Żałoba i rytuały pogrzebowe

Dzisiejszy wpis stanowi odpowiedź na pytanie, które zadane zostało w jednym z komentarzy i które powtarza się w korespondencji prywatnej. Absolutnie nie czuję się autorytetem, znającym jedynie słuszne odpowiedzi. Jednak mam własny, wyrobiony przez lata pogląd na zadane tematy i pozwolę sobie podzielić się nim z Państwem.

Pytanie cytuję: „ W różnych kulturach przedstawia się różne rytuały pochówku ciała. Czy sposób pochówku ma wpływ na przejście w stan bezcielesny?

Rytuały chrześcijańskie są powszechnie znane. Proponuje od tak chociażby dla poszerzenia horyzontów przyjrzyjmy się rytuałom pogrzebowym obowiązującym w kanonie judaistycznym. Najkrócej rzecz ujmując po śmierci osoby bliskiej domownicy zasłaniają wszystkie lustra, jakie znajdują się w domu. Zgodnie z tradycją pogrzeb powinien odbyć się dobę od zgonu. Ciało zmarłego jest obmywane, zawijane w biały całun, a na oczy kładzie się skorupy z rozbitego naczynia. Razem ze zmarłym chowa się wszystkie jego opatrunki, protezy i wszelkie inne tkaniny, na których znajduje się jego krew. W Izraelu do dnia dzisiejszego zbiera się z ulicy krew na przykład ofiary wypadku. Chodzi o swoiste zachowanie integralności ciała. Po tych zabiegach zwłoki zmarłego wkłada się do trumny i przenosi z domu pogrzebowego na cmentarz, czyli kirkut. Sama uroczystość pogrzebowa jest dość krótka. Zwykle syn lub bliski krewny odmawia kaddisz. Następuje okres siedmiodniowej żałoby – sziwa, rozumianej bardzo restrykcyjnie, a po niej okres trzydziestodniowej żałoby, – szloszim, również przebieg tego etapu jest ściśle określony. Dobre dusze udają się na łono Abrahama, a złe zapełniają Szeol, czyli piekło.

Rytuał wieloelementowy i kultywowany od tysięcy lat, co bez dwóch zdań jeszcze bardziej podnosi jego rangę w oczach wyznawców. Ciało pojmowane, jako święte naczynie dla duszy pochowane zgodnie z obyczajem. Zacne to i ważne patrząc chociażby przez pryzmat szeroko pojętego humanizmu, jeśli już nie religii. Miarą naszego postępu, rozwoju i człowieczeństwa jest rozumienie doniosłości śmierci. Wydaje mi się, że bestialstwo i brak szacunku obciąża i to w poważny sposób sumienia żyjących. Czy tradycje te mają znaczenie dla duszy zmarłego?

Odpowiem pytaniem na pytanie. Czy  kadisz lub modlitwa Wieczny odpoczynek odmawiane przez więźniów na widok dymu z komina w NIEMIECKIM obozie koncentracyjnym, to za mało by czysta ludzka dusza podążyła ku swemu przeznaczeniu??? Czy ofiary reżimów grzebane w bezimiennych grobach, mają pozostać zakładnikami nieodprawionych obrzędów?? Byłoby to dla mnie zaiste pozbawione sensu i nadawało wszelkim ceremoniom rangę czarnej magii, a nie czystej i szlachetnej intencji.

Nawet zwierzęta kultywują swoiste rytuały pogrzebowe, co zostało udowodnione podczas wieloletnich obserwacji stad słoni czy małp. Dlatego uważam, że opłakiwanie zmarłych jest instynktowne. Natura wyposażyła nas w specyficzny wentyl bezpieczeństwa wobec emocji tej rangi. Nie ma znaczenia, w co i jak głęboko wierzymy, kiedy stajemy przed faktem ostatecznym jesteśmy bezbronni jak dzieci. Żadne doktryny nie są w stanie pohamować naturalnego afektu, żalu, łez. Rytuały są stworzone po pierwsze w celach praktycznych (szybki pochówek w krajach o gorącym klimacie) po drugie, aby w pewnym sensie wspomóc tych, który odchodzą, ale przede wszystkim tych, którzy pozostają. Żałoba to okres rekonwalescencji dla rodziny i bliskich w tym sensie jej rola jest nie do przecenienia.

Dopełnienie swoistego misterium pochówku daje poczucie, że zrobiono wszystko, co trzeba, aby ciało zmarłego zachowało swoją godność.

Osobiście uważam, że w chwili, kiedy ciało umiera dusza opuszcza je, aby wyruszyć na spotkanie ze swoim przeznaczeniem. Jakie są jej dalsze losy to już kwestia wiary każdego z nas. Wiary i nadziei.

W najbliższym czasie postaram się odpowiedzieć na kolejne pytania, najlepiej jak potrafię.

Słowo niemieckim napisałam celowo drukowanymi literami- to taki mój mały protest wobec licznych „przejęzyczeń” pojawiających się w międzynarodowych mediach.

 

 

 

 

Do Siego Roku !

Z okazji nadchodzącego Nowego Roku pragnę złożyć wszystkim moim Czytelnikom najserdeczniejsze, z głębi serca płynące życzenia.

Niech ten Nowy 2014 rok przyniesie to, co dobre piękne i mądre. Niech da nam nadzieję i spełnienie oraz realizację we wszystkich obszarach życia. Niech urzeczywistnią się nasze marzenia zgodnie z zasadą kosmicznej harmonii, to jest bez szkody dla kogokolwiek i czegokolwiek.

Dużo życzliwości, wzajemnego szacunku i dobrych relacji z najbliższymi i każdym, kogo napotkamy. Jednym słowem:

Radosnego i szczęśliwego Nowego Roku
z marzeniami, o które warto walczyć,
z radościami, którymi warto się dzielić,
z przyjaciółmi, z którymi warto być i
z nadzieją, bez której nie da się żyć!

 

 

zdjęcie: copyright by Dariusz Cecuda

Leon Denis „Po co żyjemy ?”

Z wielka przyjemnością przeczytałam broszurkę,   „ Po co żyjemy” autorstwa Leona Denisa. Maleńka książeczka, która bez problemu zmieści się w damskiej torebce, jednocześnie zawierająca tak bogatą treść. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że Leon Denis jest mi bardzo bliski duchowo. Podzielam sposób, w jaki patrzy on na sens oraz istotę naszego życia i śmierci. Zwłaszcza idea wędrówki dusz jest mi szczególnie bliska.

 

„ Nieśmiertelność podobna do łańcucha bez granic, roztacza się przed każdym z nas w bezmiarze czasów. (..) Teraźniejszość jest wynikiem przeszłości i przygotowaniem przyszłości. Stopień po stopniu wchodzi człowiek i rośnie. Twórca swych własnych losów, dusza ludzka wolna i odpowiedzialna obiera sobie drogę.”

Serdecznie polecam Państwa uwadze.

Dziękuję kolegom z Oficyny Wydawniczej Rivail za możliwość zapoznania się z tą pozycją.

Muzykalny Wiktor – wierny przyjaciel

Ciekawych opowieści pan Stefan zna, co niemiara. Nie ma w tym nic dziwnego. Przeżył zesłanie na Syberię gdzie stracił rodziców. Wstąpił do armii polskiej tworzonej w ZSRR i przeszedł cały szlak bojowy do samego Berlina. Dzisiaj opiszę historię, która najbardziej do mnie przemówiła.

 

Pan Stefan służył w oddziale rozpoznawczym, czyli tak zwanym zwiadzie. Mówił dobrze po niemiecku, co stanowiło spory atut. Wśród towarzyszy broni szczególnie przyjacielskie relacje nawiązał z Wiktorem. Mieli te same smutne doświadczenia z zesłania. Wiktor był człowiekiem wyjątkowo inteligentnym. Poza tym posiadał słuch absolutny. Przed wybuchem wojny rozpoczął studia w konserwatorium muzycznym, niestety niedane mu było ich ukończenie Potrafił grać praktycznie na każdym instrumencie, a jeśli nie grał to gwizdał. Kochał muzykę i chciał, aby ciągle mu towarzyszyła. Często umilał kolegom czas wygrywając ich ulubione melodie na harmonijce. Zginął na terenie Brandenburgii. Gdy przeszukiwali opuszczony dom, znalazł bandżo. Ucieszony sięgnął po instrument, niestety okazało się, że była to mina pułapka. Wiktor stracił rękę i odniósł dotkliwe obrażenia prawej strony ciała. W szpitalu odzyskała przytomność, miał świadomość tego, że umiera. Przed śmiercią powiedział do jednego z kolegów -ja już nie dojdę do Berlina, ale za to was w tej drodze przypilnuję. Zaśpiewaj dla mnie Mazurka jak już Berlin padnie. Dla Stefana śmierć kolegi była szczególnie bolesna. Wszystkich żal, ale jego wyjątkowo. Taki zdolny był.

Życie i wojna trwały dalej. Stefan z dwoma kolegami został wysłany na zwiad. Podeszli od strony lasu. Nie znam szczegółowej topografii tego terenu. Tak się jednak nieszczęśliwie złożyło, że kiedy spostrzegli Niemców i zaczęli się wycofywać nie zdążyli dobiec do lasu. Ukryli się w szopie, która stała na obrzeżach opuszczonego gospodarstwa. Zrządzeniem losu żołnierze niemieccy zatrzymali się tam i weszli do budynku mieszkalnego. Prawdopodobnie byli albo dezerterami albo stracili kontakt z oddziałem. Mieli rannego. Stefan pomyślał, że ten legendarny niemiecki porządek jest mocno przereklamowany. Niemcy tym czasem rozgościli się na dobre i wystawili wartę przed budynkiem.. Zwiadowcy byli świadomi, że nie przemkną do lasu niezauważeni. Dodatkowo Stefan usłyszał rozmowę, z której wynikało, że Niemcy planują ukryć część broni właśnie w tej szopie. Jak to mówią gorzej być nie może. Matko moja jak tu wejdą rozwalą nas na miejscu – pomyślał Stefan. Nagle wartownicy poruszyli się wskazując na tyły domu. Za budynkiem mieszkalnym znajdowało się jeszcze jedno pomieszczenie- prawdopodobnie niewielka obora. Stefan z rozmowy wywnioskował, że ktoś tam głośno gwiżdże. Wartownicy ruszyli, aby zbadać sytuację, po drodze odgrażając się, co zrobią z żartownisiem. Stefan powiedział do kolegów, chłopaki albo teraz albo nigdy. Ostrożnie otworzyli drzwi i pognali w stronę lasu. W ten sposób uratowali się i co istotne pozostali przy tym całkowicie niezauważeni. Pan Stefan twierdził, że zdecydowanie pobili rekord świata w biegu na tym dystansie. Jeden z kolegów zapytał później Stefan jak myślisz, kto tam w oborze gwizdał? Pojęcia nie mam odparł z przekonaniem, choć podejrzewał, że pomoc przyszła absolutnie nie z tego świata. W tamtym czasie i środowisku wiara w rzeczy nadprzyrodzone nie była mile widziana.

Kiedy Stefan dotarł do Berlina trwały tam jeszcze ostre walki. Po drodze kilkakrotnie ostrzeżenia Wiktora uratowały mu życie. Ostatni raz Wiktor dał o sobie znać właśnie w Berlinie. Stefan przemykał razem z kolegą wśród zrujnowanych ulic. Przystanęli, aby złapać oddech. Zrobiło się  bardzo cicho. Nagle usłyszał swoją ulubioną melodię w wykonaniu Wiktora. Dźwięk dobiegał z wysokiego budynku, który wbrew otaczającym go zgliszczom stał nieomalże nienaruszony. W jednej sekundzie Stefan ukrył się za stertą gruzów ciągnąc za sobą kolegę. Kula snajpera musnęła go w ramię, kolega wyszedł z opresji bez szwanku.

Pewnego dnia, kiedy nie było już cienia wątpliwości, co do zwycięstwa nad Niemcami, Stefan znalazł ustronne miejsce, zapalił świeczkę i przez łzy zaśpiewał Mazurek Dąbrowskiego z dedykacją dla Wiktora.

 

 

Wybór Klary

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wyobraźmy sobie starą kamienicę, wybudowana grubo przed Pierwszą Wojną Światową. Piękna fasada, pieczołowicie odrestaurowane detale. Z pozoru nie różni się niczym od innych tego typu budynków. Jedynie dodatkowy mieszkaniec, o którego istnieniu przekonani są lokatorzy, zwłaszcza ci starszej daty, czyni to miejsce szczególnym. Mówi się, że choćby na całej ulicy nie poruszyła się jedna gałązka to Klara, bo tak ma na imię bohaterka dzisiejszej historii, robi przeciąg i trzaska okiennicami z całej siły, jakby chciała dać upust swojej złości. Dodam, że okna do dnia dzisiejszego pozostały drewniane, ponieważ na plastikowe nie zgodził się konserwator zabytków. „Klara od Żydów „ ma pole do popisu.

Rodzice Klary zajmowali małe mieszkanie na parterze. Nie było dla nikogo tajemnicą, że dla tych dwojga ludzi strzałka przekonań politycznych coraz bardziej przesuwa się w lewą stronę. Obydwoje bardzo starannie wykształceni, pochodzący z tak zwanych dobrych domów, dali uwieść się ideologii równości i sprawiedliwości społecznej. Ojciec Klary był kilkakrotnie aresztowany, a nawet musiał się ukrywać, jako, że odrodzona Rzeczpospolita nie darzyła sentymentem swoich czerwonych dzieci. Zaangażowanie rodziców w tematy polityczne było głównym powodem, dla którego Klara pozostała jedynaczką. Sprawa – przede wszystkim!

Wybuch Drugiej Wojny Światowej zastał ojca Klary w Rosji. Matka zaraz po wejściu wojsk niemieckich zachorowała i zmarła. Klara pracowała, jako pielęgniarka w szpitalu, dzięki czemu miała stosowną przepustkę i mogła poruszać się nawet po godzinie policyjnej. Pewnie właśnie nocą przyprowadziła do domu dwójkę ludzi w potrzebie, lub jak mówią inni sprowadziła to całe nieszczęście.

Nie wiadomo czy ktoś doniósł na Gestapo, czy może „pozyskano” zeznania w wiadomy sposób. Późnym popołudniem pewnego lipcowego dnia pod kamienicę zajechało kilka samochodów. Obstawiono cały budynek. Gestapowcy bezbłędnie trafili do mieszkania Klary skąd wyciągnęli dwóch przerażonych Żydów. Niestety nie był to koniec dramatu. Siepacze wchodzili po kolei do mieszkań zabierając wszystkich obecnych. Istna rzeź niewiniątek.

Uratowało się tylko kilku mieszkańców, których z różnych powodów nie było w domu. W gronie ocalonych były dwie kobiety Klara oraz Teresa, obie kluczowe dla tej historii. Klara ostrzeżona w porę nie wróciła do domu. Później okazało się, że do zakończenia działań wojennych przebywała w oddziale partyzanckim Armii Ludowej. Teresa wróciła, usiłowała na wiele sposobów szukać swojej matki i ośmioletniego synka. Oczywiście nie przebywała w mieszkaniu, które z resztą szybko Niemcy zasiedlili folksdojczami. Niestety, kiedy jeden z aresztowanych sąsiadów wrócił z obozu, wszelkie jej wątpliwości, co do losu najbliższych zostały rozwiane. Teresa mieszkała u ciotki, którą się opiekowała. Często jednak przychodziła pod dom, stawała po przeciwnej stronie ulicy i patrząc w okna dawnego mieszkania płakała. Wreszcie przypadkiem dotarła do niej wiadomość, że na stare śmieci wróciła również Klara.  Jako pupilek nowego systemu, zajęła duże mieszkanie na czwartym piętrze. Lokatorzy wiedzieli o niej sporo, wielu potępiało za ukrywanie Żydów i narażenie w ten sposób tylu niewinnych ludzi na śmierć bądź piekło kacetu. Jednak Klara świetnie radziła sobie w nowej rzeczywistości. Podobno pracowała w Urzędzie Bezpieczeństwa, była widywana w towarzystwie rosyjskich żołnierzy. Sąsiedzi jej nie szanowali, ale jednocześnie bali się jej sprzymierzeńców. Każdy grzecznie mówił dzień dobry.

Teresa długo biła się z myślami, nie miała, bowiem mściwej natury. Chciała tylko powiedzieć Klarze, co o niej myśli i zapytać czy przynajmniej ma wyrzuty sumienia? Czy wie, że zniszczyła jej życie?

Czekała pod drzwiami. Tego dnia Klara wróciła sama. Kiedy zobaczyła Teresę, poznała ją od razu. Bardzo szybko między kobietami doszło do ostrej wymiany zdań. Mimo, że rozmowa przekształciła się w awanturę nikt z sąsiadów nie otworzył drzwi. Nagle rozległ się  głośny krzyk i brzęk tłuczonego szkła. W trakcie szamotaniny Klara wypadła przez okno. Zginęła na miejscu.

Po różnych perypetiach sądowych Teresa została uznana za niepoczytalną i spędziła resztę życia w szpitalu psychiatrycznym.

Dla jednych zapewne czyn Klary, którego konsekwencje dotknęły wiele osób będzie zbrodnią, dla innych aktem heroizmu. Powstaje pytanie czy winni są ci, którzy zabijali, a Klara miała prawo tak postąpić?

Jedno jest pewne. Mamy wielkie szczęście, że nie żyjemy w takich czasach i nie musimy podejmować podobnych wyborów.

Mikołaj święty, co daje prezenty

Nie lubię Świętego Mikołaja, a właściwie tego grubego gościa w przyciasnym ubraniu, którego cera (oraz rumieńce) wskazuje na systematyczne i nadmierne spożycie trunków rozgrzewających. Nie lubię tego produktu marketingowego, wylansowanego przez pewien koncern, którego wizerunek podchwyciło stu innych sprzedawców i teraz ów „święty” łypie na mnie swoimi chytrymi oczkami już od października. Chciałoby się strawestować Orwellowskie: „Wielki Brat patrzy!” na „Czerwony Król Marketingu patrzy!”. Patrzy i szykuje kolejną strategię jak tu podejść dzieci i ich rodziców. Jak wcisnąć markowany rubasznym wizerunkiem towar, który szybko okazuje się nikomu do niczego nie potrzebny lub zgoła niesmaczny, jeśli rzecz dotyczy żywności. Pytam się, co ten wytwór marketing menagerów ma wspólnego ze świętością? Wszak świętym jest nazywany.

Nie jest w tej chwili rzeczą najważniejsza czy opowieść o świętym Mikołaju z Mirry, który jak głosi przekaz uwalniał niesprawiedliwie skazanych więźniów, ratował żeglarzy, ocalił kilka dziewic przed sprzedaniem do zamtuza czy wreszcie wszystkich mieszkańców Mirry przed śmiercią głodową, jest prawdziwa czy nie. Jednak idea, której Mikołaj z Mirry jest znakomitym nośnikiem nie mówi nic o zwiększeniu obrotów handlowych tylko o czynieniu dobra i to nie koniecznie osobom najbliższym, lecz właśnie obcym w potrzebie.

O dniu 6 grudnia powiedzieć można wiele, ma bardzo bogatą historię. Do III wieku włącznie urodziny Jezusa obchodzono właśnie w tym czasie. Istnieje wiele opracowań na ten temat niemniej wszystkie podkreślają, że tradycja obdarowywania, zwłaszcza dzieci, w tym okresie sięga głęboko przed chrześcijaństwo. Rodzimowiercy celtyccy, słowiańscy czy nordyccy także mieli istoty, których pomoc miała ułatwić przetrwanie trudnego czasu zimna i ciemności. Postacie szanowane i niepospolite.

Nie mam mocy sprawczej na miarę Mikołaja z Mirry, jak z reszta większość ludzi. Jednak zawsze można w tym czasie „obdarowania dla świata” zrobić coś, co pozostaje w zgodzie ze szlachetnością i dobrem. Mały gest dla kogoś, kto ma mniej od nas, dla obcego w potrzebie.

Zwłaszcza, że to, co wysyłamy w eter wraca zawsze zwielokrotnione.

Prywatnie jest to dla mnie dzień bardzo szczególny – urodziny mojego męża.

Bardzo Go kocham i jest najlepszym prezentem, jaki dostałam od Mikołaja, Opatrzności i całego kosmosu!

Takich dobrych, radosnych i trwałych prezentów życzę wszystkim Państwu!

Co się wydarzyło w starym młynie ?

„ To nie śmierć wyrządza największą szkodę w życiu. Największą szkodę wyrządza nam to, co umiera w nas za życia „ Norman Cousins

W małej miejscowości żyła wdowa samotnie wychowująca swoją córkę. Mieszkały w domku, do którego przynależał sad i niewielkie poletko. Matka, aby utrzymać siebie i dziecko sprzedawała owoce i warzywa, plony własnej pracy. Zbierała również zioła, z których sporządzała medykamenty leczące różne przypadłości. Kobieta owdowiała bardzo wcześnie. Jednak była szczęśliwa, bo na tym świecie towarzyszył jej ktoś tak kochający i niezwykły jak jej dziecko. Dziewczyna była śliczną delikatną blondyneczką. Lecz mimo swoich kilkunastu lat zachowała umysłowość dziecka. Kochała zwierzęta, a one okazywały jej niezwykłą ufność. Miała psa, który nie opuszczał jej na krok. Razem z nim spacerowała po łąkach zbierając kwiaty, z których robiła przepiękne bukiety. Życzliwi ludzie, patrząc na nią mawiali – toż to żywy anioł!

I tu kończy się jakże urocza konwencja bajkowa.

Ludzie nieżyczliwi plotkowali, że zielarka urodziła głupkowatą dziewczynę, a szczególnie wrogo nastawieni sugerowali, że takie dziecko to pewnie kara boża. Za co – za czary! Skoro zbiera zioła często przy pełni księżyca, skoro leczy takie choroby, przy których lekarze rozkładają ręce, musi uprawiać czary. To nie jest historia z czasów średniowiecza tylko okresu po pierwszej wojnie światowej. Choć uważam, że i dziś nie brak osób gotowych rozpalać stosy dla zielarek. Nauka dowiodła w prawdzie, że wiele ziół osiąga najwyższe stężenie substancji leczniczych właśnie podczas pełni. Jednak to zawsze jakieś urozmaicenie dla znudzonych własnym życiem – podejrzewać, śledzić, i osądzać.

Jak wspomniałam dziewczyna fizycznie rozwijała się znakomicie i wyrosła na wyjątkowo urodziwą panienkę. Niestety piekno stało się przyczyną jej tragedii. Pewnego dnia wybrała się na spacer ze swoim nieodłącznym czworonożnym przyjacielem. Robiło się coraz później, a dziewczyna nie wracała. Zaniepokojona matka wyruszyła na poszukiwanie. W pewnej chwili zobaczyła psa, rozpaczliwie usiłującego przegryźć sznur, jakim został przywiązany do drzewa. Wiedziała już, że stało się coś złego. Uwolniła zwierzaka, a ten zaczął biec w kierunku rzeki. Tam znalazła swoją córkę. Pobitą, przerażoną i bezradną. Jeden rzut oka na pokrwawioną odzież wystarczył, aby mieć pewność, że dziewczyna została zgwałcona. Matka zabrała ją do domu. Dziewczyna ciągle powtarzała imiona tych, którzy ją tak okrutnie skrzywdzili. Zawiadomiono władze, z trudem spisano zeznania poszkodowanej. Jak się okazało sprawcy byli synami ludzi zamożnych. Kiedy doszło do rozprawy sądowej wynajęci przez nich adwokaci żonglowali faktami i udowadniali, że dziewczyna jest niedorozwinięta umysłowo, co stawia pod dużym znakiem zapytania wiarygodność jej zeznań. W tej bulwersującej sprawie zapadł wyrok uniewinniający. W tym czasie biedna istota, której nie tylko ciało, ale i dusza zostały dotkiliwie okaleczone, wycofała się w głąb siebie. Przestała jeść, słabła z dnia na dzień. Matka robiła, co mogła niestety na próżno. Społeczność lokalna była bardzo poruszona zarówno uniewinnieniem sprawców jak śmiercią dziewczyny, która nastąpiła w niedługim czasie. Nie było cienia wątpliwości, że ci dwaj mają na sumieniu nie tylko jej pohańbienie, ale i morderstwo. Podczas pogrzebu doszło do bardzo dramatycznej sceny. Choć każdemu przyzwoitemu człowiekowi wyda się to szczytem bezczelności, gwałciciele pojawili się na uroczystościach żałobnych razem ze swoimi rodzinami. Być może próbowali zmazać piętno zbrodni, jakiej się dopuścili. Kiedy weszli, przez kościół, który dosłownie pękał w szwach, przeszedł pomruk oburzenia. Ksiądz z lękiem spoglądał w stronę udręczonej kobiety. Nie chciał, aby pod wpływem afektu wypowiedziała słowa, których mogłaby żałować.

Jednak ona siedziała bez ruchu, nieobecna. Przez całe nabożeństwo atmosfera zagęszczała się. Kilku mężczyzn wyszło z kościoła wcześniej, a ponieważ agresywnie odnosili się do sprawców powstała obawa, że dopuszczą się linczu. Na szczęście znalazły się osoby, które chłodziły te gorące głowy. Wyprowadzono trumnę, a kiedy zaczął formować się kondukt żałobny, matka dziewczyny, podeszła do jej oprawców i powiedziała: zanim rok od dzisiaj upłynie wyrównamy rachunki, sprawiedliwość ludzka zawiodła, ale znam inną bardziej skuteczną. W pierwszej chwili obaj młodzieńcy poczuli strach, ale z czasem im przeszło.Żyli sobie spokojnie i nie przywiązywali już żadnej wagi do słów rozżalonej, zbolałej kobiety. Pewnego letniego wieczoru razem z kolegami urządzili sobie pijacką libacje w starym młynie. Powynosili z domów różne trunki i zakąski – hulaj dusza piekła nie ma. Po północy część biesiadników wróciła do domów, ci dwaj zostali, jako, że koniecznie chcieli udowodnić kolegom swoje „możliwości”. Kiedy ich rodzice zorientowali się, że synowie nie wrócili na noc, wszczęli poszukiwania. Jak to się mówi: po nitce do kłębka, przepytując kolegów trafili do starego młyna. Znaleźli tam obu chłopaków. Byli zszokowani i przerażeni. Jeden osiwiał, drugi jąkał się. Nikt nie wie, co przeżyli i widzieli tej nocy.  Wiadomość o całym zajściu rozniosła się po okolicy w błyskawicznym tempie. Z wiadomych względów oczy wszystkich zwróciły się w stronę zielarki, a ta zachowywała się jak gdyby nigdy nic. Żyła jeszcze wiele lat pomagając ludziom. Nie wiadomo czy wydarzenia w młynie miały związek z tym, co powiedziała podczas pogrzebu córki. Nikt sprawy nie roztrząsał. Młodzieńcy bez dwóch zdań pokutowali za swój haniebny postępek. Koniec końców jąkający się chłopak wyjechał do innego miasta i złożył śluby zakonne. Jego kolega do końca życia uchodził za zamkniętego w sobie dziwaka  Podobno ten osiwiały chłopak, podczas II Wojny wstąpił w szeregi partyzantów. Podejmował się bardzo niebezpiecznych zadań. Jakby szukał śmierci. Jeden z jego przełożonych zażartował mówiąc – nie zaglądaj do studni przy pełni, bo diabła zobaczysz. Odpowiedź była zaskakująca – diabła to ja już widziałem.

 

Kwestia wiary

Komentarz czytelniczki:

„Akurat tutaj bym ducha nie widziała  O tym, że zbliża się trzęsienie ziemi przewiduje mnóstwo różnego rodzaju zwierząt. Człowiek, który, na co dzień styka się z niebezpieczeństwem i trzęsieniami ziemi (górnik) mógł sobie wyrobić taki instynkt. Psychika Krzysztofa mogła „ubrać” ten instynkt w „skórę” dziadka, czyli kogoś, kogo Krzysztof kochał i mu ufał. Nie doszukiwałabym się tu duchów, a raczej podziwiała instynkt człowieka Pozdrawiam wszystkich duchomaniaków  ”

Powyżej przedstawiam komentarz Pani, która podpisała się imieniem Xenia. Zawiera bardzo interesujące uwagi. Postanowiłam, że będzie kanwą dzisiejszego wpisu.

Zjawiska tak subtelne jak te przedstawiane na blogu zawsze będą wzbudzały kontrowersje, ponieważ udokumentowanie ich w większości przypadków pozostaje poza zasięgiem kamer, aparatów czy innego sprzętu elektronicznego. Wymykają się one „szkiełku i oku” i często jedynym dowodem na ich istnienie pozostają zeznania świadków. Daje to oczywiście pole do popisu sceptykom i tak zwanym racjonalistom. Jestem przekonana, że przemyślenia Pani Xeni nie są pozbawione racji. Opisała, bowiem działanie nadświadomości, która potrafi zrobić wiele, aby uratować ludzkie życie. Zapewne przebywanie przez wiele lat w nienaturalnym i groźnym środowisku, wyostrza zmysły. Aby informacja została przyjęta, a czynność wykonana natychmiast, nadświadomość przekazuje ją w takiej formie, jaka wydaje się być najbardziej skuteczna. W przypadku tej konkretnej osoby wybrany został motyw dziadka. Istoty kochanej, ale też bardzo charakterystycznej, wręcz nie do podrobienia. Zabieg ten spotęgował efekt. Tak wyjaśnia sprawę nauka. Tak mogło być. Interpretacja jest kwestią indywidualną. Dla jednego odbiorcy naukowe podejście jest w tej konkretnej sytuacji oczywiste. Ktoś inny powie: nie wieżę teoriom Junga czy Freuda to był mój dziadek, widziałem go, uratował mi życie. Osoba wierząca może przyjąć, że jej Anioł Stróż zadziałał incognito.

Jakiś czas temu na jednym z kanałów ( chyba Discovery) obejrzałam film dokumentalny. W Nowym Orleanie zawalił się budynek mieszkalny. Ponieważ do katastrofy doszło późną nocą wielu mieszkańców już spało. Jednak kilkoro z nich tuż przed tym dramatycznym wydarzeniem znalazło się na zewnątrz. Młody niewidomy mężczyzna zeznał, że usłyszał bardzo dziwne dźwięki w ścianie. Dźwięki te zaniepokoiły go do tego stopnia, iż podjął decyzję o opuszczeniu mieszkania i przenocowaniu u rodziny. Starszy pan ocalał dzięki swojemu czworonożnemu przyjacielowi. Pies w pewnej chwili zaczął drapać w drzwi i skamleć. Widać było, że za wszelką cenę chce wyjść z mieszkania i zachęca do tego właściciela. Pan ten myślał, że piesek chce wyjść za potrzebą. Młoda kobieta zapomniała zabrać z samochodu dokumenty, które koniecznie chciała przejrzeć przed snem. I wreszcie pani w średnim wieku, przebudziła się i dostrzegła zarys sylwetki stojącej obok okna. Usłyszała też głos ( podobny do głosu zmarłej mamy), który kategorycznie nakazał opuścić budynek. Najbardziej oczywista jest sytuacja z psem. Zwierzęta mają zmysły nieporównywalnie wrażliwsze od ludzkich. Osoba niewidoma również słyszy więcej niż każdy z nas, dzięki czemu inaczej odbiera i interpretuje rzeczywistość. Zapominalska młoda dama – czyżby zbieg okoliczności? Osobiście nie wierzę w przypadki. Ostatnia ocalona – być może pomogła jej matka?  Jeśli jesteś deterministą uznasz, że nie było im przeznaczone umrzeć, a siła wyższa kierująca losem człowieczym wykorzystała wszystkie dostępne środki, aby ocalić te konkretne osoby. Jeśli liczy się dla ciebie tylko tu i teraz uznasz, że „mieli fart”. Nasz obiektywizm jest często bardzo subiektywny. Nie ma się, czemu dziwić. Trudno, zwłaszcza w starszym wieku, odrzucić względy kulturowe, religijne czy światopoglądowe i z czystym niczym niezmąconym umysłem dokonać bezstronnej analizy sytuacji. Wiara determinuje nasze życie oraz poglądy i nie chodzi mi tylko o wiarę w Boga. Wierzymy, że pani X mówi prawdę albo nie wierzymy. Wierzymy, że dany lek czy terapia nam pomoże, albo przyjmujemy go bez wiary, jednocześnie negując jego skuteczność. Wierzymy w potęgę miłości, albo w potęgę pieniądza lekceważąc wszelkie uczucia wyższe. Decyzja należy do nas. Logiczną konsekwencją jest interpretacja wydarzeń dziejących się w naszym życiu. Jeżeli ktoś przyjmuje, że wiara w duchy i zjawiska nadprzyrodzone tudzież w Boga jest oznaką ciasnoty umysłowej, to żeby go sto serafinów przeniosło przez sfery niebieskie i posadziło po prawicy Pana uzna on, że cierpi na zaburzenie psychiczne lub ma guza mózgu. I Odwrotnie osoba odbierająca świat z perspektywy duchowej apriorycznie rozpatrzy każde zjawisko, jako potencjalnie metafizycznie. Jednym słowem samo życie.

Pani Xeni dziękuję za komentarz i również bardzo serdecznie pozdrawiam!

 

Dziadek Konstanty

 

Bohaterem historii, która pragnę przedstawić jest, tak jak w poprzednim wpisie, osoba przesiedlona razem z rodzicami na Górny Śląsk. Rodzina głównego bohatera pochodzi z terenów dzisiejszej Ukrainy. W przeciwieństwie do Państwa R. ludzie ci, można by rzecz, wygrali los na loterii. Przed wojną mieszkali w bardzo skromnych warunkach, ojciec pracował, jako stolarz, matka opiekowała się pięciorgiem dzieci. Zmiany ustrojowe, z których, oględnie mówiąc, potrafili skorzystać, wywindowały ich do poziomu o jakim nie śnili. Otrzymali duże mieszkanie, dobrą pracę. Wszystkie dzieci, dzięki wsparciu w postaci stypendiów, ukończyły szkoły w tym dwoje zdobyło wyższe wykształcenie. Nie oszukujmy się ustrój komunistyczny nie każdemu łamał kości i niszczył życie. Takich karier było wiele.

Absolutnie nie jest moją intencją gloryfikowanie tamtego systemu, ale z żalem myślę ilu Janków Muzykantów pozostanie nieodkrytych, ile zdolnych dzieci nie przebije się z powodu braku odpowiednich środków i możliwości. Transformacja ustrojowa nie miała na względzie zasad sprawiedliwości społecznej. Ten smutny wniosek jest już chyba dla wszystkich ewidentny. Jednak nie czas i miejsce na takie rozważania.

Pan Krzysztof był najmłodszym z rodzeństwa. Skończył studia na wydziale górniczym i przez wiele lat był pracownikiem dozoru na jednej z kopalń. Po przejściu na emeryturę założył firmę i co tu dużo mówić dobrze mu się wiodło. W przededniu ukończenia prac związanych z budową domu, zaplanował wyjazd do Turcji. Dla niego i żony miał to być prezent z okazji trzydziestej rocznicy ślubu. Z uwagi na tak okrągły jubileusz Krzysztof nie szczędził środków i wykupił opcję obejmująca nocleg w luksusowym hotelu, tudzież mnóstwo innych atrakcji. Pierwsze dni pobytu przebiegły w atmosferze niczym niezmąconego relaksu. Pokój przestronny, wyposażony w wielkie łoże i jakby dla kontrastu mały stoliczek, przy którym postawiono eleganckie pufy.  W szóstym dniu pobytu małżonkowie pojechali na wycieczkę objazdową. Poznali „kawał historii” i mnóstwo ciekawostek. Wrócili zmęczeni, ale szczęśliwi. Krzysztof postanowił zdrzemnąć się przed kolacją, żona wola odświeżyć się i przebrać. Sen przyszedł bardzo szybko. W pewnej chwili Krzysztof usłyszał nerwowe pokrzykiwanie. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że krzyczał na niego dziadek Konstanty, nieżyjący od wielu lat. Należy wspomnieć, że Krzysztof był ulubieńcem dziadka i bardzo go kochał. Cechą wyróżniającą Konstantego był specyficzny sposób mówienia. Dziadek ze względu na mieszane małżeństwo swoich rodziców oraz lata młodości spędzone na terenie ówczesnego zaboru austriackiego mówił w czterech językach, niestety w czterech na raz. Z wiekiem ten sposób komunikowania nasilał się i czasami trudno było go zrozumieć. Krzysztof otworzył oczy i ujrzał sylwetkę Konstantego. Dziadek wymachiwał rękoma i krzyczał jak zwykle mieszając języki. Nasz bohater zrozumiał, że ma uciekać z tego miejsca, bo za chwilę wydarzy się coś strasznego, śmiertelnie niebezpiecznego. Krzysztof był przekonany, że w dalszym ciągu śni zwariowany sen, w którym zrywa się z łóżka i biegnie w kierunku szafki. Dopiero, kiedy z całej siły uderzył golenią w stolik zdał sobie sprawę, że wszystko dzieje się na jawie. Niewiele myśląc zabrał dokumenty i pieniądze, wpadł do łazienki i wyciągną z niej Basię. Wybiegli na korytarz, wzbudzając niemałe zainteresowanie, jako że Basia była w samym szlafroku. Kiedy znaleźli się na schodach prowadzących do głównego holu, odczuli pierwsze wstrząsy. Po chwili trzęsło się już wszystko dookoła. Mieli dużo szczęścia. Hotel znajdował się daleko od epicentrum trzęsienia ziemi. Basia była bardzo zszokowana, czemu trudno się dziwić. Jej mąż przeżył kilka groźnych sytuacji pracując na kopalni, więc to wydarzenie przyjął dużo spokojniej. Prawdziwe trzęsienie ziemi rozgrywało się w jego umyśle.

Kiedy po wielogodzinnych perypetiach wrócili do pokoju okazało się, że żyrandol, który wisiał nad łóżkiem spadł, a jego dolny, ostro zakończony ozdobnik dosłownie wbił się w materac! Krzysztof powiedział do żony; nigdy nie wtrącałem się w te twoje firaneczki, lampeczki i inne wystroje wnętrz, ale dziś oświadczam, że takiego żyrandola jak ten nie pozwolę powiesić w naszym domu. Nie musiał jej przekonywać.

Dopiero po powrocie z Turcji Barbara zapytała męża o jego osobliwe zachowanie tuż przed katastrofą. Słyszałam jak krzyczałeś przez sen: dziadku Konstanty!. Byłam pewna, że śni ci się jakiś koszmar. Zarzuciłam na siebie szlafrok i już miałam wyjść z łazienki, kiedy tam wpadłeś i wyciągnąłeś mnie. Skąd wiedziałeś, co się wydarzy? Instynkt samozachowawczy i tyle. Coś mi się przyśniło, obudziłem się i odruchowo zerwałem z łóżka. Wpadłem na ten idiotyczny stoliczek, krzyknąłem z bólu i to wszystko. Dziadek Konstanty cię ostrzegł prawda? Zaraz ostrzegł, sen jak sen nic nadzwyczajnego. Barbara nie drążyła tematu. Znała swoją drugą połówkę od lat i doskonale wiedziała, że prędzej wróble będą śpiewać jak kanarki niż Krzysztof przyzna się do tego, że zobaczył ducha. Z drugiej strony, gdyby nie jego materialistyczne podejście do życia nie miałaby tak luksusowych warunków, aby rozwijać własna duchowość. Widocznie nie można mieć wszystkiego. Bez względu na poglądy męża zamówiła mszę, aby w ten sposób podziękować dziadkowi za jego skuteczną interwencję. Nie miała, bowiem wątpliwości, komu zawdzięcza szczęśliwe zakończenie tureckich wakacji.

Strażnik czy opiekun ?

Historia ta w pewnym stopniu nawiązuje do opublikowanej poprzednio opowieści czytelniczki Biura-Duchów. Pojawia się, bowiem wątek ducha, który można rozumieć dwojako w zależności od nastawienia odbiorcy. Mamy tu do czynienia  z duchem, który niczym mitologiczny Cerber zazdrośnie strzeże swojego terytorium lub skarbu, ewentualnie z duchem, który świadom niebezpieczeństwa, jakie czyha na nieostrożną osobę, robi wszystko, aby zniechęcić ją do dalszych eksploracji.

Historia ta wydarzyła się na Śląsku Opolskim. Rodzina R. trafiła tam razem z innymi Polakami przesiedlonymi z polskich Kresów Wschodnich na miejsce Niemców, którzy uciekli, kiedy II Wojna Światowa miała się ku końcowi. Rodzina R. otrzymała mały, ale bardzo dobrze utrzymany domek z przyległym do niego sadem. W porównaniu z majątkiem, jaki pozostawili na Kresach dom wydawał się być nędznym ochłapem rzuconym na pocieszenie. Nie protestowali, cieszyli się, że żyją i są razem. Przetrwanie całej rodziny, zważywszy na represje, jakim komuniści poddawali osoby zamożne, graniczyło z cudem.

Wszędzie panował iście niemiecki porządek. Jednak niewielki budynek na skraju sadu pozostawał w rażącej sprzeczności do całej reszty gospodarstwa. Z zewnątrz wyglądał na porządną podmurowaną altanę, ale w środku znajdowała się istna graciarnia. Rzeczy poupychane i poustawiane jedne na drugich wypełniały szczelnie całą przestrzeń. Senior rodu R. postanowił, że uporządkowaniem altany zajmą się później. Rozpakowanie ich skromnego bagażu oraz ogrzanie domu to zadania priorytetowe. Przesiedleńcy szybko rozgościli się w nowym miejscu. Zarówno dziadkowie, jak ich syn z żoną i dziećmi cieszyli się i snuli plany na przyszłość. Pani domu myślała jak najlepiej zagospodarować ogródek warzywny. Jej mąż chciał poprawić parę rzeczy wokół domu. Przyszedł czas na altankę, w której mogły znajdować się niezbędne narzędzia. W noc poprzedzającą „atak na altanę” jak żartobliwie określał zamierzone prace młodszy pan R. miały miejsce dziwne wydarzenia. Zerwał się silny wiatr, powodując oderwanie kawałka rynny. Zwisający fragment hałasował niemiłosiernie. Ojciec i syn wyszli, aby naprawić uszkodzenie. Nagle zauważyli dziwne światło pojawiające się w okolicach altany. Światło na przemian gasło i zapalało się. Mężczyźni bez namysłu złapali siekiery i tak uzbrojeni ruszyli na zwiad. Kiedy doszli na miejsce światło zniknęło, a wiatr ustał. Uznali, że coś im się przywidziało. Rano rozpoczęli zaplanowana pracę. Po dwóch godzinach wrócili do domu poranieni i podrapani. Młodszy oświadczył – mam wrażenie, że nie porządkuję altany tylko walczę z dzikim zwierzęciem, które niemiłosiernie kąsa. Tam wszędzie są jakieś pręty, gwoździe, drzazgi, coś niesamowitego. Od tego dnia rozpoczął się ciąg niesamowitych i niepokojących zdarzeń. Światło pojawiało się regularnie, przedmioty kaleczyły dłonie i spadały na głowy mieszkańców nie wiadomo skąd, wiatr pojawiał się nagle czyniąc liczne szkody. Prace trwały i „choć polskiej krwi przelano wiele” wreszcie budynek został uporządkowany. Nie znaczy to wcale, że owe ataki niewidzialnej siły zakończył się, wprost przeciwnie trwały w najlepsze.

W tym czasie u państwa R. zatrzymał się ich krewny z rodziną. Oczekiwał na podobny przydział lokalowy. Pan ten był z zawodu geodetą, a z zamiłowania radiestetą. Postanowił zbadać teren za pomocą metod radiestezyjnych. Sprawdził dom, sad i altankę również. Kategorycznie wykluczył żyły wodne, czy inne zadrażnienia geopatyczne. Natomiast stwierdził obecność metalowych przedmiotów pod podłogą altany. Oczywiście postanowiono sprawdzić zasadność tej tezy. Skrytka była tak sprytnie zamaskowana, że gdyby nie pomoc wahadła nie odkryto by jej. W środku znajdował się istny arsenał broni, granatów i Bóg wie, czego jeszcze. W tej sytuacji zawiadomiono wojsko, przyjechali saperzy i opróżnili skrytkę. Sprawdzili też cały teren wykrywaczem metalu.

Jak się Państwo domyślacie wszystkie niepożądane zjawiska ustały.

Czy dusza traktowała ten arsenał, jako swój skarb, czy też, jako potencjalne zagrożenie dla domowników? Dla mnie to pytanie pozostaje otwarte.