Historia czytelniczki cz V „Nocny Prześladowca”

Ktoś powie,że duchy nie istnieją. Że wszystko da się wytłumaczyć w racjonalny,jakże naukowy sposób. Że wszystkie „dziwne zjawiska”,to czysta fizyka.Ale czy na pewno? Od dziecka wierzyłam w siły nadprzyrodzone : w duchy; zjawy; życie po życiu…Moja wiara szczególnie przybrała na sile wtedy, kiedy w snach zaczął pojawiać się ON. Któż to taki? Wysoki, postawny  mężczyzna, oblany kolorem głębokiej czerni.”Kim jest? Czego ode mnie chce?” – te pytania krążyły mi po głowie.Ale od początku..
Wiodłam naprawdę spokojne życie.Szkoła podstawowa,nauka,przyjaciele,dziecięce zabawy,cały wolny czas spędzony na podwórku..Nic wyjątkowego.Aż do którejś nocy.Zatrułam się egzotyczną potrawą.Gorączka cały dzień skakała w zwyż,wyciskając ze mnie ostatki sił.Pół przytomna padłam na łóżko.Zdawało mi się,że ktoś mnie obserwuje,ale sen i zmęczenie przejęły górę.Z ulgą odpłynęłam w objęcia Morfeusza.Miałam bardzo przedziwny sen.Stałam na balkonie,w środku nocy.W koło panowała nienaturalna cisza.Zero odgłosów,powiewu choćby najdelikatniejszego wiatru..nic.Wszystko zdawało się być uśpione i takie..upiorne.Z niepokojem wyjrzałam za barierkę,w stronę placu budowy.Na środku niego stał mężczyzna.Jedynie po budowie ciała mogłam stwierdzić,że nim jest,gdyż mimo jasnej poświaty księżyca,był  otulony intensywną czernią.Podniósł głowę,a ja w tym momencie zamarłam.Nie widziałam,by poruszał wargami,ale jasno w mojej głowie usłyszałam „Jeszcze Cię znajdę”. Gwałtownie wycofałam się w tył…i się obudziłam.Powoli wracałam do siebie,ale nocny  sen na stałe utrwalił się w mojej głowie.Ciągle miałam irracjonalne wrażenie,że ten mężczyzna mnie śledzi.Ale wiadomo : dziecko ma wybujałą wyobraźnię,a jego fantazja nie zna granic.Tak minęły trzy lata,właśnie kończyłam trzecią klasę gimnazjum.Którejś nocy spałam niespokojnie.Znalazłam się na pobliskim cmentarzu.Ciemne niebo powoli  rozjaśniała jutrzenka,ale korony ogromnych drzew,zasłaniały każdy dopływ światła.Spojrzałam przed siebie.Ktoś biegł w moją stronkę,przeskakując nad płytami nagrobków.Doskonale wiedziałam kto to…To on.Mężczyzna z mojego koszmaru.Nim się odwróciłam,ten zdążył uderzyć mnie w kark,co w sekundę powaliło mnie na mokry chodnik.Gdy próbowałam się podnieść,mężczyzna złapał mnie za bluzkę,wyrzucając za cmentarną bramę.Upadłam na plecy.Nie wiem czemu,ale wstałam i podbiegłam do niego.Miałam mieszane uczucia,strach wraz ze złością na przemian,obezwładniał moje ciało.Nagle mężczyzna ponownie wypchał mnie za cmentarz.Podczas upadku,gwałtowanie zerwałam się z łóżka.Nie mogłam się uspokoić.
-Jezu,co to było…-szepnęłam bezgłośnie.Nie mogłam się opanować.Szybkie bicie serca,przyspieszony oddech i ten lęk.Na dodatek ta boląca ręka,jakbym właśnie co się w nią uderzyła.Albo upadła z impetem,na coś twardego.
-Już na pewno nie zmrużę oka.-stwierdziłam w myślach,patrząc się ze strachem na drzwi,czy przypadkiem nikt za nimi nie stoi.Rano zauważyłam na plecach dziwne pręgi.Jakby pojawiły się przez noc.
Cały dzień byłam rozbita i nieswoja.Na zajęciach lekcyjnych byłam tylko obecna ciałem,dusza nadal pozostawała na cmentarzu,a mózg rozmyślał,czy to możliwe,by gnębił mnie jakiś duch,nasycony negatywną energią,pełen złych zamiarów.Będąc już w domu,zebrałam się na odwagę i porozmawiałam z mamą.Dokładnie przytoczyłam jej słowa mężczyzny ze snu,który obiecał,że mnie odnajdzie.I to zrobił.Mama wykonała kilka telefonów. Wieczorem odezwała się do mnie przemiła Pani Róża,która była jasnowidzem.Wytłumaczyłam jej, na czym polega mój problem,kurczowo ściskając w dłoni telefon i zerkając na zewnątrz,czy ktoś przypadkiem nie obserwuje naszych okien.Róża obiecała mi pomóc.Już następnego dnia zadzwoniła.Jak się okazało,moim nocnym prześladowcą,by żołnierz z I Wojny Światowej,którego serce było przepełnione nienawiścią i złem.Stąd te ciągłe nawiedzanie i blizny,jak gdyby kto mnie pobił.Poleciła mi pomodlić się za jego zabłąkaną duszę,a na szyi zawiesić medalik z podobizną Maryi.
W nocy miałam sen.Stałam w tym samym miejscu,gdzie po raz pierwszy go spotkałam.Tym razem wszystko wirowało.Moje włosy rozwiewał silny wiatr.W rękach ściskałam różaniec a z moich ust wydobywały się słowa modlitwy ” Zdrowaś Mario”,które razem z wiatrem niosły się w dal.Czułam,jak całe napięcie znika.A wraz z nim ON.Obudziłam się wyjątkowo wyspana.Moją twarz pieściły ciepłe promienie słońca.Pierwszy raz od pewnego czasu czułam się wolna.Również zniknęły tajemnicze pręgi z pleców.Mężczyzna nigdy więcej nie pojawił się w moich snach.Mam nadzieję,że jego dusza zdoła odpokutować wszystkie grzechy,a on sam zazna wreszcie święty spokój.

Dominika

Uparta Hanka i latające kapelusze

Historia, którą chcę dzisiaj opisać jest moim zdaniem zdumiewająca tak w sferze zjawisk paranormalnych jak i obyczajowych. Niestety nie zawsze uczucia do kolejnych dzieci, które przychodzą na świat w jednej rodzinie, są tak samo ciepłe.

Natalia poznała Andrzeja na szkoleniu organizowanym przez centralę banku, w którym obydwoje pracowali. Andrzej rozwiedziony, starszy o dziesięć lat, dyrektor oddziału. Natalia absolwentka rachunkowości i zarządzania, świeży nabytek działu księgowego. Śmiało można powiedzieć, że była to miłość od pierwszego wejrzenia. Dwoje ludzi stworzonych dla siebie. Niebawem Natalia przeprowadziła się do mieszkania Andrzeja. Żyli razem bardzo szczęśliwie i zgodnie, istna sielanka. Andrzej proponował Natalii zawarcie małżeństwa, ale ona odwlekała sprawę. Chciała najpierw skończyć studia podyplomowe, załatwić sto innych rzeczy. Mówiła, że skoro się kochają papierek może poczekać. Po około dwóch latach Natalia zorientowała się, że jest w ciąży. Nie spodziewała się tego, ale też nie przyjęła tej nowiny, jako katastrofalnej. Przyszły ojciec był dumny i szczęśliwy. Miał córeczkę z pierwszego małżeństwa, którą bardzo kochał. Utrzymywał z nią doskonałe relacje. Andrzej chciał przyśpieszyć ich ślubu. Niestety sprawy zaczęły się komplikować. Natalia była kilkakrotnie hospitalizowana, ciążę lekarz określił, jako wysokiego ryzyka. Po raz kolejny data ślubu została przełożona. Po tych perypetiach, przyszedł na świat zdrowy chłopczyk. Odbyły się chrzciny, na których brakowało jedynie matki Andrzeja, Hanki. Kobieta nie zaakceptowała ani Natalii, ani dziecka, które przyszło na świat. O rozmowę z matką w tej sprawie Andrzej poprosił swoją kuzynkę Basię. Nie odmówiła mu, choć w misję pojednawczą wyruszyła bez entuzjazmu. Mimo, że pani Hanka lubiła Basię i liczyła się w wielu sprawach z jej zdaniem, pozostała nieugięta.

Minęło kilka miesięcy. Andrzej wracał z delegacji, kiedy na jego pas ruchu niespodziewanie wjechał Tir. Kierowca Tira zasnął, doszło do zderzenia czołowego. Andrzej w wyniku doznanych obrażeń zmarł nie odzyskawszy przytomności.

Oczywiście odbył się pogrzeb, na który zjechała cała rodzina. Natalia nie potrafiła pozbierać się po tak dotkliwym ciosie. Spakowała trochę swoich rzecz oraz to, co potrzebne dla maleństwa i pojechała do rodziców. Przebywałam tam ponad tydzień. Wreszcie zmuszona wrócić po jakieś ważne dokumenty, zastała zmienione zamki w drzwiach mieszkania. Domyśliła się czyja to sprawka. Nie miała siły żeby użerać się z teściową. Zadzwoniła do „mediatora rodzinnego” jak żartobliwie wszyscy nazywali Basię. Powiedziała jej, co zaszło i poprosiła, aby Hanka przynajmniej umożliwiła jej zabranie swoich rzeczy. Basia była zbulwersowana i tym razem nie zwlekając poszła do ciotki. Powiedział jej, wprost, co myśli o takim zachowaniu. Hanka odparła, że nie pozwoli, aby Natalia położyła łapę na majątku Andrzeja. Wszystko należy się tylko jej wnuczce. Miała zapasowe klucze jeszcze z czasów remontu i owszem zmieniła zamki. A ta dziewucha niech idzie skąd przyszła. Basie mało przysłowiowy szlak nie trafił. Przypomniała ciotce, że maluszek jest takim samym prawowitym dziedzicem jak starsze dziecko, a Natalia na pewno będzie dochodzić swoich praw choćby i na drodze sądowej. W końcu ciotka dała jej klucze, nakazując ich zwrot. Kobiety umówiły się i weszły do mieszkania razem. Basia już w przedpokoju wyczuła ten specyficzny ruch energii. Od czasu śmierci klinicznej, jakby to ująć, otworzyły się przed nią nowe horyzonty poznawcze. Podczas gdy Natalia, cały czas spazmatycznie płacząc, pakowała ubrania i laptopa, Basia nabierała pewności, że Andrzej jest w tym mieszkaniu i wyobraziła sobie jak musi cierpieć widząc taką sytuację.

Już pierwszej nocy, Basia przekonała się, że przeczucie ją nie myliło. Andrzej odwiedził ją we śnie prosząc, aby przekonała jego matkę do zmiany postępowania. Te sny zaczęły powtarzać się regularnie. Basia nie miała ochoty na rozmowę z ciotką, ale żal jej było niewinnego dziecka. Poza tym Andrzej był coraz bardziej rozgniewany. Obawiała się również, że kuzyn może zamanifestować swoje niezadowolenie atakując w jakiś sposób matkę. Wreszcie Basia zebrała się w sobie i umówiła z ciotką. Powiedziała jej o snach i przekazach, które odebrała od jej syna. Ciotka owszem wierzyła w życie pozagrobowe. Tym razem jednak zaprzeczyła. Uznała. źe Basia działa w zmowie z „tą dziewuchą”. Tak się złożyło, że w trakcie już dość burzliwej rozmowy, pojawiła się pierwsza żona Andrzeja. Przyniosła Hance recepty, o które prosiła. Kiedy zorientowała się w temacie była bardzo wzburzona. Powiedziała, że takie traktowanie dziecka i partnerki Andrzeja bardzo źle świadczy o Hance i bezwzględnie powinna ona zmienić swoje postępowanie. Scheda po ojcu to temat, który ona i Natalia mogą załatwić między sobą, w stosownym miejscu i czasie. Powiedziała też, co chyba najbardziej zabolało teściową, żeby swojej prywatnej vendetty nie tłumaczyła troską o wnuczkę. Hanka wściekła się i uznała, że to jakiś zbiorowy spisek, który kobiety zawiązały, aby się jej (sic!) pozbyć. Tego było za wiele. Basia i synowa wyszły trzaskając drzwiami.

Minęły dwa dni, była prawie dwunasta w nocy, kiedy w mieszkaniu Basi zadzwonił domofon. Basia otworzyła, po chwili na progu stanęła ciotka Hanka. Włosy miała w nieładzie, buty każdy z innej pary, a płaszczyk zarzucony jedynie na koszulę nocną. Była roztrzęsiona.

– Basiu złapałam taksówkę i przyjechała do ciebie, bo w moim mieszkaniu dzieją się rzeczy straszne.

No i dosłużyłaś się pomyślała Basia, ale głośno zaczęła ciotkę uspakajać. Zrobiła jej herbatę zapakowała w koc i kazała zdać sobie relację z wydarzeń, które tak poruszyły Hankę.

-Po waszym wyjściu, postanowiłam zaparzyć sobie melisę. Kiedy byłam w kuchni nagle włączył się telewizor. Spokojnie go wyłączyłam. Po chwili sytuacja powtórzyła się. Wypiłam zioła, chciałam się położyć. Nagle zaczęło grać radio. Słuchaj to trwało przez całą noc. Coś się włączało, to znaczy albo radio albo telewizor. Myślałam, że jest to spowodowane jakąś awarią, albo skokami napięcia. Nad ranem ustało. Cały dzień minął spokojnie, chociaż bardzo dużo myślałam o naszej ostatniej rozmowie. Kiedy położyłam się spać, ponownie zaczęła się kołomyja ze sprzętem w domu. Wreszcie usłyszałam hałas w mojej sypialni. Weszłam tam i nie do wiary coś z olbrzymią siłą zrzucało z szafy wszystkie moje kapelusze.

-Ciociu czy teraz wierzysz, że Andrzej mnie do ciebie wysłał?

-Teraz ci wierzę.

Trzeba nadmienić, że ciotkę Hankę ze słynna Hanka Bielicką, łączyło nie tylko imię, ale również zamiłowanie do kapelusz. Wiele wraz z mężem podróżowała i oczywiście po powrocie z wojażu do kolekcji przybywał nowy model. Te ukochane trzymała w ogromnej szafie, która stała w sypialni. Pozostałe zapakowane z pietyzmem w eleganckie pudełka ulokowała na szafie.

Kiedy rano ciotka nieco oprzytomniała, poprosiła Basię, aby pojechała do jej mieszkania i przywiozła ubranie oraz buty. Basia pojechała, nie obawiała się przy tym niczego. Uznała, że Andrzej, co miał zrobić to zrobił, a do niej przecież nic mieć nie może. Zastała włączony telewizor i grające radio. Kiedy wyłączyła odbiorniki, spakowała rzeczy ciotki, postanowiła zajrzeć do sypialni. Głośno skomentowała:

– No, dałeś czadu kuzynie!

Kapelusze i pudła były porozrzucane po całej sypialni, a jeden smętnie dyndał zaczepiony o żyrandol. Nie sprzątała tego bałaganu. Pomyślała, że choć to okropne, ciotce dobrze zrobi jak utrwali sobie w głowie to i owo podczas porządków.

Hanka zwróciła klucze Natalii, nie wtrącała się więcej w sprawy spadkowe.

 

Czy można uciec przeznaczeniu ?

Niedawno w jednym z programów poświęconych „modzie i urodzie” wspomniano osobę Pani Agnieszki Kotlarskiej. Wygrała ona konkurs piękności, co otworzyło jej drogę do kariery w prestiżowych agencjach modelek. Jej twarz zdobiła okładki kluczowych dla tej branży magazynów, zatrudniali ją najlepsi projektanci. W roku 1996 miała zarezerwowany lot do Paryża. Tuż przed planowanym wylotem termin pokazu przełożono. Pani Agnieszka zmieniła swoją rezerwację. Samolot, którym pierwotnie miała lecieć eksplodował, a katastrofy nie przeżył nikt. Pisano o tym szeroko w prasie krajowej. Pamiętam nawet wywiad w kolorowym czasopiśmie gdzie Pani Agnieszka mówiła, że czuje się jakby podarowano jej drugie życie, że przewartościowała wszystko i dopiero teraz naprawdę docenia to, co ma. Sześć tygodni później została zamordowana pod własnym domem przez niezrównoważonego psychicznie wielbiciela.

Zapewne przypomina się Państwu w tym momencie seria filmów po tytułem „Oszukać przeznaczenie”. Ja miałam takie skojarzenie natychmiast. W ezoteryce mówi się o zjawisku odroczenia w czasie, o karmicznym powinowactwie zdarzeń. Ja osobiście jestem przekonana, że przeznaczenia oszukać nie sposób, a jeśli w „cudowny” sposób unikamy śmierci to znaczy, że po prostu nie była nam ona pisana, jedynie potrzebowaliśmy silnego bodźca, aby zmienić coś w swoim życiu, naprawić relacje partnerskie czy po prostu zrozumieć, że życie jest cenne i nie trwa wiecznie.

W mediach pojawiają się wzmianki o ludziach znanych, popularnych i interesujących dla wielu. Pozwolę sobie przytoczyć podobne wydarzenia dotyczące zwykłych ludzi.

Niedaleko miasta, w którym mieszkałam przez wiele lat znajdują się dwa ośrodki wypoczynkowe. Na drodze, dojazdowej wypadki zdarzają się dość często. Pracowałam z panią, której siostra wraz z mężem i dójką przyjaciół zginęła wracając z tak zwanego plażowania. Zaznaczam, że i kierowca i pasażerowie byli trzeźwi. Tak samo jak kierowca tira, który wymusił wtedy pierwszeństwo. Wielka tragedia dla całej rodziny.

Kilka lat po tej kraksie czwórka młodych ludzi również wracała feralną droga. Tak jak poprzednio doszło do nieszczęśliwego wypadku z tym, że dwoje z nich przeżyło, konkretnie rodzeństwo brat i siostra. Dokładnie sześć lat później chłopak ten wyjechał w delegację i zginął staranowany przez inny samochód. Zgadzała się data i pora dnia. Jego siostra przeżyła jeszcze kilka lat niestety zachorowała i zmarła na raka również dokładnie w rocznicę wypadku.

Nie musze sięgać do historii osób, które są dla mnie obce, mam przeżycia o podobnym charakterze z własnego podwórka. Byłam wtedy uczennicą szkoły podstawowej, stałam na przejściu dla pieszych czekając na zielone światło. Dokładnie w tym miejscu zakręcał samochód ciężarowy załadowany płytami paździerzowymi. Były źle zabezpieczone i podczas wykonywania skrętu wypadły oczywiście prosto na mnie. Nie posiadam dokumentacji medycznej z tego okresu, ale wiem na pewno, że wypadek zdarzył się w maju. Dokładnie piętnaście lat później w sobotę szłam do pracy, aby skończyć coś pilnego. W biały dzień na pasach  potrącił mnie samochód. Kierowca był trzeźwy i ja oczywiście też. Pamiętam do dziś komentarz ordynatora szpitala, w którym znalazłam się po wypadku. Jest dosadny, ale i humorystyczny, więc przytoczę go „ Pani anioł stróż to ma skrzydła dupne jak Boeing, normalnie człowiek by tego nie przeżył”

Wtedy jeszcze nie skojarzyłam tych dwóch dat. Dopiero za trzecim razem powiązałam sprawy. Trzecie zajście to również wypadek samochodowy, lecz tym razem na szczęście byłam pasażerką. Minęło kolejnych piętnaście lat wypadek wydarzył się dokładnie czwartego maja.

Jestem przekonana, że gdyby większość ludzi zrobiła swoisty rachunek sumienia to okazałoby się, że pewne ważne wydarzenia pojawiały się w cyklach i stanowiły albo początek albo koniec jakiegoś znaczącego okresu. Może gdybyśmy potrafili wyciągać więcej niż tylko powierzchowne wnioski z tego, co nas dotyka powtórki nie byłyby konieczne?

 

Żałoba i rytuały pogrzebowe

Dzisiejszy wpis stanowi odpowiedź na pytanie, które zadane zostało w jednym z komentarzy i które powtarza się w korespondencji prywatnej. Absolutnie nie czuję się autorytetem, znającym jedynie słuszne odpowiedzi. Jednak mam własny, wyrobiony przez lata pogląd na zadane tematy i pozwolę sobie podzielić się nim z Państwem.

Pytanie cytuję: „ W różnych kulturach przedstawia się różne rytuały pochówku ciała. Czy sposób pochówku ma wpływ na przejście w stan bezcielesny?

Rytuały chrześcijańskie są powszechnie znane. Proponuje od tak chociażby dla poszerzenia horyzontów przyjrzyjmy się rytuałom pogrzebowym obowiązującym w kanonie judaistycznym. Najkrócej rzecz ujmując po śmierci osoby bliskiej domownicy zasłaniają wszystkie lustra, jakie znajdują się w domu. Zgodnie z tradycją pogrzeb powinien odbyć się dobę od zgonu. Ciało zmarłego jest obmywane, zawijane w biały całun, a na oczy kładzie się skorupy z rozbitego naczynia. Razem ze zmarłym chowa się wszystkie jego opatrunki, protezy i wszelkie inne tkaniny, na których znajduje się jego krew. W Izraelu do dnia dzisiejszego zbiera się z ulicy krew na przykład ofiary wypadku. Chodzi o swoiste zachowanie integralności ciała. Po tych zabiegach zwłoki zmarłego wkłada się do trumny i przenosi z domu pogrzebowego na cmentarz, czyli kirkut. Sama uroczystość pogrzebowa jest dość krótka. Zwykle syn lub bliski krewny odmawia kaddisz. Następuje okres siedmiodniowej żałoby – sziwa, rozumianej bardzo restrykcyjnie, a po niej okres trzydziestodniowej żałoby, – szloszim, również przebieg tego etapu jest ściśle określony. Dobre dusze udają się na łono Abrahama, a złe zapełniają Szeol, czyli piekło.

Rytuał wieloelementowy i kultywowany od tysięcy lat, co bez dwóch zdań jeszcze bardziej podnosi jego rangę w oczach wyznawców. Ciało pojmowane, jako święte naczynie dla duszy pochowane zgodnie z obyczajem. Zacne to i ważne patrząc chociażby przez pryzmat szeroko pojętego humanizmu, jeśli już nie religii. Miarą naszego postępu, rozwoju i człowieczeństwa jest rozumienie doniosłości śmierci. Wydaje mi się, że bestialstwo i brak szacunku obciąża i to w poważny sposób sumienia żyjących. Czy tradycje te mają znaczenie dla duszy zmarłego?

Odpowiem pytaniem na pytanie. Czy  kadisz lub modlitwa Wieczny odpoczynek odmawiane przez więźniów na widok dymu z komina w NIEMIECKIM obozie koncentracyjnym, to za mało by czysta ludzka dusza podążyła ku swemu przeznaczeniu??? Czy ofiary reżimów grzebane w bezimiennych grobach, mają pozostać zakładnikami nieodprawionych obrzędów?? Byłoby to dla mnie zaiste pozbawione sensu i nadawało wszelkim ceremoniom rangę czarnej magii, a nie czystej i szlachetnej intencji.

Nawet zwierzęta kultywują swoiste rytuały pogrzebowe, co zostało udowodnione podczas wieloletnich obserwacji stad słoni czy małp. Dlatego uważam, że opłakiwanie zmarłych jest instynktowne. Natura wyposażyła nas w specyficzny wentyl bezpieczeństwa wobec emocji tej rangi. Nie ma znaczenia, w co i jak głęboko wierzymy, kiedy stajemy przed faktem ostatecznym jesteśmy bezbronni jak dzieci. Żadne doktryny nie są w stanie pohamować naturalnego afektu, żalu, łez. Rytuały są stworzone po pierwsze w celach praktycznych (szybki pochówek w krajach o gorącym klimacie) po drugie, aby w pewnym sensie wspomóc tych, który odchodzą, ale przede wszystkim tych, którzy pozostają. Żałoba to okres rekonwalescencji dla rodziny i bliskich w tym sensie jej rola jest nie do przecenienia.

Dopełnienie swoistego misterium pochówku daje poczucie, że zrobiono wszystko, co trzeba, aby ciało zmarłego zachowało swoją godność.

Osobiście uważam, że w chwili, kiedy ciało umiera dusza opuszcza je, aby wyruszyć na spotkanie ze swoim przeznaczeniem. Jakie są jej dalsze losy to już kwestia wiary każdego z nas. Wiary i nadziei.

W najbliższym czasie postaram się odpowiedzieć na kolejne pytania, najlepiej jak potrafię.

Słowo niemieckim napisałam celowo drukowanymi literami- to taki mój mały protest wobec licznych „przejęzyczeń” pojawiających się w międzynarodowych mediach.

 

 

 

 

Do Siego Roku !

Z okazji nadchodzącego Nowego Roku pragnę złożyć wszystkim moim Czytelnikom najserdeczniejsze, z głębi serca płynące życzenia.

Niech ten Nowy 2014 rok przyniesie to, co dobre piękne i mądre. Niech da nam nadzieję i spełnienie oraz realizację we wszystkich obszarach życia. Niech urzeczywistnią się nasze marzenia zgodnie z zasadą kosmicznej harmonii, to jest bez szkody dla kogokolwiek i czegokolwiek.

Dużo życzliwości, wzajemnego szacunku i dobrych relacji z najbliższymi i każdym, kogo napotkamy. Jednym słowem:

Radosnego i szczęśliwego Nowego Roku
z marzeniami, o które warto walczyć,
z radościami, którymi warto się dzielić,
z przyjaciółmi, z którymi warto być i
z nadzieją, bez której nie da się żyć!

 

 

zdjęcie: copyright by Dariusz Cecuda

Leon Denis „Po co żyjemy ?”

Z wielka przyjemnością przeczytałam broszurkę,   „ Po co żyjemy” autorstwa Leona Denisa. Maleńka książeczka, która bez problemu zmieści się w damskiej torebce, jednocześnie zawierająca tak bogatą treść. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że Leon Denis jest mi bardzo bliski duchowo. Podzielam sposób, w jaki patrzy on na sens oraz istotę naszego życia i śmierci. Zwłaszcza idea wędrówki dusz jest mi szczególnie bliska.

 

„ Nieśmiertelność podobna do łańcucha bez granic, roztacza się przed każdym z nas w bezmiarze czasów. (..) Teraźniejszość jest wynikiem przeszłości i przygotowaniem przyszłości. Stopień po stopniu wchodzi człowiek i rośnie. Twórca swych własnych losów, dusza ludzka wolna i odpowiedzialna obiera sobie drogę.”

Serdecznie polecam Państwa uwadze.

Dziękuję kolegom z Oficyny Wydawniczej Rivail za możliwość zapoznania się z tą pozycją.

Muzykalny Wiktor – wierny przyjaciel

Ciekawych opowieści pan Stefan zna, co niemiara. Nie ma w tym nic dziwnego. Przeżył zesłanie na Syberię gdzie stracił rodziców. Wstąpił do armii polskiej tworzonej w ZSRR i przeszedł cały szlak bojowy do samego Berlina. Dzisiaj opiszę historię, która najbardziej do mnie przemówiła.

 

Pan Stefan służył w oddziale rozpoznawczym, czyli tak zwanym zwiadzie. Mówił dobrze po niemiecku, co stanowiło spory atut. Wśród towarzyszy broni szczególnie przyjacielskie relacje nawiązał z Wiktorem. Mieli te same smutne doświadczenia z zesłania. Wiktor był człowiekiem wyjątkowo inteligentnym. Poza tym posiadał słuch absolutny. Przed wybuchem wojny rozpoczął studia w konserwatorium muzycznym, niestety niedane mu było ich ukończenie Potrafił grać praktycznie na każdym instrumencie, a jeśli nie grał to gwizdał. Kochał muzykę i chciał, aby ciągle mu towarzyszyła. Często umilał kolegom czas wygrywając ich ulubione melodie na harmonijce. Zginął na terenie Brandenburgii. Gdy przeszukiwali opuszczony dom, znalazł bandżo. Ucieszony sięgnął po instrument, niestety okazało się, że była to mina pułapka. Wiktor stracił rękę i odniósł dotkliwe obrażenia prawej strony ciała. W szpitalu odzyskała przytomność, miał świadomość tego, że umiera. Przed śmiercią powiedział do jednego z kolegów -ja już nie dojdę do Berlina, ale za to was w tej drodze przypilnuję. Zaśpiewaj dla mnie Mazurka jak już Berlin padnie. Dla Stefana śmierć kolegi była szczególnie bolesna. Wszystkich żal, ale jego wyjątkowo. Taki zdolny był.

Życie i wojna trwały dalej. Stefan z dwoma kolegami został wysłany na zwiad. Podeszli od strony lasu. Nie znam szczegółowej topografii tego terenu. Tak się jednak nieszczęśliwie złożyło, że kiedy spostrzegli Niemców i zaczęli się wycofywać nie zdążyli dobiec do lasu. Ukryli się w szopie, która stała na obrzeżach opuszczonego gospodarstwa. Zrządzeniem losu żołnierze niemieccy zatrzymali się tam i weszli do budynku mieszkalnego. Prawdopodobnie byli albo dezerterami albo stracili kontakt z oddziałem. Mieli rannego. Stefan pomyślał, że ten legendarny niemiecki porządek jest mocno przereklamowany. Niemcy tym czasem rozgościli się na dobre i wystawili wartę przed budynkiem.. Zwiadowcy byli świadomi, że nie przemkną do lasu niezauważeni. Dodatkowo Stefan usłyszał rozmowę, z której wynikało, że Niemcy planują ukryć część broni właśnie w tej szopie. Jak to mówią gorzej być nie może. Matko moja jak tu wejdą rozwalą nas na miejscu – pomyślał Stefan. Nagle wartownicy poruszyli się wskazując na tyły domu. Za budynkiem mieszkalnym znajdowało się jeszcze jedno pomieszczenie- prawdopodobnie niewielka obora. Stefan z rozmowy wywnioskował, że ktoś tam głośno gwiżdże. Wartownicy ruszyli, aby zbadać sytuację, po drodze odgrażając się, co zrobią z żartownisiem. Stefan powiedział do kolegów, chłopaki albo teraz albo nigdy. Ostrożnie otworzyli drzwi i pognali w stronę lasu. W ten sposób uratowali się i co istotne pozostali przy tym całkowicie niezauważeni. Pan Stefan twierdził, że zdecydowanie pobili rekord świata w biegu na tym dystansie. Jeden z kolegów zapytał później Stefan jak myślisz, kto tam w oborze gwizdał? Pojęcia nie mam odparł z przekonaniem, choć podejrzewał, że pomoc przyszła absolutnie nie z tego świata. W tamtym czasie i środowisku wiara w rzeczy nadprzyrodzone nie była mile widziana.

Kiedy Stefan dotarł do Berlina trwały tam jeszcze ostre walki. Po drodze kilkakrotnie ostrzeżenia Wiktora uratowały mu życie. Ostatni raz Wiktor dał o sobie znać właśnie w Berlinie. Stefan przemykał razem z kolegą wśród zrujnowanych ulic. Przystanęli, aby złapać oddech. Zrobiło się  bardzo cicho. Nagle usłyszał swoją ulubioną melodię w wykonaniu Wiktora. Dźwięk dobiegał z wysokiego budynku, który wbrew otaczającym go zgliszczom stał nieomalże nienaruszony. W jednej sekundzie Stefan ukrył się za stertą gruzów ciągnąc za sobą kolegę. Kula snajpera musnęła go w ramię, kolega wyszedł z opresji bez szwanku.

Pewnego dnia, kiedy nie było już cienia wątpliwości, co do zwycięstwa nad Niemcami, Stefan znalazł ustronne miejsce, zapalił świeczkę i przez łzy zaśpiewał Mazurek Dąbrowskiego z dedykacją dla Wiktora.

 

 

Wybór Klary

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wyobraźmy sobie starą kamienicę, wybudowana grubo przed Pierwszą Wojną Światową. Piękna fasada, pieczołowicie odrestaurowane detale. Z pozoru nie różni się niczym od innych tego typu budynków. Jedynie dodatkowy mieszkaniec, o którego istnieniu przekonani są lokatorzy, zwłaszcza ci starszej daty, czyni to miejsce szczególnym. Mówi się, że choćby na całej ulicy nie poruszyła się jedna gałązka to Klara, bo tak ma na imię bohaterka dzisiejszej historii, robi przeciąg i trzaska okiennicami z całej siły, jakby chciała dać upust swojej złości. Dodam, że okna do dnia dzisiejszego pozostały drewniane, ponieważ na plastikowe nie zgodził się konserwator zabytków. „Klara od Żydów „ ma pole do popisu.

Rodzice Klary zajmowali małe mieszkanie na parterze. Nie było dla nikogo tajemnicą, że dla tych dwojga ludzi strzałka przekonań politycznych coraz bardziej przesuwa się w lewą stronę. Obydwoje bardzo starannie wykształceni, pochodzący z tak zwanych dobrych domów, dali uwieść się ideologii równości i sprawiedliwości społecznej. Ojciec Klary był kilkakrotnie aresztowany, a nawet musiał się ukrywać, jako, że odrodzona Rzeczpospolita nie darzyła sentymentem swoich czerwonych dzieci. Zaangażowanie rodziców w tematy polityczne było głównym powodem, dla którego Klara pozostała jedynaczką. Sprawa – przede wszystkim!

Wybuch Drugiej Wojny Światowej zastał ojca Klary w Rosji. Matka zaraz po wejściu wojsk niemieckich zachorowała i zmarła. Klara pracowała, jako pielęgniarka w szpitalu, dzięki czemu miała stosowną przepustkę i mogła poruszać się nawet po godzinie policyjnej. Pewnie właśnie nocą przyprowadziła do domu dwójkę ludzi w potrzebie, lub jak mówią inni sprowadziła to całe nieszczęście.

Nie wiadomo czy ktoś doniósł na Gestapo, czy może „pozyskano” zeznania w wiadomy sposób. Późnym popołudniem pewnego lipcowego dnia pod kamienicę zajechało kilka samochodów. Obstawiono cały budynek. Gestapowcy bezbłędnie trafili do mieszkania Klary skąd wyciągnęli dwóch przerażonych Żydów. Niestety nie był to koniec dramatu. Siepacze wchodzili po kolei do mieszkań zabierając wszystkich obecnych. Istna rzeź niewiniątek.

Uratowało się tylko kilku mieszkańców, których z różnych powodów nie było w domu. W gronie ocalonych były dwie kobiety Klara oraz Teresa, obie kluczowe dla tej historii. Klara ostrzeżona w porę nie wróciła do domu. Później okazało się, że do zakończenia działań wojennych przebywała w oddziale partyzanckim Armii Ludowej. Teresa wróciła, usiłowała na wiele sposobów szukać swojej matki i ośmioletniego synka. Oczywiście nie przebywała w mieszkaniu, które z resztą szybko Niemcy zasiedlili folksdojczami. Niestety, kiedy jeden z aresztowanych sąsiadów wrócił z obozu, wszelkie jej wątpliwości, co do losu najbliższych zostały rozwiane. Teresa mieszkała u ciotki, którą się opiekowała. Często jednak przychodziła pod dom, stawała po przeciwnej stronie ulicy i patrząc w okna dawnego mieszkania płakała. Wreszcie przypadkiem dotarła do niej wiadomość, że na stare śmieci wróciła również Klara.  Jako pupilek nowego systemu, zajęła duże mieszkanie na czwartym piętrze. Lokatorzy wiedzieli o niej sporo, wielu potępiało za ukrywanie Żydów i narażenie w ten sposób tylu niewinnych ludzi na śmierć bądź piekło kacetu. Jednak Klara świetnie radziła sobie w nowej rzeczywistości. Podobno pracowała w Urzędzie Bezpieczeństwa, była widywana w towarzystwie rosyjskich żołnierzy. Sąsiedzi jej nie szanowali, ale jednocześnie bali się jej sprzymierzeńców. Każdy grzecznie mówił dzień dobry.

Teresa długo biła się z myślami, nie miała, bowiem mściwej natury. Chciała tylko powiedzieć Klarze, co o niej myśli i zapytać czy przynajmniej ma wyrzuty sumienia? Czy wie, że zniszczyła jej życie?

Czekała pod drzwiami. Tego dnia Klara wróciła sama. Kiedy zobaczyła Teresę, poznała ją od razu. Bardzo szybko między kobietami doszło do ostrej wymiany zdań. Mimo, że rozmowa przekształciła się w awanturę nikt z sąsiadów nie otworzył drzwi. Nagle rozległ się  głośny krzyk i brzęk tłuczonego szkła. W trakcie szamotaniny Klara wypadła przez okno. Zginęła na miejscu.

Po różnych perypetiach sądowych Teresa została uznana za niepoczytalną i spędziła resztę życia w szpitalu psychiatrycznym.

Dla jednych zapewne czyn Klary, którego konsekwencje dotknęły wiele osób będzie zbrodnią, dla innych aktem heroizmu. Powstaje pytanie czy winni są ci, którzy zabijali, a Klara miała prawo tak postąpić?

Jedno jest pewne. Mamy wielkie szczęście, że nie żyjemy w takich czasach i nie musimy podejmować podobnych wyborów.

Mikołaj święty, co daje prezenty

Nie lubię Świętego Mikołaja, a właściwie tego grubego gościa w przyciasnym ubraniu, którego cera (oraz rumieńce) wskazuje na systematyczne i nadmierne spożycie trunków rozgrzewających. Nie lubię tego produktu marketingowego, wylansowanego przez pewien koncern, którego wizerunek podchwyciło stu innych sprzedawców i teraz ów „święty” łypie na mnie swoimi chytrymi oczkami już od października. Chciałoby się strawestować Orwellowskie: „Wielki Brat patrzy!” na „Czerwony Król Marketingu patrzy!”. Patrzy i szykuje kolejną strategię jak tu podejść dzieci i ich rodziców. Jak wcisnąć markowany rubasznym wizerunkiem towar, który szybko okazuje się nikomu do niczego nie potrzebny lub zgoła niesmaczny, jeśli rzecz dotyczy żywności. Pytam się, co ten wytwór marketing menagerów ma wspólnego ze świętością? Wszak świętym jest nazywany.

Nie jest w tej chwili rzeczą najważniejsza czy opowieść o świętym Mikołaju z Mirry, który jak głosi przekaz uwalniał niesprawiedliwie skazanych więźniów, ratował żeglarzy, ocalił kilka dziewic przed sprzedaniem do zamtuza czy wreszcie wszystkich mieszkańców Mirry przed śmiercią głodową, jest prawdziwa czy nie. Jednak idea, której Mikołaj z Mirry jest znakomitym nośnikiem nie mówi nic o zwiększeniu obrotów handlowych tylko o czynieniu dobra i to nie koniecznie osobom najbliższym, lecz właśnie obcym w potrzebie.

O dniu 6 grudnia powiedzieć można wiele, ma bardzo bogatą historię. Do III wieku włącznie urodziny Jezusa obchodzono właśnie w tym czasie. Istnieje wiele opracowań na ten temat niemniej wszystkie podkreślają, że tradycja obdarowywania, zwłaszcza dzieci, w tym okresie sięga głęboko przed chrześcijaństwo. Rodzimowiercy celtyccy, słowiańscy czy nordyccy także mieli istoty, których pomoc miała ułatwić przetrwanie trudnego czasu zimna i ciemności. Postacie szanowane i niepospolite.

Nie mam mocy sprawczej na miarę Mikołaja z Mirry, jak z reszta większość ludzi. Jednak zawsze można w tym czasie „obdarowania dla świata” zrobić coś, co pozostaje w zgodzie ze szlachetnością i dobrem. Mały gest dla kogoś, kto ma mniej od nas, dla obcego w potrzebie.

Zwłaszcza, że to, co wysyłamy w eter wraca zawsze zwielokrotnione.

Prywatnie jest to dla mnie dzień bardzo szczególny – urodziny mojego męża.

Bardzo Go kocham i jest najlepszym prezentem, jaki dostałam od Mikołaja, Opatrzności i całego kosmosu!

Takich dobrych, radosnych i trwałych prezentów życzę wszystkim Państwu!

Co się wydarzyło w starym młynie ?

„ To nie śmierć wyrządza największą szkodę w życiu. Największą szkodę wyrządza nam to, co umiera w nas za życia „ Norman Cousins

W małej miejscowości żyła wdowa samotnie wychowująca swoją córkę. Mieszkały w domku, do którego przynależał sad i niewielkie poletko. Matka, aby utrzymać siebie i dziecko sprzedawała owoce i warzywa, plony własnej pracy. Zbierała również zioła, z których sporządzała medykamenty leczące różne przypadłości. Kobieta owdowiała bardzo wcześnie. Jednak była szczęśliwa, bo na tym świecie towarzyszył jej ktoś tak kochający i niezwykły jak jej dziecko. Dziewczyna była śliczną delikatną blondyneczką. Lecz mimo swoich kilkunastu lat zachowała umysłowość dziecka. Kochała zwierzęta, a one okazywały jej niezwykłą ufność. Miała psa, który nie opuszczał jej na krok. Razem z nim spacerowała po łąkach zbierając kwiaty, z których robiła przepiękne bukiety. Życzliwi ludzie, patrząc na nią mawiali – toż to żywy anioł!

I tu kończy się jakże urocza konwencja bajkowa.

Ludzie nieżyczliwi plotkowali, że zielarka urodziła głupkowatą dziewczynę, a szczególnie wrogo nastawieni sugerowali, że takie dziecko to pewnie kara boża. Za co – za czary! Skoro zbiera zioła często przy pełni księżyca, skoro leczy takie choroby, przy których lekarze rozkładają ręce, musi uprawiać czary. To nie jest historia z czasów średniowiecza tylko okresu po pierwszej wojnie światowej. Choć uważam, że i dziś nie brak osób gotowych rozpalać stosy dla zielarek. Nauka dowiodła w prawdzie, że wiele ziół osiąga najwyższe stężenie substancji leczniczych właśnie podczas pełni. Jednak to zawsze jakieś urozmaicenie dla znudzonych własnym życiem – podejrzewać, śledzić, i osądzać.

Jak wspomniałam dziewczyna fizycznie rozwijała się znakomicie i wyrosła na wyjątkowo urodziwą panienkę. Niestety piekno stało się przyczyną jej tragedii. Pewnego dnia wybrała się na spacer ze swoim nieodłącznym czworonożnym przyjacielem. Robiło się coraz później, a dziewczyna nie wracała. Zaniepokojona matka wyruszyła na poszukiwanie. W pewnej chwili zobaczyła psa, rozpaczliwie usiłującego przegryźć sznur, jakim został przywiązany do drzewa. Wiedziała już, że stało się coś złego. Uwolniła zwierzaka, a ten zaczął biec w kierunku rzeki. Tam znalazła swoją córkę. Pobitą, przerażoną i bezradną. Jeden rzut oka na pokrwawioną odzież wystarczył, aby mieć pewność, że dziewczyna została zgwałcona. Matka zabrała ją do domu. Dziewczyna ciągle powtarzała imiona tych, którzy ją tak okrutnie skrzywdzili. Zawiadomiono władze, z trudem spisano zeznania poszkodowanej. Jak się okazało sprawcy byli synami ludzi zamożnych. Kiedy doszło do rozprawy sądowej wynajęci przez nich adwokaci żonglowali faktami i udowadniali, że dziewczyna jest niedorozwinięta umysłowo, co stawia pod dużym znakiem zapytania wiarygodność jej zeznań. W tej bulwersującej sprawie zapadł wyrok uniewinniający. W tym czasie biedna istota, której nie tylko ciało, ale i dusza zostały dotkiliwie okaleczone, wycofała się w głąb siebie. Przestała jeść, słabła z dnia na dzień. Matka robiła, co mogła niestety na próżno. Społeczność lokalna była bardzo poruszona zarówno uniewinnieniem sprawców jak śmiercią dziewczyny, która nastąpiła w niedługim czasie. Nie było cienia wątpliwości, że ci dwaj mają na sumieniu nie tylko jej pohańbienie, ale i morderstwo. Podczas pogrzebu doszło do bardzo dramatycznej sceny. Choć każdemu przyzwoitemu człowiekowi wyda się to szczytem bezczelności, gwałciciele pojawili się na uroczystościach żałobnych razem ze swoimi rodzinami. Być może próbowali zmazać piętno zbrodni, jakiej się dopuścili. Kiedy weszli, przez kościół, który dosłownie pękał w szwach, przeszedł pomruk oburzenia. Ksiądz z lękiem spoglądał w stronę udręczonej kobiety. Nie chciał, aby pod wpływem afektu wypowiedziała słowa, których mogłaby żałować.

Jednak ona siedziała bez ruchu, nieobecna. Przez całe nabożeństwo atmosfera zagęszczała się. Kilku mężczyzn wyszło z kościoła wcześniej, a ponieważ agresywnie odnosili się do sprawców powstała obawa, że dopuszczą się linczu. Na szczęście znalazły się osoby, które chłodziły te gorące głowy. Wyprowadzono trumnę, a kiedy zaczął formować się kondukt żałobny, matka dziewczyny, podeszła do jej oprawców i powiedziała: zanim rok od dzisiaj upłynie wyrównamy rachunki, sprawiedliwość ludzka zawiodła, ale znam inną bardziej skuteczną. W pierwszej chwili obaj młodzieńcy poczuli strach, ale z czasem im przeszło.Żyli sobie spokojnie i nie przywiązywali już żadnej wagi do słów rozżalonej, zbolałej kobiety. Pewnego letniego wieczoru razem z kolegami urządzili sobie pijacką libacje w starym młynie. Powynosili z domów różne trunki i zakąski – hulaj dusza piekła nie ma. Po północy część biesiadników wróciła do domów, ci dwaj zostali, jako, że koniecznie chcieli udowodnić kolegom swoje „możliwości”. Kiedy ich rodzice zorientowali się, że synowie nie wrócili na noc, wszczęli poszukiwania. Jak to się mówi: po nitce do kłębka, przepytując kolegów trafili do starego młyna. Znaleźli tam obu chłopaków. Byli zszokowani i przerażeni. Jeden osiwiał, drugi jąkał się. Nikt nie wie, co przeżyli i widzieli tej nocy.  Wiadomość o całym zajściu rozniosła się po okolicy w błyskawicznym tempie. Z wiadomych względów oczy wszystkich zwróciły się w stronę zielarki, a ta zachowywała się jak gdyby nigdy nic. Żyła jeszcze wiele lat pomagając ludziom. Nie wiadomo czy wydarzenia w młynie miały związek z tym, co powiedziała podczas pogrzebu córki. Nikt sprawy nie roztrząsał. Młodzieńcy bez dwóch zdań pokutowali za swój haniebny postępek. Koniec końców jąkający się chłopak wyjechał do innego miasta i złożył śluby zakonne. Jego kolega do końca życia uchodził za zamkniętego w sobie dziwaka  Podobno ten osiwiały chłopak, podczas II Wojny wstąpił w szeregi partyzantów. Podejmował się bardzo niebezpiecznych zadań. Jakby szukał śmierci. Jeden z jego przełożonych zażartował mówiąc – nie zaglądaj do studni przy pełni, bo diabła zobaczysz. Odpowiedź była zaskakująca – diabła to ja już widziałem.