Tytułem informacji

Moi Drodzy!

Wyjeżdżam na tygodniowe warsztaty z Ajurwedy.

Bardzo się na ten wyjazd cieszę. Jednak z doświadczenia wiem, że nie będę miała sposobności ani warunków, aby sprawdzać pocztę i odpisywać na maile. Proszę, więc o cierpliwość i wyrozumiałość.

Po powrocie nadrobię zaległości.

To dla mnie piękny, fascynujący ale i forsowny wyjazd.

Pozdrawiam Was wszystkich cieplutko !

Historia opowiedziana sercem III

Pozwolę sobie przedstawić relację Pani, której historia stanowi swoisty komentarz do wpisu pod tytułem „Jak nie kupować mieszkania” Jestem bardzo wdzięczna za takie relacje. Szczere i oparte na własnych doświadczeniach. Być może będzie to cenna wskazówka dla osób aktualnie szukających lokum do wynajęcia czy do kupienia. Oczywiście nie ma sytuacji bez wyjścia i każdą przestrzeń można odzyskać dla pozytywnych energii. Warto to zrobić wcześniej to znaczy zanim wprowadzimy się pod nowy adres. Tekst jak zawsze publikuje w oryginalnej postaci.

Miałam podobne doświadczenie! Ja i mój mężczyzna potrzebowaliśmy szybko kawalerki do wynajęcia. Do tej pory wynajmowaliśmy pokój w mieszkaniu z grzybem i właścicielką szachrajką. Jako, że mamy psiaka, nie było łatwo znaleźć dobrego lokum. I trafiła się okazja! Kawalerka za dość przystępną cenę, po wstępnych oględzinach bardzo nam się spodobała. Podłoga tylko w małym pokoiku była niedokończona – właściciel obiecał, że położy panele bardzo szybko. Nawet nie chcieliśmy tych paneli, bo psina się ślizga, a w innych pokojach były stylowe „klepki” lubiane przez nas, bo kojarzące się z dzieciństwem. Mieszkanko nie było jak się okazało wolne od wad: ostatnie piętro i kanalizacja wybijała, źle działające kaloryfery i spółdzielnia umywająca od wszystkiego ręce. Ale i tak byliśmy szczęśliwi! Nareszcie sami wolni od uciążliwych lokatorów. Spaliśmy w dużym pokoju aż do czasu, gdy z małego pokoiku  zrobiliśmy sypialnię.Zaczęło się nam spać gorzej lub w ogóle nie umieliśmy zasnąć. W pokoju było czasem bardzo duszno – tak, że dusiliśmy się niemal. Raz przy oglądaniu filmu (bardzo ładnego i spokojnego) odczuliśmy razem dziwną aurę.. Poczuliśmy się oboje bardzo zaniepokojeni i rozdrażnieni. Musieliśmy przerwać i pójść się przewietrzyć. Jeszcze niczego nie kojarzyliśmy.. Do czasu przygarnięcia drugiego psiaka. On dostał ten pokoik z racji tego, że z naszym się nie zaprzyjaźnił. Od tego momentu w mieszkaniu było czuć ciągle wydobywający się z pokoiku smród. Byliśmy pewni, że to nowy pies tak wonieje. Ale po przekazaniu go dalej w dobre ręce (byliśmy jego chwilową rodziną zastępczą) dziwny zapach pozostał. W końcu skojarzyliśmy fakty: listonosz zdziwiony, że nie mieszka tu już starsza pani, podłoga z panelami tylko w tym pokoju i zapach.. No tak – słodkawy mdlący..
Wyprowadziliśmy się w miarę szybko. I od tej pory uczę się ufać bardziej mojej intuicji.

P.S. Starsza pani chyba nie lubiła mężczyzn, bo ja sama z jej strony nie odczuwałam nieprzychylności (spędzałam w tym mieszkaniu całe dnie).
Mam nadzieję, że już opuściła ten smutny zakątek i jest szczęśliwa.

Pozdrawiam serdecznie!

Nimwe

Uwolnienie zbłąkanej duszy

Od momentu publikacji pod tytułem „Guwernantka, która zmieniła wszystko” otrzymałam sporo emaili z zapytaniem czy znam dalszy ciąg tej historii? Muszę przyznać, że macie Państwo znakomitą intuicję! Rzeczywiście ta historia ma ciąg dalszy. Całość mogłaby spokojnie stanowić kanwę, jeśli nie książki to przynajmniej obszernego opowiadania.

Na marginesie pragnę dodać kilka słów:

Nie jest tajemnicą, że marszałek Piłsudski, jak większość osób ze szczytów władzy, korzystał z rad jasnowidza. W tym wypadku wybór padł na wybitnie predysponowanego w tej dziedzinie Stefana Ossowieckiego, któremu marszałek ofiarował własną fotografię z dedykacją: „Panu Stefanowi Ossowieckiemu na pamiątkę naszych rozmów w zrozumieniu tego, czego nie ma, a co jest”. Gest wart jest odnotowania, ponieważ własnoręczne dedykacje marszałka zdarzały się nader rzadko. Szczególną estymą Wodza cieszyła się również Agnieszka Pilchowa – jasnowidząca z Wisły, która dodatkowo leczyła Józefa Piłsudskiego korzystając ze znajomości ziół oraz uzdolnień bioenergoterapeutycznych.

Tyle dygresji -ad rem!

Pan Michał rzeczywiście głęboko zainteresował się ezoteryczną strona życia. Za przykładem marszałka Piłsudskiego, brał udział w seansach spirytystycznych, a w chwilach podejmowania ważnych decyzji korzystał z pomocy samego Stefana Ossowieckiego. Michał walczył w kampanii wrześniowej, dostał się do niemieckiej niewoli, z której udało mu się uciec. Wrócił do stolicy, jednak ze zrozumiałych względów nie mógł przebywać pod adresem domowym. Ukrywał się u przyjaciół, a następnie został członkiem oddziału leśnego. Walczył przez cała okupację, brał udział w Powstaniu Warszawskim. Właśnie dzięki relacjom kolegów z konspiracji poznał dalszą historię tego miejsca i ducha nieszczęsnej dziewczyny. Właściciel majątku ziemskiego, którego Michał poznał kilka lat wcześniej okazał się prawdziwym patriotą. Współpracował z partyzantami. W pewnym okresie dosłownie pod nosem Niemców. Kiedy zagarnęli jego piękny, wygodny dom, łaskawie oferując w zamian możliwość zajęcia tak zwanego „domku letniego?. Zbłąkana dusza guwernantki w pewnym sensie przysłużyła się ojczyźnie i owemu dziecińcowi. Ukazała się, bowiem niemieckiemu oficerowi, kiedy ten wracał na kwaterę. Przyprawiła go o zawał serca. Jego kierowca zeznał, że w drodze powrotnej oficer nagle kazał zatrzymać samochód. Wysiadł z niego i zaczął iść w kierunku dużego drzewa, wykrzykując przy tym, „Co pani tu robi”. Nagle Niemiec gwałtownie zawrócił, zdążył jeszcze podbiec do samochodu i stracił przytomność. Wszystko to działo się przed oniemiałym kierowcą. Był to młody, prosty chłopak. Niewiele myśląc zapakował nieprzytomnego szefa do samochodu i odjechał. Wezwany lekarz stwierdził atak serca, co wyeliminowało oficera z pełnienia obowiązków. Jego następca okazał się człowiekiem dużo wyższej kultury, wielokrotnie okazał ludzką twarz i bardzo dobrze traktował gospodarzy oraz polaków w ogóle. To właśnie on ostrzegł dziedzica, aby uciekał przed nadchodzącą Armią Czerwoną, gdyż grozi mu wywózka w głąb Rosji albo śmierć. Gospodarze uciekli do rodziny mieszkającej w dużym mieście i tam przeczekali najstraszliwsze chwile. W tym czasie ich dom zajęto na kwaterę dla lejtnanta i jego podwładnych z bratniej armii. Osobliwy wypadek zdarzył się po wyjątkowo suto zakrapianej imprezie. Lejtnant razem z towarzyszami poszedł popływać w rzece. Co zobaczył niewiadomo? Najpierw gonił po polu wykrzykując, aby krasawica przed nim nie uciekała. Później wyjął z kabury broń i zaczął strzelać jak oszalały do koła, raniąc przy tym jednego z żołnierzy. Wprawdzie duchy, nawiedzone mosty i podobne zjawiska nie mieściły się w założeniach materializmu dialektycznego. Jednak obecność w tym miejscu źle wpływała na morale żołnierzy. Z uwagi na powyższe czerwonoarmiści opuścili majątek, a pechowy lejtnant wylądował w psychuszce.

Kiedy właściciele powrócili, zastali dom kompletnie zdewastowany. Szczęśliwie cenne przedmioty ukryli w lesie jeszcze przed wyjazdem. Z radością powitali Macieja (woźnicę), jego żonę oraz resztę swoich dawnych pracowników. Oczywiście było im dane przejść przez wywłaszczenie i wiele innych nieprzyjemności, ale przetrwali wszystko. Pewnego razu Maciej przywiózł do ich domu kobietę, którą znalazł przy budynku stacji kolejowej. Niewiasta była zabiedzona, rozgorączkowana, nieprzytomna. Zajęto się nią troskliwie. Sprowadzono lekarza, który stwierdził zapalenie płuc. Rokowania nie były optymistyczne, ale szczęśliwie kobieta doszła do siebie. Kiedy odzyskała przytomność powiedziała, że ma na imię Teresa. Nie chciała opowiadać o sobie. Napisała tylko list, który koniecznie powinien zostać dostarczyć do biskupa. Wezwany ksiądz po dłuższej rozmowie w cztery oczy, obiecał spełnić jej prośbę. Teresa odzyskawszy siły zaczęła spacerować po lesie i okolicznych łąkach. W tych wędrówkach towarzyszyła jej córka gospodarzy. Kiedyś zaszły aż do mostku i wtedy dziewczyna opowiedziała jej tragiczną historię guwernantki. Teresa po dłuższym namyśle obiecała, że rozwiąże tą sprawę gdyż trzeba skrócić cierpienia zagubionej duszy. Następnego dnia wybrała się w to miejsce sama. Jednak ciekawska młódka nie dała za wygraną i z pewnej odległości obserwowała poczynania Teresy. Z pozoru nie działo się nic nadzwyczajnego. Kobieta spacerowała z zamkniętymi oczami, w pewnej chwili zaczęła rozmawiać z, no właśnie, z kim? Teresa jeszcze dwukrotnie udawała się na mostek. Wreszcie oświadczyła, że samobójczyni wybaczyła sobie i innym, spokojnie odeszła do Boga.

Teresa również odeszła – w niedługim czasie przyjechały po nią dwie zakonnice i przedstawiły odpowiedź od biskupa. Kobieta pożegnała się z domownikami, serdecznie podziękowała za wszystko i prosiła żeby jej nie szukać, bo to może sprowadzić na wszystkich kłopoty. Od czasu działania tajemniczej Teresy ( nie przypuszczam, aby to było jej prawdziwe imię) żadne widzenia w okolicach mostu nie miały już miejsca. Tytułem podsumowania przychodzą mi do głowy tylko te słowa „ wybaczanie jest kluczem do szczęścia „

 

Archaniołowie i wniebowstąpieni mistrzowie Doreen Virtue

Nawiązałam współpracę z wydawnictwem Studio Astropsychologii, dzięki czemu będę miała okazję przedstawić Wam interesujące pozycje książkowe. Nie ukrywam, że właściwie od samego początku mojej drogi związanej zarówno z ezoteryką jak i medycyną naturalną korzystam z wielu książek dostępnych właśnie w tym wydawnictwie. Często Studio Astropsychologii wydaje tytuły unikalne na polskim rynku. Nie bez znaczenie (przynajmniej dla mnie) jest fakt, że książki posiadają piękną szatę graficzną, co czyni je atrakcyjnymi prezentami dla przyjaciół czy znajomych.

Pierwszy tytuł, który pragnę polecić Waszej uwadze to „Archaniołowie i Wniebowstąpieni Mistrzowie” autorstwa dr Doreen Virtue.

Sama postać, Doreen Virtue jest niezwykle interesująca. Doktor psychologii, jasnowidz i metafizyk w jednej osobie. W medytacjach nawiązuje ona szczególnie bliski kontakt z aniołami. W oparciu o ich przesłania opracowała metody skuteczne w najlepszej komunikacji z nimi. Od lat prowadzi na całym świecie warsztaty dla osób pragnących nauczyć się porozumiewać z tymi cudownymi istotami.

Publikacja ta z jednej strony jest swoistym przewodnikiem  „who is who” w świecie duchowym, a z drugiej uczy jak skutecznie zwracać się o pomoc w różnych aspektach życia.

Oto fragment:

„Archanioł Azrael dodaje ludziom otuchy przed ich śmiercią (…) Otacza on także rodzinę w żałobie uzdrawiającą energią i boskim światłem, by pomóc jej w poradzeniu sobie ze stratą i dalszym życiu.(…) Azrael wspiera nas i jest źródłem łagodnej siły i pocieszenia”

Nie jesteśmy pozostawieni samym sobie. Korzystajmy z tego, co jest nam dane w sposób naturalny i nie wstydźmy się prosić.

 

Efekt placebo,czy łaska wybaczenia ?

 

Czas na kolejną historię tym razem zawierającą wątek obyczajowy, nie mniej ważny od duchowego.

Marcin wrócił do domu po tak zwanym „ciągu dyżurów”. Przywitał się z żoną, która głosem pełnym rezygnacji poinformowała go, że młodsza córka zaraziła się od starszej i teraz obie mają anginę ropną. Rewelacja – szpital domowy. Jakby tego było mało, kontynuowała połowica, kilka razy dzwoniła twoja matka. Boli ją stopa i żąda żebyś: przyjechał, zbadał i wyleczył.

Ma sąsiada chirurga dosłownie vis a vis, mogła go poprosić!

Sugerowałam jej takie rozwiązanie, ale wykrzyczała mi w słuchawkę, że nie po to wydała krocie na twoją edukację, żeby się prosić sąsiada. Marcin nerwowo zacisnął szczękę – mama jak zwykle urocza!

Dasz radę z dziewczynkami? Wypiję kawę i pojadę zobaczyć, co jej dolega. Marcin zastał matkę leżącą na kanapie z prawą nogą opartą na poduszkach. Rzeczywiście stopa nie wyglądała dobrze, była zaczerwieniona i opuchnięta. -Mówiłem ci już sto razy, czas zrezygnować z butów na wysokim obcasie.

Miałam na sobie sandałki, kiedy to się stało. Poszłam na grób ojca i zobaczyłam, że krząta się tam kobieta. Schowałam się za drzewem i czekałam aż odejdzie. Kiedy sobie poszła, zbliżyłam się i zobaczyłam wielki bukiet z czerwonych róż. Ze złości wyjęłam go z wazonu rzuciłam pod drzewo i podeptałam. Kolec wbił mi się w palec i tak to właśnie było. Marcin pomyślał z goryczą, jakie to do ciebie podobne – mamo. Głośno powiedział: ewidentnie rozwija się infekcja, jesteś pewna, że to był kolec, a nie na przykład kawałek szkła, czy gwóźdź? To był kolec wyjęłam go sobie własnoręcznie.

Zabiorę cię do szpitala, zrobimy zastrzyk przeciwtężcowy i pomyślimy, co dalej. Marcin ty wiesz, że to była TA kobieta? Mamo nie czas teraz na roztrząsanie spraw rodzinnych, od wielu lat ty i ojciec żyliście każde swoim życiem, czy naprawdę masz mu za złe, że znalazł sobie kogoś innego? Matka zamilkła. Już w drodze do szpitala gwałtownie wzrosła jej temperatura. Po konsultacji z kolegami, Marcin postanowił zostawić matkę pod ich opieką, a sam pojechał do domu. Następnego dnia zrobiono komplet badań, które nie ujawniły przyczyny rozwijającego się stanu zapalnego. W dodatku najlepszy kolega Marcina, zatrzymał go na korytarzu i powiedział: nie gniewaj się stary, ale twoja mama, delikatnie mówiąc, ma trudny charakter. Mam nadzieję, że niebawem będzie można wypisać ja do domu. Ustawia wszystkich do koła z ordynatorem włącznie, a wiesz, że to się może zemścić na tobie. Marcin wszedł do izolatki i bez entuzjazmu rozpoczął tę trudną rozmowę. Matka obiecała nie ambarasować swoją osobą całego personelu i nagle wyznała:, kiedy wróciłam z cmentarza zasnęłam i śnił mi się ojciec. Był wściekły. Powiedział, że odpokutuje za to, co zrobiłam i nie chodziło mu bynajmniej o zniszczone kwiaty. Synu on chyba rzucił jakiś urok i teraz stracę nogę, jestem tego pewna! Ta nagła szczerość matki spadła na Marcina jak przysłowiowy grom z jasnego nieba. Jeszcze tego brakowało – czary jakieś! Mamo ja nie wierzę w takie rzeczy i w tym tonie rozmowy prowadzić nie zamierzam. Lada dzień będą wyniki z posiewu krwi, znajdziemy przyczynę i wyeliminujemy problem. Zachowujmy się jak ludzie wykształceni, żyjący w XXI wieku.

Wieczorem Marcin zwierzył się żonie z niedorzecznych wymysłów matki – klątwa, zemsta zza grobu – totalne brednie. Żona zamyślona milczała – tylko mi nie mów, że ty też w to wierzysz? Marcin wierzę, że twoja matką targają wyrzuty sumienia, wierzę, że istnieją choroby, które swój początek mają w psychice pacjenta, wierzę wreszcie, że badania przeprowadzono rzetelnie, a jednak nie wykryto żadnej jednoznacznej przyczyny wyjaśniającej jej chorobę. W to wierzę.

Minęło kilka dni, a stan matki pozostawał bez zmian. Mimo zmęczenia po nocnym dyżurze Marcin postanowił pojechać na cmentarz. Znalazł ową nieszczęsną wiązankę podeptaną i zaschłą. Jednak oprócz kolców nie doszukał się niczego, co mogłoby stanowić przyczynę infekcji. Usiadł na ławce obok grobu ojca i patrzył na jego zdjęcie. Bardzo mu go brakowało. Słońce świeciło coraz mocniej, zapowiadał się upalny dzień. Marcin zdrzemnął się i we śnie znalazł w domu rodzinnym. Siedział z ojcem przy stole, grali w szachy – jak zwykle przegrywał. W pewnym momencie ojciec podniósł wzrok z nad szachownicy i powiedział: przekaż jej żeby tu nie przychodziła. Rozumiesz? Nie chcę tego. Wybaczam twojej matce, ale nie chcę tych wizyt. Tato czy to ty zrobiłeś? No wiesz, chodzi mi o chorobę mamy. Synu przeceniasz moje możliwości. Jeśli chcesz jej pomóc – zastosuj placebo, najlepsze lekarstwo świata. Obudził go dźwięk dzwonka w telefonie. Dzwoniła żona: gdzie jesteś? Na cmentarzu i już wiem, co robić, teraz jadę po lekarstwo. Marcin pojechał wprost do swojego kolegi, właściciela apteki i świetnego farmaceuty. Wyjaśnił mu, sytuację i poprosił o pomoc. Kolega zaproponował maść o silnym, bardzo egzotycznym zapachu, która lekko rozgrzeje skórę, dzięki czemu chora nabierze przekonania, że specyfik działa. Aby pogłębić efekt psychologiczny polecił kupić jakieś egzotyczne puzderko w sklepie z rozmaitościami ze wszystkich stron świata.

 

Dzisiaj trudno powiedzieć czy na pacjentkę podziałała maść, którą( według zapewnień syna) sprowadzono aż z Ameryki Południowej ? Czy też przekaz od ojca – mówiący o wybaczeniu?

 

Jedno jest pewne Marcin wzbogacił swoją sztukę medyczną i zrozumiał, że wszystkie choroby zaczynają się w umyśle pacjenta.

Wielkie podziekowania dla Was wszystkich !

Moi Drodzy!

Śpieszę poinformować Was, że blog Biuro Duchów został dodany do Loży Kultowej.

http://www.blog.pl/znani/Loza-kultowa

 

 

Jest to możliwe tylko dzięki ogromnemu wsparciu, jakie otrzymuję z Waszej strony. Ta dobra energia pozwala mi pisać i odpowiadać na wielką ilość emaili, jaką odbieram prawie każdego dnia..

Blog to dla mnie taka swoista przygoda życia – cieszę się, że mogę dzielić ją z Wami!

Czym jest spirytyzm ? Allan Kardec

Dzięki uprzejmości Przyjaciół z wydawnictwa Rivail zapoznałam się z dziełem Allana Kardeca, „Czym jest spirytyzm?”

Allan Karedec to erudyta, człowiek o nieprzeciętnym umyśle, posiadający coś, co ja nazywam „werwą intelektualną”, rzadką cechę, dzięki której można patrzeć na świat i ludzi z wysokiej perspektywy. Bez dwóch zdań zasłużył na miano ojca ruchu spirytystycznego.

Książka napisana jest w formie dialogów, co czyni treść bardzo przystępną. Autor dyskutuje ze sceptykami, naukowcami oraz katolickim księdzem. Wyjaśnia istotę rzeczy i z zachowaniem zasad logiki odpiera ich argumenty. Rozmowy stanowią pretekst do przedstawienia doktryny spirytyzmu. W tomie znajdziemy także odpowiedzi na wiele interesujących pytań, które autor uzyskał w czasie wielokrotnych kontaktów z duchami wyższymi. Mnie szczególnie zainteresowały wątki związane z reinkarnacją.

Lektura obowiązkowa dla każdego, kto przyjmuje prawdę istnienia duszy i jej wędrówkę mającą na celu doskonalenie w drodze do Boga.

Szkoda, że dopiero teraz trafiłam na tę pozycję – mogłam zaoszczędzić sobie wiele chwil niepewności oraz poszukiwań, które często biegły wyidealizowanymi lub krętymi ścieżkami.

Niestety w tym życiu wydajność intelektualna na poziomie Allana Kardeca nie jest mi dana. Jeszcze raz serdecznie polecam!

Trzeba wysłuchać każdego cz.2

Kontynuuję moją rozmowę z Kurtem. Nie streszczam poprzedniej części, wystarczy cofnąć się do poprzedniego wpisu.

Kurt zarzucił mnie stekiem ideologicznych frazesów na usprawiedliwienie wyższej konieczności i wszystkich czynów z tym związanych. Zamilkł na chwilę, po czym wrócił do tematu bliskich sobie kobiet, to jest matki i siostry. Opowiadał o prezentach, które  im podarował, o radości nastoletniej panienki mierzącej nowe ubrania i matce dumnej z pozycji syna. Dzięki niemu cała rodzina, nie wyłączając ojca, mogła aspirować do awansu społecznego. „Ja byłem ważny, nosiłem mundur i wiele mogłem. Kupiłem im ładny domek i mama miała ogródek, który kochała. Nawet żona lekarza kłaniała jej się pierwsza.” Zapytałam, czemu tak mało mówi o ojcu? Wyraźnie się zmieszał i zaczął tłumaczyć, że ojciec był mrukiem. Odniosłam wrażenie, że jego ojciec nie podzielał entuzjazmu damskiej części rodziny, być może miał wiedzę na temat tego, czym zajmuje się tajna policja, a więc i jego syn. Zapytałam: czy funkcjonariusze byli aż tak dobrze opłacani? Skąd miał fundusze na wystawny styl życia i podarunki dla najbliższych? Riposta była natychmiastowa – radziłem sobie, wojna nie jest dla słabych! Czyli szantażowałeś, zabijałeś i torturowałeś wielu ludzi żeby mama miała ogródek? Nastąpił atak szału, kopanie mebli (rozmawialiśmy w eleganckim gabinecie) i tym podobne ekscesy. Wybudziłam się, mimo wszystko nie uważam żeby moim obowiązkiem był udział w takim przedstawieniu.

Szczerze mówiąc miałam nadzieję, że jego germańska buta weźmie górę i ujmując rzecz kolokwialnie strzeli focha z przytupem, dając mi tym samym spokój. Niestety nastąpił ciąg dalszy z tym, że nie miałam już przed sobą cytuje „rycerza czarnego zakonu” (malownicze określenie prawda?) tylko gościa w rozchełstanym mundurze i podłym nastroju. „Muszę ci coś wyznać, pewna żydowska rodzina zaoferowała mi ogromną kwotę za uwolnienie i nowe dokumenty. Nie patrz tak na mnie to była uczciwa transakcja, mogłem ich przecież rozwalić pod pierwszym lepszym murem! „ Co za pokrętna moralność pan życia i śmierci wywiązał się z umowy, którą szantażem wymusił. Takich wypowiedzi nie da się słuchać na spokojnie, pozostając bezstronnym.” Zapłata była w złocie i brylantach. Ta Żydówka miała takie dziwne oczy i wiesz oni przetrwali wojnę, a ona żyje do dziś. Widuję ją, jest stara, ale te oczy – nie mogę na nią patrzeć. Poszedłem sprzedać część kamieni do jubilera, on skupował towar od wszystkich. Tego wieczoru upiłem się, a kolega zaproponował pójście do wróżki. Nie wiem, co mnie napadło chciałem jej dać jeden z tych pierścionków. Potrzymała go w dłoni i oddała mówiąc, że to złoto jest przeklęte i ściągnie nieszczęście na właściciela. Ona miała rację, ale ja się z tego śmiałem. Dałem złoto mojej mamie. Przegrywaliśmy, chciałem ją zabezpieczyć. Matka podzieliła wszystko na trzy części, ofiarowała jedną swojej siostrze. Ciotkę zabili Rosjanie – znaleźli precjoza i chcieli więcej. Mama i siostra przeżyły, ale chorowały i do póki nie pozbyły się złota, źle im się działo. Oni mają taką klątwę – Mane,Tekel, Fares  – teraz to wiem. Musiałem patrzeć na to wszystko i nie mogłem nic zrobić. Zrozumiałbym zemstę na mnie, ale na moich bliskich? Nienawidzę tej czarownicy!

– Nie sądzę, aby trzymała cię tu nienawiść, masz wygodny pretekst, aby pozostać w zawieszeniu między wymiarami. Ty „teutoński wojowniku” boisz się ponownego spotkania z matką i swoimi bliskimi!

Chyba trafiłam z diagnozą, bo odszedł tym razem bez słowa.

Znalazłam ciekawą interpretacje owego Mane,Tekel,Fares – autor to Cyrus Gordon :

„Będziesz zdziesiątkowany, podzielony, aż do zatracenia.”

 

Trzeba wysłuchać każdego …

Moim Opiekunem, którego bardzo cenię i darze wielkim zaufaniem, jest Tadeusz. Jego historię pozwolę sobie opisać w najbliższym czasie. Jeśli Tadeusz pojawia się, kiedy zasypiam, wiem, że czeka mnie rozmowa z nim lub z kimś, kogo przyprowadził. Zdążyłam się już przyzwyczaić do różnych postaci, ale niedawno przeżyłam wielkie zaskoczenie, kiedy obok mojego Opiekuna zobaczyłam postać Niemca w mundurze Gestapo. Poczułam się w tej sytuacji wyjątkowo niekomfortowo. Tadeusz widząc, że chcę się wybudzić i odejść, powstrzymał mnie słowami „ Nie jesteś tu żeby oceniać”. Zostałam, więc, aby słuchać.

Mój rozmówca ma na imię Kurt, swój ostatni żywot zakończył, jako wysoki rangą funkcjonariusz Gestapo. Zginął podczas ataku francuskiego Resistance na konwój, którym dowodził. Kurt uważa, że poległ śmiercią bohatera. Opowiedział mi historię swojej rodziny. Przedwojenną biedę i dobrobyt za czasów największego przywódcy w historii Niemiec (znanego obecnie, jako kryminalista Adolf H.). Kiedy mówił o swojej matce, a zwłaszcza o młodszej siostrze jego twarz traciła zaciętość, bardzo łagodniał? Bezdyskusyjnie jakaś cząstka jego osobowości zachowała zdolność do uczuć wyższych. Natomiast snując opowieści o wodzu, cały tężał i z przejęciem wygładzał swój nieskazitelny mundur. Podobno miał okazję spotkać wodza osobiście i ten uścisnął mu dłoń, jako człowiekowi w najwyższym stopniu oddanemu sprawie. ( Zakładam, że Kurt mówi prawdę, ponieważ głos mu się łamał ze wzruszenia, na wspomnienie tej wiekopomnej chwili). Zapytałam go o pobyt we Francji. Odparł, że przebywał tam od „samego początku”. Wspominał swoje piękne mieszkanie, smaczne i jedzenie i cudownych Francuzów, z którymi doskonale się współpracowało. Zdziwiłam się – przecież zginąłeś z ich ręki? Kurt odpowiedział, że Resistance to byli głupi bandyci, on pracował z ludźmi mądrymi, którzy w pełni rozumieli potrzebę oczyszczenia społeczeństwa z tej semickiej zarazy. Zaczęłam się denerwować. Zapytałam jak można było zabijać nawet małe dzieci? Odpowiedział, że jestem sentymentalna i nie rozumiem, co to wyższa konieczność. Ma racje nigdy życiu tego ani nie zrozumiem, a tym bardziej nie zaakceptuje.

W tym miejscu przerwę jego opowieść.

Nie dawała mi spokoju ta „owocna współpraca” z Francuzami. Wcześniej niejednokrotnie zastanawiałam się na ile antysemityzm był częścią nazistowskiego planu, a na ile różne grupy społeczne wykorzystały go, aby dać upust własnym uprzedzeniom, fobiom i lękom. Podobne pytanie można formułować w każdym wypadku, gdy do głosu dochodzi skrajny nacjonalizm. Wnioski są niestety niewesołe, dobry pretekst działa jak katalizator. Oczywiście najlepszym z pretekstów są zawsze pieniądze, zyski, profity…

Często w różnych mediach spotykam się z opinią, że Polacy to antysemici, że niechęć do narodu wybranego wysysamy z mlekiem matek. To poważne oskarżenia i bardzo niesprawiedliwe. Po kontakcie z Kurtem znalazłam wiele informacji na temat losu Żydów, którzy mieszkali na terytorium Francji, po wkroczeniu tam wojsk niemieckich. Stworzono dla nich obozy takie jak  Drancy czy Gurs. Z tych „placówek przejściowych” wywożono zatrzymanych do Oświęcimia i innych obozów zagłady. Niesławny rząd Vichy gotów był na każdą współpracę z Niemcami byle tylko mienie żydowskie pozostało we Francji. Masowe aresztowania nie byłyby wykonalne bez operatywnych, francuskich sojuszników. Wstrząsające wydarzenia miały miejsce między 16 a 17 lipca 1942 roku. Aresztowano 14 tysięcy Żydów w tym 4 tysiące dzieci – przeważająca większość zginęła w obozach koncentracyjnych. Oczywiście nie chcę tu obrażać całego narodu francuskiego. Bardzo wiele osób, zwłaszcza dzieci, przeżyło dzięki poświęceniu, ofiarności i odwadze tych Francuzów, którzy zachowali honor i człowieczeństwo. Niemniej skala kolaboracji była ogromna.  Owszem w Polsce miały miejsce pogromy, wstydzę się za Jedwabne, za szmalcowników. Jednak na przeszło 24 tysiące medali Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata, które przyznają sami Żydi, uhonorowano 6394 osoby obywatelstwa polskiego. Ludzie ci pomagali narażając życie swoje i swoich rodzin. W innych okupowanych krajach owszem były restrykcje, ale nie tak ostateczne.

Musiałam napisać powyższy tekst, ponieważ czuję się, jako Polka szkalowana, kiedy w międzynarodowych i krajowych mediach pojawiają się opinie jak choćby ta „ zakaz uboju rytualnego to kolejny przykład skrajnego antysemityzmu Polaków”. Musimy mieć odwagę bronić swojej godności. Dopiero teraz rozumiem, czemu Tadeusz zaaranżował tą rozmowę – pomógł mi podjąć decyzję i obudzić się! Do rozmowy z Kurtem wrócę w najbliższym czasie, jest miejscami zaskakująca i chociażby z socjologicznego punktu widzenia warta uwagi.

 

Wokalistka

Dzisiaj pragnę opisać historię mojego kolegi Piotra. Byliśmy rówieśnikami,Piotr studiował medycynę. Jego rodzina nie należała do biednych, ale mimo wszystko z trudem wytrzymywała ciężar finansowania tych studiów. W związku z tym Piotr dorabiał wszędzie gdzie się tylko dało. Był to okres, kiedy spółdzielnie studenckie działały pełną parą. Pewnego dnia otrzymał nieco zaskakującą propozycję pracy: przygotowanie zwłok do ceremonii pogrzebowych. Długo się nie namyślał. Ze zwłokami ludzkimi miał już kontakt, a oferowana płaca była przekonująca. W chwili obecnej branża usług pogrzebowych oferuje  profesjonalnych wizażystów, wówczas ta gałąź usług nie była tak rozwinięta. Pewnego razu spotkałam Piotra u Doroty naszej wspólnej koleżanki. Zapytałam jak sobie radzi w tej mimo wszystko specyficznej pracy. Odpowiedział, że dobrze – „ wiesz ja po prostu cały czas do nich mówię, na przykład teraz pana ogolimy, albo umyjemy, założymy tą piękną białą koszulę i jest OK.”. Okazało się, że Piotr ma tylko jeden mały problem. Do tej pory jego klientele stanowili mężczyźni . Obawiał się, że kiedy przyjdzie mu szykować kobietę, rodzina może zażyczyć sobie zrobienia makijażu, a to dla niego byłaby zupełna nowość. Postanowiłyśmy pomóc koledze. Piotr poznał różne kobiece akcesoria i sztuczki oraz ćwiczył wykonanie makijażu na nas obu. Pierwsze próby wypadły tragiczne,  ale w końcu  podstawy zostały opanowane. W tym miejscu dodam, że pracodawcy byli z Piotra niezmiernie zadowoleni. Zawsze punktualny, staranny i w przeciwieństwie do swoich, że tak powiem, kolegów po fachu nie nadużywał alkoholu. Pewnego popołudnia zadzwoniła do niego szefowa z prośbą, aby przyszedł i przygotował ciało młodej kobiety, ofiary wypadku.  Osoba, która miała to zrobić zwyczajnie zawaliła sprawę, a ceremonia pogrzebowa była zaplanowana na następny dzień. Krótko mówiąc sytuacja awaryjna. Piotr zgodził się, mimo, że, miał  zgoła inne plany na wieczór. Przyjechał na miejsce i od razu wziął się do pracy. W trakcie, kiedy ubierał tę kobietę usłyszał śpiew dobiegający z zewnątrz. Ktoś nucił znany przebój. Piotr wyjrzał na korytarz, ale nikogo tam nie było. Wrócił do przerwanych czynności. Po kilku minutach sytuacja się powtórzyła. Ponownie poszedł sprawdzić, kto tak ładnie śpiewa. Do tej pory był świadkiem popisów wokalnych sprzątaczki, ale jej repertuar ograniczał się do pieśni maryjnych. Piotr przyznał, że zrobiło mu się „jakoś dziwnie”. Dokończył pracę, przyjrzał się swojemu „dziełu” i  z zadowoleniem skonstatował, że kobieta wygląda jak żywa, czyli tak jak chcą ją widzieć bliscy. Udało mu się zatuszować nawet paskudnego krwiaka na jej czole. Przez cały czas słyszał śpiew, raz głośniej raz ciszej tak jakby wokalistka spacerowała po budynku. Nagle wszystko ucichło. Przy wyjściu Piotr chciał zapytać portiera czy też coś słyszał, ale starszy pan nie dość, że był przygłuchy to jeszcze oglądał program sportowy przy maksymalnym nagłośnieniu.

Kilka dni później Piotr przyszedł po wypłatę. Szefowa dołożyła premię, za uratowanie sytuacji. Pochwaliła Piotra „jak ty zrobiłeś tą śliczną śpiewaczkę, no normalnie mistrzostwo świata”.

– Czy ta młoda kobieta zawodowo śpiewała?

–  Tak, gdyby nie ten nieszczęśliwy wypadek to pewnie zrobiłaby wielką karierę, w końcu miała i talent i urodę.

W tym momencie Piotr poczuł ciarki na całym ciele, ale nie dał nic po sobie poznać. Przy wyjściu zaczepił go portier.

-Panie Piotrusiu, a co pan taki zamyślony czy zakochany?

Piotrek przystanął, lubił pana Kazia.

– Powiedziałbym panu, ale obawiam się, że mnie pan wyśmieje.

– Coś pan w życiu! – Zapewnił Kazik.

Piotr opowiedział całą historię. Pan Kazio nie wyglądał na specjalnie zdziwionego.

– Myślę, że ona chciała panu podziękować , widocznie efekt jej się podobał. Ja tam w takie rzeczy po prostu wierzę!

– Na wojnie miałem kolegę, pół roku żeśmy razem służyli. Na początku inni mu dokuczali, bo niby z papierów dwadzieścia dwa lata, a wyglądał jak szczeniak. Parę razy tym, co dokuczali powiedziałem do słuchu, w krótkich żołnierskich słowach oczywiście. Zaczepki się skończyły. To był dobry, szczery chłopak, niemiecki snajper go zdjął we Wrocławiu. Szkoda było, ale co zrobić? On mi się po śmierci trzy razy pokazał i z ręką na sercu powiadam, że jakby nie te jego ostrzeżenia to bym dziś z panem nie rozmawiał. Każdego roku za niego mszę zamawiam z wdzięczności.

Ten wywód bynajmniej Piotrowi nie pomógł, a wręcz przeciwnie ! Podkopał fundamenty na, których opierał się jego światopogląd.

Piotr pracował w tej branży prawie do końca studiów. Ta historia nie dawała mu spokoju, w mojej obecności wracał do niej dwukrotnie – mam nadzieję, że się z tym uporał.

– Tymczasem powtórzę za panem Kaziem: – ja tam w takie rzeczy wierzę!