„Sumienie zawsze mamy przy sobie ” cz. II

Przedstawiam dalszy ciąg historii „domu przy wierzbach”.

Pani Marylka postanowiła wyjechać w podróż sentymentalna do krainy dzieciństwa. Urodziła się we Lwowie i chciała koniecznie odwiedzić swoje ukochane miasto oraz dawno niewidzianych przyjaciół. Małgosia obawiała się czy starsza pani wytrzyma trudy podróży. Pani Marylka nie ustąpiła. – Jeśli nie teraz to, kiedy? Młodsza już nie będę.- Odpowiedziała stanowczo. Małgosia pomogła jej załatwić wszystkie formalności, razem wybrały się na zakupy. Pani Marylka chciała ofiarować przyjaciołom piękne i bardzo osobiste prezenty. Ona i jej mama zawdzięczały tej rodzinie życie.

Po powrocie Marylka odwiedziła Małgosię hojnie obdarowując lwowskimi pamiątkami i przepysznymi słodyczami. Małgosia z przyjemnością zauważyła, że ta wycieczka podziałała na Marylkę niczym pobyt w ekskluzywnym sanatorium. Wyglądała młodziej, promiennie i radośnie.

Dziecko zanurzyłam się w rzece wspomnień. Moje dzieciństwo było dostatnie i radosne. Otaczało mnie wielu mądrych, kochających ludzi. We Lwowie wszystkie wspomnienia ożyły. Odwiedziłam wiele ważnych dla mnie miejsc. Wiesz, co jest najciekawsze, magia smaków. Kiedy tylko jadłam jakąś potrawę czy słodki przysmak, znany i zapamiętany wcześniej, natychmiast przypominałam sobie mnóstwo twarzy, rozmów i sytuacji.  To było niesamowite. Cały ten czas moi przyjaciele serdecznie się mną zajmowali. Było wiele łez, ale jeszcze więcej radości. Mam też radę dla ciebie. Tak się złożyło, że kiedy wysiadałam z autokaru potknęłam się i uderzyłam w kolano. Myślałam, że skończy się na siniaku, ale kolano spuchło i bolało. Moi przyjaciele zawieźli mnie do zielarki. Często korzystają z jej pomocy, ponieważ mieszka w tej samej miejscowości. Obawiałam się trochę czy uda mi się z nią porozumieć. Los nade mną czuwał, mówiła dobrze po rosyjsku. Ponieważ przyjaciele zapewniali mnie, że ona potrafi zaradzić wszystkiemu, zapytałam czy wie jak odprawić duszę zmarłego, która uparcie trwa przy swoim domu. Chodziło mi oczywiście o biednego Henia. Ta mądra kobieta dała mi następujące wskazówki. Trzeba zmówić modlitwę za zmarłych i poprosić anielskich przewodników o przeprowadzenie tej duszy. Następnie spalić zdjęcie zmarłego mówiąc przy tym „z prochu powstałeś w proch się obrócisz”.

Małgosia zaniemówiła z wrażenia. Być może metoda jest skuteczna, ale skąd wezmę zdjęcie pana Henryka? Marylka wyciągnęła z torebki czarno białą fotografię.

To zdjęcie zrobione lata temu. Mój mąż i Henio postanowili wystartować w konkursie ogrodniczym. Wyhodowali wielką dynię. Ten okaz zapewnił im drugą lokatę. Chwilę triumfu uwiecznili na zdjęciu.

Stara fotografia przedstawiała dwóch mężczyzn wskazujących zamaszystym gestem na gigantycznych rozmiarów warzywo. Jeden tęgi, zażyty jegomość, śmiejący się dosłownie całym sobą. Uosobienie pogody ducha. Drugi szczupły, o melancholijnym spojrzeniu, uśmiechający się ledwie półgębkiem.

Zdjęcie męża chciałabym sobie zostawić, odetnij drugą część i zrób, co trzeba. Jeśli chcesz będę ci towarzyszyć. Szkoda mi Henia, niech wreszcie odpocznie w spokoju.

Rytuał został przeprowadzony następnego dnia. Wydaje się być skuteczny.

Dla pełnej jasności sytuacji – pierwszy raz w życiu słyszę o takiej metodzie. Niemniej nie widzę w niej żadnego zagrożenia ani dla jednej ani drugiej strony. Myślę, że chodzi tu głównie o odcięcie mentalnych więzi między duszą, a miejscem, do, którego jest tak uporczywie przywiązana. Podobno, jeśli nie dysponujemy podobizną osoby zmarłej, możemy narysować sylwetkę taj osoby na kartce papieru i ten symboliczny wizerunek potraktować zgodnie z instrukcją.

„Sumienie zawsze mamy przy sobie „

Jakiś czas temu opisywałam historie pewnego obrazu, który bardzo namieszał w życiu właściciela. Opowiedziała mi ją moja koleżanka Małgosia. Dzisiaj proponuję jeszcze jedną opowieścią tym razem dotyczącą bezpośrednio Małgosi.

Kilka lat temu Małgosia wraz z mężem podjęli decyzje o zakupie domu. Mieli już serdecznie dosyć wynajmowanych mieszkań, które często kryły różne niespodzianki. Od tych natury technicznej do współlokatora nie z tego świata. Przyszłość materialna rodziny rysowała się bardzo optymistycznie, jednym słowem nie było, na co czekać.  Sprawą znalezienia domu, który spełniałby kryteria lokalizacyjne i miał sensowny metraż zajęła się Małgosia. Obejrzała wiele budynków jednak żaden nie wydawał się odpowiedni. Kiedy już nieomal straciła nadzieję pojawiła się jeszcze jedna możliwość –„Dom przy wierzbach”. Małgosia zakochała się w nim od pierwszego wejrzenia. Ładny budynek, rozkład pomieszczeń jak na zamówienie, świetny dojazd do centrum, spory ogród i rozsądna cena upewniły ją, że oto znalazła wymarzoną przystań.

Kiedy  wróciła do siebie i ochłonęła z radosnej euforii zaczęła  na spokojnie ogarniać sytuację. W zasadzie tylko jedna rzecz nie dawał jej spokoju. Wcześniej oglądała dwa domy „po dziadkach”, które wystawione były przez ich spadkobierców. Oba w takim stanie, w jakim zostawił je ostatni lokator. Kafelki w kwiatki, boazeria, miejscami linoleum na podłodze, krótko mówiąc  styl „wczesny Gierek”. Tu było inaczej. Dom został gruntownie odnowiony. Co ciekawe mimo kosztownego remontu jego cena nie odbiegała specjalnie od średniej ceny podobnych domów. Moja koleżanka postanowiła przeprowadzić prywatne śledztwo. Najbliżsi sąsiedzi nie znali poprzedniego właściciela.  Małgosia spacerowała po okolicy zastanawiając się, co robić dalej. W bocznej uliczce odkryła niewielki sklepik, weszła tam i zapytała czy sprzedawczyni znała właściciela „domu przy wierzbach”. Pani potwierdziła, że tak i z przyjemnością wspominała miłego pana Henia. Zapytana czy wie coś więcej na jego temat zaprzeczyła. Niemniej dała Gosi cenną wskazówkę kierując ją do domu pani Maryli, która przyjaźniła się ze zmarłym. Starsza kobieta pielęgnowała akurat ogródek. Małgosia zagadnęła ją, przedstawiła się i  poprosiła o informacje, jeśli takowe posiada. Tłumaczyła, że pewne rzeczy nie dają jej spokoju. Błagalnie patrzyła Marylce w oczy. Pani Maryla zaprosiła ją do ogrodu i opowiedziała o swoim sąsiedzie.

– Henio był bardzo dobrym człowiekiem. Zaprzyjaźniliśmy się jeszcze w czasach, kiedy żyła jego żona i mój mąż. Gdy owdowiałam bardzo mi pomagali, ja opiekowałam się żoną Henryka, kiedy ta zachorowała. Pyta pani, czemu wnuk wyremontował dom?  To bardzo proste, nie miał innego wyjścia. Henio popełnił samobójstwo. Odkręcił gaz i w ten sposób rozstał się z życiem. Wszystko przesiąknięte było zapachem gazu. Trzeba było zrywać tapety i podłogi. Wyrzucić meble. Inaczej nikt by tego domu nie kupił. Mimo tego uważam, że nie ma się pani, czego bać. Powtarzam to był bardzo dobry człowiek. Owszem, dawno temu podjął złą decyzje, co wpłynęło na jego życie i na śmierć. Jeśli nawet jego dusza błąka się wokół domu nie zrobi pani nic złego.

Mąż Gosi również zachwycił się  domem i jego otoczeniem. Zapadła  decyzja o kupnie i przeprowadzce. Małgosia  od pierwszej chwili nie miała wątpliwości, że pan Henryk nadal tam jest. Świadomość jego obecności nie mąciła specjalnie jej spokoju. Raczej wzbudzała litość i prowokowała do szukania sposobu jak pomóc mu przejść na drugą stronę. Dość szybko między Gosią a panią Marylką zawiązała się nić sympatii. Tuż przed Świętem Zmarłych Gosia odwiedziła starszą panią proponując podwiezienie na cmentarz. Pani Maryla była wyraźnie w bardzo nostalgicznym nastroju.

-Pewnie myśli pani czasem, czemu Henio się zabił? Ja to wiem. Wyznał mi, co gnębiło go przez całe życie. On pochodził ze Śląska, jego rodzina miała niemieckie korzenie. Przeprowadzka w te strony miała pomóc mu uciec od przeszłości. Niestety nic to nie dało, sumienie zawsze mamy przy sobie. Henio był młodym chłopakiem, kiedy, dosłownie z ulicy zabrało go Gestapo. Chcieli żeby obciążył zeznaniami swoich sąsiadów. Oni byli Świadkami Jehowy, a faszyści takich nie lubili. Chcieli znaleźć pretekst żeby się ich pozbyć. Henio nie chciał niczyjej krzywdy, lubił tych ludzi i znał od lat. Niestety wystraszył się bicia, tortur. Ci bandyci grozili, że zniszczą jego rodzinę. Podpisał, co chcieli. Jego sąsiedzi zginęli w Oświęcimiu. Heniek po wojnie szukał ich, chciał wiedzieć, co się z nimi stało. Poznał gorzką prawdę i to go dobiło. Myślę, że jego śmierć też była symboliczna. Umarł od gazu, tak jak oni. Jakby chciał rozliczyć się sam ze sobą do końca. Niczego sobie nie oszczędził.

Małgosie bardzo wzruszyła ta historia. Postanowiła, że znajdzie sposób, aby pomóc Henrykowy przejść spokojnie do światła. Wszystko wskazuje na to, że jej się powiodło przy wydatnej pomocy pani Maryli. Opiszę ciąg dalszy niebawem.

Na marginesie dodam, że owi Świadkowie Jehowy byli ludźmi dość zamożnymi. Ich dom był bardzo zadbany i zwrócił uwagę wysokiego ranga gestapowca. Wpadł on na pomysł, że dom byłby idealnym prezentem ślubnym dla jego siostry. Załatwił sprawę swoimi metodami depcząc przy tym niejedno ludzkie życie.

 

Wycieczka do Pragi


Opiszę dzisiaj historię opowiedzianą mi przez moja koleżankę. Bardzo żałuje, że nie chciała sama przelać na papier swoich doświadczeń. Niestety nie dała się namówić.

Małgosia od lat bardzo interesuje się ezoteryka, medycyną naturalną oraz Feng Shui. Stara się leczyć siebie i bliskich metodami naturalnymi i dba o ochronę energetyczną domu. Nie zajmuje się tymi dziedzinami zawodowo, jednak bezsprzecznie posiada dużą wiedzę i doświadczenie.

Małgosia ma starszą siostrę Annę, która od wielu lat mieszka poza granicami kraju. Dwa lata temu siostra zaproponowała jej wspólna wycieczkę do Pragi. Wszystko składało się znakomicie. Mąż Anny razem z synem udali się na męską wyprawę wędkarską. Małgosia wysłała dzieci na obóz pływacki. Miały mnóstwo czasu dla siebie. Anna przyleciała do Polski, pobyły kilka dni razem, a następnie odjechały autokarem na wymarzoną ekskursję. W dzień zwiedzały, wieczorami gadały bez końca. Ostatniego dnia pobytu odkryły sklep ze starociami. Czego tam nie było! Stylowe meble i eleganckie antyczne precjoza mieszały się ze zwykłymi rupieciami. Wiekowe woluminy walczyły o miejsce na półkach z dziełami Lenina przełożonymi na język czeski. Dla dziewczyn była to istna skarbnica rozmaitości. Szperały tam przeszło dwie godziny i oczywiście kupiły kilka rzeczy. Anna wybrała dla siebie między innymi obraz w pięknej ramie. Był to pejzaż przedstawiający ruiny zamku. Wyglądał niczym ilustracja ze starej bajki. Małgosia twierdzi, że od początku czuła niechęć do tego malowidła. Oczywiście podzieliła się swoimi niepokojem z siostrą, ale ta skwitowała sprawę krótko: „ty masz po prostu inny gust”

Anna wróciła do siebie. Już przy wieszaniu nowego nabytku, doszło do nieprzyjemnego wypadku. Mąż Anny zranił się w dłoń. Konieczne była wizyta w szpitalu i szycie. Był to początek pasma nieszczęśliwych zdarzeń, wypadków i chorób, jakie zaczęły nawiedzać tę rodzinę. Gdyby wyliczyć je wszystkie, stanowiłyby kanwę do horroru i to niestety klasy „B” Do tej pory Anna i jej bliscy żyli spokojnie, można by rzec jak przysłowiowe pączki w maśle. Nie chorowali, nie mieli praktycznie żadnych większych problemów. Odmiana losu była dla nich prawdziwym szokiem. Przerażona Anna zadzwoniła do Małgosi i w rozpaczy wykrzyczała w słuchawkę, ”nas chyba ktoś przeklął”. Ponieważ Małgosia nie mogła pojechać do siostry, zaangażowała w sprawę swoją koleżankę, która również mieszka za granicą i to w stosunkowo niewielkiej odległości od Anny. Julia, specjalizuje się w medycynie naturalnej. Małgosia skontaktowała się z Julią i poprosiła, aby ta odwiedziła jej siostrę i zorientowała się w sytuacji. Julia zgodziła się na mały rekonesans.

Niebawem podzieliła się z Małgosią swoimi wrażeniami. Od pierwszej chwili, kiedy weszła do ich domu, dźwięczała jej w uszach stara niemiecka piosenka. Słyszała śpiew kobiet i dźwięki akordeonu. Oczywiście w domu panowała cisza, ta piosenka stanowiła jedynie cząstkę przekazu mentalnego, jaki otrzymała. Zbadała praktycznie wszystkie pomieszczenia i zlokalizowała źródło negatywnej energii właśnie w salonie. Poleciła Annie, aby pozbyła się obrazu, mimo tego, że został przez nią oczyszczony energetycznie. Twierdziła, że nie spotkała jeszcze tak silnego emitera zarówno zieleni ujemnej jak i innej nieznanej energii, która u niej samej wywoływała bardzo złe odczucia. W pewnej chwili dotknęła ramy i miała spontaniczną wizje związaną z wielkim portretem Adolfa Hitlera. Obrazy wisiały kiedyś w jednym pokoju naprzeciw siebie. Julia nie miała ochoty zgłębiać dalszej historii pejzażu.

Anna zdecydowała o usunięciu obrazu z domu. Całą rodziną jechali  do domku letniskowego, który był ich własnością. Zabrali obraz ze sobą. Wyruszyli z mocnym postanowieniem spalenia go przy okazji ogniska, tradycyjnie organizowanego na zakończenie sezonu letniego Zbieg okoliczności sprawił, że nie zdążyli tego zrobić. Mąż Anny musiał wracać do pracy w związku z jakąś awarią. Zostawili obraz w szopie przy domku.

Dwa dni później otrzymali wiadomość, że ich domek spłonął. Włamali się tam jacyś włóczędzy i najprawdopodobniej zaprószyli ogień. Stało się, co się stać miało. Obraz został zniszczony. Zycie całej rodziny wróciło do normy.

Jestem daleka od tego, aby straszyć Państwa i zniechęcać do zakupu przedmiotów wiekowych. Namawiam jedynie do zachowania ostrożności. Jeśli trafia się w otoczeniu życzliwa dusza, która odradza nabycie konkretnej rzeczy , warto rozważyć czy nie ma racji.

 

 

 

 

Uparta Hanka i latające kapelusze

Historia, którą chcę dzisiaj opisać jest moim zdaniem zdumiewająca tak w sferze zjawisk paranormalnych jak i obyczajowych. Niestety nie zawsze uczucia do kolejnych dzieci, które przychodzą na świat w jednej rodzinie, są tak samo ciepłe.

Natalia poznała Andrzeja na szkoleniu organizowanym przez centralę banku, w którym obydwoje pracowali. Andrzej rozwiedziony, starszy o dziesięć lat, dyrektor oddziału. Natalia absolwentka rachunkowości i zarządzania, świeży nabytek działu księgowego. Śmiało można powiedzieć, że była to miłość od pierwszego wejrzenia. Dwoje ludzi stworzonych dla siebie. Niebawem Natalia przeprowadziła się do mieszkania Andrzeja. Żyli razem bardzo szczęśliwie i zgodnie, istna sielanka. Andrzej proponował Natalii zawarcie małżeństwa, ale ona odwlekała sprawę. Chciała najpierw skończyć studia podyplomowe, załatwić sto innych rzeczy. Mówiła, że skoro się kochają papierek może poczekać. Po około dwóch latach Natalia zorientowała się, że jest w ciąży. Nie spodziewała się tego, ale też nie przyjęła tej nowiny, jako katastrofalnej. Przyszły ojciec był dumny i szczęśliwy. Miał córeczkę z pierwszego małżeństwa, którą bardzo kochał. Utrzymywał z nią doskonałe relacje. Andrzej chciał przyśpieszyć ich ślubu. Niestety sprawy zaczęły się komplikować. Natalia była kilkakrotnie hospitalizowana, ciążę lekarz określił, jako wysokiego ryzyka. Po raz kolejny data ślubu została przełożona. Po tych perypetiach, przyszedł na świat zdrowy chłopczyk. Odbyły się chrzciny, na których brakowało jedynie matki Andrzeja, Hanki. Kobieta nie zaakceptowała ani Natalii, ani dziecka, które przyszło na świat. O rozmowę z matką w tej sprawie Andrzej poprosił swoją kuzynkę Basię. Nie odmówiła mu, choć w misję pojednawczą wyruszyła bez entuzjazmu. Mimo, że pani Hanka lubiła Basię i liczyła się w wielu sprawach z jej zdaniem, pozostała nieugięta.

Minęło kilka miesięcy. Andrzej wracał z delegacji, kiedy na jego pas ruchu niespodziewanie wjechał Tir. Kierowca Tira zasnął, doszło do zderzenia czołowego. Andrzej w wyniku doznanych obrażeń zmarł nie odzyskawszy przytomności.

Oczywiście odbył się pogrzeb, na który zjechała cała rodzina. Natalia nie potrafiła pozbierać się po tak dotkliwym ciosie. Spakowała trochę swoich rzecz oraz to, co potrzebne dla maleństwa i pojechała do rodziców. Przebywałam tam ponad tydzień. Wreszcie zmuszona wrócić po jakieś ważne dokumenty, zastała zmienione zamki w drzwiach mieszkania. Domyśliła się czyja to sprawka. Nie miała siły żeby użerać się z teściową. Zadzwoniła do „mediatora rodzinnego” jak żartobliwie wszyscy nazywali Basię. Powiedziała jej, co zaszło i poprosiła, aby Hanka przynajmniej umożliwiła jej zabranie swoich rzeczy. Basia była zbulwersowana i tym razem nie zwlekając poszła do ciotki. Powiedział jej, wprost, co myśli o takim zachowaniu. Hanka odparła, że nie pozwoli, aby Natalia położyła łapę na majątku Andrzeja. Wszystko należy się tylko jej wnuczce. Miała zapasowe klucze jeszcze z czasów remontu i owszem zmieniła zamki. A ta dziewucha niech idzie skąd przyszła. Basie mało przysłowiowy szlak nie trafił. Przypomniała ciotce, że maluszek jest takim samym prawowitym dziedzicem jak starsze dziecko, a Natalia na pewno będzie dochodzić swoich praw choćby i na drodze sądowej. W końcu ciotka dała jej klucze, nakazując ich zwrot. Kobiety umówiły się i weszły do mieszkania razem. Basia już w przedpokoju wyczuła ten specyficzny ruch energii. Od czasu śmierci klinicznej, jakby to ująć, otworzyły się przed nią nowe horyzonty poznawcze. Podczas gdy Natalia, cały czas spazmatycznie płacząc, pakowała ubrania i laptopa, Basia nabierała pewności, że Andrzej jest w tym mieszkaniu i wyobraziła sobie jak musi cierpieć widząc taką sytuację.

Już pierwszej nocy, Basia przekonała się, że przeczucie ją nie myliło. Andrzej odwiedził ją we śnie prosząc, aby przekonała jego matkę do zmiany postępowania. Te sny zaczęły powtarzać się regularnie. Basia nie miała ochoty na rozmowę z ciotką, ale żal jej było niewinnego dziecka. Poza tym Andrzej był coraz bardziej rozgniewany. Obawiała się również, że kuzyn może zamanifestować swoje niezadowolenie atakując w jakiś sposób matkę. Wreszcie Basia zebrała się w sobie i umówiła z ciotką. Powiedziała jej o snach i przekazach, które odebrała od jej syna. Ciotka owszem wierzyła w życie pozagrobowe. Tym razem jednak zaprzeczyła. Uznała. źe Basia działa w zmowie z „tą dziewuchą”. Tak się złożyło, że w trakcie już dość burzliwej rozmowy, pojawiła się pierwsza żona Andrzeja. Przyniosła Hance recepty, o które prosiła. Kiedy zorientowała się w temacie była bardzo wzburzona. Powiedziała, że takie traktowanie dziecka i partnerki Andrzeja bardzo źle świadczy o Hance i bezwzględnie powinna ona zmienić swoje postępowanie. Scheda po ojcu to temat, który ona i Natalia mogą załatwić między sobą, w stosownym miejscu i czasie. Powiedziała też, co chyba najbardziej zabolało teściową, żeby swojej prywatnej vendetty nie tłumaczyła troską o wnuczkę. Hanka wściekła się i uznała, że to jakiś zbiorowy spisek, który kobiety zawiązały, aby się jej (sic!) pozbyć. Tego było za wiele. Basia i synowa wyszły trzaskając drzwiami.

Minęły dwa dni, była prawie dwunasta w nocy, kiedy w mieszkaniu Basi zadzwonił domofon. Basia otworzyła, po chwili na progu stanęła ciotka Hanka. Włosy miała w nieładzie, buty każdy z innej pary, a płaszczyk zarzucony jedynie na koszulę nocną. Była roztrzęsiona.

– Basiu złapałam taksówkę i przyjechała do ciebie, bo w moim mieszkaniu dzieją się rzeczy straszne.

No i dosłużyłaś się pomyślała Basia, ale głośno zaczęła ciotkę uspakajać. Zrobiła jej herbatę zapakowała w koc i kazała zdać sobie relację z wydarzeń, które tak poruszyły Hankę.

-Po waszym wyjściu, postanowiłam zaparzyć sobie melisę. Kiedy byłam w kuchni nagle włączył się telewizor. Spokojnie go wyłączyłam. Po chwili sytuacja powtórzyła się. Wypiłam zioła, chciałam się położyć. Nagle zaczęło grać radio. Słuchaj to trwało przez całą noc. Coś się włączało, to znaczy albo radio albo telewizor. Myślałam, że jest to spowodowane jakąś awarią, albo skokami napięcia. Nad ranem ustało. Cały dzień minął spokojnie, chociaż bardzo dużo myślałam o naszej ostatniej rozmowie. Kiedy położyłam się spać, ponownie zaczęła się kołomyja ze sprzętem w domu. Wreszcie usłyszałam hałas w mojej sypialni. Weszłam tam i nie do wiary coś z olbrzymią siłą zrzucało z szafy wszystkie moje kapelusze.

-Ciociu czy teraz wierzysz, że Andrzej mnie do ciebie wysłał?

-Teraz ci wierzę.

Trzeba nadmienić, że ciotkę Hankę ze słynna Hanka Bielicką, łączyło nie tylko imię, ale również zamiłowanie do kapelusz. Wiele wraz z mężem podróżowała i oczywiście po powrocie z wojażu do kolekcji przybywał nowy model. Te ukochane trzymała w ogromnej szafie, która stała w sypialni. Pozostałe zapakowane z pietyzmem w eleganckie pudełka ulokowała na szafie.

Kiedy rano ciotka nieco oprzytomniała, poprosiła Basię, aby pojechała do jej mieszkania i przywiozła ubranie oraz buty. Basia pojechała, nie obawiała się przy tym niczego. Uznała, że Andrzej, co miał zrobić to zrobił, a do niej przecież nic mieć nie może. Zastała włączony telewizor i grające radio. Kiedy wyłączyła odbiorniki, spakowała rzeczy ciotki, postanowiła zajrzeć do sypialni. Głośno skomentowała:

– No, dałeś czadu kuzynie!

Kapelusze i pudła były porozrzucane po całej sypialni, a jeden smętnie dyndał zaczepiony o żyrandol. Nie sprzątała tego bałaganu. Pomyślała, że choć to okropne, ciotce dobrze zrobi jak utrwali sobie w głowie to i owo podczas porządków.

Hanka zwróciła klucze Natalii, nie wtrącała się więcej w sprawy spadkowe.

 

Czy można uciec przeznaczeniu ?

Niedawno w jednym z programów poświęconych „modzie i urodzie” wspomniano osobę Pani Agnieszki Kotlarskiej. Wygrała ona konkurs piękności, co otworzyło jej drogę do kariery w prestiżowych agencjach modelek. Jej twarz zdobiła okładki kluczowych dla tej branży magazynów, zatrudniali ją najlepsi projektanci. W roku 1996 miała zarezerwowany lot do Paryża. Tuż przed planowanym wylotem termin pokazu przełożono. Pani Agnieszka zmieniła swoją rezerwację. Samolot, którym pierwotnie miała lecieć eksplodował, a katastrofy nie przeżył nikt. Pisano o tym szeroko w prasie krajowej. Pamiętam nawet wywiad w kolorowym czasopiśmie gdzie Pani Agnieszka mówiła, że czuje się jakby podarowano jej drugie życie, że przewartościowała wszystko i dopiero teraz naprawdę docenia to, co ma. Sześć tygodni później została zamordowana pod własnym domem przez niezrównoważonego psychicznie wielbiciela.

Zapewne przypomina się Państwu w tym momencie seria filmów po tytułem „Oszukać przeznaczenie”. Ja miałam takie skojarzenie natychmiast. W ezoteryce mówi się o zjawisku odroczenia w czasie, o karmicznym powinowactwie zdarzeń. Ja osobiście jestem przekonana, że przeznaczenia oszukać nie sposób, a jeśli w „cudowny” sposób unikamy śmierci to znaczy, że po prostu nie była nam ona pisana, jedynie potrzebowaliśmy silnego bodźca, aby zmienić coś w swoim życiu, naprawić relacje partnerskie czy po prostu zrozumieć, że życie jest cenne i nie trwa wiecznie.

W mediach pojawiają się wzmianki o ludziach znanych, popularnych i interesujących dla wielu. Pozwolę sobie przytoczyć podobne wydarzenia dotyczące zwykłych ludzi.

Niedaleko miasta, w którym mieszkałam przez wiele lat znajdują się dwa ośrodki wypoczynkowe. Na drodze, dojazdowej wypadki zdarzają się dość często. Pracowałam z panią, której siostra wraz z mężem i dójką przyjaciół zginęła wracając z tak zwanego plażowania. Zaznaczam, że i kierowca i pasażerowie byli trzeźwi. Tak samo jak kierowca tira, który wymusił wtedy pierwszeństwo. Wielka tragedia dla całej rodziny.

Kilka lat po tej kraksie czwórka młodych ludzi również wracała feralną droga. Tak jak poprzednio doszło do nieszczęśliwego wypadku z tym, że dwoje z nich przeżyło, konkretnie rodzeństwo brat i siostra. Dokładnie sześć lat później chłopak ten wyjechał w delegację i zginął staranowany przez inny samochód. Zgadzała się data i pora dnia. Jego siostra przeżyła jeszcze kilka lat niestety zachorowała i zmarła na raka również dokładnie w rocznicę wypadku.

Nie musze sięgać do historii osób, które są dla mnie obce, mam przeżycia o podobnym charakterze z własnego podwórka. Byłam wtedy uczennicą szkoły podstawowej, stałam na przejściu dla pieszych czekając na zielone światło. Dokładnie w tym miejscu zakręcał samochód ciężarowy załadowany płytami paździerzowymi. Były źle zabezpieczone i podczas wykonywania skrętu wypadły oczywiście prosto na mnie. Nie posiadam dokumentacji medycznej z tego okresu, ale wiem na pewno, że wypadek zdarzył się w maju. Dokładnie piętnaście lat później w sobotę szłam do pracy, aby skończyć coś pilnego. W biały dzień na pasach  potrącił mnie samochód. Kierowca był trzeźwy i ja oczywiście też. Pamiętam do dziś komentarz ordynatora szpitala, w którym znalazłam się po wypadku. Jest dosadny, ale i humorystyczny, więc przytoczę go „ Pani anioł stróż to ma skrzydła dupne jak Boeing, normalnie człowiek by tego nie przeżył”

Wtedy jeszcze nie skojarzyłam tych dwóch dat. Dopiero za trzecim razem powiązałam sprawy. Trzecie zajście to również wypadek samochodowy, lecz tym razem na szczęście byłam pasażerką. Minęło kolejnych piętnaście lat wypadek wydarzył się dokładnie czwartego maja.

Jestem przekonana, że gdyby większość ludzi zrobiła swoisty rachunek sumienia to okazałoby się, że pewne ważne wydarzenia pojawiały się w cyklach i stanowiły albo początek albo koniec jakiegoś znaczącego okresu. Może gdybyśmy potrafili wyciągać więcej niż tylko powierzchowne wnioski z tego, co nas dotyka powtórki nie byłyby konieczne?

 

Muzykalny Wiktor – wierny przyjaciel

Ciekawych opowieści pan Stefan zna, co niemiara. Nie ma w tym nic dziwnego. Przeżył zesłanie na Syberię gdzie stracił rodziców. Wstąpił do armii polskiej tworzonej w ZSRR i przeszedł cały szlak bojowy do samego Berlina. Dzisiaj opiszę historię, która najbardziej do mnie przemówiła.

 

Pan Stefan służył w oddziale rozpoznawczym, czyli tak zwanym zwiadzie. Mówił dobrze po niemiecku, co stanowiło spory atut. Wśród towarzyszy broni szczególnie przyjacielskie relacje nawiązał z Wiktorem. Mieli te same smutne doświadczenia z zesłania. Wiktor był człowiekiem wyjątkowo inteligentnym. Poza tym posiadał słuch absolutny. Przed wybuchem wojny rozpoczął studia w konserwatorium muzycznym, niestety niedane mu było ich ukończenie Potrafił grać praktycznie na każdym instrumencie, a jeśli nie grał to gwizdał. Kochał muzykę i chciał, aby ciągle mu towarzyszyła. Często umilał kolegom czas wygrywając ich ulubione melodie na harmonijce. Zginął na terenie Brandenburgii. Gdy przeszukiwali opuszczony dom, znalazł bandżo. Ucieszony sięgnął po instrument, niestety okazało się, że była to mina pułapka. Wiktor stracił rękę i odniósł dotkliwe obrażenia prawej strony ciała. W szpitalu odzyskała przytomność, miał świadomość tego, że umiera. Przed śmiercią powiedział do jednego z kolegów -ja już nie dojdę do Berlina, ale za to was w tej drodze przypilnuję. Zaśpiewaj dla mnie Mazurka jak już Berlin padnie. Dla Stefana śmierć kolegi była szczególnie bolesna. Wszystkich żal, ale jego wyjątkowo. Taki zdolny był.

Życie i wojna trwały dalej. Stefan z dwoma kolegami został wysłany na zwiad. Podeszli od strony lasu. Nie znam szczegółowej topografii tego terenu. Tak się jednak nieszczęśliwie złożyło, że kiedy spostrzegli Niemców i zaczęli się wycofywać nie zdążyli dobiec do lasu. Ukryli się w szopie, która stała na obrzeżach opuszczonego gospodarstwa. Zrządzeniem losu żołnierze niemieccy zatrzymali się tam i weszli do budynku mieszkalnego. Prawdopodobnie byli albo dezerterami albo stracili kontakt z oddziałem. Mieli rannego. Stefan pomyślał, że ten legendarny niemiecki porządek jest mocno przereklamowany. Niemcy tym czasem rozgościli się na dobre i wystawili wartę przed budynkiem.. Zwiadowcy byli świadomi, że nie przemkną do lasu niezauważeni. Dodatkowo Stefan usłyszał rozmowę, z której wynikało, że Niemcy planują ukryć część broni właśnie w tej szopie. Jak to mówią gorzej być nie może. Matko moja jak tu wejdą rozwalą nas na miejscu – pomyślał Stefan. Nagle wartownicy poruszyli się wskazując na tyły domu. Za budynkiem mieszkalnym znajdowało się jeszcze jedno pomieszczenie- prawdopodobnie niewielka obora. Stefan z rozmowy wywnioskował, że ktoś tam głośno gwiżdże. Wartownicy ruszyli, aby zbadać sytuację, po drodze odgrażając się, co zrobią z żartownisiem. Stefan powiedział do kolegów, chłopaki albo teraz albo nigdy. Ostrożnie otworzyli drzwi i pognali w stronę lasu. W ten sposób uratowali się i co istotne pozostali przy tym całkowicie niezauważeni. Pan Stefan twierdził, że zdecydowanie pobili rekord świata w biegu na tym dystansie. Jeden z kolegów zapytał później Stefan jak myślisz, kto tam w oborze gwizdał? Pojęcia nie mam odparł z przekonaniem, choć podejrzewał, że pomoc przyszła absolutnie nie z tego świata. W tamtym czasie i środowisku wiara w rzeczy nadprzyrodzone nie była mile widziana.

Kiedy Stefan dotarł do Berlina trwały tam jeszcze ostre walki. Po drodze kilkakrotnie ostrzeżenia Wiktora uratowały mu życie. Ostatni raz Wiktor dał o sobie znać właśnie w Berlinie. Stefan przemykał razem z kolegą wśród zrujnowanych ulic. Przystanęli, aby złapać oddech. Zrobiło się  bardzo cicho. Nagle usłyszał swoją ulubioną melodię w wykonaniu Wiktora. Dźwięk dobiegał z wysokiego budynku, który wbrew otaczającym go zgliszczom stał nieomalże nienaruszony. W jednej sekundzie Stefan ukrył się za stertą gruzów ciągnąc za sobą kolegę. Kula snajpera musnęła go w ramię, kolega wyszedł z opresji bez szwanku.

Pewnego dnia, kiedy nie było już cienia wątpliwości, co do zwycięstwa nad Niemcami, Stefan znalazł ustronne miejsce, zapalił świeczkę i przez łzy zaśpiewał Mazurek Dąbrowskiego z dedykacją dla Wiktora.

 

 

Wybór Klary

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wyobraźmy sobie starą kamienicę, wybudowana grubo przed Pierwszą Wojną Światową. Piękna fasada, pieczołowicie odrestaurowane detale. Z pozoru nie różni się niczym od innych tego typu budynków. Jedynie dodatkowy mieszkaniec, o którego istnieniu przekonani są lokatorzy, zwłaszcza ci starszej daty, czyni to miejsce szczególnym. Mówi się, że choćby na całej ulicy nie poruszyła się jedna gałązka to Klara, bo tak ma na imię bohaterka dzisiejszej historii, robi przeciąg i trzaska okiennicami z całej siły, jakby chciała dać upust swojej złości. Dodam, że okna do dnia dzisiejszego pozostały drewniane, ponieważ na plastikowe nie zgodził się konserwator zabytków. „Klara od Żydów „ ma pole do popisu.

Rodzice Klary zajmowali małe mieszkanie na parterze. Nie było dla nikogo tajemnicą, że dla tych dwojga ludzi strzałka przekonań politycznych coraz bardziej przesuwa się w lewą stronę. Obydwoje bardzo starannie wykształceni, pochodzący z tak zwanych dobrych domów, dali uwieść się ideologii równości i sprawiedliwości społecznej. Ojciec Klary był kilkakrotnie aresztowany, a nawet musiał się ukrywać, jako, że odrodzona Rzeczpospolita nie darzyła sentymentem swoich czerwonych dzieci. Zaangażowanie rodziców w tematy polityczne było głównym powodem, dla którego Klara pozostała jedynaczką. Sprawa – przede wszystkim!

Wybuch Drugiej Wojny Światowej zastał ojca Klary w Rosji. Matka zaraz po wejściu wojsk niemieckich zachorowała i zmarła. Klara pracowała, jako pielęgniarka w szpitalu, dzięki czemu miała stosowną przepustkę i mogła poruszać się nawet po godzinie policyjnej. Pewnie właśnie nocą przyprowadziła do domu dwójkę ludzi w potrzebie, lub jak mówią inni sprowadziła to całe nieszczęście.

Nie wiadomo czy ktoś doniósł na Gestapo, czy może „pozyskano” zeznania w wiadomy sposób. Późnym popołudniem pewnego lipcowego dnia pod kamienicę zajechało kilka samochodów. Obstawiono cały budynek. Gestapowcy bezbłędnie trafili do mieszkania Klary skąd wyciągnęli dwóch przerażonych Żydów. Niestety nie był to koniec dramatu. Siepacze wchodzili po kolei do mieszkań zabierając wszystkich obecnych. Istna rzeź niewiniątek.

Uratowało się tylko kilku mieszkańców, których z różnych powodów nie było w domu. W gronie ocalonych były dwie kobiety Klara oraz Teresa, obie kluczowe dla tej historii. Klara ostrzeżona w porę nie wróciła do domu. Później okazało się, że do zakończenia działań wojennych przebywała w oddziale partyzanckim Armii Ludowej. Teresa wróciła, usiłowała na wiele sposobów szukać swojej matki i ośmioletniego synka. Oczywiście nie przebywała w mieszkaniu, które z resztą szybko Niemcy zasiedlili folksdojczami. Niestety, kiedy jeden z aresztowanych sąsiadów wrócił z obozu, wszelkie jej wątpliwości, co do losu najbliższych zostały rozwiane. Teresa mieszkała u ciotki, którą się opiekowała. Często jednak przychodziła pod dom, stawała po przeciwnej stronie ulicy i patrząc w okna dawnego mieszkania płakała. Wreszcie przypadkiem dotarła do niej wiadomość, że na stare śmieci wróciła również Klara.  Jako pupilek nowego systemu, zajęła duże mieszkanie na czwartym piętrze. Lokatorzy wiedzieli o niej sporo, wielu potępiało za ukrywanie Żydów i narażenie w ten sposób tylu niewinnych ludzi na śmierć bądź piekło kacetu. Jednak Klara świetnie radziła sobie w nowej rzeczywistości. Podobno pracowała w Urzędzie Bezpieczeństwa, była widywana w towarzystwie rosyjskich żołnierzy. Sąsiedzi jej nie szanowali, ale jednocześnie bali się jej sprzymierzeńców. Każdy grzecznie mówił dzień dobry.

Teresa długo biła się z myślami, nie miała, bowiem mściwej natury. Chciała tylko powiedzieć Klarze, co o niej myśli i zapytać czy przynajmniej ma wyrzuty sumienia? Czy wie, że zniszczyła jej życie?

Czekała pod drzwiami. Tego dnia Klara wróciła sama. Kiedy zobaczyła Teresę, poznała ją od razu. Bardzo szybko między kobietami doszło do ostrej wymiany zdań. Mimo, że rozmowa przekształciła się w awanturę nikt z sąsiadów nie otworzył drzwi. Nagle rozległ się  głośny krzyk i brzęk tłuczonego szkła. W trakcie szamotaniny Klara wypadła przez okno. Zginęła na miejscu.

Po różnych perypetiach sądowych Teresa została uznana za niepoczytalną i spędziła resztę życia w szpitalu psychiatrycznym.

Dla jednych zapewne czyn Klary, którego konsekwencje dotknęły wiele osób będzie zbrodnią, dla innych aktem heroizmu. Powstaje pytanie czy winni są ci, którzy zabijali, a Klara miała prawo tak postąpić?

Jedno jest pewne. Mamy wielkie szczęście, że nie żyjemy w takich czasach i nie musimy podejmować podobnych wyborów.

Co się wydarzyło w starym młynie ?

„ To nie śmierć wyrządza największą szkodę w życiu. Największą szkodę wyrządza nam to, co umiera w nas za życia „ Norman Cousins

W małej miejscowości żyła wdowa samotnie wychowująca swoją córkę. Mieszkały w domku, do którego przynależał sad i niewielkie poletko. Matka, aby utrzymać siebie i dziecko sprzedawała owoce i warzywa, plony własnej pracy. Zbierała również zioła, z których sporządzała medykamenty leczące różne przypadłości. Kobieta owdowiała bardzo wcześnie. Jednak była szczęśliwa, bo na tym świecie towarzyszył jej ktoś tak kochający i niezwykły jak jej dziecko. Dziewczyna była śliczną delikatną blondyneczką. Lecz mimo swoich kilkunastu lat zachowała umysłowość dziecka. Kochała zwierzęta, a one okazywały jej niezwykłą ufność. Miała psa, który nie opuszczał jej na krok. Razem z nim spacerowała po łąkach zbierając kwiaty, z których robiła przepiękne bukiety. Życzliwi ludzie, patrząc na nią mawiali – toż to żywy anioł!

I tu kończy się jakże urocza konwencja bajkowa.

Ludzie nieżyczliwi plotkowali, że zielarka urodziła głupkowatą dziewczynę, a szczególnie wrogo nastawieni sugerowali, że takie dziecko to pewnie kara boża. Za co – za czary! Skoro zbiera zioła często przy pełni księżyca, skoro leczy takie choroby, przy których lekarze rozkładają ręce, musi uprawiać czary. To nie jest historia z czasów średniowiecza tylko okresu po pierwszej wojnie światowej. Choć uważam, że i dziś nie brak osób gotowych rozpalać stosy dla zielarek. Nauka dowiodła w prawdzie, że wiele ziół osiąga najwyższe stężenie substancji leczniczych właśnie podczas pełni. Jednak to zawsze jakieś urozmaicenie dla znudzonych własnym życiem – podejrzewać, śledzić, i osądzać.

Jak wspomniałam dziewczyna fizycznie rozwijała się znakomicie i wyrosła na wyjątkowo urodziwą panienkę. Niestety piekno stało się przyczyną jej tragedii. Pewnego dnia wybrała się na spacer ze swoim nieodłącznym czworonożnym przyjacielem. Robiło się coraz później, a dziewczyna nie wracała. Zaniepokojona matka wyruszyła na poszukiwanie. W pewnej chwili zobaczyła psa, rozpaczliwie usiłującego przegryźć sznur, jakim został przywiązany do drzewa. Wiedziała już, że stało się coś złego. Uwolniła zwierzaka, a ten zaczął biec w kierunku rzeki. Tam znalazła swoją córkę. Pobitą, przerażoną i bezradną. Jeden rzut oka na pokrwawioną odzież wystarczył, aby mieć pewność, że dziewczyna została zgwałcona. Matka zabrała ją do domu. Dziewczyna ciągle powtarzała imiona tych, którzy ją tak okrutnie skrzywdzili. Zawiadomiono władze, z trudem spisano zeznania poszkodowanej. Jak się okazało sprawcy byli synami ludzi zamożnych. Kiedy doszło do rozprawy sądowej wynajęci przez nich adwokaci żonglowali faktami i udowadniali, że dziewczyna jest niedorozwinięta umysłowo, co stawia pod dużym znakiem zapytania wiarygodność jej zeznań. W tej bulwersującej sprawie zapadł wyrok uniewinniający. W tym czasie biedna istota, której nie tylko ciało, ale i dusza zostały dotkiliwie okaleczone, wycofała się w głąb siebie. Przestała jeść, słabła z dnia na dzień. Matka robiła, co mogła niestety na próżno. Społeczność lokalna była bardzo poruszona zarówno uniewinnieniem sprawców jak śmiercią dziewczyny, która nastąpiła w niedługim czasie. Nie było cienia wątpliwości, że ci dwaj mają na sumieniu nie tylko jej pohańbienie, ale i morderstwo. Podczas pogrzebu doszło do bardzo dramatycznej sceny. Choć każdemu przyzwoitemu człowiekowi wyda się to szczytem bezczelności, gwałciciele pojawili się na uroczystościach żałobnych razem ze swoimi rodzinami. Być może próbowali zmazać piętno zbrodni, jakiej się dopuścili. Kiedy weszli, przez kościół, który dosłownie pękał w szwach, przeszedł pomruk oburzenia. Ksiądz z lękiem spoglądał w stronę udręczonej kobiety. Nie chciał, aby pod wpływem afektu wypowiedziała słowa, których mogłaby żałować.

Jednak ona siedziała bez ruchu, nieobecna. Przez całe nabożeństwo atmosfera zagęszczała się. Kilku mężczyzn wyszło z kościoła wcześniej, a ponieważ agresywnie odnosili się do sprawców powstała obawa, że dopuszczą się linczu. Na szczęście znalazły się osoby, które chłodziły te gorące głowy. Wyprowadzono trumnę, a kiedy zaczął formować się kondukt żałobny, matka dziewczyny, podeszła do jej oprawców i powiedziała: zanim rok od dzisiaj upłynie wyrównamy rachunki, sprawiedliwość ludzka zawiodła, ale znam inną bardziej skuteczną. W pierwszej chwili obaj młodzieńcy poczuli strach, ale z czasem im przeszło.Żyli sobie spokojnie i nie przywiązywali już żadnej wagi do słów rozżalonej, zbolałej kobiety. Pewnego letniego wieczoru razem z kolegami urządzili sobie pijacką libacje w starym młynie. Powynosili z domów różne trunki i zakąski – hulaj dusza piekła nie ma. Po północy część biesiadników wróciła do domów, ci dwaj zostali, jako, że koniecznie chcieli udowodnić kolegom swoje „możliwości”. Kiedy ich rodzice zorientowali się, że synowie nie wrócili na noc, wszczęli poszukiwania. Jak to się mówi: po nitce do kłębka, przepytując kolegów trafili do starego młyna. Znaleźli tam obu chłopaków. Byli zszokowani i przerażeni. Jeden osiwiał, drugi jąkał się. Nikt nie wie, co przeżyli i widzieli tej nocy.  Wiadomość o całym zajściu rozniosła się po okolicy w błyskawicznym tempie. Z wiadomych względów oczy wszystkich zwróciły się w stronę zielarki, a ta zachowywała się jak gdyby nigdy nic. Żyła jeszcze wiele lat pomagając ludziom. Nie wiadomo czy wydarzenia w młynie miały związek z tym, co powiedziała podczas pogrzebu córki. Nikt sprawy nie roztrząsał. Młodzieńcy bez dwóch zdań pokutowali za swój haniebny postępek. Koniec końców jąkający się chłopak wyjechał do innego miasta i złożył śluby zakonne. Jego kolega do końca życia uchodził za zamkniętego w sobie dziwaka  Podobno ten osiwiały chłopak, podczas II Wojny wstąpił w szeregi partyzantów. Podejmował się bardzo niebezpiecznych zadań. Jakby szukał śmierci. Jeden z jego przełożonych zażartował mówiąc – nie zaglądaj do studni przy pełni, bo diabła zobaczysz. Odpowiedź była zaskakująca – diabła to ja już widziałem.

 

Dziadek Konstanty

 

Bohaterem historii, która pragnę przedstawić jest, tak jak w poprzednim wpisie, osoba przesiedlona razem z rodzicami na Górny Śląsk. Rodzina głównego bohatera pochodzi z terenów dzisiejszej Ukrainy. W przeciwieństwie do Państwa R. ludzie ci, można by rzecz, wygrali los na loterii. Przed wojną mieszkali w bardzo skromnych warunkach, ojciec pracował, jako stolarz, matka opiekowała się pięciorgiem dzieci. Zmiany ustrojowe, z których, oględnie mówiąc, potrafili skorzystać, wywindowały ich do poziomu o jakim nie śnili. Otrzymali duże mieszkanie, dobrą pracę. Wszystkie dzieci, dzięki wsparciu w postaci stypendiów, ukończyły szkoły w tym dwoje zdobyło wyższe wykształcenie. Nie oszukujmy się ustrój komunistyczny nie każdemu łamał kości i niszczył życie. Takich karier było wiele.

Absolutnie nie jest moją intencją gloryfikowanie tamtego systemu, ale z żalem myślę ilu Janków Muzykantów pozostanie nieodkrytych, ile zdolnych dzieci nie przebije się z powodu braku odpowiednich środków i możliwości. Transformacja ustrojowa nie miała na względzie zasad sprawiedliwości społecznej. Ten smutny wniosek jest już chyba dla wszystkich ewidentny. Jednak nie czas i miejsce na takie rozważania.

Pan Krzysztof był najmłodszym z rodzeństwa. Skończył studia na wydziale górniczym i przez wiele lat był pracownikiem dozoru na jednej z kopalń. Po przejściu na emeryturę założył firmę i co tu dużo mówić dobrze mu się wiodło. W przededniu ukończenia prac związanych z budową domu, zaplanował wyjazd do Turcji. Dla niego i żony miał to być prezent z okazji trzydziestej rocznicy ślubu. Z uwagi na tak okrągły jubileusz Krzysztof nie szczędził środków i wykupił opcję obejmująca nocleg w luksusowym hotelu, tudzież mnóstwo innych atrakcji. Pierwsze dni pobytu przebiegły w atmosferze niczym niezmąconego relaksu. Pokój przestronny, wyposażony w wielkie łoże i jakby dla kontrastu mały stoliczek, przy którym postawiono eleganckie pufy.  W szóstym dniu pobytu małżonkowie pojechali na wycieczkę objazdową. Poznali „kawał historii” i mnóstwo ciekawostek. Wrócili zmęczeni, ale szczęśliwi. Krzysztof postanowił zdrzemnąć się przed kolacją, żona wola odświeżyć się i przebrać. Sen przyszedł bardzo szybko. W pewnej chwili Krzysztof usłyszał nerwowe pokrzykiwanie. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że krzyczał na niego dziadek Konstanty, nieżyjący od wielu lat. Należy wspomnieć, że Krzysztof był ulubieńcem dziadka i bardzo go kochał. Cechą wyróżniającą Konstantego był specyficzny sposób mówienia. Dziadek ze względu na mieszane małżeństwo swoich rodziców oraz lata młodości spędzone na terenie ówczesnego zaboru austriackiego mówił w czterech językach, niestety w czterech na raz. Z wiekiem ten sposób komunikowania nasilał się i czasami trudno było go zrozumieć. Krzysztof otworzył oczy i ujrzał sylwetkę Konstantego. Dziadek wymachiwał rękoma i krzyczał jak zwykle mieszając języki. Nasz bohater zrozumiał, że ma uciekać z tego miejsca, bo za chwilę wydarzy się coś strasznego, śmiertelnie niebezpiecznego. Krzysztof był przekonany, że w dalszym ciągu śni zwariowany sen, w którym zrywa się z łóżka i biegnie w kierunku szafki. Dopiero, kiedy z całej siły uderzył golenią w stolik zdał sobie sprawę, że wszystko dzieje się na jawie. Niewiele myśląc zabrał dokumenty i pieniądze, wpadł do łazienki i wyciągną z niej Basię. Wybiegli na korytarz, wzbudzając niemałe zainteresowanie, jako że Basia była w samym szlafroku. Kiedy znaleźli się na schodach prowadzących do głównego holu, odczuli pierwsze wstrząsy. Po chwili trzęsło się już wszystko dookoła. Mieli dużo szczęścia. Hotel znajdował się daleko od epicentrum trzęsienia ziemi. Basia była bardzo zszokowana, czemu trudno się dziwić. Jej mąż przeżył kilka groźnych sytuacji pracując na kopalni, więc to wydarzenie przyjął dużo spokojniej. Prawdziwe trzęsienie ziemi rozgrywało się w jego umyśle.

Kiedy po wielogodzinnych perypetiach wrócili do pokoju okazało się, że żyrandol, który wisiał nad łóżkiem spadł, a jego dolny, ostro zakończony ozdobnik dosłownie wbił się w materac! Krzysztof powiedział do żony; nigdy nie wtrącałem się w te twoje firaneczki, lampeczki i inne wystroje wnętrz, ale dziś oświadczam, że takiego żyrandola jak ten nie pozwolę powiesić w naszym domu. Nie musiał jej przekonywać.

Dopiero po powrocie z Turcji Barbara zapytała męża o jego osobliwe zachowanie tuż przed katastrofą. Słyszałam jak krzyczałeś przez sen: dziadku Konstanty!. Byłam pewna, że śni ci się jakiś koszmar. Zarzuciłam na siebie szlafrok i już miałam wyjść z łazienki, kiedy tam wpadłeś i wyciągnąłeś mnie. Skąd wiedziałeś, co się wydarzy? Instynkt samozachowawczy i tyle. Coś mi się przyśniło, obudziłem się i odruchowo zerwałem z łóżka. Wpadłem na ten idiotyczny stoliczek, krzyknąłem z bólu i to wszystko. Dziadek Konstanty cię ostrzegł prawda? Zaraz ostrzegł, sen jak sen nic nadzwyczajnego. Barbara nie drążyła tematu. Znała swoją drugą połówkę od lat i doskonale wiedziała, że prędzej wróble będą śpiewać jak kanarki niż Krzysztof przyzna się do tego, że zobaczył ducha. Z drugiej strony, gdyby nie jego materialistyczne podejście do życia nie miałaby tak luksusowych warunków, aby rozwijać własna duchowość. Widocznie nie można mieć wszystkiego. Bez względu na poglądy męża zamówiła mszę, aby w ten sposób podziękować dziadkowi za jego skuteczną interwencję. Nie miała, bowiem wątpliwości, komu zawdzięcza szczęśliwe zakończenie tureckich wakacji.

Strażnik czy opiekun ?

Historia ta w pewnym stopniu nawiązuje do opublikowanej poprzednio opowieści czytelniczki Biura-Duchów. Pojawia się, bowiem wątek ducha, który można rozumieć dwojako w zależności od nastawienia odbiorcy. Mamy tu do czynienia  z duchem, który niczym mitologiczny Cerber zazdrośnie strzeże swojego terytorium lub skarbu, ewentualnie z duchem, który świadom niebezpieczeństwa, jakie czyha na nieostrożną osobę, robi wszystko, aby zniechęcić ją do dalszych eksploracji.

Historia ta wydarzyła się na Śląsku Opolskim. Rodzina R. trafiła tam razem z innymi Polakami przesiedlonymi z polskich Kresów Wschodnich na miejsce Niemców, którzy uciekli, kiedy II Wojna Światowa miała się ku końcowi. Rodzina R. otrzymała mały, ale bardzo dobrze utrzymany domek z przyległym do niego sadem. W porównaniu z majątkiem, jaki pozostawili na Kresach dom wydawał się być nędznym ochłapem rzuconym na pocieszenie. Nie protestowali, cieszyli się, że żyją i są razem. Przetrwanie całej rodziny, zważywszy na represje, jakim komuniści poddawali osoby zamożne, graniczyło z cudem.

Wszędzie panował iście niemiecki porządek. Jednak niewielki budynek na skraju sadu pozostawał w rażącej sprzeczności do całej reszty gospodarstwa. Z zewnątrz wyglądał na porządną podmurowaną altanę, ale w środku znajdowała się istna graciarnia. Rzeczy poupychane i poustawiane jedne na drugich wypełniały szczelnie całą przestrzeń. Senior rodu R. postanowił, że uporządkowaniem altany zajmą się później. Rozpakowanie ich skromnego bagażu oraz ogrzanie domu to zadania priorytetowe. Przesiedleńcy szybko rozgościli się w nowym miejscu. Zarówno dziadkowie, jak ich syn z żoną i dziećmi cieszyli się i snuli plany na przyszłość. Pani domu myślała jak najlepiej zagospodarować ogródek warzywny. Jej mąż chciał poprawić parę rzeczy wokół domu. Przyszedł czas na altankę, w której mogły znajdować się niezbędne narzędzia. W noc poprzedzającą „atak na altanę” jak żartobliwie określał zamierzone prace młodszy pan R. miały miejsce dziwne wydarzenia. Zerwał się silny wiatr, powodując oderwanie kawałka rynny. Zwisający fragment hałasował niemiłosiernie. Ojciec i syn wyszli, aby naprawić uszkodzenie. Nagle zauważyli dziwne światło pojawiające się w okolicach altany. Światło na przemian gasło i zapalało się. Mężczyźni bez namysłu złapali siekiery i tak uzbrojeni ruszyli na zwiad. Kiedy doszli na miejsce światło zniknęło, a wiatr ustał. Uznali, że coś im się przywidziało. Rano rozpoczęli zaplanowana pracę. Po dwóch godzinach wrócili do domu poranieni i podrapani. Młodszy oświadczył – mam wrażenie, że nie porządkuję altany tylko walczę z dzikim zwierzęciem, które niemiłosiernie kąsa. Tam wszędzie są jakieś pręty, gwoździe, drzazgi, coś niesamowitego. Od tego dnia rozpoczął się ciąg niesamowitych i niepokojących zdarzeń. Światło pojawiało się regularnie, przedmioty kaleczyły dłonie i spadały na głowy mieszkańców nie wiadomo skąd, wiatr pojawiał się nagle czyniąc liczne szkody. Prace trwały i „choć polskiej krwi przelano wiele” wreszcie budynek został uporządkowany. Nie znaczy to wcale, że owe ataki niewidzialnej siły zakończył się, wprost przeciwnie trwały w najlepsze.

W tym czasie u państwa R. zatrzymał się ich krewny z rodziną. Oczekiwał na podobny przydział lokalowy. Pan ten był z zawodu geodetą, a z zamiłowania radiestetą. Postanowił zbadać teren za pomocą metod radiestezyjnych. Sprawdził dom, sad i altankę również. Kategorycznie wykluczył żyły wodne, czy inne zadrażnienia geopatyczne. Natomiast stwierdził obecność metalowych przedmiotów pod podłogą altany. Oczywiście postanowiono sprawdzić zasadność tej tezy. Skrytka była tak sprytnie zamaskowana, że gdyby nie pomoc wahadła nie odkryto by jej. W środku znajdował się istny arsenał broni, granatów i Bóg wie, czego jeszcze. W tej sytuacji zawiadomiono wojsko, przyjechali saperzy i opróżnili skrytkę. Sprawdzili też cały teren wykrywaczem metalu.

Jak się Państwo domyślacie wszystkie niepożądane zjawiska ustały.

Czy dusza traktowała ten arsenał, jako swój skarb, czy też, jako potencjalne zagrożenie dla domowników? Dla mnie to pytanie pozostaje otwarte.