Słyszałem ich myśli, czułem energię serca…

Zapraszam do lektury niezwykle przejmującej opowieści Andrzeja, który dwukrotnie otarł się o śmierć.

Szanowna Pani Ado!

Dzisiaj jest trzecia rocznica mojej drugiej śmierci klinicznej. Już w zeszłym roku chciałem opisać moje przeżycia i wysłać do Pani, ale jakoś zabrakło mi cierpliwości. Poza tym nie bardzo potrafię przelewać swoje myśli na papier. Tym razem postanowiłem, że nie wstanę od komputera aż skończę. Mam nadzieję, że innych ludzi to zainteresuje.

Pierwszy raz znalazłem się poza ciałem w wieku 17 lat. Miałem atak wyrostka i tak pechowo się stało, że rozlał się on na stole operacyjnym. Przez to byłem długo w narkozie, a operacja trwała prawie cztery godziny. Nie pamiętam żadnego tunelu ani jakiegoś spadania w dół, o czym piszą inne osoby. Zamknąłem oczy będąc jeszcze w ciele, a kiedy otworzyłem je ponownie byłem poza ciałem. Unosiłem się w powietrzu, w takiej pozycji, jakbym był przyklejony plecami do sufitu. Byłem kompletnie zdezorientowany i wystraszony. Udało mi się jakoś zmienić tę dziwna pozycję i, jeśli można tak powiedzieć, stanąłem obok lekarza. Widziałem wnętrze mojego ciała. Coś tam w środku zaczęło krwawić i lekarz wrzeszczał na wszystkich, klął jak szewc. Moja pierwsza przytomna myśl, była taka: niby inteligent a przeklina gorzej jak mój ojciec.

Zawsze źle znosiłem widok krwi, więc pomyślałem, że nie chce być w tym pomieszczeniu i w tej samej chwili znalazłem się na korytarzu. Tam dopiero ujrzałem cudne widowisko. Obok mnie przepłynęła w powietrzu postać młodej dziewczyny. W tym samym momencie, na końcu korytarza objawiło się coś na kształt świetlistego wiru. Ten wir z kolei utworzył rodzaj owalnego lustra z falująca taflą. Dziewczyna podpłynęła do tej tafli. Z lustra wydobyło się przepiękne tęczowe światło i owinęło się wokół niej, po czym delikatnie uniosło ją i zabrało do wnętrza lustra. Błyskawicznie znalazłem się przy tym lustrze, bo też chciałem tam wejść. Poczułem jednak taką blokadę, jakbym odbił się od niewidzialnej ściany. Następnie z głębi tafli wypłynęło kropla, która wyglądała jak kulka rtęci. Chodzi mi o to, że podobnie się poruszała. Nazwałem ją „żywą kroplą” Ta kropla dotknęła mojego czoła, między oczami i na tym zakończyło się całe doznanie, ponieważ obudziłem się w ciele, już po operacji.

Ciekawostka jest taka, że na trzeci dzień po operacji odwiedzili mnie koledzy. Jeden powiedział: miałeś chłopie szczęście, bo kilka godzin przed tobą przywieźli tutaj siostrę mojego sąsiada. Też wyrostek robaczkowy, ale nie przeżyła operacji. Dziwnie mi się wtedy zrobiło, bo mimo młodego wieku przyszła do mnie refleksja o śmierci. Kolegom nic nie powiedziałem, ale w sercu emocje były ogromne.

Drugi przypadek wyglądał całkiem inaczej. Miałem zawał, z bólu straciłem przytomność. Co można powiedzieć było wybawieniem. Na moment ocknąłem się w karetce. Później znalazłem się nad swoim ciałem, znów na sali operacyjnej. Tym razem się nie bałem, tylko byłem ciekaw, co będzie dalej. Stałem w niewielkiej odległości od lekarza, kiedy jedna z pielęgniarek dosłownie przeze mnie przeszła. Odczułem to jako szarpnięcie.

Obserwowałem cały zespół. Zwróciłem uwagę, że pani anestezjolog siedzi jakaś taka smutna i patrzy w te wszystkie monitorki, ale myślami gdzieś błądzi. Zbliżyłem się do niej i (jeśli można to ująć obrazowo) położyłem jej rękę na ramieniu. Wtedy stało się coś niesamowitego, bo zacząłem słyszeć jej myśli i czułem energię serca. (Doktor miała romans z kolegą i zastanawiała się czy, to ma sens i czy nie jest tylko przygodą w jego życiu.) Aż odskoczyłem z wrażenia. Przesunąłem się do innej osoby i też słyszałem jej myśli. Opuściłem salę i popłynąłem przez korytarz, nie wiem jak to możliwe, ale komu położyłem rękę na ramieniu, ten stawał się dla mnie jak otwarta księga. Później zobaczyłem moją żonę i córkę, strasznie płakały, co napełniło mnie niewyobrażalnym smutkiem. Pomyślałem o synu i chyba w tej samej sekundzie znalazłem się przy nim. Jechał samochodem i rozmawiał przez telefon, na szczęście miał zestaw głośnomówiący. Odwoływał jakieś ważne spotkanie z (dajmy na to) -Iksińskim, następnie dzwonił do synowej z informacją, że tata jest w ciężkim stanie i on jedzie do szpitala. Wylał na siebie resztkę kawy. Pomyślałem, że bardzo ich wszystkich kocham i chcę być z nimi, że jeszcze nie pora umierać. Znów byłem na korytarzu szpitalnym, a przede mną pojawiła się ta „żywa kropla”. Zbliżyła się po woli i dotknęła mojego czoła.

Odzyskałem przytomność w ciele. Bardzo się cieszę, że jeszcze mogę pobyć na tym świecie, spędzać czas z bliskimi i służyć im radą i pomocą. Mam tylko pytanie, czy spotkała się Pani z innymi historiami, gdzie ludzie poza ciałem słyszeli myśli innych osób? Ja teraz zacząłem czytać książki poświęcone tematyce doświadczeń z pogranicza, ale takiego opisu nie znalazłem. Pewnie jeszcze dużo muszę się dowiedzieć, żeby podnieść swoją świadomość.

Na zakończenie dodam, że po szpitalu, rozmawiałem z synem i był on zdumiony, bo rzeczywiście odwoływał to konkretne spotkanie i zalał się kawą. Miałem też rozmowę z panią anestezjolog, której powiedziałem, że byłem poza ciałem. Ona zareagowała ostro, że to omamy były po lekach. Ja jej na to, że mogę powiedzieć, o czym wtedy myślała. Zrobiłem to, a ona najpierw poczerwieniała, a potem energicznie wyszła z pokoju.

Dziękuję Pani za wszystkie teksty i nagrania. Jeśli ten mój nieporadny list się nadaje do publikacji, to proszę go wykorzystać wedle woli. Pozdrawiam serdecznie i życzę wszystkiego, co najlepsze.

Drogi Andrzeju, dla każdego ta jedyna w swoim rodzaju podróż ku granicom poznania, ma inny charakter. Dla jednych głównie duchowy, transformujący ich osobowość, wnoszący bezcenne światło, które już zawsze będzie oświetlało drogę życia. Dla drugich będzie to również wyzwanie intelektualne, choć wątpię, aby ktokolwiek objął całokształt zagadnienie rozumowo.

Wspaniale, że zgłębia Pan tematykę duchowości. Opowieści innych osób, które doświadczyły tego co my, są cenne, ponieważ dają nam poczucie wspólnoty. Nie jesteśmy samotnymi dziwolągami, tylko wielką, internacjonalną gromadą dusz połączonych wspólną emocją i wspomnieniami. Co do pytania o czytanie w myślach, to spotkałam się z takimi relacjami, ale na ten moment mogę przytoczyć tylko jedną, z książki Raymonda Moody’ego „W stronę światła”

Z inna zadziwiającą historią wskazująca na to, że przeżycia na granicy śmierci nie są złudzeniem umysłu, zapoznał mnie pewien lekarz z Południowej Dakoty. Kiedy jechał do szpitala, miał stłuczkę. (…) wypadek ten wprawił go w przygnębienie i zaprzątał jego myśli, kiedy tego ranka reanimował mężczyznę, któremu przestało bić serce. Następnego dnia pacjent, któremu uratował życie, powiedział mu niezwykłą rzecz:

Panie doktorze, kiedy pan mnie ratował, opuściłem ciało i oglądałem pana przy pracy.

Lekarz zaczął go wypytywać i zdumiała go ścisłość jego relacji. Mężczyzna ze szczegółami opisywał wygląd instrumentów, powiedział nawet w jakiej kolejności były używane. Podał kolory, kształt, a nawet ustawienia pokręteł i mierników na urządzeniach. Jednak ostatecznie przekonały lekarza słowa pacjenta:

Wiedziałem, że martwi się pan tym wypadkiem. Ale naprawdę nie ma się czym przejmować. Pan poświęca swój czas innym. Nikt przeciwko panu nie wystąpi.

Pacjent nie tylko postrzegał swoje fizyczne otoczenie, ale również czytał w myślach. [1]

W Pana liście, najbardziej poruszył mnie fragment o „żywej kropli”, bo to poetycka wręcz metafora światła, które wniknęło w głąb świadomości poprzez czakrę trzeciego oka.

Pana relacja, po raz kolejny potwierdza tezę, że przestrzeń nazywana Zaświatem, jest miejscem pełnym życia i życzliwej nam Mocy. Przygarnia dusze, które trwale odłączyły się od ciała, a pozostałe inspiruje do powrotu, gdyż ich czas jeszcze nie nadszedł, a plan duszy nie został wykonany.

Dziękuję z serca za ciekawą historię i życzę owocnej obecności na planie fizycznym.

 

 

 

[1] R. Moody „W stronę światła” Bydgoszcz 1992 str.165,166

„Życie, śmierć i co dalej? cz.II

Szanowni Państwo!

Polecam Waszej uwadze, kolejny odcinek programu „Życie, śmierć i co dalej?”

Tym razem opowieść niezwykła, bo i człowiek nietuzinkowy. Gościem Krisa Rudolfa jest wybitny artysta, reżyser Andrzej Maria Marczewski. Jego spotkanie z nieznanym miało bardzo ciekawy przebieg i odcisnęło ogromne piętno nie tylko na życiu prywatnym, ale również na twórczości artysty.

Po raz kolejny śmierć kliniczna okazała się przebudzeniem do nowego, pełniejszego życia.

Warto posłuchać!

Czy OBE może być niebezpieczne?

 

 

Na prośbę jednego z Czytelników poruszam temat OBE.

W Internecie można znaleźć mnóstwo artykułów poświęconych tej tematyce. Jak to w sieci bywa, najczęściej autorzy wpisów reprezentują poglądy skrajne.

Z jednej strony mamy hura optymistów, którzy niczym ślepy koń na Wielkiej Pardubickiej nie widzą żadnych przeszkód. Cóż, doświadczenie życiowe uczy, że nie ma takiej dziedziny, która spełniałaby kryterium „dobre dla każdego”. Nawet sport w swojej lekkiej, rekreacyjnej wersji nie służy wszystkim. Również ci szczególnie predysponowani do jego uprawiania, muszą ze względów fizycznych, zdecydować się na konkretną dyscyplinę. Ostatecznie trudno wyobrazić sobie naszych wspaniałych mistrzów w pchnięciu kulą, wijących się w stylowych pląsach na płycie lodowiska. Ludzie nie są jednakowi i każdy posiada jakieś ograniczenia, z tym, że ich natura może być różnorodna.

Po drugiej stronie okopała się totalna opozycja. Specjalnie na potrzeby tego artykułu przejrzałam kilka stron i blogów, prowadzonych przez księży i zakonników. Oj, zapachniało siarką niczym w głębokim średniowieczu. Gołym okiem widać, że niektórym marzy się powrót Inkwizycji i paru heretyków, do że się tak wyrażę, szeroko pojętej obróbki. Według autorów artykułów godne najgłębszego potępienia są wszystkie praktyki medytacyjne, joga, a nawet słuchanie tak zwanej muzyki relaksacyjnej. Praktycznie każdy, kto zajmuje się wymienionymi dziedzinami jest skazany na potępienie. Wniosek nasuwa się sam: kto nie jest chrześcijaninem, szczerze oddanym doktrynie, ten zginie w czeluściach piekielnych. Ciekawa jestem, jak autorzy odnoszą swoje słowa do ekumenicznego pontyfikatu św. Jana Pawła II, który traktował z wielkim szacunkiem przedstawicieli religii Dalekiego Wschodu, ze szczególnym uwzględnieniem osoby Jego Świątobliwości Dalajlamy:

„Dalajlama był aktywnym uczestnikiem spotkania, które 27 października 1986 roku w rodzinnym mieście świętego Franciszka zgromadziło przedstawicieli kilkudziesięciu światowych religii. Zdjęcia i materiały filmowe z tego wydarzenia dokumentują, że tybetański przywódca duchowy znajdował się na trybunie honorowej po prawej stronie Jana Pawła II.”

Jeśli praktykowanie duchowości w takiej formie, jak robi to buddysta wiąże się z mocami nieczystymi, to czemu nieomylny i w dodatku uświęcony Jan Paweł II posadził Dalajlamę po swojej prawicy? Może wiedział więcej niż mógł powiedzieć?

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wracając do zagadnienia OBE, czyli out-of-body experience lub po prostu doświadczenia poza ciałem, warto moim zdaniem zwrócić uwagę na pewne aspekty. Pomijając przypadki takie jak śmierć kliniczna, na które nie mamy w zasadzie wpływu, możliwe jest osiągnięcie stanu eksterioryzacji za pomocą różnych ćwiczeń, w tym również medytacji. Dzięki takiemu treningowi możemy opuszczać ciało, śnić tak zwane sny świadome, jednym słowem pracować z umysłem na wysokim poziomie.

Podnoszenie własnej świadomości to znaczny progres na drodze rozwoju duchowego. Czy zatem warto podążać za entuzjastami tej techniki?

Moim skromnym zdaniem, przed podjęciem takiej decyzji wskazane jest, aby dogłębnie przeanalizować przesłanki jakie nami kierują i zastanowić się nad własną kondycją – nie tylko duchową. Zdrowy rozsądek podpowiada, że osoby chore psychicznie lub nerwowo, a także chorzy z padaczką oraz szeroką gamą dolegliwości neurologicznych, powinni się dobrze zastanowić nad tego rodzaju praktykami i raczej pozostać przy technikach stricte relaksacyjnych. Teoretycznie można wprawdzie wrócić do ciała w każdej chwili, ale musi to być ciało stabilne.

Druga sprawa to nasza psychika. Powinna być zrównoważona, a człowiek pogodzony ze światem i sobą samym. Świat duchowy nie powinien być miejscem ucieczki przed ziemskimi zgryzotami, tylko czystym źródłem poznania siebie i praw transcendencji.

Jeśli w realnym świecie nie radzimy sobie z emocjami, mamy problemy z samym sobą, sterują nami różne kody i schematy, to poza ciałem będzie dokładnie tak samo. Przecież świadomość to po prostu my sami, razem z silnymi i słabymi aspektami osobowości. Dlatego jestem przekonana, że przed próbą eksterioryzacji, należy najpierw osiągnąć wewnętrzną harmonię.

Nie na darmo nasze babcie mówiły, że porządki w domu zaczynać należy od piwnicy. Ład wewnętrzny również uzyskujemy inicjując pracę na poziomie fundamentów.

Martwi mnie sytuacja, gdzie dana osoba, owszem zaczyna się budzić i postrzegać inaczej świat, w którym żyje, ale jednocześnie zmianę jakiej pragnie, opiera na dwóch przypadkowych wykładach i trzech książkach poświęconych duchowości. Każda zmiana jest tylko wtedy kompletna i stała, jeśli zaczyna się w nas, obejmując stopniowo wszystkie poziomy ludzkiej egzystencji od fizycznych do duchowych.

Dla przykładu, załóżmy, że pewien młodzieniec wychowany został w rodzinie, gdzie babcia kodowała swoje wnuki w następującym trybie: kto nie robi tego, co mówi nasz ksiądz pójdzie do piekła, a na każdego odstępcę czeka diabeł z widłami. Chłopak dorasta i zaczyna zmierzać w kierunku samodzielnego poznawania świata. Odkrywa, że istnieją alternatywne koncepcje i możliwości jego postrzegania.

Jeśli zmiana w jego poglądach, zachowaniu, wierze, jest tylko powierzchowna i stanowi jedynie przejaw młodzieńczego buntu, ukierunkowanego bardziej na pokaz niż do wnętrza, istnieje prawdopodobieństwo, że da o sobie znać wewnętrzny Cień. Z tej konkretnej przestrzeni, mówiąc obrazowo, zaatakuje go właśnie ów diabeł, malowniczo opisywany przez babkę. Wdrukowane wzorce w pewien sposób „zawalczą” o Ego, używając do tego celu również nieprzyjemnych obrazów. W efekcie przebieg jego doświadczeń z kręgu OBE może być dość przykry, a nawet niebezpieczny. Każda sytuacja lękowa ma przecież swoje konsekwencje.

Człowiek świadomy i prawdziwie wolny, niczego szkodliwego za sobą nie ciągnie. Nie wypiera pewnych przekonań, tylko siłą woli się od nich uwalnia. Konsekwentnie buduje samego siebie na nowo, dając temu wyraz nie tylko na zewnątrz, ale przede wszystkim w sercu i umyśle. Ten wewnętrzny spokój i co istotne miłość do samego siebie, pozwala zachować równowagę w ciele oraz poza nim.

Ciężkim zarzutem wobec OBE jest stosowanie środków narkotycznych w celu wywołania pewnych wizji lub wzmacniania doznań pojawiających się poza ciałem. Cóż, jeśli chodzi o doskonalenie umysłu droga na skróty po prostu nie istnieje. Jeśli ktoś próbuje przy pomocy farmakologii przyśpieszyć cokolwiek ten się srodze zawiedzie.

Czymś zgoła innym jest zażywanie różnego rodzaju preparatów przez szamanów w trakcie rytuałów stricte religijnych. Praktyki szamańskie mają ogromną tradycję i są ściśle związane z wierzeniami poszczególnych ludów. Dla szamana – kapłana jest to sposób na dotarcie do świata duchów. On po prostu spełnia swoją rolę żyjącego łącznika poruszającego się między wymiarami. Jest wybierany spośród wielu osób i z reguły posiada wrodzone zdolności paranormalne. Szamanem nie zostaje się przez przypadek, jest to powołanie do szczególnej służby i wszystko, co się z tym wiąże nie dotyczy pozostałych członków wspólnoty.

Taka jest moja ocena możliwości i zagrożeń płynących z OBE. Mam nadzieję, że ten tekst okaże się przydatny.

 

 

 

 

 

 

Szpital po drugiej stronie ziemskiej rzeczywistości – wzruszająca relacja

Kochani!

Po publikacji tekstu „Byłem jak hologram” w komentarzach na Facebook’ u pojawiła się bardzo interesująca relacja Pani Aleksandry. Doszłam do wniosku, że po pierwsze nie wszyscy Czytelnicy korzystają z FB, a po drugie, że tak wartościowy tekst zostanie niejako przykryty innymi komentarzami. Napisałam, zatem do Aleksandry, prosząc ją o zgodę na publikacje jej historii bezpośrednio na blogu. Zgodziła się i opisała również drugą śmierć kliniczną, której doświadczyła wiele lat później.

O ile pierwsza relacja jest niemal wzorcowa w swoim przebiegu, o tyle druga ma wymiar mistyczny i jest niezwykle poruszająca.

 

„Pierwszą śmierć kliniczną miałam po wypadku, a reanimowano mnie w Szpitalu Bielańskim w Warszawie. To było w listopadzie 73r. Przeszłam wszystkie, klasyczne etapy po opuszczeniu ciała tzn. wspinałam się w jakiejś głębokiej studni w kierunku światła w towarzystwie niewidzialnej istoty, która nakazywała mi wracać. Ja byłam w takim pięknym stanie lekkości i szczęśliwości, że nie słuchałam głosu tej istoty tylko uparcie posuwałam się dalej, żeby wreszcie znaleźć się w tym cudownym świetle. Nie chciałam absolutnie wracać. Moje fizyczne ciało, które wcześniej widziałam z góry na łóżku szpitalnym, wcale mnie nie obchodziło. Kiedy wreszcie dotarłam do „światła”, ogarnęła mnie ogromna miłość i ciepło nie do opisania. Pojawiła się koło mnie jakaś „świetlista” postać. Nie wiem, kto to był, ale znowu dostałam nakaz powrotu. Uparta jak zawsze, poprosiłam tę postać, żeby mi pokazała naszą planetę Ziemię. Chciałam zobaczyć planetę z góry, z perspektywy kosmosu, bo zawsze o tym marzyłam. Postać pokazała mi Ziemię i wtedy zobaczyłam jakieś srebrne światełka. Przypominały malutkie gwiazdeczki, niektóre podążały w kierunku Ziemi, inne podobne Ziemię opuszczały. Zapytałam, co to jest i dostałam odpowiedź, że to są dusze, które przychodzą na Ziemię i te, które odchodzą, kiedy czas na nie przychodzi…

Pokazano mi również cale moje życie, a świetlisty opiekun powiedział, że muszę wracać, bo mam jeszcze dużo do zrobienia. Tam gdzie się znalazłam widziałam z daleka piękne, złote miasto. Niestety nie mogłam tam pójść. Opiekun zachęcał mnie w rożny sposób, żebym wracała, ale ja konsekwentnie odmawiałam. Nie było przymusu, ale kiedy pokazał mi moją matkę, krzątająca się przy kuchni, nagle zatęskniłam za nią. W tej samej chwili, znalazłam się w tunelu i z ogromną szybkością poruszałam w przeciwną stronę. Pamiętam jakiś ogromny szum i świst i znowu znalazłam się w moim fizycznym ciele, które ogromnie bolało, ze względu na połamane żebra. Krzyknęłam do lekarzy: ” Coście zrobili, nie chcę tu być”. Potem zaczęły się badania mózgu, ponieważ byłam martwa 25 minut, a przecież medycyna mówi, że po 4 min. mózg przestaje działać. Kiedy opowiedziałam lekarce o moim przeżyciu, powiedziała, że to były halucynacje. Och, jaka byłam zła….”

 

Drugą relację polecam szczególnie tym z Państwa, którzy znają film pt „Nasz dom”, zrealizowany na podstawie przekazów otrzymanych przez Chico Xaviera.Przyznam szczerze, że płakałam czytając te słowa. Wzruszenie wywołane były nie tylko pięknem opisu Aleksandry, ale również tym, że wizja, jaką dawno temu, obdarowała mnie pewna dobra Istota okazała się spójna z przeżyciami innej osoby. Nawet mnie, która doświadcza bardzo specyficznie tego, co zwiemy życiem, czasami trudno jest uwierzyć w ogrom dobra i miłości przeznaczonej dla nas ludzi.

„Może zacznę od tego jak to się stało, że tam się znalazłam. Otóż po pierwszej śmierci klinicznej, zrozumiałam, ze moje życie musi zmienić kierunek. Wtedy byłam w centrum kariery muzycznej, ale czułam, że to jest tylko taki tymczasowy przystanek. Ta świetlista postać powiedziała mi, że będzie mnie prowadzić i muszę słuchać mojej duszy i czekać zawsze na odpowiednie okazje. Nic się nie da przyspieszyć. Okazja przyszła w stanie wojennym. Rzuciłam pracę w teatrze muzycznym. Pomagałam starszym ludziom i samotnym matkom, żeby łatwiej im było przeżyć ten trudny czas. Potem wyjechałam do Szwecji, bo taka możliwość się przede mną otworzyła. Tu skończyłam Podologię i pracowałam 30 lat w ośrodku dla ludzi starszych z rożnymi schorzeniami oraz w hospicjum. Ta praca była dla mnie wszystkim, co spowodowało, że z przepracowania dostałam zawału. I tu się zaczyna ta niesamowita historia. „Obudziłam się” na przezroczystej pryczy, przez którą przechodziły kolorowe rurki wykonane, jakby z czystej energii. Przy mnie siedziała przepiękna „lekarka” z długimi, złocistymi włosami. Samo pomieszczenie miało kształt owalnej kuli, jak bańka mydlana. Ściany też wypełnione były przepięknym, kolorowym światłem, niczym żywą tęczą. To było coś w rodzaju inkubatora. Na moje pytanie gdzie jestem, ta lekarka odpowiedziała, że to jest szpital, ale po drugiej stronie naszej ziemskiej rzeczywistości. Na pytanie, „co ja tu robię”, odpowiedziała, ze oni musieli wywołać u mnie zawał, ponieważ ja przestalam słuchać intuicji, rozdawałam swoją energię na lewo i prawo i byłam wykorzystywana przez innych. Na pytanie, kim są „oni”? odpowiedziała mi, że mamy zawsze kilku „przewodników”, a ona jest jednym z nich i dlatego przybrała taki wygląd, jaki będzie miała pierwsza osoba, którą spotkam po przebudzeniu, już na ziemi.

Moje ciało na tej pryczy było lekko przezroczyste i miałam piękne szaty, naładowana energią. Kiedy już lepiej się poczułam, zaczęłam się rozglądać dookoła i przez ściany tej bańki, w której byłam, zobaczyłam mnóstwo baniek w różnych rozmiarach. Unosiły się one swobodnie w powietrzu. W środku mojej ogromnej bańki znajdowało się mnóstwo identycznych prycz jak moja. Widziałam leżące tam postaci oraz ” lekarzy” i „pielęgniarki”. Zadałam pytanie:, kim  są pozostali ludzie, czemu jest ich tak wielu ? Poinformowano mnie, że są to ofiary katastrofy lotniczej i leżą w uśpieniu, żeby im wymazać traumę spowodowaną wypadkiem, zanim się obudzą. Robi się to dla ich dobra, żeby nie pamiętali, nieprzyjemnych okoliczności śmierci ciała i swobodnie mogli przejść do swoich grup duchowych. Tam się dowiedziałam, że my należymy do różnych grup, w zależności od naszego statusu i rozwoju duchowego. Upewniłam się, że reinkarnacja istnieje i czasami wypadki tutaj zdarzają się, dlatego, że sami założyliśmy sobie taki plan, zanim dusze nasze zeszły na ziemię. Bywa jednak, że wypadki są spowodowane tylko bezmyślnością ludzką i dlatego te dusze, które przerwały nagle swój osobisty plan, muszą wrócić aby zacząć jego realizacje od nowa. Dowiedziałam się również, ze można zmienić plan za zgodą swojej grupy i przewodników. Na niektóre, szczególnie skomplikowane warianty „planów osobistych” musi wyrazić zgodę „Rada Starszych”. Są to stare dusze, które osiągnęły taki etap i doświadczenie, że nie muszą się inkarnować.

Jak może sobie Pani wyobrazić, to było dla mnie zbyt wiele, do ogarnięcia umysłem w jednej chwili, a pytań miałam z minuty na minutę coraz więcej.

Niestety musiałam wracać, żeby dokończyć swoje zadanie na ziemi. Lekarka – przewodniczka kazała mi zamknąć moje astralne oczy i w jednej chwili, już bez żadnego tunelu, znalazłam się w ciele fizycznym, bo usłyszałam glos: „Alexandra, Alexandra, obudź się”… I wtedy zobaczyłam tę sama lekarkę, otoczoną jakby mgiełka. Lekarka powiedziała mi, jak się nazywa i że jestem w szpitalu Nacka na oddziale reanimacji. A ja wypaliłam jej: to ja jeszcze jestem w niebie?… A ona zaczęła się śmiać bardzo serdecznie. Dowiedziałam się, że reanimowano mnie przez całe 45 minut , a potem leżałam w komie przez kilka dni.

To na razie tyle. Zdarzyło mi się jeszcze spotkanie ze świetlistą istotą w dzieciństwie, tym razem całkowicie na jawie. Moja mama przed śmiercią też miała takie spotkanie, podczas którego dowiedziała się, kiedy ta świetlista istota po nią przyjdzie.

Planowałam to wszystko opisać tutaj w Szwecji. Byłam umówiona z jednym dziennikarzem, ale niestety odszedł nagle. Tak chyba musiało być, bo może to Pani ma to opisać. Ludzie powinni się dowiedzieć, że nie ma co płakać na pogrzebach, tylko się cieszyć. Przesyłam serdeczne uściski. Ola

Pani Olu jestem ogromnie wdzięczna za obie relacje i dziękuję mojemu Opiekunowi, że mogłam poznać tak niezwykłą osobę, jak Pani.

Biuro Duchow 1200

Byłem jak hologram -refleksje z czasu poza ciałem

 

 

Szanowni Państwo, materiał, który dzisiaj prezentuję przesłał mi Piotr Gadaj z portalu Orbita N.

Jest to sprawa bardzo świeża, jak wynika z dokumentacji medycznej dokładnie z 31.10.2016.

Główny bohater wydarzeń chciał pozostać anonimowy, dlatego pozwolę sobie nazwać go Adamem. Ponieważ osoba ta dochodzi jeszcze do zdrowia, przesłany tekst był nieco chaotyczny i wymagał drobnej redakcji, przy czym z całą starannością zachowane zostały realia i kluczowe sformułowania.

Zatem do rzeczy.

Adam jest mężczyzną pięćdziesięcioletnim. Przeszedł rozległy udar mózgu, jego stan był tak poważny, że doprawdy cudem uniknął śmierci. Zaczęło się od chwilowych omdleń, którym towarzyszyły nietypowe objawy np. obfite pocenie. W krytycznym dniu stan Adama gwałtownie się pogorszył, a lekarz pogotowia zdecydował, że pacjenta trzeba natychmiast przewieźć do szpitala. W drodze Adam tracił przytomność: „A w uszach coraz ciszej i w oczach ciemno, po chwili jasność ogromna i tylko jeden ciemny punkt w tle. Mówić nie mogłem tylko bełkotałem”.

W szpitalu na moment odzyskuje przytomność i wykonuje kilka spójnych ruchów. Niestety sytuacja gwałtownie się zmienia: „Świadomość ginie, gdzieś w oddali słyszę – cholera schodzi nam. Następuje wielka cisza, po czasie słyszę tylko jeden ton dźwięków”.

Adam doznaje stanu, który można by nazwać rozdzieleniem świadomości. W jednej chwili widzi syna i synową pchających zepsuty samochód, następnie matkę, braci i siostry w różnych sytuacjach. W tym czasie cały sztab ludzi walczy o jego życie. Zastosowana reanimacja powiodła się, a po około siedmiu godzinach Adam odzyskał przytomność. Wydawało mu się, że najgorsze ma już za sobą. Niestety po raz drugi znalazł się w stanie krytycznym. „Powtórka na stole zabiegowym. Stoję obok siebie jak hologram albo dym. Pojawia się takie skojarzenie – ponieważ lekarze i pielęgniarki wydają się przechodzić przeze mnie. Widzę panikę. Jakiś lekarz rozmawia przez telefon. Pielęgniarka ciągle poprawia niewygodny stanik, innej wywraca się taca z narzędziami. Ja chcę pomóc, ale nie potrafię nic złapać. Mogę tylko poruszać się między nimi i obserwować. Słyszę rozmowy, że potrzebna jest operacja i od razu kontra, że to nic nie da. Widzę jak przykładają do mojego ciała te swoje „żelazka”. Ciało rzuca się na stole, leżę tam cały mokry, jak po wyjściu z wanny i tak kilka razy. Wreszcie zaskoczyłem- serce zaczęło bić

Adama przewieziono na oddział udarowy. Znalazł się w osobnym pomieszczeniu, gdzie monitorowano wszystkie funkcje życiowe. Miał dobrą opiekę. Podczas porannego obchodu lekarz zapytał „Jak pan się czuje, bo wieczorem było tragicznie”.

Adam na to „czy wczoraj podczas mojej reanimacji rozmawiał pan przez telefon?” Zdziwiony lekarz potwierdził, że tak właśnie było. Podobne potwierdzenie otrzymał od pielęgniarki – rzeczywiście nowy biustonosz bardzo jej przeszkadzał. Kiedy Adam mógł już przyjmować odwiedziny przyszedł jego syn. „Zapytałem, czemu pchał samochód, podałem markę i kolor”. Jego zaskoczenie było ogromne, ponieważ zmiana auta była decyzją nagłą i nie powiedział o tym jeszcze nikomu z rodziny, a co za tym idzie Adam nie miał prawa tego wiedzieć.

Po pewnym czasie Adam zaczął się zastanawiać, co właściwie się z nim stało, czy aby na pewno nie zwariował? Poprosił o wizytę psychologa i psychiatry. Jego opowieść wcale ich nie zaskoczyła. „Dochodzę do wniosku, że oni doskonale o tym wszystkim wiedzą i znają nie jedną taką historię, jednak z sobie znanych powodów nie mówią głośno o tych sprawach.”

Na życzenie Adama przeprowadzono testy i jednoznacznie potwierdzono jego „normalność” – „nic panu nie zapisze, bo jest pan przy zdrowych zmysłach, co najwyżej zmęczony i zestresowany.”- zdiagnozował psychiatra.

Oczywiście, że zmysły Adama go nie zawodzą, po prostu tak niecodzienne wydarzenie nieodwołalnie odciska piętno na naszej psychice i często na całym dalszym życiu.

Proszę zwrócić uwagę, co działo się ze świadomością Adama po opuszczeniu ciała. Przemieszczał się z niewyobrażalna prędkością z miejsca na miejsce. Ten fakt podkreśla wiele osób.

Krzysztof, którego relację mieliśmy okazję usłyszeć na konferencji, „Dokąd po śmierci” również doświadczył takich możliwości -”kiedy znalazłem się poza ciałem, pomyślałem o mojej matce i w tej samej chwili byłem w jej domu, widziałem jak gotuje obiad”. Doktor Rajiv Parti opisuje dokładnie te same doznania w swojej książce „Świadectwo”. Pozycję tę  niedawno miałam okazje Państwu przybliżyć.

Takich opowieści jest wiele. Poza ciałem jesteśmy niczym nieograniczoną energią, nasza dusza podróżuje z prędkością myśli.

W obliczu tak poważnych dowodów dochodzimy do jednoznacznej konstatacji – stwierdzenie, że energia podąża za uwagą jest prawdziwe! Pozostając w ciele jesteśmy w stanie zasilać energetycznie każdą ideę, która jest dla nas w danej chwili ważna. Natomiast poza ciałem, jako czysta energia to my stajemy się myślą. Myślą, którą napędza i kieruje jedynie wolna wola. Ta inteligentna cząstka energii to bez wątpienia afirmacja Boskiej obecności. To właśnie jest nasza nieśmiertelność i gwarancja powrotu do domu, do Boga, do miejsca prawdziwie nam przeznaczonego.

 

Pana, który z dużym wysiłkiem opisał nam swoje doświadczenie serdecznie pozdrawiam i dziękuje za możliwość publikacji tego pięknego świadectwa. Życzę powrotu do pełni sił!

Nietypowa realcja ze stanu poza ciałem

 

Dzisiaj przytoczę pewną historię spisaną już ładnych parę lat temu. Jest to opowieść bardzo nietypowa i przez to dająca do myślenia. Zwykle opuszczając ciało spotykamy świetlistą istotę, bliskich zmarłych lub wkraczamy bezpośrednio w nieznany nam świat. Bohater dzisiejszego artykułu opuścił ciało, aby stanąć twarzą w twarz z człowiekiem, którego zabił.

Tą opowieść zawdzięczam szczerości Anny, a jej głównym bohaterem jest jej dziadek Henryk. Otóż, kiedy Anna dostała się na swoje wymarzone studia medyczne jej dziadek nagle stracił przytomność, znalazł się w szpitalu gdzie jego stan się pogorszył. Przeżył tam dwukrotnie śmierć kliniczną, zapadł w śpiączkę, ale po trzech dniach obudził się i zażądał rozmowy w cztery oczy z Anną. W tej rodzinie życzenie dziadka było rozkazem. Dodać należy, że starszy pan przez lata zajmował wysokie stanowisko na szczeblu partyjnym, co nawet w warunkach szpitalnych zapewniało mu pewne przywileje. Był też zdeklarowanym ateistą, choć swojej żonie nie przeszkadzał w praktykach religijnych i nie oponował, kiedy chrzciła ich dzieci. Pan Henryk miał sześciu wnuków i tylko jedną wnuczkę Annę, którą zawsze rozpieszczał, dając pozostałym wnuczętom nieustające powody do zazdrości. Kiedy doszło do spotkania, Anna usłyszała swego rodzaju spowiedź, która brzmiała mniej więcej tak:

„ Powiedzieli mi, że umarłem i to dwa razy. Chyba mają rację i niestety muszę przyznać, że po drugiej stronie coś jest. Martwi mnie to, bo całe życie myślałem inaczej, a ja nie lubię się mylić. Jest jeszcze coś gorszego, ja po tamtej stronie spotkałem Mietka. Widzisz, nie wiem jak ci to powiedzieć, ale ja tego Mietka zabiłem. Stało się to jak byłem w partyzantce i nie było działaniem celowym. ( Henryk uciekł do lasu, kiedy Niemcy aresztowali jego brata. Brat wyrwał się z rąk żandarmów i po pewnych perypetiach również dołączył do oddziału. Starszy brat był dla Henryka niezwykle ważny. Od niego dowiedział się, że „religia to opium dla mas” i nie ma to jak komunizm).

Anna struchlała, bo do tej pory dziadek jawił się jej, jako wieczny święty Mikołaj. Nie wyobrażała sobie, żeby mógł kogoś skrzywdzić.

„W szpitalu na moment odzyskałem przytomność, a później wpadłem w taki czarny tunel, z którego wyleciałem niczym z procy. Upadłem na coś twardego. Kiedy otworzyłem oczy znalazłem się w miejscu tego całego nieszczęścia, a Mietek na mnie czekał. Podszedłem do niego, a ten bez niczego wykrzyknął:, że mnie zastrzeliłeś rozumiem, że zakopałeś byle gdzie to trudno. Woda już dawno kości po świecie poniosła. Mnie jest przykro, żeś ty mnie nie wspominał, nie żałował, jednej modlitwy nie zmówił. Tyle lat na ciebie czekałem w tym miejscu to sobie teraz razem tu posiedzimy. Nagle coś mnie wyrwało i odzyskałem świadomość. Uwierz mi ja go nie chciałem zabić. Wiesz, że do domu nie miałem powrotu. Przygarnęli mnie do oddziału. Najpierw byłem taki odnieś podnieś pozamiataj, ale mi zaufali, podszkolili i dostałem poważniejsze zadania. Tej nocy stałem na warcie. Wcześniej doszły nas słuchy, że Mietek nie żyje. Kiedy go zobaczyłem wpadłem w panikę i strzeliłem w jego kierunku. Szybko oprzytomniałem i podbiegłem do niego, ale już nie żył. Ze strachu wepchnąłem ciało do rowu i przykryłem gałęziami. Oczywiście koledzy przyszli sprawdzić, co się dzieje. Skłamałem, że broń sama wypaliła. Oberwałem po pysku. Przez kilka nocy szykowałem mogiłę dla Mietka. Zrozum byłem gołowąsem, w nocy nastała pełnia i w świetle księżyca wszystko wydawało się takie dziwne. Przypomniały mi się historie o różnych utopcach i duchach, które opowiadała moja babka. Wydawało mi się, że zaraz coś upiornego się pojawi, a tu bęc, Mietek. Jeszcze żeby, choć tej plotki nie było o śmierci Mietka to może sprawy potoczyłby się inaczej.

Nie roztrząsałem tego, co zaszło. Wielokrotnie brałem udział w wydarzeniach, które mnie przerastały. Kiedy wojna dobiegła końca pomagałem matce Mietka, bo tylko ona z jego rodziny żyła. Myślałem nawet żeby jakoś zorganizować mu porządny pochówek, ale przyszła powódź i krajobraz się zmienił, nie potrafiłem znaleźć jego mogiłki. Powiedz mi, co ja mam teraz zrobić? Anna nie potrafiła sama przeanalizować tej sprawy. Brat jej koleżanki był zakonnikiem. Przyjął imię Antoni. Pojechała do niego i poprosiła, aby rozmowę z nią potraktował na warunkach spowiedzi. Wysłuchał ją cierpliwie i zaproponował mszę gregoriańską za duszę Mietka, a w przyszłości również za jej dziadka. Dodał otuchy i wytłumaczył, że być może to widzenie na granicy życia i śmierci miało skłonić jej dziadka, aby przemyślał swoje postepowanie i pojednał z Bogiem. Anna zapytała: jak myślisz, czy ten zmarły rzeczywiście na niego czekał, czy dziadek spotkał dusze kolegi? Po długim namyśle zakonnik odpowiedział, że jeśli jakieś działanie może człowieka zbliżyć do miłości bożej to wszystko jest możliwe.

Po rozmowie z Anną dziadek zgodził się na spotkanie z Antonim. Anna była ciekawa reakcji dziadka. Henryk powiedział jej tylko tyle: gdyby mi Boga przedstawiano tak jak robi ten zakonnik to bym wierzył. Mnie Bogiem tylko straszono, no to się zbuntowałem.

W tej sprawie pewnie wiele do powiedzenia miałby psycholog. Wszak wyparcie powodować może konsekwencje rzutujące na całe życie człowieka. Nie jestem psychologiem. Wierzę, że Henryk spotkał swojego kolegę w świecie, który najmocniej go przyciągał i w realiach, z którymi rezonował. Pozostaje mieć nadzieję, że obydwaj doznali łaski spokoju.

Nie traćmy nadziei- diagnoza to nie wyrok!

 

Podczas podróży do Warszawy miałam przyjemność poznać bardzo miłą osobę.

Pani A. Opowiedziała mi dramatyczną historię choroby swojej córki. Było to o tyle ciekawe, że z jednej strony podchodziła do sprawy emocjonalnie, jako matka, a z drugiej rzeczowo, jako lekarz.

Kiedy rozstawałam się z moją uroczą rozmówczynią przedstawiłam się, zdradziłam cel mojej podróży do stolicy i powiedziałam, że prowadzę bloga poświęconego omawianej tematyce.

Moja rozmówczyni była wzruszona, powiedziała: „ Z tego wniosek, że miałyśmy się spotkać. Niech pani napisze o mojej córce. „ Obiecałam, że tak właśnie zrobię i dzisiaj słowa dotrzymuję.

Córka Pani A. cierpi na poważną wadę serca. Kilka lat temu dziewczynka zachorowała i w wyniku powikłań znalazła się na Oddziale Intensywnej Terapii. Przeszła śmierć kliniczną, a następnie zapadła w śpiączkę, która trwała wiele dni. W tym czasie wykonano liczne badania i rodzice usłyszeli straszną diagnozę:, jeśli nawet dziecko wybudzi się ze śpiączki będzie rośliną. Pani A. zapoznała się z wynikami badań i jako lekarz przyznaje, że sama nie postawiłaby bardziej optymistycznej diagnozy. Trudno w takich okolicznościach żywić nadzieję na szczęśliwe wyzdrowienie i pocieszać się myślą o ewentualnej pomyłce lekarskiej. Był to straszny czas dla całej rodziny. Po dniach niepewności, ku zdumieniu wszystkich dziewczynka wybudziła się ze śpiączki i zupełnie przytomnie reagowała na zastaną rzeczywistość.

Następnie nie spała przez prawie dziewięćdziesiąt godzin. Mało tego, dziewczynka doskonale zdawała sobie sprawę z tego, co działo się w jej otoczeniu. Informacje, które podawała były szczegółowe. Wiedziała, kto i co jej czytał, kto z kim, o czym rozmawiał, kto się nią opiekował, znała nawet imię pielęgniarki, która pełniła dyżur w dniu poprzedzającym jej przebudzenie. Jak na świadomość diagnozowaną na poziomie roślinki to sporo, prawda?

W tym miejscu przywołam historię doktora Ebena Alexandra, który również stanowił przypadek beznadziejny z punktu widzenia neurologii, a kiedy wrócił do zdrowia i analizował własne wyniki badań uznał swoje uzdrowienie za niewytłumaczalny dla medycyny cud. Podszedł do sprawy z pokorą i pisząc książkę pt. „Dowód” postawił na szali karierę i olbrzymi dorobek naukowy, aby dać świadectwo Prawdzie, której doświadczył. Z tego, co mówił w jednym z  wywiadów wynika, że choć nie spotkał się z jawnym ostracyzmem środowiska to reakcje jego kolegów były, co najmniej chłodne. Gdyby bowiem podążyć za tezą doktora Alexandra należałoby przyjąć, że to, co nazywamy świadomością , znajduje się poza mózgiem i choć w jakiś sposób z tym organem współpracuje to nie jest jego istotą. Czym zatem jest świadomość? Moim skromnym zdaniem jest to nasza dusza. Proszę zwrócić uwagę, że większość osób, które doświadczyły opuszczenia ciała, mówi mniej więcej tymi słowy:  „ unosiłem się nad salą, a ta dziwna powłoka pozostawiona na stole operacyjnym wcale nie była mną” lub „ Nie czułem, że coś straciłem patrząc na własne ciało. Przecież nadal byłem sobą, wiedziałem, że ja to po prostu ja” Ludzie wychodzący poza swoją fizyczność nie czują się kimś innym, a może właśnie wtedy docierają do własnego Ja ?

Podczas rozmowy z Panią A. stwierdziłam, że w mojej opinii nauka posiadła może 10% z całości wiedzy na temat pracy i zadań ludzkiego mózgu. Pani A. odparła, że jestem wielką optymistką bo jej zdaniem neurolodzy wiedzą znacznie mniej, a resztę ledwie przypuszczają lub nawet jedynie przeczuwają. Nie chciała ujmować nic swoim kolegom, ale zdała sobie sprawę, że przypadek córki nie jest bynajmniej odosobniony. Owszem, zwłaszcza w dziedzinie neurochirurgii postęp jest ogromny, ale nie oznacza to, że neurolog wie o mózgu wszystko.

Córka Pani A. wróciła do zdrowia i mimo wady serca uczy się i funkcjonuje normalnie. Przez dłuższy czas nie chciała rozmawiać na temat swojego wyjścia poza ciało. Dopiero po śmierci dziadka widząc rozpacz swojej mamy otworzyła się na to wspomnienie. Pocieszała mamę słowami: „nie płacz, ja tam byłam. Zapewniam cię, że dziadek jest szczęśliwy, nie cierpi i po prostu istnieje. On tam na nas na pewno zaczeka i spotkamy się z nim po drugiej stronie. Jako lekarz widzisz śmierć ciała, ale uwierz mi jest coś jeszcze. Płacz nie ma sensu. Dziadek bardzo cierpiał, a teraz jest w miejscu gdzie nie ma cierpienia, za to jest bardzo dużo światła i wszyscy są dobrzy. Mamo umrzeć to jest tak jakby przejść do innego pokoju”.

Pani A. była wdzięczna córce za te słowa, uspokoiła się i zrozumiała, że w przypadku śmierci tak naprawdę nie można mówić o stracie, a tylko o chwilowym rozstaniu.

Nie muszę chyba nikogo przekonywać jak wielki wpływ na życie Pani A. tak prywatne jak i zawodowe miały doświadczenia związane z chorobą córki. Słowa diagnoza to nie wyrok, po czymś takim nabierają szczególnego znaczenia.

Od siebie dodam tylko tyle: po pierwsze po raz kolejny dziękuję Dobrym Aniołom, że zaaranżowały nasze spotkanie, po drugie serdecznie pozdrawiam Panią A. oraz jej dzielną córkę i życzę dużo zdrowia!

 

Samobójstwo – krzyk rozpaczy

W korespondencji od Państwa często przewija się temat samobójczej śmierci bliskiej osoby. Przez wieki Kościół katolicki traktował ten czyn jako grzech śmiertelny, a żeby jeszcze bardziej podkreślić jego wagę, ludzi którzy targnęli się na swoje życie chowano poza terenem cmentarza, często koło śmietnika lub przy samym murze cmentarnym. Pochówek w niepoświęconej ziemi, jako rodzaj wykluczenia ze wspólnoty miał odstraszać inne osoby przed zamachem na własne życie. Na dzień dzisiejszy KK przyjmuje, że samobójstwo jest wynikiem choroby psychicznej i samo w sobie nie stanowi aktu odrzucenia Boga. Mimo to osoby wierzące obawiają się o dusze swoich bliskich, co widać nawet na podstawie lektury Państwa listów.

„Siostra mojej mamy była w czasie II Wojny Światowej łączniczką AK. Wykonywała bardzo niebezpieczną konspiracyjną robotę. Jak sama mówiła nie bała się śmierci tylko tortur. Była mało odporna na ból i obawiała się, że kogoś wyda, że zdradzi ważne informacje. Jakimś sposobem weszła w posiadanie kapsułki z cyjankiem potasu. Użyła trucizny kiedy Gestapo otoczyło jej dom, a wcześniej podpaliła jedno z pomieszczeń ( prawdopodobnie niszcząc w ten sposób jakieś dokumenty). Moja Mama często modliła się za siostrę, za odkupienie jej duszy. Wszyscy, nawet ksiądz, tłumaczyli jej, że nie ma racji, że ciocia na pewno poszła do nieba, ale mama mówiła ”samobójstwo to samobójstwo”. Ja myślę, że to była niewinna śmierć, ale czasami przypominają mi się słowa Mamy i nachodzą mnie wątpliwości.”

Inny mail :

„Mój brat powiesił się w Nowy Rok. Podejrzewamy, że to te leki zrobiły i najpierw była euforia, a później jeszcze gorzej . Babcia płacze, że brat nie pójdzie do nieba. Zamawia msze i modli się bez końca.”

Moim skromnym zdaniem, nikt nie odbiera sobie życia dla zabawy. Za każdym samobójstwem stoi niewyobrażalna rozpacz i dramat konkretnego człowieka. Pozostaje pytanie przed czym samobójca ucieka? Zapewne przed czymś, co wydaje mu się straszniejsze od śmierci. W pierwszym z opisanych przypadków sprawa jest oczywista. Kobieta odebrała sobie życie ze strachu przed torturami Gestapo. Był to czyn heroiczny, poświęcenie własnego życia dla ratowania towarzyszy walki, dla sprawy ważniejszej niż życie jednego człowieka. Absolutnie nie rozumiem wątpliwości niektórych członków rodziny, wszak „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich.”

Samobójstwo pod wpływem antydepresantów to klęska współczesnej farmakologii i medycyny. Kolejne pozorne wsparcie, lek, który przez pewien czas maskuje chorobę, żeby w ostatecznym rozrachunku nasilić jej objawy. Gdyby ktoś pod wpływem tych leków zamiast zabić siebie, zgładziłby kogoś innego? Przypuszczam, że nie poniósłby z tego tytułu odpowiedzialności karnej. Jak można zatem obciążać go winą za zamach na własne życie?

Ta osoba jest ofiarą pazerności koncernów farmaceutycznych wypuszczających na rynek leki, co do działania których nie ma wystarczających badań.

Na blogu publikowałam relacje niedoszłych samobójców. Wizje dziwnego, przerażającego świata, który ujrzeli odchylając ledwie zasłonę śmierci, robią rzeczywiście piorunujące wrażenie. Podobny obraz przedstawiony został w filmie „Nasz dom” , nakręconym na podstawie książek Chico Xaviera. W filmie, aby opisać to miejsce, użyto określenia czyściec. Być może właśnie tak jest. Nie przypuszczam aby chodziło tu o karę w popularnym znaczeniu tego słowa. Raczej o uporządkowanie myśli, dojście do siebie, otwarcie duszy na miłość Boga. Czyściec kojarzy się wprost z oczyszczeniem. Wejściem w nową dla siebie rzeczywistość bez starych przyzwyczajeń, nawyków i osądów. Podstawowym warunkiem wydaje się być wybaczenie, ono bowiem przerywa cierpienie. Mam tu na myśli tak wybaczenie sobie jak i innym, do których mamy żal. Nie wierzę w piekło, pochłaniające dusze na wieki potępione. Bez względu na kultywowaną religię jesteśmy dziećmi jednego Boga, który nie skazałby żadnego z nas na taki los. Miłość Boga jest doskonała – nie ma tu miejsca na okrutną kaźń.

Życie jest wielkim darem i nikogo nie trzeba chyba przekonywać, co do słuszności tego stwierdzenia. Jak je wykorzystamy zależy głównie od nas samych. Natomiast jego kres nadejdzie w momencie wypełnienia misji powierzonej każdej duszy. Jeśli jednak zdarzy się, że ktoś bliski przyśpieszy ten moment, nie fundujmy sobie dodatkowego obciążenia. Rodziny i przyjaciele samobójców całymi latami obwiniają się za to, że nie zapobiegli niepotrzebnej i bezsensownej śmierci. Każdy sam rozliczy się ze swoich czynów.