalnie stronię od tematów, które dotykają wprost kwestii religijnych . Chociaż wiadomo, że każda instytucja tak wyznaniowa jak i świecka nie uniknie patologii. Jak wspomniałam nie jestem Charlie. Czasami jednak pewnych wydarzeń przemilczeć się nie da, trudno też dyskutować z faktami.

Moja rozmówczyni ma na imię Agata, jej mąż jest lekarzem, a jego brat księdzem. Agata mówi o sobie przekornie „urodzona heretyczka”  . Przez swoje małżeństwo weszła do rodziny, w której praktyki religijne były istotne, a posiadanie w swoim gronie księdza podkreślane i reklamowane zawsze i wszędzie. Jej mąż jako dorosły człowiek zachował wprawdzie znaczny dystans do pewnych tradycji, ale dewocję całej reszty jego rodziny musiała znieść. Kilka lat temu po długiej chorobie zmarł jej teść. Agata usiłowała jakoś podtrzymać na duchu teściową, często do niej dzwoniła, proponowała pomoc. Kiedyś teściowa powiedziała – „najgorsze to są kwestie finansowe, teraz mam do dyspozycji tylko część emerytury taty”. Te słowa, w uszach nieświadomej pewnych spraw Agaty brzmiały jak dąsy rozpieszczonej pani domu. Przecież ten kawałek emerytury to była co najmniej, trzykrotna emerytura przeciętnego Polaka! Pozostawiła tą wypowiedź bez komentarza.

Kilka miesięcy później zmarła również teściowa. Doznała wylewu i mimo, że syn stawał na głowie i chciał ratować ją za wszelką cenę, zgasła nie odzyskawszy przytomności. Organizacją pogrzebu zajęła się Agata. W trakcie uroczystości zwróciła uwagę na dziwne zachowanie swojego szwagra, księdza. Był rozdrażniony i arogancki. Żadnych oznak smutku, tylko gniew. Kilku żałobników również zwróciło na to uwagę i komentowało sprawę krótko „do Watykanu jeździ, robi karierę i w głowie mu się poprzewracało”. Po pogrzebie ksiądz wyjechał podkreślając, że wkrótce się odezwie.

Teściowa przyśniła się Agacie po raz pierwszy dokładnie dwadzieścia jeden dni po pogrzebie.Takie ezoteryczne „oczko”. Nastąpiła krótka przerwa i sny zaczęły się powtarzać z męczącą regularnością. Teściowa jak mantrę powtarzała te same słowa. „Jesteś zaradna, szukaj w drugiej szufladzie. Honor jest najważniejszy” Wytrzymałość Agaty skończyła się kiedy, jak twierdzi, podczas parkowania w podziemiach centrum handlowego, zobaczyła twarz zmarłej w lusterku.

Agata nie potrafiła tego zrozumieć. Owszem było jej przykro z powodu śmierci teściowej, ale nie doznała w związku z tym głębokiej traumy. Po namyśle doszła do wniosku, że wizyta w mieszkaniu teściów i przeszukanie wszystkich „drugich szuflad”, których tam nie brakowało,będzie dla jej psychiki prawdziwym katharsis. Jak pomyślała tak zrobiła. Nie spodziewała się żadnych rewelacji, chciała tylko odzyskać spokój i zdrowy sen. Jak to zwykle bywa, gdy szukamy czegokolwiek, dopiero w ostatniej z „drugich szuflad” znalazła ciekawe rzeczy. Zdjęcie małego chłopca, kilka listów i starannie ułożone dowody wpłaty. Wszystkie jak jeden opiewające na kwotę dwóch tysięcy złotych i skierowane do tej samej kobiety. Bardzo szybko poukładała sobie fakty. ”To było straszne. Takie rzeczy dzieją się w najpodlejszej klasy telenowelach, ale nie w prawdziwym życiu. Wydawało mi się to tak nieracjonalne, że aż śmieszne. ” W domu podzieliła się z mężem tymi rewelacjami. „Twój brat ma syna. Dziadkowie od lat płacili alimenty. Sądząc po datach na dowodach wpłaty, braciszek mocno zapomniał się pod koniec seminarium. Tu masz dokumenty, znalazłam je w mieszkaniu rodziców” Kiedy pierwszy szok minął mąż zapytał Agatę skąd przyszło jej do głowy, żeby rewidować szuflady i szukać Bóg wie czego? To był dla Agaty trudny moment. Mimo wahania wyznała prawdę. Spodziewała się bardzo emocjonalnej reakcji. Zawiodła się srodze. Jej mąż westchnął tylko i powiedział „No tak, cała matka. Jak czegoś chciała zawsze znalazła sposób, żeby to osiągnąć. „ Okazało się, że ten dzień, który dla Agaty zaczął się niemal jak u Hitchcock’a istnym trzęsieniem ziemi, jeszcze się nie skończył. Zadzwonił telefon, a podekscytowany brat- ksiądz poinformował ją, że znalazł już kupca na mieszkanie po rodzicach. Napięcie rosło. Doszło do karczemnej awantury podczas, której mąż Agaty zarzucił bratu kłamstwo, bezduszność i brak jakichkolwiek zasad moralnych tak względem rodziców jak i własnego dziecka. Zapowiedział, że nigdy nie weźmie udziału w żadnym odprawianym przez brata nabożeństwie.

Pomińmy tu rodzinne korowody, podział majątku i tym podobne tematy. Ksiądz chciał sprzedać mieszkanie rodziców i „rozwiązać ostatecznie kwestię dziecka”, wpłacając na konto jego matki okrągłą sumę, co miało zapewnić mu spokój i nie przeszkadzać w dalszej karierze. Jak sam powiedział” trudno żeby jeden błąd przekreślił tyle starań”. Nie osądzam tego człowieka. Od rozliczania uczynków jest Ktoś sprawiedliwy i niezawodny.

Agata przyszła do mnie aby poradzić się w sprawie podjęcia ewentualnego kontaktu z matką dziecka, było nie było to bratanek męża. Nie mogła też zrozumieć, dlaczego ją wybrała teściowa do realizacji swojego celu. Agata nie czuła się w żaden sposób predestynowana do kontaktów z drugą stroną. Zakładała, że w jej życiu nie wydarzyło się nic, co zbliżyłoby ją do tej przestrzeni. Poprosiłam ją aby wyciągnęła z talii kart Tarota jedną, z intencją odpowiedzi na nurtujące ją pytanie  . Intuicyjnie wybrała osiemnastą kartę Wielkich Arkanów, czyli Księżyc. Zapytałam ją czy w dzieciństwie topiła się? Dość spontanicznie wykrzyknęła – „O cholera zapomniałam o tym!”.

Pojawia się pytanie czy rzeczywiście osoby, które albo doświadczyły śmieci, albo znalazły się w stanie zagrożenia życia rzeczywiście mają te szczególne predyspozycje? Odpowiadam: moim zdaniem tak. Problem polega na tym, że wiele osób nie zdaje sobie sprawy czy nie pamięta dokładnie, co wydarzyło się w ich dzieciństwie. Agata nie jest przypadkiem odosobnionym. Jeden z moich rozmówców również zarzekał się, że nigdy nie wydarzyło się nic groźnego dla jego życia. Później skontaktował się ze mną i skorygował swoją wersję. Okazało się, że podczas porodu wystąpiły komplikacje, miał szyję okręconą pępowiną i przyszedł na świat praktycznie bez oznak życia. Mama nie powiedziała mu o tym. Nie miała ochoty, wspominać tych strasznych dla niej chwil. Postaram się w najbliższym czasie wrócić do tego tematu.

Pomoc i opieka z „drugiej strony”

Historia, którą dzisiaj mam przyjemność opisać zrobiła na mnie duże wrażenie. Dla tego bez zbędnych wstępów oddaję głos Pani Marii, która dzięki wsparciu, jakie otrzymała z „drugiej strony” przetrwała koszmar niewyobrażalny dla wielu z nas. Spisałam ta relację prawie dwadzieścia lat temu. Czas najwyższy na publikację.

„Z urodzenia jestem Kresowianką. Do Warszawy przyjechałam, aby kształcić się w Kolegium Nauczycielskim. Przez cały okres nauki mieszkałam z cioteczną babką, osobą w podeszłym wieku i bardzo schorowaną. W ten sposób udało się moim rodzicom połączyć dwie, ważne dla nich sprawy to jest moje wykształcenie i opiekę nad krewną, której sami wiele zawdzięczali. Egzamin zdałam w roku 1939, niestety niedane mi było od września podjąć pracę w wymarzonym zawodzie. Szczęśliwie kamienica, w której mieszkałam z babcią, (bo tak się do niej zwracałam) przetrwała i nie straciłyśmy dachu nad głową. Umiałam szyć na maszynie, dzięki czemu dostałam pracę w zakładzie krawieckim i w ten sposób zarabiałam na skromne utrzymanie. Wynajęłyśmy też pokój jednej pani, która pracowała, jako pielęgniarka. Pewnego razu przyjechał do nas Konrad, serdeczny przyjaciel mojej rodziny. Przywiózł straszne wieści. Rosjanie zaraz po zajęciu miasta aresztowali moich rodziców. Wykształceni Polacy byli im solą w oku. Ojciec został zamordowany, a mama zmarła w więzieniu, prawdopodobnie na tyfus. Konrad powiedział, że odnalazł mnie i przekazał te wiadomości abym przypadkiem nie próbowała tam wracać. Obiecał, że w miarę możliwości postara się nami opiekować. Po jego wyjściu babcia straciła przytomność. Nie wytrzymała tego ciosu, moja mama zastępowała jej córkę, której tak pragnęła. Dzięki pomocy naszej lokatorki udało się umieścić babcię w szpitalu. Niestety mimo wszystko zmarła. W ten sposób zostałam sama. Miałam wprawdzie jeszcze jedną bliską krewną, ale w tamtym czasie nie myślałam, żeby wyjechać z Warszawy. Zaprzyjaźniłam się z nasza lokatorką. Miała na imię Ewa i to ona wprowadziła mnie do konspiracji. Nie byłam specjalnie zaskoczona, kiedy moją przysięgę przyjmował nie, kto inny jak Konrad.  Okupację aż do Powstania przetrwałam bez wpadki. Oczywiście w Powstaniu brałam czynny udział i odcisnęło ono na mnie straszne piętno. Do dzisiaj śnią mi się koszmary z tym związane. Po upadku przedostałam się do znajomej na drugą stronę miasta. Później spotkałam pewna panią, która powiedziała, że moja ciotka mieszkająca w Łodzi przeżyła i mieszka pod starym adresem. Chciałam pracować, żyć normalnie i nie wikłać się już w politykę. Ciotka Józefa przywitała mnie z otwartymi ramionami. Powiedziała, że obydwaj jej synowie zginęli i będzie jej raźniej w moim towarzystwie. (Po wielu latach nazwisko jednego moich kuzynów pojawiło się na liście pomordowanych w Charkowie). Miałam kwalifikacje i szybko znalazłam pracę. Jakaż byłam szczęśliwa wśród tych małych, niewinnych istot. Zwróciłam uwagę, że ciotka kilka razy wróciła do domu bardzo późno, ale wytłumaczyła mi, że odwiedza schorowaną znajomą. Pewnego dnia do naszego mieszkania wpadła bezpieka. Przewrócili wszystko do góry nogami, nawet tapety zrywali. Zostałyśmy aresztowane. (Mój drugi kuzyn odnalazł się i skontaktował z matką, udało mu się zbiec za granicę). Ciotka szybko zrozumiała, że była śledzona. Wiem, że nie naraziła mnie celowo. Po prostu radość ze spotkania syna przesłoniła względy bezpieczeństwa. Zaczęli ode mnie. Bili strasznie, chcieli adresów i kontaktów, a ja przecież naprawdę nic nie wiedziałam. W nocy zaciągnęli mnie do takiego małego pomieszczenia, myślałam, że mnie tam zabiją, ale to był karcer. Chciałam popełnić samobójstwo. We włosach miałam spinkę, której koniec był bardzo ostry. Nagle zrobiło mi się słabo. Kiedy oprzytomniałam zobaczyłam dziewczynę. Była strasznie skatowana, siedziała blisko mnie, bo tam było strasznie ciasno. Przekonywała mnie, że jutro już nie będą tak mocno bić i żebym nie podcinała żył. Zaznaczam, że widziałam ją wyraźnie i nie była to ulotna postać z ektoplazmy. Czułam jej ciepło. Zasnęłam, a kiedy się zbudziłam jej już nie było. Następnego dnia zabrali mnie do pokoju przesłuchań i pokazali mężczyznę. Jego twarz to była miazga, nawet gdybym go znała i tak bym nie rozpoznała. Owszem były wyzwiska i szykany, ale nie bili tak jak poprzednio. Później konfrontowano mnie z ciotką Józefą, która na mój widok zemdlała. Dwa dni później zmarła na wylew. Przestali mnie dręczyć, bo ktoś inny sypał i mieli, co chcieli. Trafiłam do więziennego szpitala. Przyznałam lekarce, że od samobójstwa odwiodła mnie ta dziewczyna. Opisałam ją dokładnie. Lekarka powiedziała, że do karceru nigdy nie wsadzają po dwie osoby. Natomiast opis pasowałby do dziewczyny o pseudonimie Julka, która właśnie w tym miejscu pozbawiła się życia przy pomocy trucizny. Było o tym strasznie głośno w więzieniu, bo bezpieka chciała wykryć, kto jej dostarczył ampułkę. Nie udało im się odkryć winnego.

Oczywiście znaleźli na mnie paragraf i dostałam dziesięć lat. Siedziałam prawie rok, kiedy Julka pojawiła się ponownie. Zobaczyłam ja przy oknie. Popatrzyła na mnie i powiedziała „jutro twoje urodziny, ale będziesz miała prezent”. Rzeczywiście miałam. Umarł niejaki Soso, szerzej znany, jako Stalin. Pojawiła się nadzieja na amnestię. Zapadłam na zapalenie płuc. Znowu zobaczyłam Julkę. Kazała mi się trzymać, powiedziała, że niebawem zaznam wolności. Ja wiedziałam już, że Julka nie jest z tego świata, ale tak bardzo jej potrzebowałam. Wymarzona wolność nadeszła. Dzięki pomocy więziennego spowiednika dostałam pracę. Była to głęboka prowincja, ale oferowali mieszkanie w pokoju na terenie szkoły. Im dalej od centrum życia tym lepiej. Dzieci jak dzieci tyle, że bardzo zaniedbane edukacyjne. Pierwszej nocy w nowym miejscu przyszła do mnie Julka. Zapewniała, że teraz spodziewać się mam samych dobrych chwil. Poznałam tam mojego przyszłego męża, który trafił do tej wiejskiej szkoły po przejściach podobnych do moich.

Jestem osobą o umyśle ścisłym, myślę racjonalnie, ale jednocześnie nie mogę zaprzeczyć widzeniu istoty, która nie była materialna. Zbyt wiele jej zawdzięczam i negowanie tego faktu byłoby wprost niemoralne. Modlę się za nią i dziękuję Bogu, że mi ją przysłał na pomoc i opamiętanie.

 

„W Palmirach zagłada wielu…”

Dzisiejszy wpis nawiązuje do tematu chirologii i stanowi przykład tego, jakim wielkim darem, a jednocześnie przekleństwem może być jasnowidzenie. Jest to historia spisana przeze mnie już dawno temu. Cierpliwie oczekiwała w kolejce do prezentacji na blogu.

Rzecz cała dzieje się w roku 1938. Trzy przyjaciółki, a jednocześnie świeżo upieczone maturzystki, postanawiają wybrać się do wróżki. W tym wieku naturalne jest, że życie daje więcej pytań niż odpowiedzi. Czasami jednak trudno jest czekać, zwłaszcza, jeśli znaki zapytania stawia samo serce. Dla rozróżnienie nadajmy tym pannom imiona Anna, Zofia i Krystyna. Całą wyprawę zaaranżowała Anna najbardziej energiczna i niecierpliwa w tym towarzystwie. Bardzo chciała zostać lekarzem. Była to rodzinna tradycja, jednak do tej pory kontynuowana tylko przez mężczyzn. Anna byłaby pierwszą kobietą, która w tej familii stanie kiedyś przy stole operacyjnym. Romantyczna Zosia była po raz kolejny na zabój zakochana i chciała wiedzieć, czy obiekt jej westchnień również pała uczuciem. Wcześniejsze jej miłosne lokaty były raczej mało trafione. Rezolutna i nad wiek dojrzała Krystyna poszła właściwie dla towarzystwa. Oczywiście marzyła o studiach matematycznych, ale nie miała złudzeń, że jedynym miejscem gdzie będzie prowadzić jakiekolwiek obliczenia pozostanie sklep jej rodziców.

I tak pewnego pięknego dnia dziewczęta pojechały poznać swoją przyszłość. Wróżka była bardzo znana i polecana, choć z wiekiem jej dziwactwa nasilały się, co utrudniało kontakt. Mieszkała w niedużym, ale eleganckim domu. Całym dobytkiem (tudzież psami i kotami, które kręciły się w sporej gromadzie po budynku i ogrodzie), oraz samą wróżką opiekowała się Magda. Prosta dziewczyna, którą wróżka uratowała z niemałej życiowej opresji.

Pierwsza do gabinetu wróżki weszła oczywiście Anna. Wróżka obejrzała jej dłonie, a następnie rozłożyła karty, których symbolika nieco Annę przerażała. Po chwili namysłu dostała odpowiedź:

-Zostaniesz lekarzem i będziesz miała wielu pacjentów. No moja droga ty w życiu nie zaznasz nudy. Na osłodę powiem ci, że w miłości będziesz bardzo szczęśliwa.

-Czy będę chirurgiem tak bardzo chcę operować. Niezwykle mnie interesuje zwłaszcza ta dziedzina medycyny. Jest trudna, ale ja się nie boję wyzwań.

Kobieta wpatrywała się w Annę przez dłuższą chwilę, po czym rzekła:

-Czy, jeśli ci powiem panienko, że ludzie będą prosić, aby twoje ręce przyniosły im ulgę to umocni twoje powołanie?

– Zdecydowanie tak!

*

Po wybuchu wojny Anna kontynuowała studia medyczne na tajnych kompletach. Podczas powstania ludzie niejednokrotnie błagali, aby przyniosła im ulgę. Wiele razy operowała tak długo, aż ręce mdlały jej ze zmęczenia. To właśnie ta pani opowiedziała mi historię o niezwykłej wróżce-wizjonerce.

*

Jako druga weszła Zosia z pytaniem „kocha czy nie kocha?”.

-Dziecko on ciebie kocha. Ciesz się tym.

-Czy on będzie ze mną aż do śmierci?

( – pytanie pełne egzaltacji, ale cóż uczucia mają swoje prawa)

-W pewnym sensie nawet śmierć was nie rozdzieli.

Zadowolona Zosia wyszła z gabinetu wróżki z uśmiechem od ucha do ucha. Nie analizowała jej słów. Najważniejsze było, że ON ją kocha. Może to i dobrze, że nie zwróciła uwagi jak bardzo posmutniała wróżka mówiąc o przyszłości.

*

Zosia i jej ukochany zginęli  walcząc w powstaniu. Według relacji świadków nie wyszli z kanałów. Rzeczywiście śmierć ich nie rozdzieliła.

*

Krystyna usiadła naprzeciw wróżki i bez przekonania podała jej dłoń. Kobieta najpierw przez chwilę oglądała dłoń, po czym przymknęła oczy i zaczęła lekko kołysać do przodu i do tyłu. Krystyna relacjonując swoim koleżankom przebieg wydarzeń podkreśliła, że ten dziwny stan trwał długo i w końcu nabrała przekonania, że starsza pani po prostu usnęła. Kiedy dziewczyna chciała wstać i dyskretnie opuścić gabinet, kobieta ocknęła się i patrząc na Krystynę półprzytomnym wzrokiem, wyszeptała :

-W Palimirach zagłada wielu i twoja zagłada.

Krystyna bezwiednie krzyknęła : – co pani opowiada?

Wróżka zaczęła wykrzykiwać to złowieszcze zdanie raz za razem. Przy czym płakała i zerwawszy się z fotela biegała w kółko po pokoju. Na szczęście Magda była w pobliżu i zajęła się nią troskliwie. Dziewczyny wyszły czym prędzej , targane zgoła skrajnymi emocjami.

*

Krystyna rzeczywiście zginęła w Palmirach.

Wróżka zmarła krótko przed wybuchem wojny. Podobno tuż przed śmiercią kaleczyła sobie palce i własną krwią malowała na ścianach swastyki. Magda opiekowała się nią troskliwie do samego końca.

 

Pod Kukułką

W związku z historią, którą pragnę dzisiaj opisać, nurtuje mnie pewna kwestia. Czy między zwierzęciem, a duchem może dojść do swego rodzaju mistycznej relacji? Z wielu różnych teorii przemawia do mnie ta: zwierzęta nie maja wolnej woli w tym sensie, że nie dostrzegają różnic moralnych między swoimi czynami. Innymi słowy skoro ich nie pojmują to nie są zdolne do świadomego wyboru między dobrem, a złem. Służą osobie, która w jakimś sensie ma nad nimi władzę. Jeśli dodatkowo założymy, że autonomia świata pozagrobowego jest ogromna i śmiało można powiedzieć, że rządzi się on własnymi prawami to właściwie taka sytuacja jest możliwa. Przynajmniej teoretycznie można założyć, że duch bliskiej nam osoby, aby przekazać wiadomość o czymś, co przyniesie nam korzyść może posłużyć się zwierzęciem. Inaczej nie jestem w stanie wytłumaczyć sobie opisanego poniżej przypadku.

Pani Justyna wraz ze swoją mamą Hanną wojnę przetrwały dzięki krewnym, którzy po prostu nie pozwolili im wrócić do domu, uznając podróż za zbyt ryzykowną. Miasto, w którym obie przyszły na świat stało się łupem wojennym Rosjan. Pani Hanna drżała o życie swoich rodziców, zwłaszcza, że dochodziły do niej straszne wieści na temat postępowania Rosjan wobec polskiej inteligencji. Z czasem udało się jakoś przekazać wiadomość. Hanna dowiedziała się, że matka ocalała, ale ojca zabrali. Los polskiego adwokata, piłsudczyka i wielkiego patrioty w tamtych okolicznościach był przesądzony. Kolejnym ciosem była wiadomość o śmierci ojca Pani Justyny. Zginął już w pierwszych dniach wojny. Jej mama załamała się całkowicie. Jednym słowem, gdyby nie życzliwość krewnych, ich bezinteresowne wsparcie dramat mógłby się jeszcze pogłębić.

Po wielu perypetiach wróciły w rodzinne strony. Ich piękne mieszkanie zajmował jakiś „czerwony arystokrata”. No cóż, zwycięzcy biorą wszystko. W podwórku znajdowała się suterena, a w niej magiel. Pani Hanna odkupiła ten magiel od właścicielki i zamieszkała z córką w pokoiku, który znajdował się na tyłach magla. Było im ciężko. Hanna często wpatrywała się w okna swojego dawnego mieszkania i bezgłośnie płakała. Babcia Justyny zginęła bez wieści. Stara dozorczyni, która przetrwała wojnę, przyniosła ukradkiem wiklinowy kosz, a w nim rzeczy, które nowi lokatorzy chcieli wyrzucić, jako niepotrzebne. Dla Hanny były to pamiątki rodzinne. Długo dziękowała kobiecie za ich przechowanie.

Justyna zaczęła śnić o swojej babci. W tym śnie siedziała na babcinych kolanach słuchając dziecięcej wyliczanki. W pewnym momencie babcia milkła i szeptała do ucha Justyny: – pod kukułką, pamiętaj pod kukułką! Sen powtarzał się dość często. Justyna opowiedziała go matce. Jej mama nie rozumiała przesłania. Powiedziała, że w ich domu nie było nigdy zegara z kukułką i nie wyobraża sobie jak można to wszystko odczytać inaczej. Pewnego dnia pod drzwiami magla znalazły czarną kotkę. Była wygłodzona i poraniona. Przygarnęły ją i odkarmiły. Pewnej soboty kotka zniknęła. Było to bardzo smutne wydarzenie. Następnego dnia po mszy obie kobiety udały się na cmentarz, aby tradycyjnie już pomodlić się za swoich bliskich. Ten swoisty rytuał przynosił ulgę. Justyna rozglądała się po cmentarzu, uwielbiała patrzeć na figury aniołów. Nagle usłyszała miałczenie. Mimo napomnień matki pobiegła w tamtym kierunku. Ku swojej wielkiej radości znalazła kotkę. Zwierzątko było uwięzione w przedsionku do dużego rodzinnego grobowca. Drzwi były wykonane z metalowych, bogato rzeźbionych prętów. Hanna była zdumiona, nie mogła pojąć jak kotka tam weszła. Justyna przyjrzała się płaskorzeźbie wiszącej nad wejściem. Zapytała czyj to grób. Jej mama złapała się za głowę. To grób rodzinny Kukułków! Przesłanie babci poraziło ją niczym grom z jasnego nieba. Dzięki pomocy pracownika cmentarza udało się oswobodzić kotkę. W drodze do domu, matka opowiedziała Justynie o tej rodzinie. Zamożni ludzie, wykształceni, zasiadali nawet w radzie miejskiej. Dziadek przyjaźnił się z nestorem rodu. Justyna zapytała w końcu: mamusiu czy to nie jest wytłumaczenie słów babci? Może ona coś schowała w grobowców tych państwa? Hanna długo biła się z myślami. Minęły miesiące zanim zdecydował się dostać „pod kukułkę”. Rzeczywiście odnalazła niewielką skrzynkę należącą wcześniej do jej matki. Było tam trochę biżuterii i lista osób, u których zapobiegliwa starsza pani ukryła różne przedmioty.

Część osób oddała własność Hanny, niestety nie wszyscy. Kotka już nigdy więcej nie oddaliła się od domu.

Po dwóch latach „czerwony arystokrata” awansował i opuścił mieszkanie. Zostało ono podzielone na dwa mniejsze. Jedną cześć odzyskała Pani Hanna. Na ścianie w pokoju wisiał duży obraz z gatunku „jelenie na rykowisku”. Kiedy kobiety zdjęły go ze ściany okazało się, że zasłaniał napis, który przebijał spod białej farby  „Haniu – pod kukułką”.

 

Sprawa Estery – kirkut w Lesku

Jak wspomniałam w poprzednim wpisie mój niestrudzony towarzysz, czyli Tadeusz zorganizował mi czas również na wakacjach. Przed samym wyjazdem dowiedziałam się tylko, że jest sprawa do załatwienia na kirkucie w Lesku. Już pierwszej nocy po przyjeździe nad Solinę Tadeusz przyprowadził Esterę. Zapytał czy chcę z nią rozmawiać. Oczywiście, że chciałam. Nie sposób odmówić tak uroczej osobie jak ta dziewczyna. Prześliczna, przy tym bardzo skromna. Gdybym miała użyć tylko dwóch sów, aby scharakteryzować jej fizjonomię powiedziałabym: łagodna i smutna.

Wielką trudność dla mnie stanowi opisanie tego, co odwiedzający mają mi do przekazania. To wszystko dzieje się bardzo szybko. Jakbym oglądała film z ich życia w niesamowitym przyśpieszeniu. Obraz zatrzymuje się tylko w najistotniejszych momentach. W historii Estery nie detale są najważniejsze, choć było ich wiele, ale powód, dla którego pokutniczo tułała się od wielu lat. Kiedy do Leska weszli Niemcy, wyjechała z miasta w towarzystwie Polki, która chciała ratować ją za wszelką cenę. Estera miała fałszywe dokumenty, a jej aryjski wygląd ułatwił sprawę. Od razu wyjaśniam, że kobietą nie kierowała chęć zysku, a zgoła inne powody. Obie podróżniczki szczęśliwie dotarły do celu, którym była pewna parafia – proboszcz (o ile dobrze zrozumiałam) był spokrewniony z opiekunką Estery. Niestety wydarzyła się tragedia, kobieta zginęła podczas strzelaniny na jakiejś stacji kolejowej. Ksiądz przez zaufanego człowieka usiłował zapewnić dziewczynce bezpieczne schronienie. I tak przewożono ją z miejsca na miejsce. Większość ludzi zaangażowanych w jej ratowanie zginęła. Estera była świadkiem śmierci ostatniej ze swoich opiekunek.

„Powinnam była zostać z rodzicami. Podzielić ich los w święto Jom Kipur. Wiesz oni wszyscy wtedy zginęli. Moi rodzice, dalsi krewni, najlepsza przyjaciółka. To było moje przeznaczenie. Ofiara Izraela. Pamiętam pożegnanie z mamusią, powiedziała, że tak trzeba, że jak się skończy ten straszny czas to ona mnie znajdzie. Przeżyła moich krewnych zaledwie dwa i pół roku. Za moje życie zapłaciło wielu ludzi, cenę najwyższą. Nie mogę o tym myśleć spokojnie. Tadeusz mówi, że czas iść dalej. „

Zapytałam, co mogę dla niej zrobić.

„Idź do synagogi opisanej, jako dom boży. Zmów modlitwę. Idź na kirkut, pokaże ci gdzie, połóż kamień w moim imieniu”.

Przez moment zobaczyłam obraz kirkutu. Zapamiętałam kilka charakterystycznych szczegółów. Jednak, co do modlitwy pojawiła się pewna niezręczność. Ja nie znam żadnej modlitwy  judaistycznej. Estera wypowiedziała pewien tekst, pozostaje mi mieć nadzieję, że niczego nie poprzekręcałam. Po przebudzeniu nie miałam pod ręką nic do pisania, a zatem musiałam liczyć tylko i wyłącznie na swoją pamięć.

„Boże Abrahama, Izaaka, Jakuba. Dusza, którą mi dałeś była czysta. Ty ją zachowasz. Ty ją odbierzesz. Boże moich przodków ulituj się. Haszem Panie wszystkich dusz.. Skoro nadeszła pora Ty ją zachowaj. Ty ją odbierz.”

Pierwsza część zadania była stosunkowo prosta . Na budynku synagogi widnieje wszak hebrajski napis, który przetłumaczono na język polski „ O, jakimże lękiem napawa to miejsce! Nic tu innego, tylko dom Boży”. W środku znajduje się galeria sztuki. Los mi sprzyjał, nie było żadnych turystów. Odmówiłam modlitwę zgodnie z prośbą trzykrotnie. Gorsza sprawa z kirkutem. Na miejscu okazało się , że jest bardzo rozległy i przy moim braku orientacji w terenie odnalezienie wskazanego grobu mogło okazać się niemożliwe. Zebrałam myśli skupiając się na charakterystycznych elementach. Wreszcie udało się znalazłam to miejsce. Aby dojść do grobu, na którym tak bardzo zależało Esterze, musiałam nieźle się ubłocić i poparzyć pokrzywami, ale było warto.Kamyk spoczął na grobie jej przodków.

 

Solina- historia i dzień dzisiejszy

Tegoroczne wakacje spędziłam nad Zalewem Solińskim. Przepiękna okolica, której urok tak znakomicie oddaje znana piosenka Wojciecha Gąsowskiego „Zielone wzgórza nad Soliną”. Nie będę opisywać krajobrazów, pozostawiam to wybitnym literatom. Niemniej zachęcam do wyjazdu w to wyjątkowe miejsce. Oferty biur podróży kuszą wycieczkami do najodleglejszych zakątków świata, nie zapominajmy, że Polska to piękny kraj i turystycznie ma wiele do zaoferowania.

Kiedy zapadła decyzja o wyjeździe nad Solinę, odwiedził mnie Tadeusz. Powiedział, że dobrze się składa, bo jest sprawa do załatwienia na kirkucie w Lesku. Przekornie zapytałam, czy przypadkiem nie należy mi się urlop? Zaraz po przyjeździe skonstatowałam, że od pewnych tematów doprawdy odpocząć się nie da. Ojciec naszej gospodyni, sędziwy pan okazał się być nad wyraz rozmowny. Szybko zorientował się, że znalazł dobrego słuchacza i opowiadał bez końca. Całe swoje długie (83 lata) życie spędził w Solinie. Bieszczady znał doskonale. Można powiedzieć, że to naoczny świadek burzliwej historii tego regionu. Na pewno spora część naszych rozmów znajdzie swoje miejsce na blogu. Mój rozmówca ma na imię Roman.

Żelaznym punktem programu dla wypoczywających nad Zalewem Solińskim jest rejs statkiem wycieczkowym. Oczywiście i my popłynęliśmy uroczym stateczkiem, aby z nieco innej perspektywy podziwiać bogactwo przyrody. Podczas rejsu dowiedziałam się ileż to betonu i stali zużyto na budowę zapory, że była to największa inwestycja lat 60-tych i w ogóle cud inżynierii budowlanej. Na koniec mimo chodem wspomniano o legendzie związanej z terenami zalanymi podczas budowy, konkretnie z kościołem, którego dzwon można usłyszeć w nocy. Zapytałam o tę legendę zaraz po powrocie na kwaterę.

Starszy pan bardzo się przejął, myślał, że usłyszałam bicie tego dzwonu. Wytłumaczyłam, że dowiedziałam się o tym podczas wycieczki.

„ Jak ktoś ma ten dzwon usłyszeć to i w dzień usłyszy. Ja o tym wiedziałem, ale w to nie wierzyłem. Człowiek się jednak zmienia. Mój dobry znajomy wędkował na Solinie i za dnia usłyszał dźwięk dzwonu. Na samym środku jeziora dźwięk w jakiś sposób wydostawał się spod wody. Był z nim syn, którego bardzo chciał zarazić swoim hobby. Chłopak czytał książkę i twierdził, że nic nie słyszał. Oni nie byli miejscowi, wyjechali jeszcze tego samego dnia. Ten, co słyszał bicie dzwonu zginął dwa dni później. Tragiczny wypadek na motorze.”

Prosiłam Pana Romana, aby opowiedział mi o budowie tamy. Potwierdził, że zatopiono kościół w Wołkowyi, wyburzono cerkiew , klasztor gdzie mieszkały siostry zakonne i w sumie pięć cmentarzy oraz miejsce gdzie zakopywano padłe zwierzęta.

„Teoretycznie szczątki ekshumowano i przeniesiono w inne miejsca. Jeden, co przy tych cmentarzach pracował kiedyś chyba wypił za dużo i zaczął opowiadać. Wybierali tylko z grobów zadbanych, gdzie były krzyże. Stare zapadłe mogiły ich nie interesowały. Cały czas byli poganiani i mieli zwyczajnie dosyć takiej roboty za marne pieniądze. Na pewno sporo grobów został nieodkrytych. Do dziś różne rzeczy wypływają jak poziom wody znacznie się obniży. Najgorzej było w latach 90 -tych. Poziom wody opadł ze 20 metrów albo i lepiej. Nie wiem czy pani o tym gdzieś przeczyta, ale i kawałki trumien i kości ludzkie wypływały. Jak jest wysoka woda to nic się nie dzieje , dno muliste to wszystko przykrywa. Oczywiście kościoła, cerkwi i tego klasztoru nikt nie rozbierał jakoś delikatnie z szacunkiem. Wszystko na dziko, jak barbarzyńcy. Najgorzej było jak kościół w Wołkowyi rozbierali. Ludzie chcieli go bronić. Pełno było milicji i bezpieki. Ci, co głośno krzyczeli tych duże nieprzyjemności spotkały. Szarpali ściany hakami, ciężki sprzęt zrównał wszystko z ziemią. Do tego rozpętała się taka straszna burza, pioruny waliły jak szalone. Wiatr mało głów nie pourywał. Istny koniec świata. Starzy ludzie wołali, że to sam Bóg daje znak, że popełniane jest świętokradztwo. Nic nie powstrzymało wyburzenia. No i wybudowali zaporę. Boże, ile przy ty ludzi zginęło. Jakby ktoś to całe przedsięwzięcie przeklął. Propaganda sukcesu tylko to się liczyło. Chyba to Stalin coś takiego powiedział, że ludzi nie trzeba oszczędzać, bo człowieka łatwo zrobić, a maszynę trudno. Tak właśnie było. Nikt nie oszczędzał ludzi. Wie pani ja już jestem stary, ale czasami taka myśl przyjdzie do głowy czy to sama natura mści się za zaburzenie swojego porządku? Przyjeżdża tylu turystów i dobrze, bo mieszkańcy muszą z czegoś żyć. Szkoda tylko, że Zalew przyciąga samobójców. Niech mi pani powie jak to jest, że ktoś przyjeżdża z dajmy na to Gdańska, żeby się nad Solina zabić? Coś jest w tej tamie, niech się pani nie śmieje, ale czasami zastanawiam się, czy to jakaś diabelska siła, czy to się da wytłumaczyć naukowo. Może te turbiny emitują jakąś energię i ona działa na słabsze osoby, na ich psychikę?”

Wypowiedź Pana Romana zrobiła na mnie spore wrażenie, czego nie ukrywam. Faktem jest, że kiedy spacerowałam po samej zaporze, w pewnym momencie poczułam się dziwnie. Oczywiście nie miałam myśli samobójczych, ale odebrałam jakąś  obcą, nieprzyjazną energię. Nie jestem zawodowym radiestetą, jednak uważam, że nie od rzeczy byłoby zbadać to miejsce pod kątem radiestezyjnym właśnie. Być może takie sztuczne spiętrzenie wody, której energia wyzwalana jest w sposób kontrolowany ,  prowadzi do zaburzeń w polu energetycznym człowieka. Postaram się zasięgnąć opinii eksperta.

Co do historii związanej z kirkutem w Lesku to opiszę ją niebawem.

 

 

 

 

Światopogląd materialistyczny

Chciałabym dzisiaj przedstawić rozmowę sprzed kilku dni. Utkwiła mi ona w pamięci, ponieważ w obrazowy sposób pokazuje jak bardzo się od siebie różnimy i jak dalece te różnice kształtują nasze widzenie świata.

Moja rozmówczyni to kobieta około sześćdziesiątki, bardzo drobnej postury, niezwykle energiczna o ekspresyjnym sposobie bycia. Przy tym szalenie elegancka i zadbana. Zawodowo związana z projektowaniem budynków. Wykształcenie wyższe, studia inżynierskie. Rozmawiałyśmy wcześniej kilka razy. Zastanowiło mnie skąd u tak delikatnej fizycznie istoty tyle pragmatyzmu i surowej logiki myślenia. Staram się nie ulegać stereotypom, ale chyba każdy patrząc na ten klasyczny przykład „filigranowej urody”, zakłada, że raczej leży i pachnie, a jej myśli krążą wokół poezji, nie wyceny żelbetonu.

Ponieważ była ubrana na czarno, niemal odruchowo zapytałam, co się stało. Okazało się, że zmarł jej teść, z którym była silnie związana uczuciowo. Cała rodzina odczuwa tę stratę. Jej teść został umieszczony w szpitalu specjalizującym się w problemach neurologicznych. Znam ten szpital.

– „ To się stało tak nagle zabrali go do szpitala i od razu powiedzieli nam, że to udar mózgu. Mój mąż z tych nerwów dostał jakiegoś strasznego rozstroju żołądka. Pół nocy się męczył, a rano było niewiele lepiej. Postanowiłam, że sama pojadę na miejsce dowiedzieć się o stan zdrowia teścia. Wyjechałam wcześnie żeby zaraz po obchodzie rozmawiać z ordynatorem. Nie ma pani pojęcia, jaką idiotkę z siebie zrobiłam w tym szpitalu, aż mi wstyd się przyznać. Zaparkowałam samochód spory kawałek od wejścia, wszystkie miejsca bliżej były zajęte. Szłam dość wolno, bo wie pani tam wszędzie są te kocie łby i obcasy mi się zapadały w szpary między kamieniami. Nagle zobaczyłam mojego teścia stojącego na schodach przed budynkiem. Miał na sobie piżamę, którą mu wcześniej przywiozłam i machał do mnie ręką. Uśmiechał się i szczerze to wyglądał jakby mu nic nie było. Matko moja, zaczęłam biec. Myślałam, jak można dopuścić, aby człowiek w takim stanie wyszedł na zewnątrz budynku? Widziałam go wyraźnie. W pewnej chwili mało się nie przewróciłam, a obcas zablokował się na dobre. Na chwilę odwróciłam głowę, musiałam jakoś się uwolnić. Kiedy mi się to udało teścia już tam nie było. Wpadłam na oddział jak ostatnia wariatka. Zrobiłam karczemną awanturę pielęgniarkom za to, że nie pilnują pacjentów. Wreszcie jedna z nich powiedziała żebym się uspokoiła i usiadła. Zaczęła tłumaczyć, że coś musiało mi się przywidzieć. Obchód jest opóźniony i wszyscy pacjenci czekają w łóżkach. Nadmieniła, że na całym oddziale jest tylko kilku pacjentów, którzy są w stanie samodzielnie się poruszać. Zapytałam, czemu obchodu jeszcze nie było. Pielęgniarka powiedziała. Że najpierw stan jednego z pacjentów gwałtownie się pogorszył i został przeniesiony na salę intensywnej terapii. Później okazało się, że inny pacjent zmarł i to był właśnie mój teść. Stało się to około pół godziny przed moim „spektakularnym wejściem”. Nie zdążyły nawet zadzwonić. Nogi się pode mną ugięły. Zaczęłam je przepraszać za moje zachowanie. Powiedziały, że się nie gniewają, że to stres, zmęczenie i tak dalej. Nie mogę sobie wybaczyć, że z powodu jakiegoś przywidzenia zbeształam te kobiety. Jeszcze w życiu nie zrobiłam z siebie takiej idiotki.”

Przez myśl mi nie przeszło, żeby przedstawić mój punkt widzenia względem jej „przywidzenia”. Dane jej było piękne pożegnanie ze strony bliskiego człowieka, nie każdy tego  doświadcza. Jednak nie sądzę, aby takie argumenty trafiły do mojej rozmówczyni. Jej świat jest zamknięty w ścisłych ramach określonych paradygmatem nauki. Oczywiście pocieszyłam ją i zapewniłam, że pielęgniarki pracujące na tak ciężkich oddziałach nie raz doświadczają różnych, często bardzo emocjonalnych reakcji ze strony rodzin pacjentów. Jej „wyczyn” na pewno nie jest aż tak wyjątkowy jak się wydaje. Teść był już w podeszłym wieku i odszedł spokojnie, bez cierpienia i męki psychicznej. Ufam, że po tej rozmowie trochę kobiecie ulżyło.

Zastanawiam się jak wiele osób zupełnie obojętnie przechodzi obok cudownych rzeczy, które dzieją się w ich życiu? Zawsze, kiedy o tym myślę dochodzę do wniosku, że jednak wolę swoje „nawiedzenie” ( z wszystkimi tego stanu wadami i zaletami) niż owo przysłowiowe „racjonalne myślenie”, które moim zdaniem ogranicza i zamyka nas, utrzymując umysł w ryzach „szkiełka i oka”.

Jeszcze raz o rzeczach z drugiej ręki

Dzisiaj chciałabym sięgnąć do historii sprzed kilkunastu lat. Moja koleżanka i ja podjęłyśmy pierwszą pracę praktycznie w tym samym czasie. Monika pracowała w Kancelarii Adwokackiej założonej przez dwóch młodych prawników. Jeden z nich był jej sąsiadem i sam zaproponował współpracę. Obaj panowie mieli wielkie ambicje i udało im się wejść do palestry, która jak wiadomo jest środowiskiem niezwykle hermetycznym, mimo braku odpowiednich koneksji rodzinnych. Monice pracowało się tam bardzo dobrze. Bez problemów mogła kontynuować własne studia i nie obciążać rodziców ich kosztami. Pewnego razu zadzwoniła do mnie mocno poddenerwowana i prosiła o pilne spotkanie. Chciała koniecznie abym przyszła do Kancelarii pod nieobecność adwokatów. Spełniłam jej prośbę. Pracowałyśmy bardzo blisko siebie, więc zwolniłam się pod jakimś pretekstem i poszłam odwiedzić koleżankę. Drzwi do kancelarii były uchylone, kiedy Monika zauważyła, że idę wyszła na korytarz i zakomunikowała; – Nastaw swoje czujniki tam coś jest. Zauważyłam, że ma bardzo zasinioną dłoń, zapytałam, co się stało.

-Wiem, że to zabrzmi idiotycznie, ale biurko mnie atakuje.

Szczerze mówiąc zdębiałam. Monika zawsze była osobą bardzo trzeźwo myśląca, żyła zdecydowanie orientując się na „tu i teraz”. Jej pogodne usposobienie i zaraźliwy wręcz optymizm dodawał otuchy wielu osobom w tym i mnie. Postanowiłam pomóc, a przynajmniej wysłuchać, co ma do powiedzenia. Nalegała, aby opowiedzieć mi pokrótce przebieg wydarzeń jeszcze na korytarzu.

Mieliśmy w Kancelarii kapitalny remont. Chłopaki cały zysk inwestują w wystrój pomieszczeń. Powiększa się grupa eminentnych klientów. Nakupili mebli w Desie i u jakiegoś pośrednika, który też zajmuje się antykami. Najpierw myślałam, że mam przywidzenia, że na przykład drobne przedmioty porozrzucane na biurku to robota nowej dziewczyny. Ona przychodzi około szesnastej i zostaje do zamknięcia. Ja nie dawałam rady, czasami ostatni klient wychodził po dziewiątej wieczór. Słuchaj czuję czyjąś obecność, dziwne zapachy jakby oddech pijaka. Odór wódki wymieszany z papierosami. To coś trzaska drzwiami. Wszystkie kwiaty chorują. Czuję chłodne dłonie na ramionach. Dwa dni temu zostałam sama, na krótko jakieś trzydzieści minut. Znowu poczułam ten odór. Nie wytrzymałam, krzyczałam żeby to się wyniosło. Miałam otwartą szufladę włożyłam rękę do środka dosyć głęboko, bo nie mogłam znaleźć takiej małej pieczątki. Wszystko wyglądało jak scena z tandetnego horroru. Ja wiedziałam, że to stoi za mną, zrobiło mi się zimno. Nagle uwierz lub nie szuflada poruszyła się. Chciałam szybko wyjąć rękę, ale nie zdążyłam. Błagam cię uwierz mi. Nie chcę stąd odchodzić, ale dłużej tego nie wytrzymam. Nawet z toalety korzystam po sąsiedzku. Czuję się podglądana. Jeden z adwokatów też to czuje rozmawialiśmy, kiedy niemal jednocześnie ja poczułam smród, a on poruszył się i powiedział niby żartem „oj chyba śmierć obok mnie przeszłą, jakoś mi się strasznie zimno zrobiło”. Nie wiem, co to jest, ale przywlekli to razem z meblami.

Sprawa przedstawiała się bardzo poważnie. Zapytałam czy wejdzie ze mną, Monika odparła, że tak, ale chce pozostać w pomieszczeniu kuchennym. Wystrój wnętrza zapierał dech w piersiach. Jak mawia mój znajomy „pieniądze kapały ze ścian” Ktokolwiek wszedł tu po raz pierwszy niechybnie nabierał przekonania, że oto znalazła się w miejscu o wieloletniej tradycji, w Kancelarii prowadzonej od pokoleń z wielkimi powodzeniem. Sam fakt, że adwokaci wybrali na siedzibę starą kamienicę tylko uwiarygodnił ten wizerunek. Szczerze powiedziawszy przypomniał mi się jeden z odcinków Czterdziestolatka i epizod z „portretem przodka”. Tylko takiego właśnie portretu brakowało. Moje „czujniki” zareagowały natychmiast. Instynktownie skierowałam się do pokoju położonego na wprost. W tej chwili usłyszałam za sobą głos Moniki, która przez uchylone drzwi powiedziała – tam jest najgorzej, uważaj. Nie bałam się mając przy sobie osobiste wsparcie i ochronę energetyczną mogłam wyjść naprzeciw kolejnej ludzkiej tragedii.

W pokoju znajdowały się dwie istoty. Zdziwiłam się bardzo, bo jedna z nich był opiekun, a druga ta zagubiona duszyczka. Opiekun powiedział – nie mogę go powstrzymać, mogę tylko czekać. Przyjmijmy, że duch miał na imię Marian. Był zły, gdy byle, kto dotykał jego rzeczy. JEGO RZECZY. W myślach zapytałam, czemu atakuje Monikę. Okazało się, że nienawidzi kobiet. Był agresywny krążył wokół roztaczając swój specyficzny „aromat”. Mimo wszystko chciał rozmawiać. Zasugerowałam spotkanie w astralu ( w moim wypadku we śnie). Postawiłam warunek kategorycznie zażądałam zaprzestania wszelkich aktów agresji wobec Moniki i pozostałych osób w Kancelarii, nie wyłączając tych „zapachowych”.

Monice wytłumaczyłam, że na razie istota jest opanowana, a w najbliższym czasie odejdzie całkowicie. Marianek cierpliwy nie był i rozmawialiśmy już najbliższej nocy. Jak podejrzewałam zapił się na śmierć. Jego opowieść można skwitować słowami piosenki „nic nie boli tak jak życie”. Marian pochodził z biednej wiejskiej rodziny. Był bystrym, ciekawym świata dzieckiem. Nowy ustrój otworzył przed nim wiele możliwości. Skończył studia techniczne, a następnie handel zagraniczny. Oczywiście, jako dobry towarzysz był promowany i wspierany prze resztę ferajny. Pierwsze małżeństwo rozpadło się już po dwóch latach. Drugie trwało nieco dłużej, ale również zakończyło się fiaskiem. Marian wspierał swoją rodzinę, która pozostała na wsi. Z czasem ograniczył jednak kontakty do absolutnego minimum. Nie mógł znieść niewybrednych żartów rodzeństwa na temat własnej męskości. Nie spłodził dzieci. Drugie małżeństwo uświadomiło mu jego bezpłodność, żona już podczas sprawy rozwodowej była w ciąży z nowym partnerem. To go dobiło. Marian kupował coraz droższe samochody, meble, ubrania. Zagłuszał i zapijał samotność. Wreszcie ożenił się po raz trzeci. Nowej żonie nie przeszkadzała jego bezpłodność, za to pogłębiająca się choroba alkoholowa owszem. W tym czasie doszło do transformacji ustrojowej i nietrzeźwy Marian nie zdążył odpowiednio się ustawić. Wielu starych druhów nie wyciągało ręki w jego stronę. Próbował się leczyć, bez powodzenia. Umarł na zawał.

W pewnej chwili powiedział, że bardzo żałuje wielu uczynków, skrzywdził przecież mnóstwo osób, a najbardziej siebie. Chciałby przeżyć życie jeszcze raz. Oj, tu cię mam bratku, pomyślałam. Zasugerowałam delikatnie, że może to zrobić. Wystarczy odejść do światła i w odpowiedniej chwili wrócić do nowego ciała. Marian w związku z pracą wiele podróżował był między innymi w Indiach. Zapytał czy to prawda, że może się odrodzić, jako zwierzę. Chyba się tego bał. Odpowiedziałam zgodnie z moją wiedzą.  Jest kilka szkół, część z nich wyklucza możliwość odrodzenia się w ciele zwierzęcia lub pod postacią rośliny. Starałam się wytłumaczyć, że tkwiąc między wymiarami pogarsza swoją sytuację, a dręczenie żyjących jest karygodne. Nie wiem, czemu, ale wyrwało mi się: Marian wierzę w ciebie. Odszedł w asyście swojego przewodnika.

Dwa dni później zadzwoniła Monika. Nikt jej nie atakował, ale koniecznie domagała się rytuału. Nie wiem dokładnie, co miała na myśli. Pewnie coś spektakularnego. Przeczuwałam, że nie odzyska spokoju, jeśli nie dam jej odrobiny „magii”. Dla niej siła perswazji to żaden argument. Oczywiście wróciłam do Kancelarii, paliłam zioła i mantrowałam. Terapia leczenia lęków okazała się skuteczną.

 

Śmierć kliniczna- czy ma konsekwencje astralne

Mój kolega zadał mi bardzo ciekawe pytanie. Zapytał mianowicie czy uważam, że doświadczenie śmierci klinicznej to jakby kolejne wcielenie w tym samym ciele? Wielokrotnie podkreślałam przecież, że stałam się innym człowiekiem. Poruszył też temat układu planet towarzyszących temu wydarzeniu.

Starałam się odpowiedzieć zaglądając w zakamarki własnej duszy. Publikuję ten tekst w nadziei, że pomoże komuś kto sam sobie zadaje podobne pytania lub ma tego rodzaju wątpliwości.

„Jak zwykle poruszyłeś frapujący temat. Nigdy  nie myślałam  o konsekwencjach śmierci klinicznej w ten sposób. Te doświadczenia same w sobie są niezwykle poruszające. Nie ważne jakiego jesteś wyznania lub czy w ogóle wierzysz w Boga. Każdy kto kiedykolwiek spontanicznie opuścił ciało, wraca odmieniony. To, nie bójmy się tego słowa, mistyczne przeżycie skłania do głębokich przemyśleń. Ludzie często odkrywają  samych siebie, odnajdują drogę do Boga, doceniają czas który jest im dany. Dla wielu osób to ostatni dzwonek przed zatraceniem, przed rozmienieniem swojego życia na drobne. Refleksje te mogą być różne, ale zwykle dotyczą tu i teraz. Ktoś zdaje sobie sprawę, że wypasionej fury nie da się zabrać na tamtą stronę. Kolejny wychodzi z nałogu ponieważ uświadamia sobie że poprzez nieśmiertelną duszę jest jedyny i wartościowy. Jeszcze inny uczy się po prostu  doceniać to co ma . Są to często lekcje bolesne, ale zawsze potrzebne. Nie wydaje mi się aby na tym świecie cokolwiek działo się bez przyczyny. Temat przewodni lekcji to stać się lepszą osobą i w tym sensie inną.

Oczywiście planety, gwiazdy, cały wszechświat mają wpływ na człowieka. Niedowiarkom podsuwam przykład związany z energią księżyca. Jeśli jest on w stanie oddziaływać na wodę o objętości oceanu, to jak dalece działa na ciało ludzkie, zbudowane  w minimum 60 % z tejże wody ? Odpowiedź wydaje się oczywista. Skoro astrolodzy konsekwentnie twierdzą, że po śmierci klinicznej, dokładnie z pierwszym oddechem zaczyna się nasze nowe życie i w związku z tym należy horoskop urodzeniowy stworzyć przyjmując inne parametry to pewnie mają rację. Podobnie z portretem numerologicznym. Bardzo podoba mi się określenie , którego użyłeś „reset układu z planetami”.

Czy to jest swoisty „myk duszy”, rozpaczliwie pragnącej zmiany? Być może. Mamy swoich opiekunów, którzy wspierają nas, ostrzegają, po prostu nad nami czuwają. Może dla kogoś taka teoria jest zbyt szalona, ale ja wierzę, że kiedy osoba systematycznie wręcz, niweczy swój plan wcieleniowy to opiekun w akcie desperacji prowokuje taką sytuację aby w konsekwencji doszło do opuszczenia ciała. Na upartego nazwijmy to działanie terapią szokową. Opiekun stawia wszystko na jedną kartę. Jest wielce prawdopodobne, że ów opiekun potrzebuje pomocy konkretnych energii lub projektuje rzecz całą tak aby ponowne narodziny, (choć w tym samym ciele) odbyły się ze wsparciem korzystnego lub bodaj przychylnego układu sił. W tym sensie pisanie horoskopu czy portretu numerologicznego na nowo ma znaczenie. Zapewne odzwierciedli odrodzoną naturę, charakter i bogatszą osobowość.

Tyle z mojej strony. „