Niezwykle interesujący list – polecam

Zupełnie przypadkowo trafiłem na Pani bloga. Przeczytałem wszystkie wpisy. Wysłuchałem też rozmowę z Panią. Największe wrażenie zrobił na mnie wpis gdzie opisana jest historia żołnierza, który usiłował popełnić samobójstwo. Jest to również moja historia i dla tego postanowiłem do Pani napisać. Chciałbym aby ludzie zrozumieli, że samobójstwo niczego nie rozwiązuje, a jedynie odbiera coś bardzo ważnego. Odbiera życie, czyli możliwość działania, zmiany, przebywania z bliskimi. Nie jestem filozofem, jestem można powiedzieć praktykiem i na tej podstawie ośmielam się zabrać głos.

Mój ojciec to człowiek sukcesu, as nad asy we wszystkim, co robi. W atmosferze tego właśnie sukcesu wychowywałem się ja i moja starsza siostra. Ona sobie z tym wszystkim radziła, ja niestety nie. W klasie maturalnej zakochałem się bez pamięci. Dziewczyna mnie rzuciła dla innego. Opuściłem się w nauce. Na dodatek nie zdałem egzaminu na Prawo jazdy. Doszedłem do wniosku, że jestem zerem i mój ojciec ma rację kiedy mi to wytyka. Postanowiłem skończyć ze sobą na zasadzie „ kończ waść wstydu oszczędź”. Siostra studiowała w Warszawie, rodzice wybierali się na bal karnawałowy. Miałem czas i miejsce żeby zrobić, co zaplanowałem. Kiedy pojechali odczekałem dłuższą chwilę, a potem podciąłem sobie żyły. Uratowała mnie moja mama. Tak na marginesie to mam wrażenie, że matki mają jakiś radar, który działa w chwili zagrożenia życia dziecka. Nie ja jeden tego doświadczyłem. Ale to temat na inną dyskusję. Mama opowiadała, że kiedy przyjechali na miejsce mojego ojca jak zwykle otoczył wianuszek ludzi, którzy chcieli z nim coś załatwić. Chwilę rozmawiała z jakąś znajomą, a potem usiadła przy stoliku. Nagle zrobiło jej się bardzo zimno. Zmieniła miejsce, wypiła kawę, ale to uczucie zimna cały czas się nasilało. W końcu czuła się tak źle, że chciała już tylko wrócić do domu. Ponieważ nie udało się jej znaleźć ojca. Poszła do szatni, ubrała się i wyszła przed budynek. W tym momencie przypadkiem(???) podjechała taksówka ze spóźnialskimi gośćmi. Mama wsiadła do niej i pojechała do domu. Przez całą drogę dzwoniła zębami z zimna. Była przekonana, że atakuje ją jakaś ciężka infekcja. Po wejściu do domu zauważyła światło w łazience. Dalej wiadomo wyciągnęła mnie z wody, wezwała karetkę. Ojciec zorientował się, że mama odjechała dopiero po dwóch godzinach. Podkreślam ten fakt, gdyż oddaje jego stosunek nie tylko do mamy, ale do nas wszystkich. Potem był szpital, terapia, foch z przytupem w wykonaniu ojca oraz wielkie oddanie i determinacja mojej mamy.

Kiedy traciłem przytomność w wyniku upływu krwi, miałem wrażenie, że odklejam się od ciała. Ta „odklejona” część jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki znalazła się w innym świecie. Opis idealnie pasuje do tego, co zobaczył Pan z wcześniejszego wpisu. Miejsce ciemne, bagniste, mroczne i pozbawione nadziei. Kupiłem książkę doktora Alexandra i jego „świat widziany z perspektywy dżdżownicy” też miał wiele cech mojego widzenia. Cały czas kołatała mi w głowie jedna myśl” nikt mnie tu nie kocha”. W pewnej chwili stanął przede mną jakiś człowiek (istota?) zapytałem gdzie jestem, a on mi na to „daleko od Boga”. Zapytałem gdzie jest Bóg „Bóg jest źródłem , a źródło jest tam” wskazał ręką przed siebie. „Co mam robić?” odpowiedział „Pij ze źródła, żyj”. Nie zapomnę tych słów nigdy. Kiedy odzyskałem przytomność w swoim obolałym ciele, zobaczyłem mamę i światło słoneczne, byłem rad, że wróciłem. Może to brzmi ckliwie, ale cieszyło mnie wszystko. Powoli zrozumiałem, że nie żyję dla zaspokajania ambicji mego ojca. Skończyłem resocjalizację, obecnie zaocznie kształcę się w kierunku psychoterapii. Jestem z dziewczyną, która mnie kocha i rozumie. Dzięki uczestnictwu w warsztatach dla moich podopiecznych nauczyłem się prawidłowo wykonywać czynności ratownicze. W zeszłym roku nad jeziorem uratowałem w ten sposób tonącego. Moja krew( mam rzadką grupę) uratowała życie małej dziewczynki. Nie piszę o tym żeby się chwalić tylko uświadomić innym, że nasze życie ma sens zawsze. Mało tego możemy swoją obecnością wpływać na życie innych i nie koniecznie są do tego niezbędne pieniądze.

Napisano tysiąc książek w stu językach na temat duszy ludzkiej i życia „po życiu”. Ja uważam, że życie trwa nieprzerwanie . Zmieniamy tylko formę z fizycznej na energetyczną nadal pozostając sobą. Zgodzę się z Panią, że tak naprawdę wracamy do domu. Wracamy tam skąd przyszliśmy. Cel pobytu na Ziemi w postaci fizycznej każdy z nas prędzej czy później odnajdzie samodzielnie. Kto wie może jeśli nie odnajdzie go za pierwszym razem to dostanie drugą szansę?

Zgadzam się, a nawet proszę o opublikowanie tego listu na blogu. Jeśli przeczytają go rodzice to proszę aby pamiętali ,że dzieci nie mogą być częścią ich planu na życie. Nie rozszerzajcie swoich ambicji i aspiracji na dzieci. To się zawsze źle kończy. Może nie tak dramatycznie jak w moim wypadku, ale zawsze ze szkodą dla dziecka.

Pozdrawiam serdecznie wszystkich Czytelników i przepraszam jeśli nadmiernie się rozpisałem.

Odpowiadam na Państwa Pytania cz.5

Jak zwykle po opublikowaniu poprzedniego wpisu pojawiły się kolejne pytania. Proszą Państwo o bardziej precyzyjny opis świata po drugiej stronie oraz istot tam przebywających. Pojawiają się też pewne kontrowersje, jako, że część osób po przeżyciach z pogranicza, utrzymuje, iż przeszła w stan li tylko duchowy.

Świat, który dane mi było zobaczyć był jak najbardziej materialny i rzeczywisty. Śmiem twierdzić, że było to miejsce przeznaczone dla tych, którzy potrzebują nauki lub swego rodzaju rehabilitacji. Jestem przekonana, że ciężkie ciosy, jakie spadają na ciało mogą odcisnąć swoje piętno znacznie głębiej. Zwłaszcza, jeśli życiowy dramat, choroba czy inne hiobowe doświadczenia mają przebieg chroniczny. Zanim dusza podejmie decyzję, co do dalszej drogi takie miejsce pozwoli się wyciszyć i spojrzeć na wszystko z innej perspektywy.

Przecież umierając w ułamku sekundy nie zapominamy tego, co nas spotkało, nie tracimy tak zwanych cech osobowości. To nie miałoby najmniejszego sensu. Przychodzimy na ten świat w konkretnym celu. Bezwzględnie jest to cel, którego osiągnięcie wymaga ciała fizycznego z całym wachlarzem odczuć i słabości, jakie są mu przypisane. Czasami jest to cel (na ten moment) zbyt ambitny, górnolotny, nieosiągalny. To nie łatwe stać się mistrzem życia ziemskiego.

W naukach chrześcijańskich istnieje koncepcja „zmartwychwstania w śmierci”, czyli najkrócej rzecz ujmując, śmierć to jednocześnie natychmiastowe narodziny do życia wiecznego. Nie jest to przejście do bezcielesnego świata emanacji duchowych, ale do świata fizycznego tyle tylko, że doskonałego bez chorób, cierpienia i zła. Coś w tym jest. Nie mam jedynie przekonania, że dla wszystkich jest to podróż w jedna stronę lub jak kto woli droga bez powrotu. Jeśli dusza w stanie absolutnego obiektywizmu odczuwa potrzebę powrotu logiczne jest, aby do tego dojrzała. Czy w tym czy w innym wymiarze decyzje podejmowane są na podstawie pewnych przesłanek. Realizacja celu zawsze wymaga przygotowań.

Osoby, które tam widziałam były niezwykle spokojne. Zajmowały się sobą i innymi. Zakładam, że rodzaj ich aktywności zależy od wiedzy, doświadczenia i być może szeroko pojętego powołania. Oczywiście miały ciała fizyczne tyle, że ich fizyczność nie była obciążona tak jak fizyczność ziemska. Jeśli każde pytanie znajdowało odpowiedź, istnienie chorób wyklucza się samo. Istoty te stworzyły budynki, środki lokomocji czy struktury na miarę swoich potrzeb, bo wydaje się, że możliwości mają nieograniczone.

Nie można wykluczyć, że kiedy osiągamy stan całkowitego spełnienia, ciało przestaje nam być potrzebne. Udajemy się do takiej przestrzeni gdzie spotykamy sobie podobnych. Stajemy się myślą, wolą, dobrem, które wobec zła innych wymiarów utrzymuje równowagę wszechświata i być może stapiamy się w jedno z Bogiem. Jestem pełna nadziei, że zawsze dzieje się to, co dla nas najlepsze.

Pozwolę sobie napisać kilka słów na temat Istoty, która zechciała wesprzeć mnie, kiedy opuściłam ciało. Przybrała postać światła zamkniętego w konturach ludzkiej sylwetki. Czy był to anioł? Być może. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, anioł znaczy po prostu posłaniec Nie chce tu urazić niczyich uczuć religijnych, ale nie wyobrażam sobie, aby każdą duszę prowadziła w zaświaty dosłownie „Najwyższa Instancja”. Tak czy inaczej Istota niosła w sobie „światło, które nas kocha”. Kontakt miał charakter niewerbalny. Dzięki tej Istocie zrozumiałam swoją sytuację i dobitnie fakt, że decyzję o powrocie musze podjąć sama. „Cokolwiek zrobisz zostanie zaakceptowane” te ciepłe, pokrzepiające słowa zapewniają o bezwarunkowej miłości, ale w pewnym sensie znaczą też, cokolwiek robisz- robisz na własny rachunek, robisz sama sobie. Wolna wola, którą ofiarował nam Stwórca nie jest mitem ani mrzonką. Dodam jeszcze, że ogarnął mnie nieopisany spokój. Po prostu światło działało kojąco. W pewnym sensie dodawało również pewności siebie i odwagi. Bądź , co bądź sytuacja wymagała wsparcia i nomen omen rozjaśnienia.

Padło również pytanie „Czy istoty , które Pani widziała to mogą być nasi Bracia z Gwiazd ?”

Oczywiste jest dla mnie, że nie jesteśmy żadną „koroną stworzenia” i istnieją inne rozumne rasy zamieszkujące swoje planety. Tak zwana zakazana archeologia przedstawia wiele dowodów, na to że istoty z innych planet odwiedzały Ziemię i to wielokrotnie. Ich ingerencja w przebieg wydarzeń na naszej planecie jest dla wielu kwestią dyskusyjną. W mojej ocenie dyskusyjna pozostaje jedynie skala podjętych przez nich działań, a nie sam fakt zaangażowania. Założenie, że podczas doświadczenia z pogranicza spotykamy Braci z Gwiazd w pewien sposób kłoci się z wiarą w Boga. Chyba, że mamy na myśli istoty zwane aniołami , a nie po prostu odmienny gatunek istot rozumnych. Chociaż jak śpiewają bracia Cugowscy „Żyją w nas dzieci wszystkich gwiazd”.

Odpowiadam na Państwa pytania cz.4

Po raz kolejny dziękuję za wszystkie wiadomości od Państwa. Niestety nie jestem w stanie pisać częściej, nad czym ubolewam. Cóż życie nakłada swoje ograniczenia.

Często powtarzającym się pytaniem jest: „ Jak wyglądał świat, który Pani widziała? „ Oraz „Czy nie wydaje się Pani, że to jednak była iluzja umysłu. Przecież relacje wielu osób w tej kwestii różnią się od siebie i to często znacząco. Moim zdaniem powinny być zgodne”

Drodzy Państwo proszę wyobrazić sobie taką sytuację. Trzech Aborygenów, (którzy o Polsce wiedzą tyle, że istniej) zostaje przetransportowanych na teren naszego kraju. Jeden ląduje w Bieszczadach, drugi w Warszawie, a trzeci na przykład w Dziwnówku. Zastanówmy się, jaki obraz Polski zachowa w swej pamięci każdy z nich? Kiedy zaczną opowiadać swoim krajanom jak wygląda Polska ich relacje będą skrajnie różne. Różne, ale prawdziwe. Skąd przekonanie, że wszyscy „lądujemy” dokładnie w tej samej przestrzeni? Poza tym każdy, kto miał doświadczenie z pogranicza, opisuje to, co widział mierząc wszystko swoją miarą. Chodzi mi o to, że nie da się uniknąć porównywania tamtego świata do własnej przestrzeni. Jeśli ktoś wychował się na przykład na wsi powie: widziałem bardzo wysokie budynki, mieszkaniec dużej metropolii, dla, którego wysoki znaczy stu piętrowy o tych samych budynkach powie widziałem niewysokie budynki. Jaki obraz powstanie w umyśle słuchacza pod wpływem obydwu relacji to już zupełnie odrębne zagadnienie.

Jeszcze raz podkreślam, że to, co widziałam odbierałam, jako bardzo realne. Jak okiem sięgnąć panował ład i porządek. Znać było rękę świetnego ogrodnika. Wszędzie gdzie było to możliwe rosły kwiaty, krzewy i drzewa. Oczywiście nie rosły dziko, lecz znakomicie wkomponowano je w otoczenie. Jeśli chodzi o budynki to cechą charakterystyczną były dachy w kształcie kopuły. Architektura nie obfitowała w jakieś szczególnie dziwne futurystyczne budowle. Wprost przeciwnie dominowała szlachetna prostota. Kolorystyka również pozostała raczej stonowana. Przeważały subtelne pastele, zwłaszcza w odcieniach błękitu. Praktycznie tylko dwa największe budynki w zasięgu mojego wzroku miały intensywny kolor elewacji, myślę, że cynober byłby najbliższy tej barwie. Budowle ozdobiono delikatnym wzorami w kształcie rozety. Przypominało to najwyższej, jakości koronkę. Pomiędzy budynkami biegła jedna bardzo szeroka droga, odchodziło od niej wiele rozgałęzień. Miałam wrażenia, że budynki, czy nawet klomby są rozmieszczone w idealnej symetrii względem siebie. Widziałam też wielki park, po środku, którego znajdowała się imponujących rozmiarów kompozycja kwiatowa również w kształcie rozety. Wiedziona ciekawością znalazłam się we wnętrzu jednego z budynków, który okazał się być biblioteką. Wszystkie meble stanowiące wyposażenie wykonane były z litego drewna. Biblioteka posiadała ogromną ilość woluminów. Sklepienie przedstawiało planety i gwiazdy, jednym słowem mapę nieba. Jak wspomniałam widziałam zwierzęta, które niczym nieskrepowane przebywały głownie na terenie parku. Istoty ludzkie zamieszkujące ten świat to bez wątpienia zorganizowana społeczność. Każdy czymś się zajmował. Widziałam sporą grupę, która wykonywała ćwiczenia w parku. Biblioteka miała swoich pracowników i czytelników lub raczej studentów, którzy robili notatki. Po głównej drodze jeździł pojazd przypominający dzisiejsze nowoczesne pociągi. Poruszał się niemal bezszelestnie. Ludzie wsiadali i wysiadali. Miejsce tętniło życiem w pełnym tego słowa znaczeniu. Mieszkańcy byli bardzo spokojni, mieli pogodne twarze i mówili łagodnym głosem. Patrząc na nich myślałam, jacy są ufni względem siebie. Ludzie ci mieli bardzo różne rysy twarzy, ale może ten brak nerwowego napięcia powodował, że byli piękni poprzez swoja delikatność. Moja babcia, którą tam spotkałam wydawała się dużo młodsza niż w chwili śmierci. Nie miałam wątpliwości, że była w tym miejscu szczęśliwa.

Świat ten był piękny, ale nie laurkowy, przesłodzony czy baśniowy w dziecięcym rozumieniu tego słowa. Był lepszy, doskonalszy i bardziej wzniesiony duchowo. Osoby, które tam przebywały trafiły w to miejsce nie przypadkowo i nie bez perspektywy na dalszy rozwój.

Niedawno napisał do mnie pewien Pan, który chciał, aby jego relacja stanowiła przestrogę dla osób, które zapragną pójść drogą na skróty i trafić na drugą stronę w terminie przez siebie wybranym.

„Byłem zawodowym żołnierzem. Brałem udział w misjach i widziałem wiele rzeczy, które nie jednego by przeraziły. Wydawało mi się, że jestem zahartowany i nic mnie w życiu nie zaskoczy. Jednak stało się inaczej. Moja kobieta zostawiła mnie, utopiłem wszystkie oszczędności w nietrafionej inwestycji finansowej. Posypało się całe moje życie. Wszystkie plany i marzenia poszły w niwecz. Załamałem się jak szczeniak. Zaczęło się ostre picie. Jechałem pijany samochodem i o mało, co nie zabiłem kobiety na przejściu. Doszedłem do wniosku, że jestem zerem i nie mam, po co żyć. Skombinowałem leki nasenne. Wziąłem ich dużo. Można powiedzieć, że ciemność mnie pochłonęła. Wiem, że to trochę głupio brzmi, ale ocknąłem się w dziwnym świecie. Oświetlał go jakby blask księżyca. Wszędzie rosły jakieś chaszcze. To było wielkie bagno. Otaczały je góry. Chyba instynktownie ukryłem się w krzakach. Wiem, że byli tam inni. Ogarnął mnie strach, taki zwierzęcy, bezgraniczny. Nie chciałem tam być. W tym samym czasie moja matka, która od rana chodziła jakaś niespokojna, (ojciec podsumował, że chodziła po domu jak lwica po klatce) zdrzemnęła się na moment przed telewizorem i w tym półśnie usłyszała głos. Głos ten mówił „ratuj syna, ratuj syna”. Głos nie należał do nikogo znajomego. Matka zerwała się, błyskawicznie ubrała i wybiegła przed dom. Opowiadała, że ogarnął ją paniczny strach do tego stopnia, że nie miała odwagi samodzielnie prowadzić samochodu. Złapała taksówkę i przyjechała do mnie. Miała klucze, bo często mnie nie było i wtedy zajmowała się mieszkaniem. Wpadła do środka i znalazła mnie bez oznak życia. Wybrała numer ratunkowy i ustawiła telefon na głośnomówiący. Dzięki temu mogła rozmawiać i robić mi masaż serca. Ja w tym samym czasie pragnąłem wrócić do żywych. Siedząc w tych krzakach nagle poczułem silne szarpnięcie. Wkrótce potem odzyskałem przytomność. Nie ma Pani pojęcia, jaki byłem szczęśliwy. Nigdy więcej nie targnę się na swoje życie. Raz, że wszystko się zmieniło i jestem szczęśliwy, a dwa, że za nic w świecie nie chcę wrócić w to straszne miejsce.”

Tekst maila nieco skróciłam. Publikuję na życzenie autora. Jestem bardzo wdzięczna za tą niezwykle szczerą i osobistą relację.

Nie jest to jedyna relacja niedoszłego samobójcy, jaką posiadam. Zapewne powrócę jeszcze do tego tematu.

Odpowiadam na Państwa pytania cz.3

Mili Państwo dziękuję za wszystkie maile i jeszcze raz proszę o cierpliwość. Postaram się, aby żadne pytanie nie pozostało bez odpowiedzi.

Jedno z pytań troszkę mnie zaskoczyło: „Czy Pani ma pretensje do lekarza, który nie chciał już Pani reanimować?” Drodzy Państwo lekarz, o którym wspomniałam robił to, co do niego należało. Miał tylko mniej samozaparcia niż jego kolega. Przecież od tamtych zdarzeń minęło grubo ponad dwadzieścia lat. Wtedy używana była inna aparatura, obowiązywały zapewne kompletnie inne procedury medyczne itd. Absolutnie nie mam żadnych pretensji, opieka medyczna była świetna i wszyscy bardzo się starali. Pracownicy szpitala okazali mi dużo serca. Poza tym odnotowano przypadki gdzie zespół medyczny zaprzestał reanimacji i stwierdzono zgon pacjenta, a ten po minucie czy dwóch samoistnie ożył. Jest takie nieco humorystyczne powiedzenie, „Jeśli pacjent chce żyć medycyna jest bezsilna” w tej chwili puszczam do Państwa oczko i tym akcentem proponuję zakończyć temat.

Pytacie Państwo czy osoby w stanie śpiączki słyszą i widzą, co się wokół nich dzieje. Przyjmując, że świadomość znajduje się jednak poza ciałem fizycznym lub innymi słowy nie utożsamiając mózgu z istota świadomości, myślę, że osoby w tym stanie mają wgląd w rzeczywistość. Istnieje bardzo wiele relacji, które to potwierdzają. Przy tej okazji opisze pewne wydarzenie. Jakiś czas temu miałam zajęcia z indiańskim uzdrowicielem, opowiadał bardzo ciekawą historię. Mianowicie pomagał grupie archeologów prowadzącej badania w Ameryce Północnej. Wśród pracowników naukowych był młody doktorant i jednocześnie świeżo upieczony małżonek Mark. Wraz z żoną niedawno przeprowadzili się do Anglii i nie mieli tam jeszcze zbyt wielu znajomych. Mężczyzna często dzwonił do żony. Starsi koledzy nieraz sobie trochę z niego żartowali. Pewnego dnia żona nie odebrała telefonu. Próbował wielokrotnie, ale bez rezultatu. Ta sama sytuacja powtórzyła się następnego dnia. Mężczyzna był coraz bardziej zaniepokojony. Oczywiście zadzwonił do kolegi z prośbą, aby poszedł i sprawdził, co się dzieje. Niestety kolega nie zastał żony w domu. Mało tego sąsiadka powiedziała, że nie widziała kobiety od kilku dni. Ponieważ rodzice Marka i jego żony nie mieszkali w Anglii postanowił rzucić wszystko i wracać do domu. Łatwo powiedzieć trudniej zrobić. To przecież drugi koniec świata. Na dodatek w miejscu gdzie naukowcy mieli obóz rozszalała się burza, która poczyniła spore szkody. Następnego dnia jeden z Indian powiedział, że jego krewny, który „potrafi widzieć rzeczy na odległość” pomoże młodemu uczonemu. Po pewnych przygotowaniach Indianin zapadł w trans. (Oczywiście w tym samym czasie Mark robił wszystko, aby jak najszybciej dostać się do Anglii). Po zakończeniu swojej medytacji, Indianin poinformował go, że dobrze robi wracając, ponieważ jego żona utraciła częściowo kontakt z ciałem i jest w szpitalu. Obiecał, że poprzez swój totem będzie się nią opiekował. W tamtej chwili otrzymane informacje na pewno nie podtrzymały Marka na duchu. Po różnych perypetiach dotarł do miejsca zamieszkania. Dzięki pomocy policji odnalazł żonę. Okazało się, że kiedy biegała po parku została napadnięta. Ktoś wyżej wycenił wartość gadżetów, jakie miała przy sobie niż jej życie. Kiedy odzyskała przytomność i nieco doszła do siebie opowiadała Markowi, że spontanicznie opuszczała ciało. Bała się tego, ale pojawił się pies, który jej towarzyszył i dodawał otuchy. Żona Marka znała imiona osób, które się nią opiekowały i rozróżniała te osoby po odzyskaniu przytomności. Kojot to zwierzę totemiczne Indianina, który obiecał opiekować się nią i mentalnie pokonał spory dystans, aby tego dokonać.

Kolejny przykład – mail od czytelnika:

„ Motocykle to moja największa życiowa pasja. Kiedy miałem dziewiętnaście lat przytrafił mi się wypadek. W wyniku obrażeń głowy zapadłem w śpiączkę. W tym samym czasie mój dziadek, który chorował na Alzheimera praktycznie też stracił kontakt ze światem. Na prawdę ta moja Mama to dzielna babka, jak ona to wszystko przetrzymała to nie wiem. W szpitalu słyszałem wszystkie odgłosy i słyszałem jak Mama płakała. Najbardziej niesamowite było coś innego. Którejś nocy, kiedy gwar szpitalny zmalał usłyszałem głos dziadka. Wołał mnie. To jest tak dziwne, że trudno dobrać odpowiednie słowa. Po prostu wyskoczyłem z ciała i znalazłem się w takiej szarej kuli. Nagle w tej kuli znalazł się też mój dziadek. Rozmawiałem z nim i był całkiem normalny, taki jak przed chorobą. To się zdarzyło jeszcze dwa razy. Na koniec zapytałem dziadku, co ja mam zrobić, nie umiem się obudzić? A on na to wiem to jest straszne ja też nie potrafię się obudzić. W końcu mi się udało i wyszedłem ze śpiączki. Dokładnie miesiąc później umarł dziadek. Mama to bardzo przeżywała. Nie było mi łatwo, ale opowiedziałem jej o kuli i o rozmowach. Powiedziała, że to jej bardzo pomogło i zrozumiała jak dziadek się męczył. Nie umarłem, a jednak byłem poza ciałem. „

Oczywiście są osoby, które po wybudzeniu niczego nie pamiętają. Nie jesteśmy tacy sami. Nawet biorąc pod uwagę normalny, zdrowy sen inaczej zasypiamy, inaczej się budzimy i śnimy. Budzimy się pamiętając każdy szczegół lub nie pamiętając ani jednego elementu z naszego snu. Tak czy inaczej personel medyczny zawsze zaleca kontakt z pacjentem w śpiączce. Rekomendowane metody to dotykanie, masowanie, czytanie książek i ogólnie rzecz biorąc zachowanie identyczne jak wobec osoby przytomnej.

Nie sądzę aby zalecali to wszystko bez kozery.

Odpowiadam na Państwa pytania cz.2

Dzisiaj postaram się odpowiedzieć na kolejne pytania z długiej listy, jaka Państwo stworzyliście i poszerzacie każdego dnia.

Na początek pytanie, które zawiera w sobie kwintesencję wielu podobnych:

„Jak postrzegała Pani swoje fizyczne ciało, które reanimowano?

Czy było dla Pani istotne, czy raczej obojętne i nie utożsamiała się Pani z nim?”

Po pierwsze miałam pełną świadomość, że ciało, na które patrzę jest moim ciałem. Jeśli mam obrazowo przedstawić odczucia wobec cielesnej powłoki, którą czasowo opuściłam to stosunek do niej znalazłby przełożenie w takich kategoriach jak: mój komputer, mój samochód, mój ulubiony kubek. Owszem jestem z daną rzeczą związana – lubię swój kubek, mój komputer umożliwia mi pracę, a więc też jest ważny, samochód również jest dla mnie istotny o tyle o ile ułatwia mi życie. Z moim ciałem mam podobny związek. Czuję do niego sentyment i doceniam jak wielkie możliwości realizacji stwarza na planie materialnym. Jednak mimo wszystko mam świadomość, że JA jestem tylko użytkownikiem tego ciała, a nie jego istotą. Moje ciało ulegnie kiedyś całkowitemu zużyciu i zgodnie z moją wolą zostanie skremowane.

Szczerze powiedziawszy nie spotkałam w relacjach ustnych oraz relacjach pisemnych ani jednej wypowiedzi, z której jasno wynikałaby niechęć do własnego ciała. Śmiem twierdzić, że w gruncie rzeczy większość z nas zdaje sobie sprawę jak wiele temu ciału zawdzięcza. Poza tym, jeśli chcemy wrócić do tego świata to nasze ciało jest jedyną sensowną drogą. Owszem zdarza się, że ktoś zostaje po tej stronie w formie bezcielesnej. Niestety to się zawsze źle kończy i dla konkretnego bytu i dla osób, które doświadczają takiej obecności. Po prostu każda forma istnienia powinna przebywać w miejscu jej należnym.

Kolejny temat, który wywołał falę emocji to zwierzęta i ich obecność po drugiej stronie. Bardzo mnie cieszy, że tak wielu ludzi podchodzi z uczuciem do naszych braci mniejszych.

Wiele osób twierdzi, że zwierzęta nie mogą trafić „do raju”, ponieważ nie posiadają duszy lub ich dusza jest tylko sensytywna, co powoduje, że umiera wraz z ciałem zwierzęcia. Od zarania dziejów ludzkość w tej materii popadała ze skrajności w skrajność. Od kultu zwierząt (na przykład w Egipcie) po sprowadzenie zwierząt do rangi „produkcji przemysłowej mięsa”. W kręgu chrześcijańskim Św. Franciszek najgłośniej upominał się o szacunek dla zwierząt. Dla Franciszka cała przyroda była jednym wielkim ołtarzem, na którym sprawował liturgię. Niestety niewielu wzięło sobie do serca jego słowa.

Interesujący i bardzo mi bliski jest stosunek, jaki mieli do zwierząt Indianie. Przepraszali Wielkiego Ducha za zabicie zwierzęcia i dziękowali mu, że poświęcił jedno ze swoich dzieci, aby oni mogli żyć i nie zginęli z głodu. Nigdy nie zabijali dla sportu. Indianie bardzo szanują życie w każdym jego aspekcie.

Moim zdaniem zwierzęta mają duszę. Nawet, jeśli jest to nieco inna energia niż duszy ludzkiej to i tak nie może ulec anihilacji, gdyż takowa nie występuje nawet w przypadku materii mineralnej. Twierdzenie, że są bezrozumne i taką duszę posiadają uważam za całkowicie bezpodstawne. Fakt, że żyją w wielkim upodleniu nie wynika z ich natury tylko z losu, jaki gotuje im za przeproszeniem korona stworzenia, czyli człowiek. Gdyby ktoś widział jak inteligentnym, wesołym i czystym zwierzątkiem jest świnka powiedzenie: „ Brudny jak świnia” nigdy by nie powstało. Kolejna argument „ człowiek dzięki duszy nigdy nie jest kopią drugiego, a zawsze oryginałem”, zwierzęta są takie same. Kto nie miał nigdy zwierzaka ten może tak myśleć. Nie widziałam dwóch identycznych kotów. Mogą jedynie mieć podobne umaszczenie, ale charakter, sposób bycia i upodobania żywieniowe miały różne. Poza tym zwierzęta mają zdolność wychwytywania duchowej obecności osób, co jest odniesieniem do świata nadprzyrodzonego.

Ja widziałam po drugiej stronie zwierzęta. Mam znajomego, który również doświadczył przejścia i na powitanie wyszedł jego dziadek z owczarkiem alzackim. Dziadek był wielbicielem tej rasy, a suczka Kora była jego ulubienicą. Nie mam wątpliwości, że dla całego stworzenia bez wyjątku znajdzie się miejsce po drugiej stronie.

Przypomniała mi się sytuacja, kiedy mała dziewczynka zapytała księdza, czy spotka w raju swojego pieska? Ksiądz odpowiedział: Raj to miejsce gdzie wszyscy będziemy szczęśliwi. Tak nam obiecał Pan Jezus. Jeśli do pełni szczęścia będziesz potrzebowała twojego pieska to on na pewno tam będzie” – troszkę naiwne, ale co tam ta wersja ze mną rezonuje.

Odpowiadam na Państwa pytania

Szanowni Państwo skala zainteresowania tematem śmierci klinicznej przerosła moje najśmielsze oczekiwania. Ponieważ w wielu mailach pytania powtarzają się postanowiłam odpowiadać globalnie, czyli na blogu. Aby ułatwić Państwu czytanie stworzyłam osobną kategorię dla tego tematu. Postaram się systematycznie umieszczać wpisy, które mam nadzieję, oddadzą w pełni to, czego doświadczyłam. Pojawiły się też wiadomości, których autorzy opisują własne epizody i komentują je ze swojej perspektywy. Jest to materiał cenny i warto go upublicznić, co również (za zgodą autorów) zamierzam zrobić.

Jedno z pytań dotyczyło mojego wystąpienia w TVP2. Pytacie Państwo czy nie obawiałam się jak zostanie ono odebrane przez moich znajomych czy współpracowników.

Otóż nie jestem niewolnikiem swojego wizerunku. Jeśli komuś ta tematyka wydaje się zbyt kontrowersyjna, to jest jego problem. Prowadząc bloga zrozumiałam jak ważny dla odbiorcy jest kontakt z autorem. Owszem na rynku wydawniczym pojawiają się tytuły dotyczące przeżyć z pogranicza, w prasie ten temat też bywa sporadycznie wywoływany. Jednak uznałam, że ta audycja może poruszyć więcej osób, zwłaszcza tych, które z własnymi doświadczeniami zostały zupełnie same. Jesteśmy wpychani siłą w to, co policzalne i materialne. Pytam: gdzie miejsce na „czucie i wiarę”?

Kolejne pytanie pozwolę sobie zacytować: „Zastanawia mnie to skąd u Pani jest taka pewność, że rzeczywiście była Pani po drugiej stronie. Dlaczego Pani się nie waha?”

Okres wahania mam już dawno za sobą. Po pierwsze nie wierzę, że mózg (zwłaszcza w momencie niedotlenienia, a więc obniżonej aktywności) jest w stanie generować tak wyrafinowane, złożone i realne obrazy. Bardzo szeroko omawia to zagadnienie doktor Alexander ( mam na myśli jego książkę „Dowód”), który jest neurochirurgiem, a więc posiada wiedzę na temat funkcjonowania ludzkiego mózgu dostępną niewielu. Po drugie, dlaczego mam ślepo ufać grupie lekarzy, którzy utrzymują, że to jedynie psikusy organu pracującego w trybie awaryjnym? Istnieją pisemne relacje z czasów starożytnej Grecji i Rzymu o wojownikach, którzy uznani zostali za zmarłych, a następnie niespodziewanie ożywali i opowiadali o tunelu prowadzącym do niezwykłej krainy. Każdego roku na świecie setki, jeśli nie tysiące ludzi (przepraszam, ale nie znam oficjalnych statystyk) doświadcza stanu z pogranicza śmierci. Okazuje się, że wiek, wyznawana religia, kultura w jakiej zostali wychowani, status społeczny, nic, kompletnie nic nie ma znaczenia. Ich relacje są podobne, a drobne elementy, którymi się różnią wynikają jedynie z aspektów indywidualnych związanych z daną osobą. Mam tu na myśli chociażby osobisty charakter spotkań z bliskimi zmarłymi czy też na przykład pojawianie się zwierząt – ostatecznie nie każdy ma ulubionego pupila. Jestem przekonana, że tyle osób nie może się mylić. Warto też pamiętać, że spora grupa osób po doświadczeniu śmierci to dzieci. Owszem ich relacje są dużo skromniejsze, nie obfitują w detale, lecz jedno jest pewne: tu nie ma miejsca na konfabulację. Nie twierdzę, że dzieci nie są zdolne do kłamstwa. Trudno jednak wyobrazić sobie, że kilkuletnie dziecko wymyśla ot tak historię z podróży, której często nie jest świadome. Zwykle rodzice, kiedy ich pociecha odzyskuje przytomność mówią : „byłeś bardzo chory i spałeś „. Skąd miałoby wiedzieć, że ktoś w ogóle tego od niego oczekuje? Dzieci snują swoje opowieści spontanicznie, często też posługują się rysunkami. Dla mnie więcej dowodów nie trzeba.

Tyle na dzisiaj, dziękuję za pytania i wszystkie otrzymane dowody sympatii!