W gościnnych progach NTV

Mam nadzieję, że zainteresuje Państwa audycja „Wieści ze świata duchów” zrealizowana w Niezależnej Telewizji NTV.

Program prowadzi redaktor Janusz Zagórski, a przesympatyczną współrozmówczynią jest Krystyna Maciąg.

Serdecznie dziękuję za zaproszenie!

Czasami zapominam, że pewna grupa Czytelników nie korzysta z mediów społecznościowych, stąd materiał prezentowany jest z niewielkim opóźnieniem.

Audycja na antenie Radio Paranormalium – Znaki od zmarłych

Drodzy Czytelnicy!

Po raz drugi byłam gościem Radia Paranormalium. Audycja nosi tytuł „Znaki od zmarłych” i tej tematyce przyjrzeliśmy się w trakcie, bez mała, trzech godzin programu.

Dziękuję wszystkim osobom, które wzięły czynny udział w rozmowie.

Osoby prowadzącego nie trzeba chyba przedstawiać, ale dla porządku przypomnę, że Piotr Cielebiaś to dziennikarz, pisarz i zastępca redaktora naczelnego miesięcznika „Nieznany Świat”

Zapraszam serdecznie.

Orby – emanacja duchowa czy zjawisko optyczne Cz.II

 

Bardzo dziękuję za nadesłane zdjęcia, wiadomości i komentarze. Padło wiele ciekawych pytań.

Oczywiście znam historię młodych ludzi, którzy w większej grupie wybrali się na wycieczkę. W trakcie długiej podróży zatrzymali się gdzieś na poboczu, a że okolica była piękna zrobili sobie sporo zdjęć. Niestety do celu wyprawy nie dojechali w komplecie. Wydarzył się nieszczęśliwy wypadek i kilkoro z nich zginęło. Pogrążeni w żalu przyjaciele, wywołali zdjęcia z wycieczki, długo po pogrzebie bliskich sobie osób. Oglądając fotografie byli zdumieni, ponieważ twarze ich zmarłych przyjaciół przesłaniały kule światła. Pomimo, że zdjęcia były grupowe, robione w różnych ujęciach i miejscach, tylko twarze ofiar wypadku zostały zakryte przez orby. To głośna sprawa.

Trudno jednak przyjąć wprost, że orby zwiastują śmierć. Jest to wniosek zbyt daleko idący i drastyczny, a ja jestem przeciwnikiem opisywania zjawisk paranormalnych w sposób budzący trwogę lub wzbudzający niezdrową sensację. Wywołuje to mój opór po pierwsze dla tego, że szkodzi rzetelnym badaniom nad tymi zjawiskami odbierając im powagę, po drugie dla tego, że każdego dnia jesteśmy wystarczająco zastraszani przez serwisy informacyjne, które z lubością nurzają nas w makabrze.

Widziałam serię zdjęć z uroczystości rodzinnej, na których tylko jedna osoba miała twarz przesłonięta światłem. Zdjęcia robione były pod różnym kątem i w różnym czasie, a mimo to jedynie twarz tej konkretnej kobiety uległa zniekształceniu. Osoba ta wkrótce poważnie zachorowała i rzeczywiście znalazła się przez chwilę na granicy życia i śmierci. Cóż, może aparat uchwycił zmiany w aurze? Takie są założenia medycyny holistycznej – najpierw choroba pojawia się w przestrzeni ciał subtelnych, a dopiero po czasie zaczyna chorować konkretny organ. Myślę, że takich znaków nie należy lekceważyć i w podobnej sytuacji warto się po prostu kompleksowo przepadać, nie popadając przy tym w defetyzm.

Przypadek, wspomniany na początku jest wyjątkowy, powiedziałabym incydentalny i w moim mniemaniu należy go rozpatrywać odrębnie. Można by przyjąć, oczywiście myśląc fatalistycznie, że los tych młodych ludzi był przesądzony, a światło ich życia gasło i mimo braku jakichkolwiek niedomagań fizycznych aura słabła, co zarejestrował obiektyw aparatu. Z kolei, jeśli podejdziemy do sprawy z perspektywy hinduizmu, można domniemywać, że uwieczniono moment, kiedy czakra trzeciego oka lub korony, pojmowana jako brama do innych wymiarów duchowych, otwiera się przygotowując drogę dla duszy. Czakry to energetyczne centra naszego ciała. Każda z nich promieniuje światłem posiadającym sobie właściwą barwę i choć jest to energia subtelna, a nie fizyczna, to istnieją osoby, które potrafią ją dostrzec.

 

Rozpatrując sprawę w takim aspekcie nieuchronnie dochodzimy do kolejnego pytania: czy wszystkie orby mają tę samą naturę? Odpowiedź wydaje się być negatywna. Zaryzykowałabym stwierdzenie, że można je podzielić na kilka kategorii: świetliste kule związane ze stanem aury, emanacje duchowe nawiązujące kontakt telepatyczny (przypadek opisany poprzednio), niewidoczne gołym okiem kule pozostające w bezruchu lub poruszające się w przemyślany sposób, często z dużą prędkością.

W wypadku orbów, liczni alternatywni badacze nie są zgodni, co do charakteru i natury tego zjawiska. Jedna z najpopularniejszych teorii wiąże pojawianie się orbów z duchami. Tak zdefiniowany orb jawi się jako energia przetransformowana ze źródła (człowiek, bateria, ogień) do postaci spirytualnej. Teoria ta tłumaczy kulisty kształt orbów. Zgodnie, bowiem z prawami fizyki przetransformowana energia przyjmuje kształt sferyczny. Ciekawe, że pojawieniu się orbów towarzyszy zawsze zmiana pola elektromagnetycznego, która jest jak najbardziej mierzalna! Do tego celu używa się czujników EMF.

Wiele zdjęć, na których uwieczniono orby, zostało wykonanych na cmentarzach, w miejscach uważanych za nawiedzone lub w tak zwanych miejscach mocy. Stąd, jak można przypuszczać spotęgowało się przekonanie, że ich pojawienie się związane jest bezpośrednio z obecnością ducha. Moim skromnym zdaniem wiele wskazuje na to, że orby są emanacjami świadomej, inteligentnej i zainteresowanej nami siły, która choć nie dąży do bezpośredniego kontaktu, to jednak, z sobie tylko znanych powodów, pozostaje blisko nas.

Magiczne zdjęcie

Zdjęcie obok, nadesłała Pani Wanda-jest piękne i bardzo interesujące. Dodam, że te smugi absolutnie nie są przypadkowo przelatującymi ptakami.

 

 

 

 

 

Życie po życiu, a sprawa zwierząt

 

 

Cieszę się, że wśród czytelników mojego bloga jest tak wielu miłośników zwierząt. Zachęcana licznymi mailami jeszcze raz pozwolę sobie odnieść się do sprawy zwierzęcego „życia po życiu”.

Żyjemy w świecie cyber-technologii, mieszkamy w betonowych domach, a nasze stopy nie znają miękkości trawy. Bardzo często Naturę traktujemy jako wroga, który złośliwie niszczy chodniki siejąc w szparach chwasty, wroga który „nasyła” na nas tornada, deszcze i śnieżyce.

Stawiając siebie ponad wszelkim stworzeniem uzurpujemy sobie prawo do „czynienia sobie Ziemi poddaną”. Okazjonalnie zachwycamy się pięknem krajobrazu, ale nie czujemy się jego częścią. Kiedy wyjeżdżamy na wycieczkę w góry czy do lasu, zachowujemy się jakbyśmy wpadli w odwiedziny do dawno niewidzianej ciotki. Owszem występuje pewne powinowactwo, ale głębokiej więzi brak. Tymczasem jesteśmy częścią Natury, która nie dzieli swoich dzieci na lepsze i gorsze. Ona pielęgnuje życie w wielu formach i rodzajach. Każde stworzenie ma szansę żyć i przeżyć doświadczając łaski istnienia.

Proszę zwrócić uwagę, że religie pierwotne zupełnie inaczej postrzegały świat. Była to głęboka duchowość nie rozdzielająca świata na lepszy ludzki i gorszy zwierzęcy. Celtowie, Germanie lub Słowianie widzieli w górach i lasach miejsca święte, kolebki życia i rezerwuar sił witalnych. Zabijali zwierzęta żeby przeżyć ponieważ w dawnych czasach dostęp do żywności nie był tak oczywisty, jak w dzisiejszej zamożnej Europie.

W tej chwili przemysł hodowlany uczynił ze zwierząt towar, który można po prostu produkować zupełnie jak meble czy telewizory. Utrwalił się podział na zwierzęta, które można jeść i  przyjaciół człowieka (psy, koty), których jedzenie jest kulturowym tabu. W życiu po życiu, w tak zwanym niebie też chcemy spotkać swoich pupili. Wyobrażamy sobie, że nasza miłość czyni akurat te stworzenia wyjątkowymi, lepszymi od wszystkich innych.

Jest to wielka hipokryzja. Wiem, że niektórzy się oburzą na moje słowa, ale zawsze piszę to, co myślę. Jeśli jest się katolikiem czy w ogóle chrześcijaninem i uznaje się dogmaty kościelne trudno jednocześnie wierzyć w zmartwychwstanie zwierząt. Mimo, że w historii kościoła pojawiają się takie postacie jak św. Franciszek z Asyżu głoszący miłość do braci mniejszych, reguła pozostaje niezmienna: zwierzę nie ma duszy, a człowiek to korona stworzenia. Człowiekowi wolno wszystko i tylko on, oczywiście odpowiednio poprowadzony przez swego duchowego pasterza dostąpi życia wiecznego. Częściej wśród duchownych natkniemy się na myśliwych niż miłośników zwierząt. Czy wśród osób protestujących w obronie zwierząt spotkaliście Państwo jakiegoś biskupa lub księdza? Ja nie spotkałam obrońców zwierząt w koloratkach. Za to widziałam filmik ze święcenia nowo powstałej rzeźni. Chodziły również słuchy, że biskupi lobbowali w sprawie uboju rytualnego. Podobno z inspiracji duchownych innych wyznań, dla których ten barbarzyński zwyczaj ma fundamentalne znaczenie religijne. Tej wersji zadają kłam, co przytomniejsi obserwatorzy dopatrujący się wpływów bardziej wypłacalnego lobby hodowców. Zostawmy jednak politykę, bo to temat niezdrowy i niesmaczny. Fakty są takie, że Kościół w obliczu rosnących w siłę ruchów „pro animals”, powiększającej się rzeszy wegetarian i wegan, gotowych opuścić swych pasterzy w imię miłości do braci mniejszych zaczął szukać rozwiązań teologicznych, aby jakoś załagodzić tę kwestię. Przeczytałam sporo wywodów o mnogiej duszy zwierzęcej, o tym, że w Piśmie można znaleźć kilka cytatów przemawiających za obecnością zwierząt w Raju, o mocy Boga dla którego nie ma rzeczy niemożliwych itp. Konkretnego stanowiska nie ma.

Jednym słowem katolik lub prawosławny sam musi rozstrzygnąć, powołując na sędziego własne sumienie, czy należy do rasy panów, czy po prostu jest jedną z wielu Istot żyjących na tej planecie. Rozstrzygnąć dodajmy ze wszystkimi konsekwencjami przyjęcia określonego stanowiska.

Filozofia buddyjska i hinduska to zupełnie inna mentalność. Ze względu na wiarę w reinkarnację ludzie Wschodu, trzy razy się zastanowią zanim skrzywdzą zwierzę. Nie chodzi tu oczywiście tylko o możliwość odrodzenia w ciele zwierzęcia, ale przede wszystkim o nie zadawanie cierpienia, ponieważ to celowe okrucieństwo najbardziej obciąża karmę.

Pytacie Państwo, czy po tamtej stronie widziałam zwierzęta? Owszem widziałam, co ważniejsze widziało je wiele osób. Nie wiem czy były to duchy zwierząt żyjących wcześniej wśród nas, czy zupełnie inne stworzenia.

Wierzę, że istnieje nieogarniony dla ludzkiego rozumu Bóg, który jako siewca życia uczynił tę planetę płodną. Powołał Naturę, Gaję, Matkę Ziemię (nazwa dowolna) do opieki nad wszystkimi stworzeniami. Jesteśmy połączeni tak z Ojcem w Niebie jak i Matką Ziemią, po śmierci ciała przechodzimy do świata duchowego gdzie przyjmujemy ciała mistyczne. Być może, że dusze zwierząt różnią się od ludzkich dusz, ale nie są w związku z tym gorsze tylko inne. Energia życiowa nie ginie, a co za tym idzie energia zwierząt również trwa w tej czy innej formie.

 

 

 

 

O tak zwanym wywoływaniu duchów raz jeszcze

 

Ponieważ wstrząsnęły mną dwie wiadomości otrzymane w krótkim odstępie czasu postanowiłam wrócić do tematu, który był już poruszany na blogu.

Oddam teraz głos Czytelnikom: Michałowi i Kamili, a do treści tych historii odniosę się w podsumowaniu. Uprzedzam, że tekst będzie wyjątkowo obszerny.

„W listopadzie ubiegłego roku przydarzyła mi się bardzo dziwna i nieprzyjemna historia. Chciałbym za pomocą Pani bloga ostrzec ludzi, zwłaszcza młodych takich jak ja, przed tak zwaną tabliczką Ouija. Nie wiem, może są ludzie, którzy potrafią używać tego przedmiotu w bezpieczny sposób. Jednak, kto się nie zna niech tego nie rusza.

Moja dziewczyna Aga ma ciotkę o bardzo nietypowych zainteresowaniach. Mam na myśli radiestezję i różne formy medycyny alternatywnej. Jest to bardzo miła osoba i rzeczywiście ma na koncie sukcesy. Często wyjeżdża, aby doskonalić swoje umiejętności. W listopadzie wyjechała na Hawaje żeby tam uczyć się jakiegoś masażu uzdrawiającego. Aga i jej siostra Justyna zajmowały się wtedy mieszkaniem ciotki. Któregoś dnia zadzwoniły do mnie żebym przyjechał do tego mieszkania, bo nie radzą sobie z jakąś szafką. Okazało się, że ciotka chciała pożyczyć swojej znajomej narty. Trzeba było je wyjąć z zabudowanej szafki w przedpokoju. Mieszkanie w starym budownictwie ma trzy metry wysokości i dziewczyny nie dosięgały. Pomogłem im, a kiedy wyciągałem narty to wypadło także kilka pudełek. W jednym z nich była właśnie tablica Ouija. To znaczy myśmy wtedy jeszcze nie wiedzieli, co to jest. Dopiero siostra mojej dziewczyny znalazła te informacje w necie. W sobotę zrobiliśmy sobie imprezę w mieszkaniu ciotki. Ona nam na to pozwoliła pod warunkiem, że posprzątamy i będziemy zachowywać się cicho.

 

 

Oglądaliśmy jakieś filmy, było OK. Niestety Justyna wpadła na pomysł zabawy z tą tablicą. Opowiedziała nam, co wyczytała i na czym to polega. Ktoś zażartował, że w tak starym domu na pewno są jakieś duchy. No i się zaczęło. Jak ten wskaźnik się poruszył, to myślałem, że zawału dostanę. Zadawaliśmy pytania. Najpierw odpowiedzi miały sens, ale później to już był jakiś bełkot. Przerwaliśmy to i odłożyliśmy tablicę na miejsce. Nie wiem czy to zbieg okoliczności czy nie, ale w ciągu trzech dni wszystkich spotkało coś złego. Jeden chłopak miał stłuczkę (poważną), Justyna złamała rękę, jej chłopak robił porządki w piwnicy i przebił sobie stopę gwoździem, moją dziewczynę okradziono w autobusie, a kuzynka, która też była z nami, spadła ze schodów (wewnątrz budynku). Ja bardzo źle się czułem, zupełnie jakbym miał jakieś zatrucie. Śniły mi się okropne rzeczy. Nie potrafię opisać szczegółów, ale bałem się w tych snach dziwacznie ubranej osoby. Oczywiście chodziłem do pracy, ale coś ze mną było nie tak.

W piątek mama poprosiła mnie żebym zawiózł ja na akupunkturę. Ma zespół bolesnego barku i te zabiegi bardzo jej pomagają. W tej przychodni przyjmują tylko medycy naturalni. Jak czekałem na mamę, z gabinetu wyszła starsza pani i tak uważnie mi się przyjrzała. Zapytała czy dobrze się czuję? Odpowiedziałem, że czuję się fatalnie. Zapytała, czy chciałbym żeby mi pomogła? Przyznałem, że nie mam pieniędzy żeby jej zapłacić. Zdziwiłem się, bo obiecała, że przyjmie mnie za symboliczną złotówkę. Zapytała, od kiedy tak źle się czuje i czy ostatnio coś mnie przestraszyło lub czy spotkało mnie wielkie nieszczęście. Opowiedziałem jej wszystko ze szczegółami. Czasami trzeba się przyznać do własnej głupoty. Ona mi wytłumaczyła, jak niebezpieczna jest ta tablica. Potem usiadłem na krześle i powiem szczerze zupełnie jakby mnie wyłączyła. Nic nie pamiętam z tego zabiegu. W każdym razie poczułem się dużo lepiej. Następnego dnia wstałem dosłownie jak nowo narodzony.

Kiedy spotkaliśmy się znowu w tym samym składzie. Wróciłem do tematu tablicy. Wszystkim nam wydało się dziwne, że w tak krótkim czasie spadło na nas tyle złych rzeczy. Owszem wypadki chodzą po ludziach, ale to była niespotykana kumulacja. Wiem jedno zachowaliśmy się głupio, jak dzieciaki z gimbazy. Mam wrażenie, że większość młodych ludzi nie wierzy w duchy i moc tej tablicy. Chyba trzeba coś przeżyć na własnej skórze, żeby zacząć myśleć.”

 

 

List od Kamili:

„Wszystko zaczęło się jak byłam w podstawówce. Któregoś wieczoru bawiłam się z kuzynką i siostra lalkami. W trakcie zabawy poszłam na strych po ciuszki i zobaczyłam tam jakby mgłę, która formowała się w ludzki kształt. Byłam jak w transie i wyciągałam rękę w stronę tej mgły. Ona mnie przyciągała, kazała mi się dotknąć. W pewnym momencie się ocknęłam i zapaliłam światło. Od tamtego czasu regularnie zdarzały mi się dziwne, paranormalne rzeczy. W 6 klasie podstawówki byłam zafascynowana takimi zjawiskami. Postanowiłam z kuzynka i siostra zrobić tablicę, żeby skontaktować się z duchami. Seans odbył się u mnie w domu.

Ja się nigdy nie bałam duchów. Moja siostra i kuzynka miały przy sobie różańce i obrazki. Ja nic nie miałam. Kiedy poszłam do drugiego pokoju po książeczkę z komunii (gdyż one mnie o to poprosiły), coś dyszało mi do ucha, a kiedy podeszłam do siostry i kuzynki wyraźnie poczułam dotyk na plecach. W gimnazjum po raz pierwszy zobaczyłam mężczyznę ubranego na czarno, który obserwował mnie. Od tamtej pory w domu coraz częściej dochodziło do dziwnych zjawisk.”

Pani Kamila widywała ciemną zakapturzoną postać. W mieszkaniu słychać było niepokojące odgłosy, przewracały się przedmioty, pękały lustra, a ją samą zaczęły nawiedzać koszmary. Zaoszczędzę Państwu opisu tych snów, nie jest to, bowiem przyjemna lektura. Zaniepokojona kobieta poszła na rozmowę z księdzem, który stwierdził, że do jej życia wkroczył demon. Przestrzegł, że jest poważnie zagrożona.

Z diagnozą księdza trudno mi się do końca zgodzić. Owszem zagrożenie jest realne, ale gdyby nawiedzenie miało charakter demoniczny to tak silna energetyczna istota, już dawno zawładnęłaby całym życiem i jestestwem swojej ofiary. W tym wypadku ewidentnie owo „coś” dobrze się bawi. Z treści listu wynika, że ta „zabawa” trwa już od ładnych paru lat.

Ataki mentalne są zawsze wyczerpujące i na dłuższą metę nie do zniesienia. Mam nadzieję, że Kamila nie zlekceważy sytuacji i konsekwentnie odetnie się tak od samego ducha, jak i swojej, powiedziałabym niezdrowej, fascynacji jego osobą. W tej chwili ze względu na młody silny organizm nie odczuwa jeszcze konsekwencji, jakie niesie za sobą „karmienie” istoty bezcielesnej. My nie jesteśmy mocarni jak drzewa, mogące latami odżywiać jemiołę.

Doświadczenie uczy, że w tym swoistym zawieszeniu między światami pozostają dusze obciążone złem, zdegenerowane. Nie przechodzą one na tamtą stronę w miejsce sobie należne, ponieważ wiedzą, że trzeba będzie złożyć rachunek ze swoich uczynków. Chociaż nie czekają na nich diabły, tak malowniczo ukazane w ikonografii chrześcijańskiej, tylko de facto sąd nad samym sobą, pragną odciągnąć ten moment, jak długo jest to możliwe. Ponieważ są istotami rozumnymi, posiadającymi wszystkie cechy charakteru rozwinięte w cielesnej postaci, ich postępowanie nie zmienia się. Nie łagodnieją, nie stają się nagle miłe i urocze lecz kontynuują swoje destrukcyjne działania.

Gdy zagubieni po środku lasu zaczniemy wzywać pomocy to pojawi się osoba, która jest najbliżej, a nie konkretna, którą pragniemy zobaczyć. Jeśli wzywamy ducha najpewniej przyjdzie ten, który pierwszy nas usłyszy. Taka prosta, acz obrazowa analogia.

Jeśli dobra, życzliwa nam dusza pragnie kontaktu, znajdzie sposób, aby zrobić to bez szkody dla otoczenia. W zgodzie z tą metodą odbywają się dyktowania ludzi w duchu. Z tym, że może jeden człowiek na milion otrzymuje dar odbierania tych przekazów.

 

 

 

 

 

 

 

 

Zapisz

Sen nas otwiera

Często dzielicie się Państwo ze mną swoimi doświadczeniami, wrażeniami, a nawet opisujecie sny. Dla mnie wszystkie te przypadki to po prostu dowody na istnienie komunikacji między-wymiarowej. Komunikacji, która może odbywać się na wielu poziomach  naszej świadomości jak i podświadomości. Bardzo często zdarza się, że tak żyjący jak i nieżyjący przekazują nam we śnie wiadomości. Sam mechanizm zasypiania, snu wraz z kolejnymi fazami oraz powstawanie tak zwanych marzeń sennych został zbadany i opisany w literaturze fachowej. Interpretacja snów, zapoczątkowana przez badania Zygmunta Freuda, nie jest bynajmniej domeną naszych czasów. Znane są senniki (księgi snów) pochodzące z Asyrii, Babilonii czy Egiptu. Ludzie bez względu na czas w jakim żyli, kulturę czy religię zdawali sobie sprawę z faktu, że sen to stan szczególny. Wtedy właśnie nasze ciało fizycznie podlega regeneracji, a umysł oczyszcza się i porządkuje zebrane dane. Czy jednak tylko o fizjologię tutaj chodzi? Dla osoby, która widzi siebie przede wszystkim jako duszę posiadającą ciało, sen jest darem, a przestrzeń „poza ciałem” obszarem komunikacji pozazmysłowej. Kto bodaj raz doświadczył takiego połączenia, ten doskonale rozumie różnicę między „fizjologicznym czyszczeniem plików”, a porozumiewaniem pozazmysłowym.

Przedstawię teraz fragment listu od Pani M.

„ Moja Mama umierała przez trzy dni. Czuwałam w szpitalu na zmianę z siostrą. Starałam się być czujna, ale sen mnie pokonał. Przysięgam, że nie pamiętam momentu samego zasypiania. Śniło mi się, że siedzę na krześle obok łóżka Mamy i śpię, a ona podchodzi do mnie i łagodnie mnie budzi. Jestem zdziwiona, ponieważ Mama nie chodziła samodzielnie już od kilku tygodni. Mama jest taka szczęśliwa i młoda. Mówi do mnie: córeczko odpocznij. Ja też już będę odpoczywać. Jestem zadowolona. Wszystko odpracowałam. Już czas na mnie. Dziękuję za opiekę. Moje kochane dziewczynki, będę za wami tęskniła. Kiedy Mama znikła obudziłam się naprawdę. Mam na myśli salę szpitalną. Pamiętam, że przed zaśnięciem patrzyłam na zegarek była równo pierwsza w nocy. Kiedy się ocknęłam była pierwsza i siedem minut. Mama umarła w tym czasie.

Pięknie opisała takie spotkanie ze swoim mężem Pani B. :

„Czułam się źle. Przeniosłam swoje życie do salonu, do tam był telewizor, zasypiałam przy nim, byle nie myśleć i nie czuć, nie wiedząc dokładnie jakie oglądam programy;  budziłam się w nocy. To, czym musiałam się w tym okresie zająć to papiery, papiery, papiery.
Pamiętam odcinanie narożnika dowodu osobistego męża. Nie ma go. Nie istnieje. Wszystkie papiery krzyczą, że przestał istnieć.  Wreszcie zasnęłam.  I wtedy poczułam siebie pod sufitem. Nie miałam ciała, nie widziałam też swojego ciała poniżej. Byłam myślą, czymś, co czuje, słyszy, widzi. Widziałam nasz salon pod sobą, miał beżowo-złote zasłony,  przez które wpadało do środka ciepłe, łagodne światło. Obok mnie, po prawej stronie był mój mąż. Wiedziałam, że jest, nie widziałam go. Powiedział, a właściwie przesłał do mojego umysłu słowa „jestem tutaj”. Zaczęłam „mówić” do niego, że przecież nie ma go, bo te papiery i ten odcięty narożnik dowodu. O on się śmiał i powtórzył „jestem tutaj”. Przebudziłam się. Zaczęłam płakać ze szczęścia.”

Te relacje bardzo mnie poruszyły. Dziękuję obu Paniom za możliwość podzielenia się nimi ze wszystkimi Czytelnikami tego bloga.

Od siebie dodam opis następującego zdarzenia:

Podczas mojej nauki w IPS miałam zajęcia z Panią T. Zwykle wykładowcy pracujący z nami przedkładali sympatyczną atmosferę nad sztywne normy i obyczaje. Pani T. była bardzo zasadnicza i miała swoje wymagania tak przed zajęciami jak i w trakcie. Zajęcia odbywały się w trybie weekendowym. Ponieważ w sobotę poszłam spać późno, miałam obawy czy uda mi się wstać o doprawdy barbarzyńskiej godzinie: szóstej trzydzieści rano w niedzielę. We śnie przyszła do mnie miła starsza pani, która delikatnie poruszając moim ciałem powiedziała: „Obudź się. Trzeba wstać! Wiesz jak moja wnuczka nie lubi spóźnialskich. Wstań dziecko, już czas. Powiedz T., że jest dobrze.” Ocknęłam się i zmobilizowałam do działania. Postać starszej pani miała znajome rysy twarzy i bardzo specyficzne dłonie. Przedstawiła się jako babcia Pani T., przysięgła bym, że obie miały identyczne oczy. W szkole podczas przerwy opowiedziałam ten sen kolegom i koleżankom. Byłam przekonana, że to moja wyobraźnia stworzyła, swego rodzaju „strażnika”, który miał zastąpić budzik. Ponieważ u podłoża moich obaw znajdowała się postać Pani T., więc „strażnik” miał jej cechy. Nie zauważyłam, że mojej opowieści przysłuchuje się również Pani T. Poczułam się dość niekomfortowo. Pani T. bez słowa odeszła i zadzwoniła gdzieś z komórki. Następnie podeszła do mnie i powiedziała: „znam twojego bloga, to rzeczywiście mogła być moja babcia. Rozmawiałam z mamą. Babcia jest w szpitalu, a jej stan lekarze kwalifikują jako agonalny. Jest bardziej po tamtej niż po tej stronie. Opisałaś ją doskonale, nawet ja nie wierzę, że ten obraz to dzieło tylko i wyłącznie wyobraźni.”

Rozmawiałyśmy jeszcze chwilę i ta rozmowa bardzo zmieniła mój stosunek do Pani T.

Sen w pewnym sensie otwiera każdego z nas, nawet sceptyków. Może skala doświadczeń zależy od tego, czy chcemy przyjąć posłańca, czy go odrzucamy obawiając się jakie wiadomości przyniesie ?

Historia pewnej niezwykłej kobiety

Historia, która opisuję została mi przekazana przez babcię mojej koleżanki podczas rozmowy telefonicznej dosłownie kilka dni temu. Moja rozmówczyni Pani Krystyna urodziła się na Kresach Wschodnich Rzeczypospolitej. Jej ojciec był weterynarzem, a mama położną. Te jakże praktyczne i potrzebne zawody w znacznym stopniu ułatwiły im przetrwanie najgorszych czasów. Mieszkali w pięknej, malowniczo położonej miejscowości, gdzie ludność ukraińska, polska i żydowska żyła bez większych konfliktów. Ich najbliższą sąsiadką była pani Żukowa nauczycielka matematyki. Wspaniały pedagog, osoba całym sercem oddana swoim uczniom. Po wybuchu wojny, kiedy ludność żydowska została pomordowana na miejscu lub wywieziona, a Polakom w niewybredny często sposób, dawano do zrozumienia, że „ich czas się zbliża”, rodzice Krystyny zapakowali najcenniejszy dobytek i po prostu uciekli. Gdyby tego nie zrobili zginęliby straszną śmiercią. Po wojnie dowiedzieli się od cudem ocalonych, że Pani Żukowa ratowała i ostrzegała wiedząc doskonale, na co się naraża. Żyła samotnie, a jedynym jej towarzyszem był wilczur Bej. Ta wspaniała kobieta za pomoc „Lachom” zapłaciła cenę najwyższą.

Po różnych perypetiach rodzina Krystyny zamieszkała na Górnym Śląsku. Minęło ładnych parę lat i Krystyna rozpoczęła studia na Politechnice. Pewnego razu wracała z zajęć wyjątkowo późno. Była jesień, mżyło. Dziewczyna marzyła tylko o tym, aby znaleźć się w domu. Pomyślała, że absolutnie wyjątkowo skorzysta ze skrótu przez „padoły” jak określano ten teren. Rodzice bardzo prosili żeby tego nie robiła. Znajdował się tam poniemiecki bunkier, w którym zbierało się szemrane towarzystwo. Poza tym stały ruiny jakiegoś budynku, rosły różne krzaki jednym słowem nie była to bezpieczna okolica. Młodzieńcza brawura zrobiła swoje. Krystyna skręciła w boczną uliczkę wiodącą wprost do „padołów”. Nagle zauważyła starszą kobietę z psem. Kiedy zbliżyła się do niej kobieta bardzo stanowczym głosem powiedziała – odejdź stąd tam źle się dzieje- wskazała jednocześnie ręką w stronę feralnego miejsca. Moja rozmówczyni stanęła jak wryta. Kobieta powtórzyła to samo zdanie. Krystyna jak na rozkaz zawróciła i zrobiła kilka kroków w przeciwnym kierunku. Dzisiaj nie potrafi tego wytłumaczyć, po prostu zachowała się jak automat wykonujący polecenie Po chwili uświadomiła sobie, że ta kobieta była niesamowicie podobna do Pani Żukowej. Odwróciła się, ale nikogo już nie było. Od strony „padołów” usłyszała dziwne odgłosy. Opanował ją nieopisany strach. Całą drogę do domu biegła, dopiero przed budynkiem zatrzymała się, aby nieco ochłonąć. Nie miała ochoty tłumaczyć domownikom swojego stanu. Następnego dnia dużo myślała o tym dziwnym zajściu. Kiedy wróciła do domu zastała rodziców bardzo poruszonych Okazało się, że na „padołach” znaleziono zwłoki kobiety. Po domach chodzili Milicjanci i rozpytywali ludzi o to czy w okolicy nie kręcił się ktoś podejrzany.

Pani Krysia w tym momencie nie wytrzymała, rozpłakała się i opowiedziała rodzicom o tym, co ją spotkało poprzedniego wieczora. Jej mama podsumowała sprawę krótko Pani Żukowa była wcielonym aniołem, a śmierć miała męczeńską wierzę, że ma szczególne łaski od Boga.

To nie koniec historii. Po ukończeniu studiów Krystyna podjęła pracę w dużym przedsiębiorstwie. Jej funkcja wiązała się z częstymi wyjazdami. Miedzy innym oddelegowano ją do Szczecina na zjazd branżowy. Jakież było jej zdziwienie, kiedy w gronie delegatów dostrzegła kolegę z lat dziecięcych. Andrzej – wyjątkowo żywy i psotny chłopak, takim go zapamiętała. Teraz był już lekko łysiejącym panem z zaokrąglonym brzuszkiem. Nie miała jednak żadnych wątpliwości, że to on. Był najgłośniejszy w całej grupie i miał charakterystyczne znamię na twarzy. Zaczepiła go pytając skąd pochodzi. Andrzej szybko skojarzył, jej osobę. Takie spotkanie po latach musiało mieć ciąg dalszy. Po zakończeniu części oficjalnej spotkali się na kolacji i wspominali czasy dzieciństwa. Wojenną tułaczkę. Rodzina Andrzeja kilkakrotnie zmieniała miejsce pobytu. W pewnej chwili Krystyna zapytała kolegę czy pamięta Panią Żukową? Potwierdził i z wielkim ubolewaniem odniósł się do okoliczności jej śmierci. Krystyna najpierw się zawahała, ale w końcu opowiedziała Andrzejowi zdarzenie z czasów studenckich. Kiedy mówiła kolega słuchał jej bardzo uważnie, przy czym dosłownie zmienił się na twarzy.

-Nie wierzysz mi, czy w ogóle nie wierzysz w takie rzeczy zapytała.

-Wiesz w tych sprawach jestem raczej sceptyczny, ale faktem niepodważalnym jest, że moja matka organizując nasz wyjazd w głąb Polski działała z inspiracji Pani Żukowej.  To znaczy miała taki dziwny sen, Pani Żukowa podała jej konkretną datę i zaznaczyła, że do tego czasu musimy znaleźć się u naszych krewnych w Galicji. Jeśli tego nie zrobimy wszyscy zginiemy. Mama moja bardzo wzięła sobie to do serca i wykorzystując wszystkie możliwości legalne i nielegalne doprowadziła do wyjazdu. Po drodze mieliśmy różne perypetie. W pewnym momencie zostaliśmy prawie bez grosza, a do przejechania był jeszcze szmat drogi. Rodzice sprzedali obrączki, aby nabyć bilety na pociąg. Spaliśmy w jakiejś szopie niedaleko dworca. Wtedy mamie ponownie przyśniła się nasza nauczycielka i powiedziała abyśmy nie wsiadali do tego konkretnego pociągu. Mama podobno zapytała, czemu mamy tego nie robić. Usłyszała, że stanie się coś złego. Przełożenie wyjazdu wiązało się z wieloma problemami. Mama w tym śnie płakała i powiedziała, że nie ma siły tak się męczyć. Pani Żukowa prosiła ją żeby była dzielna, bo przed nią długie życie, a z syna będzie bardzo dumna. Kiedy następnego dnia mama oznajmiła ojcu, że przekładamy wyjazd był wściekły powiedział, że z tego wszystkiego pomieszało jej się w głowie. Moja mama nie ustąpiła. Powiem ci tylko, że nie rozmawialibyśmy dzisiaj gdyby podróż odbyła się planowo. Mama rok rocznie o tej samej porze chodzi na cmentarz i w ten symboliczny sposób honoruje pamięć Pani Żukowej.

Staraniem kilku osób po latach udało się postawić symboliczny nagrobek dla tej niezwykłej kobiety.

 

Dylematy moralne

Rozmawiałam niedawno z pewną panią. Znamy się z widzenia, pani Maria jest osobą niezwykle pogodną, więc kiedy zobaczyłam ją smutną i zadumaną, nie mogłam przejść obojętnie i nie zapytać, co jest tego powodem. Powiedziała, że ma ciężko chorą kuzynkę. Jej krewna zmaga się z jedną z tych dolegliwości, które postępują wolno, ale ich skutki są nieodwracalne. Z upływem czasu kuzynka będzie wymagała coraz szerszego zakresu opieki. Jej jedyna córka wstąpiła do zakonu i kończy okres nowicjatu. Zakon o regule klauzurowej, co oznacza, że po złożeniu ślubów wieczystych nie opuści murów zgromadzenia do końca żywota swego. Nie na darmo w dawnych czasach mniszki klauzurowe po ślubowaniu przykrywane były czarnym całunem, co miało symbolizować ich śmierć dla świata. Pani Maria wraz z jeszcze jedna krewna pojechały do dziewczyny, aby prosić ją o ponowne, dogłębne przemyślenie tej decyzji. Przedstawiły jej diagnozę lekarską, rokowania i przebieg choroby. Mimo, że bardzo obrazowo opisały mało optymistyczny scenariusz życia jej matki, dziewczyna nie zmieniła zdania. Postanowiła pozostać w zgromadzeniu, a matką niech zajmą się dobrzy ludzie, za których ona się pomodli. Pani Maria jest osobą wierzącą i w związku z zaistniałą sytuacją przeżywa głęboki konflikt wewnętrzny. Z jednej strony wierzy w tak zwane powołanie, z drugiej zastanawia się jak decyzja córki ma się do „Czcij ojca swego i matkę swoją „ o miłości bliźniego nie wspominając. Ja także mam spore wątpliwości natury moralnej a propos tej sprawy. Nie osądzam jednak tej dziewczyny, bo nie mam prawa tego robić. Koniec końców każdy z nas ponosi sam konsekwencje każdego uczynku i każdej decyzji.

W związku z zakonnicami i dylematem moralnym opisze pewną historię, której bohaterka również wiodła życie zakonne. Jak się okazało po opuszczeniu ciała pozostała tutaj w niezmienionym stanie umysłu.

Zwiedzałam malowniczy zameczek, w którym zorganizowano wystawę ikon. W pobliżu znajdował się fragment zabytkowego muru i park. Nieopodal muru zauważyłam postać zakonnicy. Na podstawie zachowania osób, które obok niej przeszły nabrałam pewności, że jakby to ująć, nie jest widoczna dla wszystkich. Kiedy i ona zorientowała się, że patrzę bezpośrednio na nią najpierw zniknęła. Pokazała się ponownie w nieco bardziej ustronnym miejscu. Powiedziała żebym wzięła kamyk z parkowej alejki. Wydało mi się to trochę dziwne, niebawem zrozumiałam, że szukała sposobu, aby się skontaktować. Kamyk po prostu wskazywał trop energetyczny.

Mówiąc krótko, była to kolejna ofiara przerażającej i okrutnej II Wojny Światowej. Razem z pozostałymi siostrami zajmowała się ukrywaniem dzieci z getta. Siostry oprócz doraźnej pomocy potrzebującym prowadziły sierociniec. Ta działalność pozwalała na przetrzymanie dziecka do momentu zapewnienia mu stałej, bezpiecznej kryjówki. Siostry wiedziały, czym ryzykują, zauważyły też wzmożone zainteresowanie ze strony pewnego pana, który znany był ze swojej szczerej i interesownej sympatii dla okupanta. Pewnego wieczoru moja rozmówczyni wyszła po zieleninę do ogrodu. Ogród znajdował się na tyłach budynku, a od ulicy odgradzał zgromadzenie wysoki płot. W pewnej chwili zauważyła przemykający cień. Zdecydowanie była to męska sylwetka. Skradała się za owym fantomem najciszej jak umiała. Wreszcie go odkryła. Szpicel klęczał przy okienku piwnicznym i podsłuchiwał rozmowę prowadzoną w tym pomieszczeniu. Niestety jedna z sióstr miała bardzo donośny głos. Był to cenny dar w sferze wokalnej, ale nie w życiu codziennym konspiratorek. Wyobraziła sobie, co czeka dzieci, ją, pozostałe siostry i osoby współpracujące, kiedy mężczyzna zrobi użytek ze świeżo pozyskanych informacji. To, że je zadenuncjuje było pewne i stanowiło jedynie kwestię czasu. W desperacji zdała sobie sprawę, że trzyma w ręku małą łopatę, tak zwana saperkę. Nie namyślając się podeszła jeszcze bliżej. Mężczyzna był tak zaaferowany treścią rozmowy, że nie zauważył kiedy podeszła. Uderzyła raz. Nie wiedziała, że ktoś taki jak ona, czyli drobna kobieta może mieć tyle siły. Była pewna, że ogłuszyła konfidenta. Pobiegła do swojej przełożonej. Opowiedziała, co zaszło i poprosiła o pomoc. Razem udały się do ogrodu. Szpicel leżał bez ruchu. Nie miała odwagi go dotknąć. Przełożona obróciła ciało i oświetliła twarz latarką. Mężczyzna był martwy. Przełożona nie rozpaczała, za jedyny problem uznała kwestię pozbycia się zwłok. Następnego dnia ludzie, z którymi siostry współdziałały wywieźli ciało i zakopali je w lesie.

Przełożona kazała wszystkim siostrom modlić się za duszę zmarłego.

Nie rozumiałam, czemu ta szlachetna, oddana dzieciom osoba nie przeszłą do światła tylko tuła się między wymiarami. Otrzymałam odpowiedzieć, która muszę przyznać, bardzo mnie zaskoczyła.

– Jestem tu, bo nie czuję żalu. Popełniłam grzech ciężki i nie potrafię wzbudzić w sobie skruchy. Jest napisane Nie zabijaj- zabiłam. Jeśli kogoś opłakuję to tylko niewinnych, których nie udało się uratować. Nie potrafię myśleć o tamtym człowieku jak o swoim bliźnim. Szukam odpowiedzi na wiele pytań –

 

W tak wielu kolorach …

Miałam bardzo ciekawego rozmówcę, którego zwyczajowo przywiódł do mnie Tadeusz. Jak już wspominałam swoiste pośrednictwo Tadeusza jest dla mnie sprawą kluczową, ponieważ wiem, że mogę czuć się bezpiecznie, a osoba rozmówcy jest tą, za którą się podaje. Niedawno zadałam Tadeuszowi kilka pytań, a konwersacja z Karolem, bo tak nazywa się mój ostatni gość, potwierdziła jedynie wcześniej uzyskane odpowiedzi.

Znalazłam się przed budynkiem, którego architektura najbardziej kojarzy mi się z klasztorem. Nieopodal mnie pojawił się młody mężczyzna. Ubrany był w mundur przedwojennego policjanta. Średniego wzrostu, sylwetka raczej szczupła, przyjemna twarz, jednym słowem prezencja nienaganna. Powiedział, że ma na imię Karol. Wskazał ręką na budynek i oznajmił: tu wszystko się zaczęło.

Ponieważ kompletnie nie wiedziałam gdzie się znajdujemy, a jedyną podpowiedzią była charakterystyczna architektura budynku zapytałam- czy ciebie zabili Sowieci?

– Tak, zamordowali mnie w Twerze. Służyłem w Policji i pokazuję się tobie w mundurze, bo jestem z tego dumny. Dumny z tego, kim byłem.

Przywieźli nas do tego klasztoru i nie mogę powiedzieć warunki były trudne, ale nie tragiczne. Po pewnym czasie zaczął mi doskwierać głód. Zawsze sporo jadłem, miałem taką dziwną przemianę materii, że ile bym nie zjadł to nie tyłem. Na dzień przed moją wywózką, razem z kolegą zwędziliśmy z zapasów żołdaków, którzy nas pilnowali tuszonkę i chleb. To była uczta! Kolega był trochę wystraszony, a ja powiedziałem wtedy coś bardzo głupiego -wolę umrzeć syty niż siedzieć tu wiecznie głodny. Chyba moje słowa padły w złą godzinę. W tym czasie wywieziono już wiele osób. Rosjanie mówili, że przenoszą ich do miejsca gdzie będą mieli zapewnione lepsze warunki. Nam już nic takiego nie obiecywali. Kazali zabrać rzeczy osobiste i wsiadać do ciężarówek. Trafiliśmy na stację kolejową, a potem znowu do ciężarówek. Bardzo się bałem. Na miejscu sprowadzili nas do piwnic. Straciłem nadzieję. Był tam taki mały pokój, a potem nic nie pamiętam.

Nagle zobaczyłem, że stoję nad wielkim dołem i z przerażeniem stwierdziłem, że jednocześnie leżę w tym dole. Nie miałem pojęcia, co się ze mną dzieje. Myślałem, że to szok, że tam w dole to nie moje ciało. Obok mnie przeszedł jeden taki z NKWD. Zdałem sobie sprawę, że mnie nie widzi. Dookoła krążyły różne niepokojące, ciemne kształty. Instynkt podpowiedział mi, że one są złe. W pewnym momencie stała się rzecz dziwna. Z tego dołu zaczęły unosić się kolorowe obłoki, albo raczej smugi światła. Z minuty na minutę było ich coraz więcej. Splatały się i unosiły w górę. Wyglądało to jak kolorowy dziecięcy lizak. Wiem, że to trochę głupio brzmi, ale takie było moje pierwsze skojarzenie. Czułem, że mogę do nich dołączyć, ale byłem zbyt zdumiony i zajęty obserwacją tego zjawiska, aby podjąć jakąś decyzję. Wreszcie kolorowe światła znikły. Zostałem sam. Docierało do mnie, w jakim położeniu jestem. Widziałem kolejne transporty. Nie mogłem nic zrobić. Ta bezsilność bolała. Po jakimś czasie, jeśli można to tak ująć, dołączył do mnie kolega. On też nie rozumiał, że jesteśmy jedynie duchami. We dwóch było jakoś lepiej. Mój kolega miał na imię Stanisław. Jednego dnia powiedział, że najbardziej na świecie chciałby zobaczyć swojego synka. Wtedy tak jakby coś nami szarpnęło i znaleźliśmy się w jego mieszkaniu. To dało nam do myślenia. Po pewnym czasie przenieśliśmy się do tego klasztoru, gdzie nas przetrzymywali. Niestety nikogo tam już nie było, to znaczy nikogo z naszych kolegów. Spotkaliśmy zakonnika, widział nas, więc też już do świata żywych nie należał. Modlił się pod ścianą, na której pozostał ślad po wielkim krzyżu. Zapytaliśmy go, za kogo tak się modli? Odpowiedział, że za swoich rodaków, którzy dopuścili się strasznych zbrodni. Zauważyliśmy, że te ciemnie postaci przed nim uciekają. Zapytany wyjaśnił, że to duchowa moc je odgania i niszczy. Nauczył nas, abyśmy broniąc się przed nimi, kierowali myśli do Boga lub przywoływali pamięć o kimś, kogo kochamy, albo wspomnienia pięknych chwil. Prosił nas o wybaczenie dla oprawców. Powiedziałem, że wybaczać mogę tylko w imieniu własnym. Staszek tak samo przebaczył im swoją krzywdę. Kiedy odpuściliśmy im, poczułem ulgę. Takiego stanu uniesienia nie pojmowałem.

Zapytałam gdzie jest teraz Stanisław?

Odpowiedział, że już odszedł. Był zmęczony walką z ciemnymi postaciami, którym obaj wytoczyli duchową wojnę. Karol też chce odejść, tylko czeka na brata. Nie zostawi go, teraz ciężko chorego właściwie w stanie terminalnym. We dwóch zawsze raźniej.

Karol bardzo mnie wzruszył. Obiecał, że przyjdzie się pożegnać. Mam nadzieję, że słowa dotrzyma.

Historia Tadeusza cz.6

Wytrwałym czytelnikom proponuję ciąg dalszy historii Tadeusza.

W tym okresie bardzo zbliżyłem się z moim bratem.Za radą niezawodnej Basi nie wracałem już do tematu śmierci naszych bliskich . Przyjąłem, że widocznie przeżywa on milczącą żałobę. Miał do tego prawo.

Mój brat egzystował, albo raczej działał jak automat. Szybko włączył mnie w opiekę nad rannymi i chorymi, których przybywało z dnia na dzień w zastraszającym tempie.  Z narażeniem życia przejął zasobnik ze zrzutu lotniczego. Ewidentnie Niemcy też mieli ochotę na  uzupełnienie zapasów. W zasobniku znalazłem prawdziwe skarby, środki opatrunkowe, lekarstwa i wiele innych potrzebnych rzeczy. Pomyślałem – no teraz mogę działać – zapewne Hipokrates uśmiechnął się z politowaniem.

Nie będę opisywała wszystkich szczegółów, głównie ze względu na ich drastyczność. Przenieśmy się w czasie do momentu upadku Powstania Warszawskiego.

Mój brat w połowie września został ciężko ranny. Opiekowałem się nim jak mogłem najlepiej, byłem wdzięczny Opatrzności, że mogę być przy nim w tych trudnych chwilach. Kiedy nastąpiła kapitulacja Basia zakomenderowała: nie ma, co zgrywać bohaterów idziemy z cywilami! Brat, który sporadycznie odzyskiwał przytomność oczywiście protestował, że to nie honor dla żołnierza chować się za kobietami. Szczerze mówiąc, zważywszy na okoliczności, wyśmialiśmy go chóralnie. Rozpoczęła się istna droga przez mękę. W obawie o słowa, jakie mógł nieopatrznie wypowiedzieć majaczący człowiek cały czas trzymałem w pogotowiu środek nasenny. Dotarliśmy do obozu w Pruszkowie. Smród, bród i ludzkie nieszczęście. Trzymaliśmy się razem i ta komitywa dodawał nam otuchy. Kiedy wydawało się, że już gorzej być nie może, spadł na nasza gromadkę dotkliwy cios. Niemcy zrobili kolejną selekcję i wywieźli Basię na roboty w głąb Rzeszy. My selekcję przetrwaliśmy, brat, jako chory ja chyba głownie ze względu na swój wygląd. Kiedy pierwszy raz po bardzo długim czasie wziąłem do ręki lusterko nie poznałem sam siebie. Zobaczyłem siwiutkiego, wychudzonego staruszka. Mimo tego rozpocząłem pracę w obozowej służbie sanitarnej.

Po tak zwanym wyzwoleniu przez Armię Radziecka wróciliśmy do stolicy. Natychmiast podjąłem pracę w swoim zawodzie. Mieszkałem w przyszpitalnej pralni. Nie można było narzekać na takie lokum. Było ciepło i miałem blisko do pracy. Mój brat zaczepił się u kolegi. Odwiedziłem go pewnego razu i już po krótkiej wymianie zdań zorientowałem się, że dla niego wojna trwa nadal i z konspiracyjnej roboty nie zrezygnował. Apelowałem do jego rozsądku, błagałem wręcz, aby dał sobie spokój. Moje prośby pozostały bez echa. Bałem się o niego. Komuniści pełną parą wzięli się za „oczyszczanie” terenu z elementów niepożądanych. Ludzi zabierano wprost z ulicy, znikali bez śladu. Tajemnicą poliszynela były okrucieństwa, jakich dopuszczano się wobec zatrzymanych. Czarny humor tego okresu „ten Cyryl jak Cyryl, ale te metody!”( Chodzi o więzienie przy ul. Cyryla i Metodego gdzie torturowano i mordowano żołnierzy AK) Prześladowania trwały. Pewnego wieczoru do drzwi mojej jakże ekskluzywnej garsoniery (tak żartobliwie nazywałem moje lokum) ktoś cichutko zastukał. Otworzyłem w progu stała młoda dziewczyna. W pierwszej chwili nie potrafiłem skojarzyć skąd ją znam. Proszę pana – niedawno był pan u nas w domu żeby odwiedzić brata. Tak poznaje – jest pani córką właściciela domu, prawda? Owszem ma pan rację. Co panią do mnie sprowadza? Przyszłam, aby pana ostrzec, mojego ojca i pana brata aresztowano. Kontaktowali się z dowódcą oddziału. Spotkanie odbywało się w leśniczówce, ktoś ich zdradził. Jednemu z chłopaków udało się przebić, zanim zostali całkowicie osaczeni. Zawiadomił mnie. A ja postanowiłam zawiadomić pana. Znałam adres i zanim zniknę, sumienie nie pozwala mi postąpić inaczej. Oni żywi z tego nie wyjdą. Dziewczyna wycofała się bez pożegnania.

Wpadłem w panikę, zacząłem pakować swój skromny dobytek. Na szczęście w porę przyszło opamiętanie. Dokąd pójdę? Owszem mam kliku przyjaciół z czasów przedwojennych, ale jakim prawem mam narażać tych niewinnych ludzi? Miotałem się po mojej „garsonierze” do samego rana. Każdy następny dzień był koszmarem. Ciągle oglądałem się za siebie. Najmniejszy szelest, trzaśnięcie drzwiami postrzegałem, jako zwiastun nadciągającego zagrożenie. Myślałem o moim bracie, czy jeszcze żyje? Jeśli tak czy go męczą? Wyszedłem ze szpitala całkowicie bez celu. Pomyślałem pójdę gdzie oczy poniosą. Sam nie wiem jak i kiedy znalazłem się niedaleko miejsca gdzie przed wojna mieszkał mój brat. Kamienica była w dobrym stanie, a na parapetach okiennych stały doniczki z kwiatami, tutaj życie po prostu toczyło się dalej. Ogarnęło mnie poczucie nostalgii, tęsknota za pięknem i dobrem. W pewnej chwili zza zakrętu wyjechał czarny Citroen ulubiony samochód bezpieki. Odwróciłem się na pięcie i energicznym krokiem zacząłem oddalać z tego miejsca, oddalać od najpiękniejszych wspomnień. Złapałem rikszę i kazałem wieść się w kierunku Wisły. Chyba właśnie tak czuje się zaszczute zwierze. Miałem problem z oddychaniem, diagnozowałem u siebie atak histerii. Zapłaciłem za kurs i poszedłem dalej pieszo nad brzeg rzeki. Do duszności dołączył silny ból w klatce piersiowej, zrobiło mi się niedobrze. Pochyliłem się targany torsjami. W pewnej chwili straciłem równowagę i wpadłem do wody, wartki nurt porwał moje ciało. Nie walczyłem z tym, zabrakło mi sił, po prostu stało się to, co miało stać.

Niespodziewanie jakaś wielka siła pociągnęła mnie w górę. Otworzyłem oczy, ponownie znajdowałem się na brzegu rzeki, a nieopodal stał młody chłopak, ten sam, który onegdaj powstrzymał mnie przed samobójstwem. Wpatrywałem się w niego pytająco. Uśmiechnął się i przemówił: Tadeuszu nie zawiodłeś mnie, jestem z ciebie dumny. Jego ciało zaczęło świecić w wielu kolorach, migotało i rozpływało stając jednym snopem światła. Usłyszałem głos, choć ze mną już czas. Nagle wstąpiła we mnie odwaga. Odpowiedziałem, że nie mogę teraz umrzeć, bo mam jeszcze sporo do załatwienia. Ciepły kojący głos odparł Tadeuszu ty już nie żyjesz, twoje ciało pochłonęła rzeka.  Zrozumiałem wszystko, dotarło do mnie z całą mocą, kim jest mój opiekun. Zbuntowałem się, krzyczałem nigdzie nie idę, brat mnie potrzebuje! Twój brat nie żyje, patrz: na tafli wody jak na ekranie kinowym ujrzałem scenę mordu popełnionego na moim bracie przez jego ubeckich oprawców. Tadeuszu, ja nie kłamię, nie mogę kłamać. Powtarzam, choć za mną poprowadzę cię. Coś we mnie pękło, poczułem się skrzywdzony jak dziecko i jak uparte dziecko opierałem się świetlistej istocie. Dobrze, zostań widocznie tego potrzebujesz, wrócę po ciebie, kiedy mnie zawołasz. Do dziś nie zawołałem.