Historia z Kresów Wschodnich

Ponieważ bardzo interesuję się historią, a okresem II Wojny Światowej w szczególności, chętnie oglądam programy poświęcone tej tematyce. W ten sposób trafiłam na niezwykle interesująca relację osoby ocalonej z rzezi wołyńskiej.

Świadkiem tragedii była pani Władysława Kamińska, która w momencie nagrywania programu miała ponad osiemdziesiąt lat. Jej opowieść była niezwykle szczegółowa i nacechowana ogromnymi emocjami. Natychmiast zaczęłam robić notatki, aby żaden szczegół, z tej bezcennej dla mnie opowieści, nie umknęły mojej pamięci.

Dramatu Polaków, mordowanych z niewyobrażalnym okrucieństwem przez bojówki UPA zapomnieć nie sposób. Na dom rodzinny pani Władysławy również napadnięto. Dokładnie 22.03.1943 rozegrały się sceny, których oczy żadnego dziecka na świecie nie powinny oglądać. Napastnicy zabili ojca, a pani Władysława, jej siostra Kazia, brat Staszek i matka cudem uniknęli śmierci, chroniąc się w pobliskim lesie. Z wielkim trudem dotarli do wsi Pendyki, gdzie Polacy usiłowali stawiać opór napastnikom. Niestety, obrońcy nie dysponowali wystarczającą ilością broni i amunicji. Kilka dni później również Pendyki zaatakowano, a nielicznie ocaleni, zbiegli do lasu.

W trakcie panicznej ucieczki, zaginął gdzieś brat pani Władysławy, a ona została w nieznanym sobie otoczeniu wraz z mamą i siostrą. Ten ogromny obszar leśny ciągnął się kilometrami, a przerażone kobiety nie miały pojęcia, gdzie się znajdują i jak dostać się do Cumania, miasteczka, w którym mogły liczyć na schronienie. Błądziły przez cały długi dzień, na mrozie, bez jedzenia. Usta zwilżały śniegiem. Ponieważ ich mama była bardzo słaba, utworzyły coś w rodzaju jamy z gałęzi i śniegu.

Pani Władysława wspominała, że przytuliły się do siebie, żeby nie zamarznąć, a jej starsza siostra modliła się i wzywała ojca, choć doskonale wiedziała, że on nie żyje.

„Tatusiu całe życie byłeś dla nas taki dobry. Wesprzyj nas i teraz, wyratuj nas z tej opresji. Błagam wyprowadź nas z tego lasu, bo my tu zginiemy albo z głodu, albo z zimna”.

Umęczona matka i pani Władysława w końcu usnęły. Rano, po przebudzeniu zauważyły, że Kazia jest niezwykle spokojna, wręcz uśmiechnięta. Były tym bardzo zdziwione. Kazia szybko wytłumaczyła, że w nocy tata do niej przyszedł i dał wskazówki jak dojść do Cumania.

„Ja jestem osobą wierzącą, ale do takich zjawisk podchodzę sceptycznie. Niemniej siostra moja do końca życia, przysięgała, że tej nocy nie spała, a nasz tata stał przy niej jak żywy. Starsza siostra, była poważna i rzetelna jako człowiek. Nie wiem jak to możliwe, ale stał się cud i dzięki otrzymanym wskazówkom uratowałyśmy się od śmierci. W tym ogromnym lesie nigdy byśmy sobie nie poradziły i nie odnalazły drogi, zwłaszcza, że w tym okresie wszystkie drogi i dróżki przysypał śnieg.” Tak skomentowała sytuację pani Władysława.

Dla umęczonych kobiet, informacje otrzymane od ojca były ostatnią iskierką nadziei. Szły zgodnie ze wskazówkami.

„Jak będzie świtać, skierujcie się na prawo od wschodzącego słońca. Pierwszym znakiem, że idziecie w dobrym kierunku będzie polana, a na niej jedna samotna sosna. Drzewko będzie pozbawione gałęzi tylko z kilkoma zielonymi gałązkami na czubku. Kierujcie się prosto na tę sosnę, a jak ją miniecie, to wkrótce, po prawej stronie znajdziecie tory kolejowe. Od lat nieużywane, zardzewiałe, ale poznacie, że tam biegła linia kolejowa. Teren się tam mocno obniża. Idźcie wzdłuż tych torów, jednak broń Boże nie wchodźcie na nie. Lasem trudniej iść, ale na torach będziecie za bardzo widoczne. Cały czas trzymajcie się torów. Dalej zobaczycie takie leśne jeziorko. Mimo, że tam jest śnieg, to je znajdziecie, bo wygląda jak głęboki dół, a wokół niego mniej drzew rośnie, tylko same krzaki. Tam jest taki teren, że jeziorko zwróci waszą uwagę. Droga wiodąca od tego jeziorka zaprowadzi was do Cumania.”

Z niewyobrażalnym wysiłkiem, wspierając matkę, która mdlała ze zmęczenia doszły do celu. Trasę pokonały zgodnie z instrukcją ojca.

Pani Władysława wspominała:

„Na skraju Cumania, stał mały kościółek, a wokół niego zgromadziło się sporo ludzi. Jak się okazało niektórzy nas znali i kiedy zobaczyli, że się zbliżamy zaczęli wołać: Boże, pani Sewrukowa z córkami idzie!

Mój brat Staszek ocalał i był w tym kościółku, a tam już odprawiano msze za nasze dusze, gdyż Staszek nie mając wiedzy o naszym losie był przekonany, że zginęłyśmy z rąk UPA. Myśmy z osłabienia padły na ziemię, a jeden z naszych znajomych wbiegł do tego kościółka i na cały głos krzyczał: Staszek, Staszek, twoja matka z siostrami przyszły, one żyją!

I tak już dalej w tej biedzie, tragedii i poniewierce trzymaliśmy się razem”.

Wzruszająca opowieść, ze wszech miar warta przytoczenia i zachowania dla potomnych. Cenne świadectwo opieki duchowej oraz prawdy historycznej, której ciężar i groza kładą się cieniem na pokolenia.

Na wielu pomnikach i obeliskach poświęconym ofiarom zbrodni wołyńskiej znajdziemy ten cytat:

Jeśli zapomnę o Nich, Ty Boże na Niebie, Zapomnij o mnie!

Adam Mickiewicz, Dziady

 

 

Duch, który sprowadził pomoc

 

Otrzymałam niezwykle ciekawą i oryginalną relację dotyczącą fizycznej interwencji osoby zmarłej. Do tej międzywymiarowej manifestacji doszło w dramatycznych okolicznościach, a duch, o którym mowa bez dwóch zdań, uratował życie dwóch osób.

Oddaję głos Krzysztofowi, bezpośredniemu uczestnikowi wydarzeń:

Chciałbym zacząć od tego, że nigdy nie interesowały mnie sprawy tak zwanego życia pozagrobowego. W czasie, kiedy doszło do zdarzenia, które chcę przedstawić pracowałem w Policji. W sumie moja służba trwała dziesięć lat. Rezygnacja z pracy w Policji spowodowana była trudną sytuacją rodzinną, a nie niechęcią do samej instytucji. Choć różnie się o policjantach mówi, ja byłem dumny z munduru, który nosiłem.

Tego pamiętnego dla mnie dnia, pracowałem z Adamem – on pozostał w Policji do dziś. Nasz dyżur się kończył. Wracaliśmy z jakiejś interwencji domowej. Jechałem bardzo wolno, ponieważ warunki pogodowe były fatalne, a droga nieoświetlona. Głęboki listopad, zimno, silny wiatr i ulewa. Po lewej stronie drogi puste pola, po prawej stare magazyny i popadająca w ruinę, nieczynna fabryka. Nagle zobaczyliśmy starszego mężczyznę, który dawał nam znaki żebyśmy się zatrzymali. Po jego ruchach i zachowaniu widać było ogromne zdenerwowanie. Zatrzymaliśmy samochód i wysiedliśmy, żeby zobaczyć, co się stało. Ten mężczyzna przemieścił się o kilka metrów i wszedł w krzaki, pokazując nam żebyśmy poszli za nim. Podeszliśmy bliżej i poświeciliśmy sobie latarkami. W dole (około czterech metrów poniżej drogi) zobaczyliśmy przewrócony samochód. Zeszliśmy tam najszybciej jak się dało. W wozie były dwie osoby: ranna kobieta w kompletnym szoku oraz nieprzytomny mężczyzna. Ja wezwałem pomoc, a kolega usiłował wydobyć pasażerkę. Jak wspomniałem samochód był przewrócony i to ograniczało dostęp do kierowcy. Finalnie udało nam się wydobyć pasażerkę, co zbiegło się z przyjazdem Straży Pożarnej. Wkrótce przyjechał też ambulans i można powiedzieć działaliśmy pełną parą. W pewnej chwil Adam podszedł do mnie i zapytał, gdzie jest ten starszy gość, który nas zatrzymał. Powiedziałem, że nie wiem, ale prawdopodobnie gdzieś się tu kręci. Jeden ze strażaków podał mi damską torebkę, a ja zajrzałem do niej szukając dokumentów. Znalazłem duży czerwony portfel. Były tam oczywiście dokumenty tej kobiety, ale zauważyłem też zdjęcie mężczyzny, który nas zatrzymał. Nie miałem wątpliwości, że to ten sam człowiek. Kobieta była już w karetce i zajmował się nią ratownik medyczny. Później zostawił ją pod moją opieką, bo potrzebna była pomoc przy ciężko rannym kierowcy. Otworzyłem jeszcze raz ten portfel, wskazałem na zdjęcie i zapytałem, czy ten mężczyzna jechał z nimi. Odpowiedziała, że jechali sami. Powiedziałem, że ten pan nas zatrzymał i dzięki niemu żeśmy ich znaleźli. Dziewczyna się rozpłakała, na zdjęciu był jej zmarły ojciec. Powiem szczerze: zatkało mnie. Kompletnie nie umiałem wykrztusić z siebie ani słowa.

Kiedy karetki odjechały, a nasi koledzy z drogówki przejęli sprawę, nie byliśmy już potrzebni. Adam jeszcze raz zapytał o tego starszego pana, a ja powtórzyłem mu słowa córki. Zrobiło się dziwnie. Po prostu żadnemu z nas nie przechodziły przez gardło z pozoru proste słowa: po raz pierwszy w życiu widzieliśmy ducha. Dopiero po jakimś czasie zebrało nam się na szczerą rozmowę. Przeanalizowaliśmy całą sytuację dosłownie minuta po minucie. Nie było innego samochodu, do którego mógłby wsiąść i odjechać, gdyby oczywiście był żywym człowiekiem. Jego strój był zupełnie nieadekwatny do warunków pogodowych, więc gdyby to był żywy człowiek szukałby pomocy, chociażby, żeby się ogrzać. Poza tym, kiedy wysiedliśmy z auta obaj go widzieliśmy, jednak, mimo że wyglądało jakby krzyczał, to tak naprawdę nie usłyszeliśmy ani słowa. Nasz reakcja oparta była na obserwacji mowy ciała. Kiedy zobaczyliśmy rozbity samochód włączyło się działanie mechaniczne. Ostatecznie po coś jesteśmy szkoleni.

Trudno dyskutować z faktami, a one wskazywały, że mieliśmy do czynienia ze zjawiskiem paranormalnym. Faktem jest też, że gdybyśmy ich nie znaleźli, to kierowca raczej nie przeżyłby wypadku, a i pasażerka miała małe szanse, ponieważ w nocy chwycił mróz. Jak już pisałem, to mało uczęszczana okolica i nikłe są szanse, że ktoś by ich znalazł. Może dopiero rano złomiarze, którzy rozbierali resztki stalowych elementów nieczynnej fabryki.

To jeszcze nie koniec tej niezwykłej historii. Okazało się bowiem, że do wypadku nie doszło za sprawą złej pogody lub błędu kierowcy. Była to zemsta ex partnera tej młodej kobiety, który nie chciał pogodzić się z rozpadem ich związku. Człowiek ten wielokrotnie taranował ich samochód, próbując zepchnąć pojazd z drogi. W końcu kierowca atakowanego samochodu wpadł w poślizg i uderzył w drzewo, a następnie samochód stoczył się po skarpie i przewrócił. Sprawca odjechał nie wzywając pomocy.

Sprawa okazała się bardzo poważna, a sprawca stanął przed sądem. Pan Krzysztof oraz jego kolega zostali wezwani w charakterze świadków.

Na korytarzu podeszła do mnie ta młoda kobieta. Przypomniała rozmowę z karetki i poprosiła żebyśmy potwierdzili tożsamość osoby, która nas zatrzymała. Dyskretnie pokazała nam kilka zdjęć, na których był jej ojciec. Bez wątpliwości widzieliśmy wtedy właśnie jego. Trudno go pomylić z kimś innym: wysoki (około dwa metry wzrostu), burza kręconych siwych włosów i takie trochę orientalne rysy twarzy. Okazało się, że ojciec tej pani był Ormianinem. Kolega od razu zaznaczył, że w życiu oficjalnie się nie przyzna, że widział ducha. Ona to doskonale rozumiała, chciała tylko znać prawdę, dla samej siebie. To była bardzo wzruszająca scena.

Zainteresowałem się tematem zjaw pojawiających się na drogach. Myślę sobie, że to takie znaki ostrzegawcze dla nieostrożnych kierowców. Kto wie, może działają z polecenia siły wyższej?

Przypadek opisany przez Krzysztofa niewątpliwie daje do myślenia. Zjawa ojca pojawiła się w momencie, kiedy życie córki było zagrożone. Może to świadczyć o tym, że jesteśmy permanentnie obserwowani przez dusze w Zaświatach lub o istnieniu jakiegoś systemu ostrzegawczego, uruchamiającego się w dramatycznych okolicznościach. Wszak, kiedy grozi nam niebezpieczeństwo emitujemy specyficzną energię strachu, a poza tym mentalnie wzywamy na pomoc istoty z innego wymiaru

Co do zjaw pojawiających się na drogach całego świata, to klasyfikowałabym je jako tak zwane „duchy rocznicowe”, czyli ukazujące się albo w rocznicę własnej śmierci, albo w okolicznościach zbliżonych do panujących w tamtej chwili. Dla przykładu, ktoś kto zginął, kiedy jednocześnie była jesień, padał deszcz, a księżyc wszedł w fazę nowiu, będzie wracał w tych okolicznościach. Dlaczego? Bo uznaje taki zbieg okoliczności przyrodniczo- astronomicznych za potencjalnie niebezpieczny i chce ostrzec innych.

Pytaniem otwartym pozostaje, czy są to faktycznie istności duchowe przechodzące ze swojego wymiaru w nasz wymiar fizyczny, czy też stanowią rodzaj projekcji albo hologramu, pozostawionego przez ducha w miejscu szczególnie dla niego ważnym. Być może matryca czasoprzestrzenna pozwala na takie działanie. A może należy wziąć pod uwagę jeszcze inne możliwości?

W gościnnych progach Niezależnej Telewizji NTV

Kilka dni temu, miałam przyjemność gościć w Sobótce, gdzie znajduje się studio Niezależnej Telewizji NTV.

Powstało nagranie, które pozwalam sobie Państwu zaprezentować.

Rozmowę prowadzi Krystyna Maciąg. Dziękuję serdecznie za zaproszenie i miłą atmosferę w studio!

Interwencja z Zaświatów

Po przerwie związanej z premierą książki, Biuro duchów wraca do pracy. Dzisiaj proponuję lekturę niezwykle ciekawego listu, który otrzymałam od pani M.

Treść korespondencji, stanowi dla mnie kolejny, cenny dowód potwierdzający, iż bliscy przebywający w Zaświatach obserwują nas i bardzo się nami interesują. Mało tego starają się skorygować nasze poczynania, jeśli akurat niczym zbłąkani żeglarze wpływamy na manowce doczesności.

Nigdy nie wierzyłam w zjawiska paranormalne, duchy itp. Byłam wręcz wyjątkowo sceptyczna, ale jak to w życiu bywa, tylko do pewnego momentu. Po śmierci babci, z którą byłam silnie związana emocjonalnie zaczęłam wierzyć.

Od kilku lat pozostawałam w związku partnerskim, mieliśmy dziecko, własne mieszkanie. Wszystko, co niezbędne do godziwej egzystencji. Czegoś jednak mi brakowało i prowadziłam podwójne życie. Spotykałam się z innym mężczyzną. Po jednym z takich spotkań przyśniła mi się babcia. Byłyśmy u niej w mieszkaniu. Strasznie mną szarpała, krzyczała na mnie, była potwornie wściekła. Nigdy w życiu nie widziałam jej w takim stanie. Przez cały sen płakałam, bałam się i nie potrafiłam zrozumieć ani jednego słowa jakie wypowiada do mnie. Obudziłam się z potwornym bólem głowy. Wtedy jeszcze nie wierzyłam w realność tego przekazu.

Po miesiącu, może dwóch rozpadł się mój romans. Sama postanowiłam, że chcę to zakończyć. Jakiś czas później miałam kolejny sen. Ponownie znalazłam się w mieszkaniu z moją babcia. Tym razem szczęśliwa, tryskająca radością, przytulała mnie. Pamiętam, że zadawałam jej pytania, co dzieje się po śmierci, gdzie jest teraz. Odpowiedziała mi, że nie może o tym mówić, ale że zostało jej jeszcze 28 dni. Sen się zakończył, a przynajmniej nic więcej z niego nie pamiętam.

Obecnie, jestem od dwóch lat szczęśliwą mężatką. Nasza rodzina się powiększyła, kupiliśmy piękny dom. Do romansów nigdy nie wróciłam. Jestem przekonana, że sen, w którym babcia mną szarpała dotyczył właśnie mojej zdrady, a zatem zachowania dla babci nie do zaakceptowania. Pamiętam każdy szczegół z tych snów pomimo tego, że minęły prawie trzy lata. Były to sny niesamowicie realistyczne.

W ubiegłym roku miałam jeszcze jedną, bardzo dziwną sytuację. Tym razem nie był to sen. Bardzo pomogłam siostrze, z którą nigdy nie miałam dobrego kontaktu. Babcia nas dwie wychowała, jednakże nie było pomiędzy nami żadnej więzi, nawet się nie kłóciliśmy, bo po prostu nie rozmawiałyśmy ze sobą. Nie potrafiłyśmy tego robić. Sama nie wiem, dlaczego. Pomoc siostrze kosztowała mnie wiele wysiłku i nieprzespanych nocy. Dałam radę.

Kiedy już cała trudna sytuacja wydawała się szczęśliwie zakończona, a ja radosna i odprężona wracałam do domu, spotkało mnie coś szczególnego. Był późny wieczór, ale nie czułam zmęczenia. Wręcz przeciwnie dawno nie było mi tak dobrze.

Podjeżdżając do garażu, zauważyłam przed samochodem ubraną na biało postać. W takiej sytuacji rzecz pierwsza to noga na hamulec. Zatrzymałam się gwałtownie, a postać zniknęła. Trwało to ułamek sekundy, dosłownie mrugnięcie powiek. Wyszłam przestraszona z samochodu, rozejrzałam się po podwórku, ale nikogo nie było, choć po dzisiejszy dzień pamiętam dokładnie tę jasną poświatę, bijącą od sylwetki szczupłej osoby. Zarejestrowałam ze szczegółami wyraz twarzy i ubiór. Jestem przekonana, że była to moja babcia. Tylko dlaczego mi się ukazała? Być może w podziękowaniu za pomoc okazaną siostrze? Od tamtej pory nie wiem jakim cudem, ale znalazłyśmy z siostra wspólny język i dogadujemy się. Kolejna, już ostatnia sytuacja miała miejsce niedawno. Przeszłam ciężką operację ratująca moje życie. Po powrocie do domu ze szpitala miałam kolejny sen. Byłam w szpitalu, a obok mojego łóżka siedzieli dziadkowie. W czasie mojego pobytu w szpitalu nie żyli już oboje. Dziadek powiedział do mnie, -Ty wiesz wnusia, że oni wszyscy myślą ze my nie żyjemy. Po czym zaczął się śmiać. Babcia również się śmiała. Powiedziała tylko jedno zdanie „teraz już wszystko będzie dobrze”. Sen się skończył.

W Boga nie wierzę, ale zaczęłam wierzyć, że śmierć nie jest końcem wszystkiego. Zastanawia mnie tylko dlaczego w jednym ze snów babcia powiedziała, że zostało jej 28 dni? Skoro obserwuje mnie, to dlaczego nie przyśni mi się w momentach, kiedy jej potrzebuje??? Czemu tak naprawdę miała służyć wizyta białej postaci na moim podwórku?

Droga M., bardzo dziękuję za tę niezwykle szczerą i głęboką relację. Pozwolę sobie zauważyć, że jeśli uznajesz za fakt ciągłości życia po śmierci ciała, to tym samym wierzysz w inteligentną, pełną miłości Siłę, która panuje nad wieloma światami i zachowuje najwartościowszą cząstkę naszego istnienia, czyli duszę w dobrostanie. Dzisiaj chyba już niewiele osób wyobraża sobie Najwyższego jako siwego starca, siedzącego na tronie z chmur. Choć, być może, nigdy nie ogarniemy istnienia tej Siły rozumem, to mamy szansę pojąć ją sercem. Inteligencja serca, nie jest na dzień dzisiejszy kwestią wiary i okazuje się, że nie pomylił się Mickiewicz przekonując „Miej serce i patrzaj w serce”.

„W opublikowanej w 1991 r. książce „Neurokardiologia” dr J. Andrew Armoura udowadniał, że serce ma złożony system nerwowy, który można nazwać małym mózgiem składającym się z czterdziestu tysięcy komórek nerwowych. W 1995 r. inny naukowiec – dr Ming He-Huang z Akademii Medycznej w Harvardzie – odkrył, że komórki te są identyczne z tymi, które znajdują się w mózgu. Oznacza to, że serce i mózg mają ze sobą łączność elektromagnetyczną, dzięki której przesyłają sobie nawzajem informacje.[1]
Sceptyk wytłumaczyłby każdy z Twoich snów, używając argumentów zaczerpniętych tak z psychologii głębi jak i behawioryzmu. Ot, skrywane wyrzuty sumienia, potrzeba potwierdzenia własnych działań, zaspokajanie atawistycznego lęku przed unicestwieniem itd.

Dla sceptyka, życie we wszystkich przejawach, jest tak naprawdę, tylko podniecającą grą, jaką jego intelekt toczy z własnym ego. Dla osoby bogatszej o doświadczenie pozazmysłowe świat otaczający jawi się jako jedna z wielu możliwości istnienia, a resztę podpowiada dusza.

Babci mogło nie podobać się Twoje zachowanie, lecz przypuszczam, że nie o jej subiektywną ocenę chodziło. Babcia prawdopodobnie wiedziała jak destrukcyjne mogą być konsekwencje tego romansu. Wiele snów, w których pojawiają się bliscy zmarli ma charakter proroczy. Zadaj sobie pytanie, co by się stało, gdyby ów romans wyszedł na jaw? Czy Twoje życie byłoby równie zadawalające jak obecne? Osobiście uważam, że tak bliska twemu sercu osoba, usiłowała powstrzymać Cię przed wejściem na życiową równię pochyłą z wszystkimi następstwami tego działania.

Jeśli chodzi o te 28 dni, o których babcia wspomniała, to myślę, że odniosła się do zakończenia pewnego etapu jej duchowej wędrówki. Wszystkie wielkie religie mają swoją wizję wydarzeń rozgrywających się po opuszczeniu ziemskiej powłoki. Na przykład w buddyzmie istniej pojęcie stanu bardo, w którym przechodzenie do subtelnej formy istnienia nie następuje ad hoc, tylko stanowi pewien proces, podzielony na etapy rozgrywające się w konkretnych ramach czasowych. Skoro tak mocno zaakcentowała te 28 dni, to można założyć, że przejście tej fazy było dla niej bardzo ważne, a może wręcz decydujące. Myślę, że była przy Tobie zawsze, kiedy jej naprawdę potrzebowałaś, a w innych niełatwych momentach widocznie wierzyła w Ciebie i wiedziała, że sobie poradzisz. Poza tym, weź pod uwagę, że częste wizyty babci mogłyby wpłynąć nie tylko na Twoją wolną wolę, ale przede wszystkim zachwiać pewnością siebie, a w najgorszym razie uzależnić od zewnętrznej i subiektywnej opinii. Nasi bliscy mogą próbować nam pomóc, ale życia za nas nie przeżyją.

Temat świetlistej postaci, która ukazała się w tak ważnym dla Ciebie momencie jest niezwykle interesujący. Czy była to babcia? Nie wiem. Bezsprzecznie był to sygnał świadczący o zdjęciu jakieś blokady, która umiejscowiła się w Twojej świadomości i ograniczała kontakty z siostrą. Doświadczenie uczy, że z samym sobą także można wejść w dość szczególną relację, również pozazmysłową. Zajmując się problemem siostry, zrekompensowałaś lub innymi słowy wypełniłaś dobrem przestrzeń, która do tej pory pozostawała ziemią jałową i właśnie w tej przestrzeni wasze relacje mogły odrodzić się na nowo. Z mojej perspektywy, zaskoczyła Cię najlepsza cząstka Ciebie samej. Zmieniła się po prostu obraz ciał subtelnych, co mogło spontanicznie zamanifestować się w świecie fizycznym. Oczywiście, jest to tylko i wyłącznie moja hipoteza.

Sen, w którym odwiedzili Cię dziadkowie, zapewne miał zrekompensować traumę jaką była operacja, od wyniku której zależało Twoje życie. Ich zachowanie było kojące, a przekazana informacja cenna. Zakładam, że wiele osób przyjęłoby ją z radością i wdzięcznością.

Dziękuję za list i poświęcony czas.

Mam nadzieję, że dla Państwa ta korespondencja była równie wartościowa jak dla mnie.

 

[1] http://www.poradnikzdrowie.pl/psychologia/emocje/neurokardiologia-naukowcy-dowodza-ze-serce-czuje-i-rozumie_41356.html

 

Relacje między światem widzialnym i niewidzialnym

Drodzy Czytelnicy!

Chciałabym zaproponować materiał nagrany przez Niezależną Telewizję NTV na Powitaniu Wiosny. Impreza odbyła się w marcu bieżącego roku u podnóża Ślęży w Sobótce.

Chwilowo pochłaniają mnie sprawy związane z promocją książki, ale obiecuję, że w maju pojawią się nowe teksty i Biuro ruszy pełną parą.

Pozdrawiam ciepło!

W gościnnych progach NTV

Mam nadzieję, że zainteresuje Państwa audycja „Wieści ze świata duchów” zrealizowana w Niezależnej Telewizji NTV.

Program prowadzi redaktor Janusz Zagórski, a przesympatyczną współrozmówczynią jest Krystyna Maciąg.

Serdecznie dziękuję za zaproszenie!

Czasami zapominam, że pewna grupa Czytelników nie korzysta z mediów społecznościowych, stąd materiał prezentowany jest z niewielkim opóźnieniem.

Audycja na antenie Radio Paranormalium – Znaki od zmarłych

Drodzy Czytelnicy!

Po raz drugi byłam gościem Radia Paranormalium. Audycja nosi tytuł „Znaki od zmarłych” i tej tematyce przyjrzeliśmy się w trakcie, bez mała, trzech godzin programu.

Dziękuję wszystkim osobom, które wzięły czynny udział w rozmowie.

Osoby prowadzącego nie trzeba chyba przedstawiać, ale dla porządku przypomnę, że Piotr Cielebiaś to dziennikarz, pisarz i zastępca redaktora naczelnego miesięcznika „Nieznany Świat”

Zapraszam serdecznie.

Orby – emanacja duchowa czy zjawisko optyczne Cz.II

 

Bardzo dziękuję za nadesłane zdjęcia, wiadomości i komentarze. Padło wiele ciekawych pytań.

Oczywiście znam historię młodych ludzi, którzy w większej grupie wybrali się na wycieczkę. W trakcie długiej podróży zatrzymali się gdzieś na poboczu, a że okolica była piękna zrobili sobie sporo zdjęć. Niestety do celu wyprawy nie dojechali w komplecie. Wydarzył się nieszczęśliwy wypadek i kilkoro z nich zginęło. Pogrążeni w żalu przyjaciele, wywołali zdjęcia z wycieczki, długo po pogrzebie bliskich sobie osób. Oglądając fotografie byli zdumieni, ponieważ twarze ich zmarłych przyjaciół przesłaniały kule światła. Pomimo, że zdjęcia były grupowe, robione w różnych ujęciach i miejscach, tylko twarze ofiar wypadku zostały zakryte przez orby. To głośna sprawa.

Trudno jednak przyjąć wprost, że orby zwiastują śmierć. Jest to wniosek zbyt daleko idący i drastyczny, a ja jestem przeciwnikiem opisywania zjawisk paranormalnych w sposób budzący trwogę lub wzbudzający niezdrową sensację. Wywołuje to mój opór po pierwsze dla tego, że szkodzi rzetelnym badaniom nad tymi zjawiskami odbierając im powagę, po drugie dla tego, że każdego dnia jesteśmy wystarczająco zastraszani przez serwisy informacyjne, które z lubością nurzają nas w makabrze.

Widziałam serię zdjęć z uroczystości rodzinnej, na których tylko jedna osoba miała twarz przesłonięta światłem. Zdjęcia robione były pod różnym kątem i w różnym czasie, a mimo to jedynie twarz tej konkretnej kobiety uległa zniekształceniu. Osoba ta wkrótce poważnie zachorowała i rzeczywiście znalazła się przez chwilę na granicy życia i śmierci. Cóż, może aparat uchwycił zmiany w aurze? Takie są założenia medycyny holistycznej – najpierw choroba pojawia się w przestrzeni ciał subtelnych, a dopiero po czasie zaczyna chorować konkretny organ. Myślę, że takich znaków nie należy lekceważyć i w podobnej sytuacji warto się po prostu kompleksowo przepadać, nie popadając przy tym w defetyzm.

Przypadek, wspomniany na początku jest wyjątkowy, powiedziałabym incydentalny i w moim mniemaniu należy go rozpatrywać odrębnie. Można by przyjąć, oczywiście myśląc fatalistycznie, że los tych młodych ludzi był przesądzony, a światło ich życia gasło i mimo braku jakichkolwiek niedomagań fizycznych aura słabła, co zarejestrował obiektyw aparatu. Z kolei, jeśli podejdziemy do sprawy z perspektywy hinduizmu, można domniemywać, że uwieczniono moment, kiedy czakra trzeciego oka lub korony, pojmowana jako brama do innych wymiarów duchowych, otwiera się przygotowując drogę dla duszy. Czakry to energetyczne centra naszego ciała. Każda z nich promieniuje światłem posiadającym sobie właściwą barwę i choć jest to energia subtelna, a nie fizyczna, to istnieją osoby, które potrafią ją dostrzec.

 

Rozpatrując sprawę w takim aspekcie nieuchronnie dochodzimy do kolejnego pytania: czy wszystkie orby mają tę samą naturę? Odpowiedź wydaje się być negatywna. Zaryzykowałabym stwierdzenie, że można je podzielić na kilka kategorii: świetliste kule związane ze stanem aury, emanacje duchowe nawiązujące kontakt telepatyczny (przypadek opisany poprzednio), niewidoczne gołym okiem kule pozostające w bezruchu lub poruszające się w przemyślany sposób, często z dużą prędkością.

W wypadku orbów, liczni alternatywni badacze nie są zgodni, co do charakteru i natury tego zjawiska. Jedna z najpopularniejszych teorii wiąże pojawianie się orbów z duchami. Tak zdefiniowany orb jawi się jako energia przetransformowana ze źródła (człowiek, bateria, ogień) do postaci spirytualnej. Teoria ta tłumaczy kulisty kształt orbów. Zgodnie, bowiem z prawami fizyki przetransformowana energia przyjmuje kształt sferyczny. Ciekawe, że pojawieniu się orbów towarzyszy zawsze zmiana pola elektromagnetycznego, która jest jak najbardziej mierzalna! Do tego celu używa się czujników EMF.

Wiele zdjęć, na których uwieczniono orby, zostało wykonanych na cmentarzach, w miejscach uważanych za nawiedzone lub w tak zwanych miejscach mocy. Stąd, jak można przypuszczać spotęgowało się przekonanie, że ich pojawienie się związane jest bezpośrednio z obecnością ducha. Moim skromnym zdaniem wiele wskazuje na to, że orby są emanacjami świadomej, inteligentnej i zainteresowanej nami siły, która choć nie dąży do bezpośredniego kontaktu, to jednak, z sobie tylko znanych powodów, pozostaje blisko nas.

Magiczne zdjęcie

Zdjęcie obok, nadesłała Pani Wanda-jest piękne i bardzo interesujące. Dodam, że te smugi absolutnie nie są przypadkowo przelatującymi ptakami.

 

 

 

 

 

Życie po życiu, a sprawa zwierząt

 

 

Cieszę się, że wśród czytelników mojego bloga jest tak wielu miłośników zwierząt. Zachęcana licznymi mailami jeszcze raz pozwolę sobie odnieść się do sprawy zwierzęcego „życia po życiu”.

Żyjemy w świecie cyber-technologii, mieszkamy w betonowych domach, a nasze stopy nie znają miękkości trawy. Bardzo często Naturę traktujemy jako wroga, który złośliwie niszczy chodniki siejąc w szparach chwasty, wroga który „nasyła” na nas tornada, deszcze i śnieżyce.

Stawiając siebie ponad wszelkim stworzeniem uzurpujemy sobie prawo do „czynienia sobie Ziemi poddaną”. Okazjonalnie zachwycamy się pięknem krajobrazu, ale nie czujemy się jego częścią. Kiedy wyjeżdżamy na wycieczkę w góry czy do lasu, zachowujemy się jakbyśmy wpadli w odwiedziny do dawno niewidzianej ciotki. Owszem występuje pewne powinowactwo, ale głębokiej więzi brak. Tymczasem jesteśmy częścią Natury, która nie dzieli swoich dzieci na lepsze i gorsze. Ona pielęgnuje życie w wielu formach i rodzajach. Każde stworzenie ma szansę żyć i przeżyć doświadczając łaski istnienia.

Proszę zwrócić uwagę, że religie pierwotne zupełnie inaczej postrzegały świat. Była to głęboka duchowość nie rozdzielająca świata na lepszy ludzki i gorszy zwierzęcy. Celtowie, Germanie lub Słowianie widzieli w górach i lasach miejsca święte, kolebki życia i rezerwuar sił witalnych. Zabijali zwierzęta żeby przeżyć ponieważ w dawnych czasach dostęp do żywności nie był tak oczywisty, jak w dzisiejszej zamożnej Europie.

W tej chwili przemysł hodowlany uczynił ze zwierząt towar, który można po prostu produkować zupełnie jak meble czy telewizory. Utrwalił się podział na zwierzęta, które można jeść i  przyjaciół człowieka (psy, koty), których jedzenie jest kulturowym tabu. W życiu po życiu, w tak zwanym niebie też chcemy spotkać swoich pupili. Wyobrażamy sobie, że nasza miłość czyni akurat te stworzenia wyjątkowymi, lepszymi od wszystkich innych.

Jest to wielka hipokryzja. Wiem, że niektórzy się oburzą na moje słowa, ale zawsze piszę to, co myślę. Jeśli jest się katolikiem czy w ogóle chrześcijaninem i uznaje się dogmaty kościelne trudno jednocześnie wierzyć w zmartwychwstanie zwierząt. Mimo, że w historii kościoła pojawiają się takie postacie jak św. Franciszek z Asyżu głoszący miłość do braci mniejszych, reguła pozostaje niezmienna: zwierzę nie ma duszy, a człowiek to korona stworzenia. Człowiekowi wolno wszystko i tylko on, oczywiście odpowiednio poprowadzony przez swego duchowego pasterza dostąpi życia wiecznego. Częściej wśród duchownych natkniemy się na myśliwych niż miłośników zwierząt. Czy wśród osób protestujących w obronie zwierząt spotkaliście Państwo jakiegoś biskupa lub księdza? Ja nie spotkałam obrońców zwierząt w koloratkach. Za to widziałam filmik ze święcenia nowo powstałej rzeźni. Chodziły również słuchy, że biskupi lobbowali w sprawie uboju rytualnego. Podobno z inspiracji duchownych innych wyznań, dla których ten barbarzyński zwyczaj ma fundamentalne znaczenie religijne. Tej wersji zadają kłam, co przytomniejsi obserwatorzy dopatrujący się wpływów bardziej wypłacalnego lobby hodowców. Zostawmy jednak politykę, bo to temat niezdrowy i niesmaczny. Fakty są takie, że Kościół w obliczu rosnących w siłę ruchów „pro animals”, powiększającej się rzeszy wegetarian i wegan, gotowych opuścić swych pasterzy w imię miłości do braci mniejszych zaczął szukać rozwiązań teologicznych, aby jakoś załagodzić tę kwestię. Przeczytałam sporo wywodów o mnogiej duszy zwierzęcej, o tym, że w Piśmie można znaleźć kilka cytatów przemawiających za obecnością zwierząt w Raju, o mocy Boga dla którego nie ma rzeczy niemożliwych itp. Konkretnego stanowiska nie ma.

Jednym słowem katolik lub prawosławny sam musi rozstrzygnąć, powołując na sędziego własne sumienie, czy należy do rasy panów, czy po prostu jest jedną z wielu Istot żyjących na tej planecie. Rozstrzygnąć dodajmy ze wszystkimi konsekwencjami przyjęcia określonego stanowiska.

Filozofia buddyjska i hinduska to zupełnie inna mentalność. Ze względu na wiarę w reinkarnację ludzie Wschodu, trzy razy się zastanowią zanim skrzywdzą zwierzę. Nie chodzi tu oczywiście tylko o możliwość odrodzenia w ciele zwierzęcia, ale przede wszystkim o nie zadawanie cierpienia, ponieważ to celowe okrucieństwo najbardziej obciąża karmę.

Pytacie Państwo, czy po tamtej stronie widziałam zwierzęta? Owszem widziałam, co ważniejsze widziało je wiele osób. Nie wiem czy były to duchy zwierząt żyjących wcześniej wśród nas, czy zupełnie inne stworzenia.

Wierzę, że istnieje nieogarniony dla ludzkiego rozumu Bóg, który jako siewca życia uczynił tę planetę płodną. Powołał Naturę, Gaję, Matkę Ziemię (nazwa dowolna) do opieki nad wszystkimi stworzeniami. Jesteśmy połączeni tak z Ojcem w Niebie jak i Matką Ziemią, po śmierci ciała przechodzimy do świata duchowego gdzie przyjmujemy ciała mistyczne. Być może, że dusze zwierząt różnią się od ludzkich dusz, ale nie są w związku z tym gorsze tylko inne. Energia życiowa nie ginie, a co za tym idzie energia zwierząt również trwa w tej czy innej formie.

 

 

 

 

O tak zwanym wywoływaniu duchów raz jeszcze

 

Ponieważ wstrząsnęły mną dwie wiadomości otrzymane w krótkim odstępie czasu postanowiłam wrócić do tematu, który był już poruszany na blogu.

Oddam teraz głos Czytelnikom: Michałowi i Kamili, a do treści tych historii odniosę się w podsumowaniu. Uprzedzam, że tekst będzie wyjątkowo obszerny.

„W listopadzie ubiegłego roku przydarzyła mi się bardzo dziwna i nieprzyjemna historia. Chciałbym za pomocą Pani bloga ostrzec ludzi, zwłaszcza młodych takich jak ja, przed tak zwaną tabliczką Ouija. Nie wiem, może są ludzie, którzy potrafią używać tego przedmiotu w bezpieczny sposób. Jednak, kto się nie zna niech tego nie rusza.

Moja dziewczyna Aga ma ciotkę o bardzo nietypowych zainteresowaniach. Mam na myśli radiestezję i różne formy medycyny alternatywnej. Jest to bardzo miła osoba i rzeczywiście ma na koncie sukcesy. Często wyjeżdża, aby doskonalić swoje umiejętności. W listopadzie wyjechała na Hawaje żeby tam uczyć się jakiegoś masażu uzdrawiającego. Aga i jej siostra Justyna zajmowały się wtedy mieszkaniem ciotki. Któregoś dnia zadzwoniły do mnie żebym przyjechał do tego mieszkania, bo nie radzą sobie z jakąś szafką. Okazało się, że ciotka chciała pożyczyć swojej znajomej narty. Trzeba było je wyjąć z zabudowanej szafki w przedpokoju. Mieszkanie w starym budownictwie ma trzy metry wysokości i dziewczyny nie dosięgały. Pomogłem im, a kiedy wyciągałem narty to wypadło także kilka pudełek. W jednym z nich była właśnie tablica Ouija. To znaczy myśmy wtedy jeszcze nie wiedzieli, co to jest. Dopiero siostra mojej dziewczyny znalazła te informacje w necie. W sobotę zrobiliśmy sobie imprezę w mieszkaniu ciotki. Ona nam na to pozwoliła pod warunkiem, że posprzątamy i będziemy zachowywać się cicho.

 

 

Oglądaliśmy jakieś filmy, było OK. Niestety Justyna wpadła na pomysł zabawy z tą tablicą. Opowiedziała nam, co wyczytała i na czym to polega. Ktoś zażartował, że w tak starym domu na pewno są jakieś duchy. No i się zaczęło. Jak ten wskaźnik się poruszył, to myślałem, że zawału dostanę. Zadawaliśmy pytania. Najpierw odpowiedzi miały sens, ale później to już był jakiś bełkot. Przerwaliśmy to i odłożyliśmy tablicę na miejsce. Nie wiem czy to zbieg okoliczności czy nie, ale w ciągu trzech dni wszystkich spotkało coś złego. Jeden chłopak miał stłuczkę (poważną), Justyna złamała rękę, jej chłopak robił porządki w piwnicy i przebił sobie stopę gwoździem, moją dziewczynę okradziono w autobusie, a kuzynka, która też była z nami, spadła ze schodów (wewnątrz budynku). Ja bardzo źle się czułem, zupełnie jakbym miał jakieś zatrucie. Śniły mi się okropne rzeczy. Nie potrafię opisać szczegółów, ale bałem się w tych snach dziwacznie ubranej osoby. Oczywiście chodziłem do pracy, ale coś ze mną było nie tak.

W piątek mama poprosiła mnie żebym zawiózł ja na akupunkturę. Ma zespół bolesnego barku i te zabiegi bardzo jej pomagają. W tej przychodni przyjmują tylko medycy naturalni. Jak czekałem na mamę, z gabinetu wyszła starsza pani i tak uważnie mi się przyjrzała. Zapytała czy dobrze się czuję? Odpowiedziałem, że czuję się fatalnie. Zapytała, czy chciałbym żeby mi pomogła? Przyznałem, że nie mam pieniędzy żeby jej zapłacić. Zdziwiłem się, bo obiecała, że przyjmie mnie za symboliczną złotówkę. Zapytała, od kiedy tak źle się czuje i czy ostatnio coś mnie przestraszyło lub czy spotkało mnie wielkie nieszczęście. Opowiedziałem jej wszystko ze szczegółami. Czasami trzeba się przyznać do własnej głupoty. Ona mi wytłumaczyła, jak niebezpieczna jest ta tablica. Potem usiadłem na krześle i powiem szczerze zupełnie jakby mnie wyłączyła. Nic nie pamiętam z tego zabiegu. W każdym razie poczułem się dużo lepiej. Następnego dnia wstałem dosłownie jak nowo narodzony.

Kiedy spotkaliśmy się znowu w tym samym składzie. Wróciłem do tematu tablicy. Wszystkim nam wydało się dziwne, że w tak krótkim czasie spadło na nas tyle złych rzeczy. Owszem wypadki chodzą po ludziach, ale to była niespotykana kumulacja. Wiem jedno zachowaliśmy się głupio, jak dzieciaki z gimbazy. Mam wrażenie, że większość młodych ludzi nie wierzy w duchy i moc tej tablicy. Chyba trzeba coś przeżyć na własnej skórze, żeby zacząć myśleć.”

 

 

List od Kamili:

„Wszystko zaczęło się jak byłam w podstawówce. Któregoś wieczoru bawiłam się z kuzynką i siostra lalkami. W trakcie zabawy poszłam na strych po ciuszki i zobaczyłam tam jakby mgłę, która formowała się w ludzki kształt. Byłam jak w transie i wyciągałam rękę w stronę tej mgły. Ona mnie przyciągała, kazała mi się dotknąć. W pewnym momencie się ocknęłam i zapaliłam światło. Od tamtego czasu regularnie zdarzały mi się dziwne, paranormalne rzeczy. W 6 klasie podstawówki byłam zafascynowana takimi zjawiskami. Postanowiłam z kuzynka i siostra zrobić tablicę, żeby skontaktować się z duchami. Seans odbył się u mnie w domu.

Ja się nigdy nie bałam duchów. Moja siostra i kuzynka miały przy sobie różańce i obrazki. Ja nic nie miałam. Kiedy poszłam do drugiego pokoju po książeczkę z komunii (gdyż one mnie o to poprosiły), coś dyszało mi do ucha, a kiedy podeszłam do siostry i kuzynki wyraźnie poczułam dotyk na plecach. W gimnazjum po raz pierwszy zobaczyłam mężczyznę ubranego na czarno, który obserwował mnie. Od tamtej pory w domu coraz częściej dochodziło do dziwnych zjawisk.”

Pani Kamila widywała ciemną zakapturzoną postać. W mieszkaniu słychać było niepokojące odgłosy, przewracały się przedmioty, pękały lustra, a ją samą zaczęły nawiedzać koszmary. Zaoszczędzę Państwu opisu tych snów, nie jest to, bowiem przyjemna lektura. Zaniepokojona kobieta poszła na rozmowę z księdzem, który stwierdził, że do jej życia wkroczył demon. Przestrzegł, że jest poważnie zagrożona.

Z diagnozą księdza trudno mi się do końca zgodzić. Owszem zagrożenie jest realne, ale gdyby nawiedzenie miało charakter demoniczny to tak silna energetyczna istota, już dawno zawładnęłaby całym życiem i jestestwem swojej ofiary. W tym wypadku ewidentnie owo „coś” dobrze się bawi. Z treści listu wynika, że ta „zabawa” trwa już od ładnych paru lat.

Ataki mentalne są zawsze wyczerpujące i na dłuższą metę nie do zniesienia. Mam nadzieję, że Kamila nie zlekceważy sytuacji i konsekwentnie odetnie się tak od samego ducha, jak i swojej, powiedziałabym niezdrowej, fascynacji jego osobą. W tej chwili ze względu na młody silny organizm nie odczuwa jeszcze konsekwencji, jakie niesie za sobą „karmienie” istoty bezcielesnej. My nie jesteśmy mocarni jak drzewa, mogące latami odżywiać jemiołę.

Doświadczenie uczy, że w tym swoistym zawieszeniu między światami pozostają dusze obciążone złem, zdegenerowane. Nie przechodzą one na tamtą stronę w miejsce sobie należne, ponieważ wiedzą, że trzeba będzie złożyć rachunek ze swoich uczynków. Chociaż nie czekają na nich diabły, tak malowniczo ukazane w ikonografii chrześcijańskiej, tylko de facto sąd nad samym sobą, pragną odciągnąć ten moment, jak długo jest to możliwe. Ponieważ są istotami rozumnymi, posiadającymi wszystkie cechy charakteru rozwinięte w cielesnej postaci, ich postępowanie nie zmienia się. Nie łagodnieją, nie stają się nagle miłe i urocze lecz kontynuują swoje destrukcyjne działania.

Gdy zagubieni po środku lasu zaczniemy wzywać pomocy to pojawi się osoba, która jest najbliżej, a nie konkretna, którą pragniemy zobaczyć. Jeśli wzywamy ducha najpewniej przyjdzie ten, który pierwszy nas usłyszy. Taka prosta, acz obrazowa analogia.

Jeśli dobra, życzliwa nam dusza pragnie kontaktu, znajdzie sposób, aby zrobić to bez szkody dla otoczenia. W zgodzie z tą metodą odbywają się dyktowania ludzi w duchu. Z tym, że może jeden człowiek na milion otrzymuje dar odbierania tych przekazów.

 

 

 

 

 

 

 

 

Zapisz