Uwolnienie zbłąkanej duszy

Od momentu publikacji pod tytułem „Guwernantka, która zmieniła wszystko” otrzymałam sporo emaili z zapytaniem czy znam dalszy ciąg tej historii? Muszę przyznać, że macie Państwo znakomitą intuicję! Rzeczywiście ta historia ma ciąg dalszy. Całość mogłaby spokojnie stanowić kanwę, jeśli nie książki to przynajmniej obszernego opowiadania.

Na marginesie pragnę dodać kilka słów:

Nie jest tajemnicą, że marszałek Piłsudski, jak większość osób ze szczytów władzy, korzystał z rad jasnowidza. W tym wypadku wybór padł na wybitnie predysponowanego w tej dziedzinie Stefana Ossowieckiego, któremu marszałek ofiarował własną fotografię z dedykacją: „Panu Stefanowi Ossowieckiemu na pamiątkę naszych rozmów w zrozumieniu tego, czego nie ma, a co jest”. Gest wart jest odnotowania, ponieważ własnoręczne dedykacje marszałka zdarzały się nader rzadko. Szczególną estymą Wodza cieszyła się również Agnieszka Pilchowa – jasnowidząca z Wisły, która dodatkowo leczyła Józefa Piłsudskiego korzystając ze znajomości ziół oraz uzdolnień bioenergoterapeutycznych.

Tyle dygresji -ad rem!

Pan Michał rzeczywiście głęboko zainteresował się ezoteryczną strona życia. Za przykładem marszałka Piłsudskiego, brał udział w seansach spirytystycznych, a w chwilach podejmowania ważnych decyzji korzystał z pomocy samego Stefana Ossowieckiego. Michał walczył w kampanii wrześniowej, dostał się do niemieckiej niewoli, z której udało mu się uciec. Wrócił do stolicy, jednak ze zrozumiałych względów nie mógł przebywać pod adresem domowym. Ukrywał się u przyjaciół, a następnie został członkiem oddziału leśnego. Walczył przez cała okupację, brał udział w Powstaniu Warszawskim. Właśnie dzięki relacjom kolegów z konspiracji poznał dalszą historię tego miejsca i ducha nieszczęsnej dziewczyny. Właściciel majątku ziemskiego, którego Michał poznał kilka lat wcześniej okazał się prawdziwym patriotą. Współpracował z partyzantami. W pewnym okresie dosłownie pod nosem Niemców. Kiedy zagarnęli jego piękny, wygodny dom, łaskawie oferując w zamian możliwość zajęcia tak zwanego „domku letniego?. Zbłąkana dusza guwernantki w pewnym sensie przysłużyła się ojczyźnie i owemu dziecińcowi. Ukazała się, bowiem niemieckiemu oficerowi, kiedy ten wracał na kwaterę. Przyprawiła go o zawał serca. Jego kierowca zeznał, że w drodze powrotnej oficer nagle kazał zatrzymać samochód. Wysiadł z niego i zaczął iść w kierunku dużego drzewa, wykrzykując przy tym, „Co pani tu robi”. Nagle Niemiec gwałtownie zawrócił, zdążył jeszcze podbiec do samochodu i stracił przytomność. Wszystko to działo się przed oniemiałym kierowcą. Był to młody, prosty chłopak. Niewiele myśląc zapakował nieprzytomnego szefa do samochodu i odjechał. Wezwany lekarz stwierdził atak serca, co wyeliminowało oficera z pełnienia obowiązków. Jego następca okazał się człowiekiem dużo wyższej kultury, wielokrotnie okazał ludzką twarz i bardzo dobrze traktował gospodarzy oraz polaków w ogóle. To właśnie on ostrzegł dziedzica, aby uciekał przed nadchodzącą Armią Czerwoną, gdyż grozi mu wywózka w głąb Rosji albo śmierć. Gospodarze uciekli do rodziny mieszkającej w dużym mieście i tam przeczekali najstraszliwsze chwile. W tym czasie ich dom zajęto na kwaterę dla lejtnanta i jego podwładnych z bratniej armii. Osobliwy wypadek zdarzył się po wyjątkowo suto zakrapianej imprezie. Lejtnant razem z towarzyszami poszedł popływać w rzece. Co zobaczył niewiadomo? Najpierw gonił po polu wykrzykując, aby krasawica przed nim nie uciekała. Później wyjął z kabury broń i zaczął strzelać jak oszalały do koła, raniąc przy tym jednego z żołnierzy. Wprawdzie duchy, nawiedzone mosty i podobne zjawiska nie mieściły się w założeniach materializmu dialektycznego. Jednak obecność w tym miejscu źle wpływała na morale żołnierzy. Z uwagi na powyższe czerwonoarmiści opuścili majątek, a pechowy lejtnant wylądował w psychuszce.

Kiedy właściciele powrócili, zastali dom kompletnie zdewastowany. Szczęśliwie cenne przedmioty ukryli w lesie jeszcze przed wyjazdem. Z radością powitali Macieja (woźnicę), jego żonę oraz resztę swoich dawnych pracowników. Oczywiście było im dane przejść przez wywłaszczenie i wiele innych nieprzyjemności, ale przetrwali wszystko. Pewnego razu Maciej przywiózł do ich domu kobietę, którą znalazł przy budynku stacji kolejowej. Niewiasta była zabiedzona, rozgorączkowana, nieprzytomna. Zajęto się nią troskliwie. Sprowadzono lekarza, który stwierdził zapalenie płuc. Rokowania nie były optymistyczne, ale szczęśliwie kobieta doszła do siebie. Kiedy odzyskała przytomność powiedziała, że ma na imię Teresa. Nie chciała opowiadać o sobie. Napisała tylko list, który koniecznie powinien zostać dostarczyć do biskupa. Wezwany ksiądz po dłuższej rozmowie w cztery oczy, obiecał spełnić jej prośbę. Teresa odzyskawszy siły zaczęła spacerować po lesie i okolicznych łąkach. W tych wędrówkach towarzyszyła jej córka gospodarzy. Kiedyś zaszły aż do mostku i wtedy dziewczyna opowiedziała jej tragiczną historię guwernantki. Teresa po dłuższym namyśle obiecała, że rozwiąże tą sprawę gdyż trzeba skrócić cierpienia zagubionej duszy. Następnego dnia wybrała się w to miejsce sama. Jednak ciekawska młódka nie dała za wygraną i z pewnej odległości obserwowała poczynania Teresy. Z pozoru nie działo się nic nadzwyczajnego. Kobieta spacerowała z zamkniętymi oczami, w pewnej chwili zaczęła rozmawiać z, no właśnie, z kim? Teresa jeszcze dwukrotnie udawała się na mostek. Wreszcie oświadczyła, że samobójczyni wybaczyła sobie i innym, spokojnie odeszła do Boga.

Teresa również odeszła – w niedługim czasie przyjechały po nią dwie zakonnice i przedstawiły odpowiedź od biskupa. Kobieta pożegnała się z domownikami, serdecznie podziękowała za wszystko i prosiła żeby jej nie szukać, bo to może sprowadzić na wszystkich kłopoty. Od czasu działania tajemniczej Teresy ( nie przypuszczam, aby to było jej prawdziwe imię) żadne widzenia w okolicach mostu nie miały już miejsca. Tytułem podsumowania przychodzą mi do głowy tylko te słowa „ wybaczanie jest kluczem do szczęścia „

 

Efekt placebo,czy łaska wybaczenia ?

 

Czas na kolejną historię tym razem zawierającą wątek obyczajowy, nie mniej ważny od duchowego.

Marcin wrócił do domu po tak zwanym „ciągu dyżurów”. Przywitał się z żoną, która głosem pełnym rezygnacji poinformowała go, że młodsza córka zaraziła się od starszej i teraz obie mają anginę ropną. Rewelacja – szpital domowy. Jakby tego było mało, kontynuowała połowica, kilka razy dzwoniła twoja matka. Boli ją stopa i żąda żebyś: przyjechał, zbadał i wyleczył.

Ma sąsiada chirurga dosłownie vis a vis, mogła go poprosić!

Sugerowałam jej takie rozwiązanie, ale wykrzyczała mi w słuchawkę, że nie po to wydała krocie na twoją edukację, żeby się prosić sąsiada. Marcin nerwowo zacisnął szczękę – mama jak zwykle urocza!

Dasz radę z dziewczynkami? Wypiję kawę i pojadę zobaczyć, co jej dolega. Marcin zastał matkę leżącą na kanapie z prawą nogą opartą na poduszkach. Rzeczywiście stopa nie wyglądała dobrze, była zaczerwieniona i opuchnięta. -Mówiłem ci już sto razy, czas zrezygnować z butów na wysokim obcasie.

Miałam na sobie sandałki, kiedy to się stało. Poszłam na grób ojca i zobaczyłam, że krząta się tam kobieta. Schowałam się za drzewem i czekałam aż odejdzie. Kiedy sobie poszła, zbliżyłam się i zobaczyłam wielki bukiet z czerwonych róż. Ze złości wyjęłam go z wazonu rzuciłam pod drzewo i podeptałam. Kolec wbił mi się w palec i tak to właśnie było. Marcin pomyślał z goryczą, jakie to do ciebie podobne – mamo. Głośno powiedział: ewidentnie rozwija się infekcja, jesteś pewna, że to był kolec, a nie na przykład kawałek szkła, czy gwóźdź? To był kolec wyjęłam go sobie własnoręcznie.

Zabiorę cię do szpitala, zrobimy zastrzyk przeciwtężcowy i pomyślimy, co dalej. Marcin ty wiesz, że to była TA kobieta? Mamo nie czas teraz na roztrząsanie spraw rodzinnych, od wielu lat ty i ojciec żyliście każde swoim życiem, czy naprawdę masz mu za złe, że znalazł sobie kogoś innego? Matka zamilkła. Już w drodze do szpitala gwałtownie wzrosła jej temperatura. Po konsultacji z kolegami, Marcin postanowił zostawić matkę pod ich opieką, a sam pojechał do domu. Następnego dnia zrobiono komplet badań, które nie ujawniły przyczyny rozwijającego się stanu zapalnego. W dodatku najlepszy kolega Marcina, zatrzymał go na korytarzu i powiedział: nie gniewaj się stary, ale twoja mama, delikatnie mówiąc, ma trudny charakter. Mam nadzieję, że niebawem będzie można wypisać ja do domu. Ustawia wszystkich do koła z ordynatorem włącznie, a wiesz, że to się może zemścić na tobie. Marcin wszedł do izolatki i bez entuzjazmu rozpoczął tę trudną rozmowę. Matka obiecała nie ambarasować swoją osobą całego personelu i nagle wyznała:, kiedy wróciłam z cmentarza zasnęłam i śnił mi się ojciec. Był wściekły. Powiedział, że odpokutuje za to, co zrobiłam i nie chodziło mu bynajmniej o zniszczone kwiaty. Synu on chyba rzucił jakiś urok i teraz stracę nogę, jestem tego pewna! Ta nagła szczerość matki spadła na Marcina jak przysłowiowy grom z jasnego nieba. Jeszcze tego brakowało – czary jakieś! Mamo ja nie wierzę w takie rzeczy i w tym tonie rozmowy prowadzić nie zamierzam. Lada dzień będą wyniki z posiewu krwi, znajdziemy przyczynę i wyeliminujemy problem. Zachowujmy się jak ludzie wykształceni, żyjący w XXI wieku.

Wieczorem Marcin zwierzył się żonie z niedorzecznych wymysłów matki – klątwa, zemsta zza grobu – totalne brednie. Żona zamyślona milczała – tylko mi nie mów, że ty też w to wierzysz? Marcin wierzę, że twoja matką targają wyrzuty sumienia, wierzę, że istnieją choroby, które swój początek mają w psychice pacjenta, wierzę wreszcie, że badania przeprowadzono rzetelnie, a jednak nie wykryto żadnej jednoznacznej przyczyny wyjaśniającej jej chorobę. W to wierzę.

Minęło kilka dni, a stan matki pozostawał bez zmian. Mimo zmęczenia po nocnym dyżurze Marcin postanowił pojechać na cmentarz. Znalazł ową nieszczęsną wiązankę podeptaną i zaschłą. Jednak oprócz kolców nie doszukał się niczego, co mogłoby stanowić przyczynę infekcji. Usiadł na ławce obok grobu ojca i patrzył na jego zdjęcie. Bardzo mu go brakowało. Słońce świeciło coraz mocniej, zapowiadał się upalny dzień. Marcin zdrzemnął się i we śnie znalazł w domu rodzinnym. Siedział z ojcem przy stole, grali w szachy – jak zwykle przegrywał. W pewnym momencie ojciec podniósł wzrok z nad szachownicy i powiedział: przekaż jej żeby tu nie przychodziła. Rozumiesz? Nie chcę tego. Wybaczam twojej matce, ale nie chcę tych wizyt. Tato czy to ty zrobiłeś? No wiesz, chodzi mi o chorobę mamy. Synu przeceniasz moje możliwości. Jeśli chcesz jej pomóc – zastosuj placebo, najlepsze lekarstwo świata. Obudził go dźwięk dzwonka w telefonie. Dzwoniła żona: gdzie jesteś? Na cmentarzu i już wiem, co robić, teraz jadę po lekarstwo. Marcin pojechał wprost do swojego kolegi, właściciela apteki i świetnego farmaceuty. Wyjaśnił mu, sytuację i poprosił o pomoc. Kolega zaproponował maść o silnym, bardzo egzotycznym zapachu, która lekko rozgrzeje skórę, dzięki czemu chora nabierze przekonania, że specyfik działa. Aby pogłębić efekt psychologiczny polecił kupić jakieś egzotyczne puzderko w sklepie z rozmaitościami ze wszystkich stron świata.

 

Dzisiaj trudno powiedzieć czy na pacjentkę podziałała maść, którą( według zapewnień syna) sprowadzono aż z Ameryki Południowej ? Czy też przekaz od ojca – mówiący o wybaczeniu?

 

Jedno jest pewne Marcin wzbogacił swoją sztukę medyczną i zrozumiał, że wszystkie choroby zaczynają się w umyśle pacjenta.

Wokalistka

Dzisiaj pragnę opisać historię mojego kolegi Piotra. Byliśmy rówieśnikami,Piotr studiował medycynę. Jego rodzina nie należała do biednych, ale mimo wszystko z trudem wytrzymywała ciężar finansowania tych studiów. W związku z tym Piotr dorabiał wszędzie gdzie się tylko dało. Był to okres, kiedy spółdzielnie studenckie działały pełną parą. Pewnego dnia otrzymał nieco zaskakującą propozycję pracy: przygotowanie zwłok do ceremonii pogrzebowych. Długo się nie namyślał. Ze zwłokami ludzkimi miał już kontakt, a oferowana płaca była przekonująca. W chwili obecnej branża usług pogrzebowych oferuje  profesjonalnych wizażystów, wówczas ta gałąź usług nie była tak rozwinięta. Pewnego razu spotkałam Piotra u Doroty naszej wspólnej koleżanki. Zapytałam jak sobie radzi w tej mimo wszystko specyficznej pracy. Odpowiedział, że dobrze – „ wiesz ja po prostu cały czas do nich mówię, na przykład teraz pana ogolimy, albo umyjemy, założymy tą piękną białą koszulę i jest OK.”. Okazało się, że Piotr ma tylko jeden mały problem. Do tej pory jego klientele stanowili mężczyźni . Obawiał się, że kiedy przyjdzie mu szykować kobietę, rodzina może zażyczyć sobie zrobienia makijażu, a to dla niego byłaby zupełna nowość. Postanowiłyśmy pomóc koledze. Piotr poznał różne kobiece akcesoria i sztuczki oraz ćwiczył wykonanie makijażu na nas obu. Pierwsze próby wypadły tragiczne,  ale w końcu  podstawy zostały opanowane. W tym miejscu dodam, że pracodawcy byli z Piotra niezmiernie zadowoleni. Zawsze punktualny, staranny i w przeciwieństwie do swoich, że tak powiem, kolegów po fachu nie nadużywał alkoholu. Pewnego popołudnia zadzwoniła do niego szefowa z prośbą, aby przyszedł i przygotował ciało młodej kobiety, ofiary wypadku.  Osoba, która miała to zrobić zwyczajnie zawaliła sprawę, a ceremonia pogrzebowa była zaplanowana na następny dzień. Krótko mówiąc sytuacja awaryjna. Piotr zgodził się, mimo, że, miał  zgoła inne plany na wieczór. Przyjechał na miejsce i od razu wziął się do pracy. W trakcie, kiedy ubierał tę kobietę usłyszał śpiew dobiegający z zewnątrz. Ktoś nucił znany przebój. Piotr wyjrzał na korytarz, ale nikogo tam nie było. Wrócił do przerwanych czynności. Po kilku minutach sytuacja się powtórzyła. Ponownie poszedł sprawdzić, kto tak ładnie śpiewa. Do tej pory był świadkiem popisów wokalnych sprzątaczki, ale jej repertuar ograniczał się do pieśni maryjnych. Piotr przyznał, że zrobiło mu się „jakoś dziwnie”. Dokończył pracę, przyjrzał się swojemu „dziełu” i  z zadowoleniem skonstatował, że kobieta wygląda jak żywa, czyli tak jak chcą ją widzieć bliscy. Udało mu się zatuszować nawet paskudnego krwiaka na jej czole. Przez cały czas słyszał śpiew, raz głośniej raz ciszej tak jakby wokalistka spacerowała po budynku. Nagle wszystko ucichło. Przy wyjściu Piotr chciał zapytać portiera czy też coś słyszał, ale starszy pan nie dość, że był przygłuchy to jeszcze oglądał program sportowy przy maksymalnym nagłośnieniu.

Kilka dni później Piotr przyszedł po wypłatę. Szefowa dołożyła premię, za uratowanie sytuacji. Pochwaliła Piotra „jak ty zrobiłeś tą śliczną śpiewaczkę, no normalnie mistrzostwo świata”.

– Czy ta młoda kobieta zawodowo śpiewała?

–  Tak, gdyby nie ten nieszczęśliwy wypadek to pewnie zrobiłaby wielką karierę, w końcu miała i talent i urodę.

W tym momencie Piotr poczuł ciarki na całym ciele, ale nie dał nic po sobie poznać. Przy wyjściu zaczepił go portier.

-Panie Piotrusiu, a co pan taki zamyślony czy zakochany?

Piotrek przystanął, lubił pana Kazia.

– Powiedziałbym panu, ale obawiam się, że mnie pan wyśmieje.

– Coś pan w życiu! – Zapewnił Kazik.

Piotr opowiedział całą historię. Pan Kazio nie wyglądał na specjalnie zdziwionego.

– Myślę, że ona chciała panu podziękować , widocznie efekt jej się podobał. Ja tam w takie rzeczy po prostu wierzę!

– Na wojnie miałem kolegę, pół roku żeśmy razem służyli. Na początku inni mu dokuczali, bo niby z papierów dwadzieścia dwa lata, a wyglądał jak szczeniak. Parę razy tym, co dokuczali powiedziałem do słuchu, w krótkich żołnierskich słowach oczywiście. Zaczepki się skończyły. To był dobry, szczery chłopak, niemiecki snajper go zdjął we Wrocławiu. Szkoda było, ale co zrobić? On mi się po śmierci trzy razy pokazał i z ręką na sercu powiadam, że jakby nie te jego ostrzeżenia to bym dziś z panem nie rozmawiał. Każdego roku za niego mszę zamawiam z wdzięczności.

Ten wywód bynajmniej Piotrowi nie pomógł, a wręcz przeciwnie ! Podkopał fundamenty na, których opierał się jego światopogląd.

Piotr pracował w tej branży prawie do końca studiów. Ta historia nie dawała mu spokoju, w mojej obecności wracał do niej dwukrotnie – mam nadzieję, że się z tym uporał.

– Tymczasem powtórzę za panem Kaziem: – ja tam w takie rzeczy wierzę!

Połączone dusze – czy tylko u bliźniąt?

Bliźnięta były i są przedmiotem zainteresowania czy wręcz fascynacji. Mimo postępu nauki i medycyny patrzymy zdumieni, kiedy w naszą stronę biegną dwa identyczne maluchy.

Fizycznie  są dosłownie nie do odróżnienia. Jest to bez dwóch zdań związek nie tylko cielesny, ale też duchowy.Tajemnicza nić, która łączy umysły i dusze. Bliźnięta potrafią stworzyć własny język albo porozumiewać się bez słów. Jeśli jedno jest w niebezpieczeństwie drugie to po prostu wie. Poznałam w pracy panią, która miała bliźniaczą siostrę i opowiadała mi, że kiedy jej bliźniaczka zaczęła rodzić swoje pierwsze dziecko, ją z domu rodziców zabrało pogotowie z bólami podbrzusza, które trwały praktycznie całą noc. Ustały dokładnie w czasie, kiedy siostra urodziła. Takich przypadków jest mnóstwo i nie ma w tym żadnej sensacji. Opiszę jeszcze jeden, ponieważ wydaje mi się ciekawy.

Teść mojej koleżanki ma brata bliźniaka, który mieszka na południu Niemiec. Obaj panowie lubią majsterkować, kiedy teść pomagał im w remoncie, doszło do wypadku. Pracował z pistoletem do gwoździ i jednego wstrzelił sobie centralnie w dłoń. W tym czasie jego brat odczuł silny, wręcz paraliżujący ból w tej samej dłoni i również znalazł się w szpitalu. Zrobiono wiele badań, które nic nie wykazały. Sprawa wyjaśniła się, kiedy żony bliźniaków porozumiały się ze sobą.

Dla mnie nie mniej interesujące jest zjawisko bliźniaczych dusz, czyli osób blisko lub wcale niespokrewnionych, które również doświadczają szczególnej więzi. Oczywiście, jeśli wierzymy w wędrówkę dusz to jasne jest, że bliźniacze dusze mogły dzielić ze sobą niejedno życie. Mało tego mogą żyć w różnych relacjach na przykład matka- dziecko, dwie przyjaciółki itd. Trwa to zapewne tak długo aż oczyszczą powiązania karmiczne i odrobiwszy potrzebną lekcję będą mogły pójść dalej własną drogą. Chciałabym przedstawić pewną historię, którą można wytłumaczyć jedynie w kontekście bliźniaczych dusz. Innego rozwiązania nie znajduję.

Pani Gosia miała kuzynkę Elżbietę, z którą przyjaźniła się od dzieciństwa. Ich drogi rozeszły się w dorosłym życiu, kiedy Elżbieta wyjechała razem z rodziną do Niemiec. Niemniej często do siebie dzwoniły i sporadycznie odwiedzały. Ta odległość nie miała dla nich znaczenia ciągle czuły to wyjątkowe, silne połączenie. Kiedy Elżbieta zachorowała, a jej chorobę zdiagnozowano obie panie jeszcze bardziej umocniły wzajemne relacje. Elżbieta nie dopuszczała myśli, że właściwie zostało jej kilka miesięcy, miała wielką wolę życia. Bardzo schudła, a ponieważ posiadała mnóstwo ubrań wysłał je Gosi – nawet rozmiar odzieży nosiły ten sam. Pewnego dnia odbyły wyjątkowo długą rozmowę telefoniczną, podczas, której Elżbieta wydawała się bardzo ożywiona i optymistycznie nastawiona, co do swojej przyszłości. Wieczorem Gosia założyła przecudnej urody koszulę nocną otrzymaną od przyjaciółki i spokojnie położyła się spać. Zaczęła śnić koszmarny sen, powiedziała później, że walczyła w nim o swoje życie. Owszem budziła się na chwile, ale zasypiała ponownie. Twierdziła, że coś ją dusiło, czuła, że jej serce przestaje bić. Wreszcie wyrwała się z objęć tej makabry. Była spocona, wyczerpana, a na ciele miała liczne zadrapania. Te można jeszcze wyjaśnić bezwiednym samouszkodzeniem.Obie nie potrafimy rozwikłać zagadkowych obrażeń na plecach. Wyglądały jakby ktoś podrapał Panią Gosię obiema rękoma. Ślady były równe, głębokie i bolesne. Koszula i pościel nie miały ostrych obszyć ani guzików.

Tej samej nocy jej przyjaciółka zmarła. W pewnym sensie Pani Gosia towarzyszyła jej w agonii, a na pewno współodczuwała ten stan. Pod rozwagę należy przyjąć: czy fakt, że miała na sobie odzież należącą wcześniej do Elżbiety mógł spotęgować opisane doznania?

Interesujące, że na miejscu przy Elżbiecie byli jej najbliżsi, którzy widząc jak gaśnie mieli większą świadomość sytuacji i mogli spodziewać się najgorszego. Kiedy zaczęła umierać spali spokojnie, ponad tysiąc kilometrów dalej ktoś inny był blisko.

Jak się okazuje dla duszy czas i przestrzeń nie mają znaczenia, liczą się zupełnie inne kryteria.

 

Ochorowiczówka – miejsce zapomniane ?

Szczególnym dla mnie zrządzeniem losu znalazłam się w Wiśle.Miasto malowniczo położone i wszystkim dobrze znane.

Oczywiście korzystając z okazji odwiedziłam miejsca związane z jakże niedocenianą obecnie postacią Juliana Ochorowicza. Ten uczony, wynalazca, psycholog i niestrudzony badacz zjawisk parapsychicznych jest bez wątpienia jednym z najznamienitszych mieszkańców w historii miasta. W roku 1905 wybudował słynną willę „Ochorowiczówkę”, w której gościł miedzy innymi Bolesława Prusa, Władysława Reymonta czy Marię Skłodowską – Curie wraz z jej mężem Piotrem. Miejsce to najwidoczniej emanowało szczególnie twórczą energią skoro Reymont napisał tam pierwszą część „Chłopów”, a Prus zyskał inspirację do swojej wielkiej powieści „Faraon”. Nadmienić warto, że postać wynalazcy i naukowca Ochockiego z niemniej znakomitej „Lalki” Prusa swój pierwowzór literacki miała w osobie doktora Ochorowicza.

Postanowiłam zobaczyć na własne oczy miejsce tak ważne dla polskiej kultury. Najkrócej można by podsumować wizytę tak – przybyłam zobaczyłam, zapłakałam! Podwórko skromne, ale czyste jednak budynek w stanie opłakanym. Odpadające tynki, przeciekający dach oraz wiele innych zaniedbań po prostu rzucających się w oczy. Ponieważ mieszkają tam lokatorzy, oczywiste są normalne oznaki ludzkiej egzystencji jak antena satelitarna, czy /za przeproszeniem/ bielizna susząca się na słoneczku. I w tych „okolicznościach przyrody” prężą się dwie solidne tablice pamiątkowe. Jedna ku czci J. Ochorowicza, druga upamiętniająca fakt twórczej obecności Reymonta – uhonorowanego nagrodą Nobla w dziedzinie literatury. Przyszła mi do głowy taka oto analogia. Proszę sobie wyobrazić starego wiarusa, niezwykle zasłużonego dla polskiej historii w brudnym, podartym i zapuszczonym mundurze, któremu ktoś ważny przypina dwa medale zasługi i nie wspierając finansowo, każe je nosić z dumą.

Nie bardzo chce mi się wierzyć, biorąc pod uwagę tłumy turystów, że Wisła jest biedną gminą, która w żaden sposób nie potrafi znaleźć środków na przeniesienie lokatorów do odpowiednich mieszkań zastępczych / moim zdaniem mówimy o 3-4 rodzinach/, doprowadzenie budynku do pierwotnego dobrostanu i założenie tam muzeum z prawdziwego zdarzenia. Ciekawa jestem, co na to Towarzystwo Przyjaciół Wisły, którego notabene Julian Ochorowicz był założycielem! Czy władze Wisły chcą opierać popularność regionu jedynie na osobie Pana Adama Małysza? Z całym szacunkiem dla mistrza sportu, uważam taką myśl za niedorzeczną. Z roku na rok włodarze miejscy  czynią starania, aby stało się ono, że tak powiem znanym kurortem.Pretendując do takiego miana warto byłoby wziąć pod uwagę pamiątki związane z polskimi przedstawicielami świata nauki i kultury.

Pragnę zaznaczyć, że niedaleko od głównej alei spacerowej znajduje się tablica pamiątkowa również poświęcona Julianowi Ochorowiczowi.

 

Nie łatwo jest być medium!

Jest to historia z życia mojego znajomego radiestety.

Nieoczekiwanie zadzwoniła do niego siostra. To była dramatyczna rozmowa.

– Piotrek proszę cię przyjedź, Tomasz jest w szpitalu.

– Co się stało siostrzyczko?

– Wczoraj przyjmował pacjentki do późna, znalazła go pani Henia, wiesz ona wieczorami sprząta.

– Izuniu, ale, w czym ja ci mogę pomóc, nie jestem lekarzem.

– Piotrek, proszę przyjedź i sprawdź ten gabinet swoimi metodami. Tomasz zostanie w szpitalu przez kilka dni, a ja mam klucze.

– Podejrzewasz, że przebywanie tam szkodzi Tomkowi?

– Jestem pewna, kiedy poprzednio źle się poczuł, zrobili mu dziesiątki badań i diagnoza jest jednoznaczna: zdrowy jak koń.

Piotr obiecał siostrze, że przyjedzie i zrobi, co w jego mocy. Nie lubił, gdy siostra używała zwrotu „twoimi metodami”. Nigdy nie powiedziała radiestezyjnie albo, chociaż przy pomocy wahadła. Zawsze wyszukiwała terminy zastępcze. Zapewne wpływał na to jej mąż, który był pragmatyczny, sceptyczny i cyniczny. Nie uznawał medycyny alternatywnej, nie wierzył w duchy, ani w nic, czego nie da się dotknąć i zbadać. Dawał jedynie wiarę w teorię żył wodnych, których promieniowanie może mieć szkodliwy wpływ na zdrowie człowieka.

Piotr spotkał się z siostrą pod budynkiem, gdzie Tomasz prowadził swoja praktykę lekarską.

Stara budowla o ciekawej architekturze, świeża elewacja, doskonałe położenie. Weszli do środka, klatka schodowa wyremontowana i aż pachnąca czystością – jednak Piotr zaczął odczuwać dziwny niepokój. Gabinet urządzony podług najnowszej mody, wszystko piękne, tylko nie da się normalnie funkcjonować, pomyślał z goryczą.

Po kilku minutach przebywania w tym pomieszczeniu Piotr odebrał obecność bardzo ciężkiej energii, przygnębiającej i złej, po prostu złej.

– Wiesz wydaje mi się, że Tomasz wbrew poglądom, które wszem i wobec głosi jest bardzo wrażliwym medium. Iza odpowiedziała: chyba masz rację, bo ja czuję się tu bardzo dobrze, sama urządzałam to wnętrze.

-Chciałbym zejść do piwnicy, czy masz klucz?

– Myślisz, że w piwnicy coś znajdziesz?

– Chce to zbadać, wezmę przyrządy, może to zaburzenia geopatyczne. Piotr wiedział, że okłamuje sam siebie, czuł, że ten piękny, zadbany budynek nosi w sobie coś bardzo mrocznego.

Już przy wejściu zdziwił go wygląd drzwi wiodących z korytarza do piwnic.

– Iza te drzwi wyglądają jakby prowadziły do celi więziennej.

– No, może trochę, ale są solidne i podjęliśmy decyzję żeby je zostawić.

Schody i korytarz piwniczny również nosiły ślady gruntownego remontu. Piotra przepełniał coraz większy niepokój, żeby nie powiedzieć trwoga. Iza długo szukała odpowiedniego klucza, powiedziała:

– Piotrek nie gniewaj się, ale ja tu jeszcze nigdy nie byłam.

Weszli do niewielkiego pomieszczenia, praktycznie pustego. Piotr przyglądał się ścianom i w pewnym momencie bezwiednie dotknął jakiegoś dużego haka wystającego ze ściany. Wizja pojawiła się niemal natychmiast i dosłownie zwaliła go z nóg.

Zobaczył młodego mężczyznę przykutego do ściany. Był bestialsko pobity, wręcz konający.

– Cichutko wołał mamo, mamusiu!

Gdyby nie przytomność Izabeli, Piotr upadłby całym ciężarem ciała na podłogę.

– Piotr, co jest? Mnie możesz powiedzieć. Piotr blady jak ścian odparł tylko; muszę stąd wyjść natychmiast!

Kiedy znaleźli się na klatce schodowej Piotr zaczął przytomnieć i z całych sił szukał właściwych słów, aby opisać to, co zobaczył? W tym momencie drzwi mieszkania na parterze uchyliły się i wyjrzała przez nie starsza pani.

– Dzień dobry pani doktorowo dawno pani nie widziałam! Siostra przywitała się i przedstawiła Piotra. Sąsiadka przyjrzała się różdżce radiestezyjnej, którą Piotr kurczowo ściskał w dłoni.

-A pan tu żył wodnych szuka?

– No tak chciałem sprawdzić wybąkał zmieszany Piotr.

-Panie kochany, tu nie trzeba szukać niczego więcej niż to, co jest.

-A, co tu jest? Zapytała zaciekawiona Iza.

-Wejdźcie to wam, co nieco opowiem, mieszkam w tym domu od wielu lat.

Urocza starsza pani przyjęła gości znakomitą herbatą i domowymi ciasteczkami. Piotr dziękował opatrzności, za tą niespodziewana okazję do odpoczynku i ochłonięcia z nadmiaru wrażeń.

Myśmy widzieli, że te piwnice są dziwne, podjęła swoją opowieść kobieta, ale nikt się nad tym dłużej nie zastanawiał. Wiecie państwo mieszkanie w takim budynku było na wagę złota, poza tym my byliśmy tu obcy, przyjezdni. Wszystko zaczęło się od wanny, którą pierwszy lokator znalazł w piwnicy i wykorzystał w swojej łazience. Jego córka się w niej utopiła, inne dzieci budziły się w nocy i opowiadały niestworzone rzeczy, ludzie zaczęli się dopytywać tu i ówdzie. Mój świętej pamięci mąż powiedział mi, że tu była siedziba NKWD a później UB. Oni w tych piwnicach trzymali niewygodnych ludzi i męczyli ich. Działy się tu okropne rzeczy nie chcę dłużej o tym mówić.

Sąsiedzi też się dowiedzieli i w miarę możliwości starali się opuścić to miejsce.Piotr zapytał: – jak wobec tego pani tu wytrzymała tyle lat?

-Wie pan ja się za nich modlę, msze zamawiam, myślę o nich dobrze i nic mnie nie spotyka.

Po wizycie u sąsiadki Iza nerwowo zapaliła papierosa; – Piotrek, co z tym fantem zrobić?Przecież wiesz, że dla mojego męża duchy to żaden argument, w jego pojęciu to przewidzenia histeryczek! Piotr przemyślał sprawę i znalazł rozwiązanie.

Następnego dnia odwiedził szwagra w szpitalu i opowiedział mu o gruntownych badaniach radiestezyjnych w obrębie budynku. Stwierdził, tonem kategorycznym, że występują tam wszystkie możliwe zaburzenia i to one mają tak destrukcyjny wpływ na jego zdrowie.

Ponieważ koledzy po fachu nie wykryli żadnych schorzeń, Tomasz przyjął wersję Piotra i z rezygnacją oświadczył, że nie widzi innego wyjścia jak tylko opuścić gabinet. Bardzo szybko podjął stosowne kroki i sytuacja wróciła do normy.

Dzisiaj w tym budynku cały parter zajmuje bank, a na piętrach znajdują się kancelarie i biura. Ciekawe, jakie samopoczucie maja pracujący tam ludzie?

Mam nadzieję, że czas, który podobno uzdrawia wszystko, wpłynął na energię tego miejsca.

 

Abramek

Pan Staszek, który opowiedział mi tę historię pojawił się w firmie, gdzie pracowałam, aby zbadać bilans – był biegłym rewidentem. Starszy pan po siedemdziesiątce, ale sprawny fizycznie, że o intelekcie nie wspomnę. Nawiasem mówiąc powinnam w tym momencie życzyć sobie i czytelnikom, abyśmy w tak świetnej formie doczekali sędziwego wieku.

Obawiałam się przebiegu naszej współpracy. Z jednej strony ja młoda adeptka zawodu, z drugiej biegły rewident, a więc absolutna pierwsza liga w księgowości. Niepotrzebnie się stresowałam, gdyż pan Staszek okazał się człowiekiem nie dość, że wyrozumiałym to jeszcze obdarzonym poczuciem humoru.

Był to czas krótko przed Barbórką i na jednej z kopalń wydarzył się poważny wypadek. Zaczęła się rozmowa o Skarbniku, który rokrocznie zbiera okup w tym czasie. Niestety tą zapłatą jest ludzkie życie. Zapytałam pana Staszka czy wierzy w historie, które opowiadają górnicy. Odparł, że jak się przeżyje to, co on to można uwierzyć w wiele rzeczy.

I tu zaczyna się ciekawa opowieść.

Pan Staszek mieszkał w Kielcach gdzie pracował, jako rachmistrz. Kiedy wybuchła II Wojna Światowa nie został powołany, ponieważ od dziecka miał problemy ze stawem biodrowym i lekko utykał. Kiedy już nowa rzeczywistość zwycięzców zapanowała na dobre, usiłował znaleźć jakąś pracę. Zatrudnił się u jednego ze znajomych. Sądząc z opisu był to chyba pierwowzór Kurasia z filmu Polskie Drogi Tak samo zaradny i z talentem do handlu. Wszędobylski i mający tak zwane układy. Pan Staszek robił dla swojego nowego pryncypała różne rzeczy. Od zamiatania liści do pośredniczenia w bardzo delikatnych negocjacjach finansowych z okupantem.

W tym czasie „rasa panów” z wielkim zaangażowaniem tworzyła getto. Oczywiście żydowscy mieszkańcy potrzebowali żywności. Nielegalny handel kwitł w najlepsze. Problemem był jedynie przerzut na teren getta zwłaszcza, kiedy zimą 1941 zostało ono zamknięte. Szef mojego rozmówcy zaangażował się w szmugiel.

Pan Staszek miał specjalną przepustkę kupiona za ciężkie pieniądze od okupantów. Wnosił na teren getta nie tylko żywność, ale też lekarstwa i papierosy, za, które można było uratować życie.  W gettcie odnalazł rodzinę swojego sąsiada, z którym był bardzo zżyty. Jego ulubieńcem był zwłaszcza mały Abramek. Pomagał im jak mógł. Kiedy zmarł ojciec Abramka ten, jak wiele innych dzieci, szmuglował żywność ze strony aryjskiej. Był drobny, zwinny, potrafił przecisnąć się przez każdą dziurę. Kiedy na tyfus zmarły matka i siostra Abramka, pan Staszek chciał zabrać go do swojego mieszkania i ukrywać, ale chłopiec się nie zgodził – pozostali członkowie rodziny liczyli na niego. Abramek równie sprawnie jak po powierzchni poruszał się w kanałach pokazał nawet panu Staszkowi najkrótsze przejście.

Kiedy pracodawca Staszka dowiedział się o planowanej likwidacji getta, usiłowali wspólnymi siłami, wydostać stamtąd Abramka. Niestety nie udało się tego dokonać. Pociąg wiozący chłopca ku niepewnej przyszłości odjechał.

W jakiś czas później Niemcy urządzili łapankę i dopadli również Staszka- mimo jego „twardych papierów”. Mówił mi, że po tym wszystkim, co widział wolał umrzeć niż pracować dla okupanta. Zaryzykował ucieczkę.

Biegnąc znalazł się na trasie, którą odbywał się szmugiel żywności. Poznał znajome kąty. Jedna ze studzienek kanalizacyjnych była uchylona, więc wskoczył do środka. Uciekał niestrudzenie. W pewnym momencie zorientował się, że jest ranny i krwawi. Stanął nasłuchując. Było cicho. Opatrzył ranę chusteczką i kawałkiem materiału oderwanego z koszuli. Zatrzymał się, aby przemyśleć swoje położenie.

Był osłabiony, ranny, a co najgorsze nie miał pojęcia gdzie się znajduje. Pomyślał „Boże ja tu umrę „. Nagle jak spod ziemi wyrósł przed nim znajomy chłopiec.

Zawołał – „Staszek chodź, ja znam drogę”.

Mój rozmówca zdębiał, ale posłusznie ruszył za swoim przewodnikiem. Abramek raz był bardziej raz mniej widoczny i mimo słownych zaczepek nie odpowiadał.

Kiedy wyjście, które ocaliło życie pana Staszka było już widoczne chłopiec zniknął za załomem muru. Staszek wołał za nim, ale bez rezultatu. Mało tego zorganizował razem ze znajomym coś na kształt wyprawy poszukiwawczej. Wierzył, że chłopiec ukrywa się w tym podziemnym labiryncie. Wszystko bez rezultatu.

Po wojnie szukał przez czerwony krzyż, rodziny Abramka. Zgłosił się jego kuzyn, potwierdzając, że chłopiec został zamordowany w Treblince.

Pan Staszek zapytał mnie jak myślę, kogo tam spotkał czy to był duch?

Odparłam, że stuprocentowej pewności nie mam, ale to nie jest odosobniony przypadek, kiedy w chwili zagrożenia życia wołamy o pomoc, a ona przychodzi z najmniej oczekiwanej strony.

Historia kryminalna z duchem w tle

Historię tą opowiedziała mi zaprzyjaźniona starsza pani. Dzieje się ona w latach osiemdziesiątych, kiedy półki sklepowe świeciły pustkami, a zdobycie wielu produktów graniczyło z cudem.

 

Ten rok był dla Marka szczególny. Praktycznie w jednym miesiącu pożegnał ojca, którego bardzo kochał i poznał Annę, nową asesor w prokuraturze rejonowej, gdzie pracował.

W tej energiczniej i zawsze wesołej kobiecie zakochał się od pierwszego wejrzenia.

Dla matki Marka, Haliny również był to czas niełatwy. Z jednej strony odetchnęła, bo synowi starokawalerstwo już raczej nie groziło, ale śmierć Adama, z którym przeżyła wiele wspólnych lat była wielką traumą. Halina często chodziła na cmentarz i spędzała długie godziny przy grobie swojego męża. Jakieś pół roku po jego śmierci, Halina miała dziwny sen. Adam stał przed nią w samej bieliźnie i powiedział:

– Halinko zrób coś mnie jest tak strasznie zimno!

Sen ten zaczął się powtarzać pomimo odprawienia mszy za duszę zmarłego i ciągłych odwiedzin jego grobu. Wreszcie Halina zwróciła się do syna:

– Marek ja cię proszę otwórzmy grób, ja muszę zobaczyć, jak ojciec został pochowany!

Marek starał się wytłumaczyć mamie, że nieboszczykowi nie może być zimno. Przekonywał: – mamo jesteś jeszcze w żałobie i widocznie psychika nie wytrzymuje, może czas skorzystać z porady specjalisty

Matka zareagowała nerwowo:

– ty mnie do wariatkowa nie wysyłaj, ja wiem, że umarłemu ciepły koc jest niepotrzebny! Uważam, że stało się coś niedobrego i Adam chce zwrócić na to uwagę. Przysięgam, jeśli nie załatwisz zezwolenia na legalną ekshumację, a w końcu jesteś przecież prokuratorem to własnymi rękoma pomnik rozbiorę. Ja tego dłużej nie wytrzymam.

Marek obiecał mamie, że porozmawia na ten temat z przełożonym. Zastanawiał się jak ma to zrobić, przecież nie może powiedzieć, że jedyną przesłanką do ekshumacji są niepokojące sny, jakie ma pogrążona w żalu wdowa.

Bijąc się z myślami udał się na Bazar Różyckiego. Niedługo Anna będzie miała urodziny, a w sklepach pustki. Może dobra czekolada poprawiłaby nastrój mamie?

Marek chodził między straganami i nadziwić się nie mógł nad ilością deficytowych towarów, oferowanych przez jakże operatywnych rodaków. Kiedy zrobił zakupy i kierował się w stronę wyjścia z wielkim impetem wpadła na niego zapłakana kobieta. Torby wypadły obojgu z rąk, kobieta zaczęła przepraszać cały czas spazmatycznie szlochając. Marek zapytał;

-, co się stało, czy ktoś panią okradł? Proszę panią jestem prokuratorem, proszę mi powiedzieć wezwiemy milicję.

Kobieta z trudem powstrzymując płacz powiedziała:

– pół roku temu pochowałam siedmioletnią córeczkę, ciałko kazałam ubrać w sukieneczkę do Pierwszej Komunii, której nie doczekała.Dzisiaj zobaczyłam tą samą sukienkę na straganie, kiedy zapytałam skąd ta handlara ją ma zostałam zbluzgana i przegoniona.

– Czy jest pani pewna, że to ta sama rzecz?

– Proszę pana w sklepie pan takiej nie kupi to prezent od mojej siostry mieszkającej we Francji, sukienka miała nietypowy krój i obszyta była prawdziwą holenderską koronką. To absolutny rarytas i unikat!

Marek postanowił, że nie można zostawić tej sprawy bez zbadania. Zatrzymał przechodzący patrol i razem z milicjantami udał się we wskazane miejsce. Handlarka mętnie tłumaczyła sposób, w jaki weszła w posiadanie sukienki. Mlicjanci zamknęli stoisko, skonfiskowali jego zawartość i zatrzymali kobietę do wyjaśnienia. Marek już na komendzie przeglądał zarekwirowane przedmioty. Nagle cała krew odpłynęła mu z twarzy, znalazł papierośnicę ojca, którą mama razem z kilkoma innymi przedmiotami kazała włożyć do trumny.

No teraz miał gotowy i mocny pretekst do ekshumacji. Jakby tego było mało przesłuchał handlarkę, która przyznała, że sukienkę i inne przedmioty nabyła celem dalszej odsprzedaży od takich dwóch – tu padły nazwiska. Szybko ustalono, że ci dwaj panowie są pomocnikami w firmie kamieniarskiej. Jak się okazało firma działa na tym samym cmentarzu gdzie pochowano jego ojca i córkę owej zapłakanej kobiety?

Oczywiście hieny cmentarne zatrzymano, a kilkanaście grobów otwarto i stwierdzono, kradzież wartościowych przedmiotów.

Kiedy sprawa została zamknięta sny ustały, a Halina podsumowała zdarzenia następująco:

– mówiłam ci Marku, że ojciec chce zwrócić uwagę na jakąś niegodziwość i miałam rację, szkoda tylko, że przekaz był tak enigmatyczny, inaczej rozwiązałbyś sprawę jeszcze szybciej!

Działalność tak zwanych hien cmentarnych uważam za jedno z najbardziej obrzydliwych przestępstw potępianych nie tylko przez Kodeks Karny, ale również przez zwykła ludzką przyzwoitość. Ojciec Marka najwyraźniej myślał tak samo.

Ciekawe jest też spotkanie Marka i tej zapłakanej kobiety. Niejednokrotnie spotykamy właściwych ludzi, kiedy tego najbardziej potrzebujemy. Czy rzeczywiście los jest ślepy?

Przy okazji chciałabym polecić Państwa uwadze kwartalnik „Spirytyzm” wydawany przez Polskie Towarzystwo Studiów Spirytystycznych. Odkryłam tą pozycję wydawniczą niedawno, ale jest z pewnością warta uwagi i zainteresowani czytelników.

„Tu zaszła zmiana w scenach mojego widzenia”*

Historia ta wydarzyła się w rodzinie zagorzałych ateistów, ludzi nauki z upodobaniem negujących wszystko, co nie mieści się w światopoglądzie materialistycznym.

 

Główne postaci to Teresa, lekarz dermatolog, ordynator szpitala i jej mąż Andrzej inżynier architekt. Świetna para, dobrane małżeństwo. Obydwoje ambitni i bardzo pracowici.

Andrzej wyjechał w delegacje i już w czasie jej trwania poczuł się źle. Gorączka, ogólne rozbicie i dziwne zaczerwienienie na udzie, nie bolesne, ale dokuczliwe. W drodze powrotnej prosił swojego kolegę Piotra, aby prowadził samochód, bo sam nie był już w stanie.

Jak łatwo się do myśleć, żona zbadała go i zdiagnozowała, tzw. różę. Pocieszyła męża, że to nieprzyjemna dolegliwość, ale istnieją sprawdzone leki i można sobie z nią poradzić. Rzeczywiście terapia poskutkowała dość szybko. Tyle, że trzy miesiące później sytuacja się powtórzyła, a objawy nasiliły. Teresa zabrała męża do szpitala i tam zleciła serie dodatkowych badań. Nie będę zanudzać opisem całej terapii dość, że pomimo zastosowania najnowocześniejszych leków, sprowadzonych specjalnie z USA, historia się powtórzyła. Mało tego charakterystyczne zaczerwienienie rozprzestrzeniło się na twarz.

Teresie było bardzo przykro, że Andrzej tak się męczy. Jednak jako doświadczony specjalista zdawała sobie sprawę, że na tą chwilę znaleźli się pod ścianą. Nic więcej nie mogła zrobić.

Pewnego razu, na nocnym dyżurze usłyszała rozmowę dwóch pielęgniarek:

– Pani doktor to się zamartwi z powodu męża, żal mi jej, wiesz u mnie w rodzinie jest ciotka szeptucha , na granicy z Ukrainą mieszka ona nie takie rzeczy potrafi wyleczyć

– To powiedz o niej pani Teresie,

– Coś ty wiesz, jaka ona jest zasadnicza zaraz będzie ględzić, że to ciemnota i zabobony.

Po powrocie do domu Teresa podzieliła się z mężem treścią zasłyszanej rozmowy.

-Powiedz mi Andrzej, co o tym myślisz? Wiesz, że jestem przeciwna różnym znachorkom, ale w tej sytuacji … Zrozum ja ci już nie potrafię pomóc.

Andrzej zamyślił się leczenie u znachorki nie bardzo mieściło się w jego postrzeganiu świata. Był jednak wyczerpany już nie tylko fizycznie, ale i psychicznie.

– Teresko, – zwrócił się do żony – porozmawiaj z pielęgniarką, poproś o adres.

Teresa nie kryjąc zakłopotania przyznała, że słyszała rozmowę i poprosiła pielęgniarkę o adres znachorki.

-Pani doktor u nas się nie mówi znachorka tylko szeptucha.Ona jest bardzo skuteczna – tego nie można wytłumaczyć naukowo, ale trudno dyskutować z faktami, a świadczą one o dużej efektywności tej terapii.

Pojechali. Na miejscu, przywitała ich bardzo miła staruszka i zapewniła, że w jej pojęciu choroba jest uleczalna.  Najpierw Andrzej był zły, bo palenie jego włosów i kropienie go święconą wodą uznał za obrzędy żywcem wyjęte ze średniowiecza.

Później, kiedy objawi całkowicie ustąpiły czuł tylko wdzięczność, zmieniając diametralnie podejście do dziedzin niekonwencjonalnych.

Kiedy Andrzej ponownie spotkał Piotra, ten widząc kolegę w doskonałej kondycji powiedział: nie ma to jak żona lekarka, co? Wiesz Piotrek z moim leczeniem to dość skomplikowana i długa historia. Opowiedział o niepowodzeniach żony i o wizycie u znachorki.

Piotr zareagował spontanicznie: daj mi adres, pojedziemy tam! Jesteś chory? Piotr smętnie zwiesił głowę: od dziesięciu lat staramy się o dziecko, według lekarzy nie mamy szans.

Upłynęło kilka miesięcy i nagle – telefon od Piotra: wiesz byliśmy u tej szeptuchy i wyobraź sobie powiedziała, że przy pierwszej pełni zostanie poczęte dziecko. W słuchawce zapadła niezręczna cisza.

Andrzej to się stało! Moja żona jest w trzecim miesiącu, a ja obiecałem tej kobiecie zapłatę w dolarach, jeśli będzie dzieciątko.

Andrzej zapytał kolegę czy chce pożyczyć od niego te pieniądze. Piotr energicznie zaprzeczył: chodzi mi tylko o to czy  pielęgniarka, krewna szeptuchy,  jedzie na święta w swoje rodzinne strony? Czy może przekazać pieniądze  ciotce? Wiesz to bardzo daleko, a ja mam w pracy dosłownie urwanie głowy.

Andrzej powiedział, że dowie się i pomoże załatwić sprawę.

Piotr drżącym głosem dodał:

– wiesz ona przychodzi do mnie we śnie i domaga się swojej zapłaty, ponagla, bo będzie miała wesele wnuka!, Andrzej rozumiesz? Ja  nie chce jej oszukać, a ona mi się śni. Grozi mi palcem TY OBIECAŁ!

Jeszcze niedawno Andrzej , słysząc takie zwierzenia, kręciłby kółka na czole, teraz przyjął wszystko spokojnie i ze zrozumieniem.

Mówi się, że cierpienie uszlachetnia. Z mojego doświadczenia mogę dodać, że również otwiera, zmienia nawet, z pozoru ugruntowany światopogląd, a czasami i przekonania religijne.

Przyznam, że bardzo często korzystam z dobrodziejstwa medycyny naturalnej. Szczególnie wiele zawdzięczam homeopatii, którą z całego serca polecam !

* Sen Lorda Byrona

 

 

Ile historii może opowiedzieć jedna książka ?

Ksiązki mają swoją historię, oczywiście im są starsze tym opowieść jest dłuższa.

 

Dostałam kiedyś w prezencie  bardzo stary egzemplarz Atlasu Anatomii Człowieka dla studentów medycyny. Pomyślałam sobie; na co mi taka książka w dodatku napisana po niemiecku? Darczyńcą była moja koleżanka na stałe wyjeżdżająca z kraju. Dawała z całego serca i w głębokim przekonaniu, że sprawi mi przyjemność. Nie mogłam tego daru odrzucić.

Książka przeleżała parę tygodni na półce aż któregoś dnia robiłam porządki i pomyślałam, że czas najwyższy, aby do niej zajrzeć.

Okładka była podniszczona, ale w środku ksiązka prezentowała się dużo lepiej – przez tyle lat jej stronnic dotykało wiele osób. Ilustracje przedstawiały budowę ludzkiego ciała, mięśni, kości. Z zainteresowaniem studiowałam łacińskie nazwy. Nawet nie spostrzegłam, kiedy minęły ponad dwie godziny. Nie mogłam się od niej oderwać, czułam emocje osób, które miały z nią kontakt. Teraz potrzebowałam tylko czasu, aby  przetworzyć i poskładać zebrane informacje. Książka przemawiała do mnie przez kilka nocy.

Pierwsza wizja: mężczyzna w wieku około 40 lat, Niemiec, z profesji lekarz, szpital pełen ludzi. Wszystko wskazywało na epidemię. Pacjenci leżeli wszędzie nawet na podłodze w korytarzu. Nie wiem jaka choroba ich dręczyła, ale wśród ofiar było dużo dzieci. Mężczyzna dosłownie dwoił się i troił biegając między pacjentami. Później przez krótką chwilę widziałam go w domu. Wydaje mi się, że jego dziecko też zachorowało, a on nie mógł nic zrobić, aby mu pomóc. Dramat, porażka ojca i lekarza. Kryzys wiary i kompetencji.

Następny obraz to spory skok w czasie.  (Epokę oceniam zwykle na podstawie ubiorów, chyba, że istnieją przesłanki do precyzyjnego datowania). Książka znowu należy do lekarza, ale młody człowiek mówi po polsku. Jest ubrany w mundur legionisty. Moje serce rośnie! Mężczyzna jest w swoim domu, dochodzi do sprzeczki między nim a jego matką. Sięga po jakąś książkę i strąca z półki Atlas, nie podnosi go, wybiega z pokoju, a jego wojskowy but odciska się na okładce.

Następny kadr, krajobraz po bitwie, wszędzie ludzkie ciała i nagle zmiana, szpital polowy. Mój bohater jest zmęczony, ale szczęśliwy: to pewne – będzie wolna Polska. Jego radość udziela się i mnie. Niestety jęki rannych i fetor zgnilizny rujnują  podniosłość chwili.

Kolejny obraz – pan doktor ma syna, daje mu na imię Józef na cześć Marszałka. Widzi w nim swojego następcę – to będzie kolejny chirurg w rodzinie. Potem znowu ogromne emocje, na arenie historii pojawia się kryminalista, niejaki Adolf H. Lekarz zna niemiecki słucha radia, pali papierosa za papierosem.

Znowu  wojna, Józef student medycyny, pracuje w szpitalu, jako pielęgniarz. Nie zdążył ukończyć studiów, uczy się więc od innych lekarzy. Pomaga mu jego przedwojenny wykładowca.

Wybucha Powstanie, chłopak walczy dzielnie, jako żołnierz i lekarz. Jego odwaga i empatia zadziwia wszystkich. Ojciec jest dumny.

Odważny młody człowiek, zakochuje się i marzy o innym życiu, zwyczajnym, nudnym. Kiedy jego  oddział przechodzi przez cmentarz, Józef widzi wielki krzak różany, urywa jedną gałązkę dla swojej ukochanej. Dziewczyna dostaje kwiat i cieszy się, choć wie, że to róża cmentarna. Jakie to może mieć znaczenie, kiedy dookoła szaleje inferno.

Józef zostaje ranny w prawe ramię i dłoń. Będzie lekarzem, ale już wie, że nigdy chirurgiem.

Doszłam do wniosku, że ta niezwykła książka powinna dalej towarzyszyć komuś innemu.Podarowałam ją pani kardiolog, która ratowała moją mamę po ciężkim zawale.

Prezent przyjęła ze szczerą wdzięcznością, chociaż nie bez oporów. Powiedziała, że spodoba się również jej córce, studentce medycyny.

Atlas Anatomii Człowieka wrócił na swoje miejsce.