Połączone dusze – czy tylko u bliźniąt?

Bliźnięta były i są przedmiotem zainteresowania czy wręcz fascynacji. Mimo postępu nauki i medycyny patrzymy zdumieni, kiedy w naszą stronę biegną dwa identyczne maluchy.

Fizycznie  są dosłownie nie do odróżnienia. Jest to bez dwóch zdań związek nie tylko cielesny, ale też duchowy.Tajemnicza nić, która łączy umysły i dusze. Bliźnięta potrafią stworzyć własny język albo porozumiewać się bez słów. Jeśli jedno jest w niebezpieczeństwie drugie to po prostu wie. Poznałam w pracy panią, która miała bliźniaczą siostrę i opowiadała mi, że kiedy jej bliźniaczka zaczęła rodzić swoje pierwsze dziecko, ją z domu rodziców zabrało pogotowie z bólami podbrzusza, które trwały praktycznie całą noc. Ustały dokładnie w czasie, kiedy siostra urodziła. Takich przypadków jest mnóstwo i nie ma w tym żadnej sensacji. Opiszę jeszcze jeden, ponieważ wydaje mi się ciekawy.

Teść mojej koleżanki ma brata bliźniaka, który mieszka na południu Niemiec. Obaj panowie lubią majsterkować, kiedy teść pomagał im w remoncie, doszło do wypadku. Pracował z pistoletem do gwoździ i jednego wstrzelił sobie centralnie w dłoń. W tym czasie jego brat odczuł silny, wręcz paraliżujący ból w tej samej dłoni i również znalazł się w szpitalu. Zrobiono wiele badań, które nic nie wykazały. Sprawa wyjaśniła się, kiedy żony bliźniaków porozumiały się ze sobą.

Dla mnie nie mniej interesujące jest zjawisko bliźniaczych dusz, czyli osób blisko lub wcale niespokrewnionych, które również doświadczają szczególnej więzi. Oczywiście, jeśli wierzymy w wędrówkę dusz to jasne jest, że bliźniacze dusze mogły dzielić ze sobą niejedno życie. Mało tego mogą żyć w różnych relacjach na przykład matka- dziecko, dwie przyjaciółki itd. Trwa to zapewne tak długo aż oczyszczą powiązania karmiczne i odrobiwszy potrzebną lekcję będą mogły pójść dalej własną drogą. Chciałabym przedstawić pewną historię, którą można wytłumaczyć jedynie w kontekście bliźniaczych dusz. Innego rozwiązania nie znajduję.

Pani Gosia miała kuzynkę Elżbietę, z którą przyjaźniła się od dzieciństwa. Ich drogi rozeszły się w dorosłym życiu, kiedy Elżbieta wyjechała razem z rodziną do Niemiec. Niemniej często do siebie dzwoniły i sporadycznie odwiedzały. Ta odległość nie miała dla nich znaczenia ciągle czuły to wyjątkowe, silne połączenie. Kiedy Elżbieta zachorowała, a jej chorobę zdiagnozowano obie panie jeszcze bardziej umocniły wzajemne relacje. Elżbieta nie dopuszczała myśli, że właściwie zostało jej kilka miesięcy, miała wielką wolę życia. Bardzo schudła, a ponieważ posiadała mnóstwo ubrań wysłał je Gosi – nawet rozmiar odzieży nosiły ten sam. Pewnego dnia odbyły wyjątkowo długą rozmowę telefoniczną, podczas, której Elżbieta wydawała się bardzo ożywiona i optymistycznie nastawiona, co do swojej przyszłości. Wieczorem Gosia założyła przecudnej urody koszulę nocną otrzymaną od przyjaciółki i spokojnie położyła się spać. Zaczęła śnić koszmarny sen, powiedziała później, że walczyła w nim o swoje życie. Owszem budziła się na chwile, ale zasypiała ponownie. Twierdziła, że coś ją dusiło, czuła, że jej serce przestaje bić. Wreszcie wyrwała się z objęć tej makabry. Była spocona, wyczerpana, a na ciele miała liczne zadrapania. Te można jeszcze wyjaśnić bezwiednym samouszkodzeniem.Obie nie potrafimy rozwikłać zagadkowych obrażeń na plecach. Wyglądały jakby ktoś podrapał Panią Gosię obiema rękoma. Ślady były równe, głębokie i bolesne. Koszula i pościel nie miały ostrych obszyć ani guzików.

Tej samej nocy jej przyjaciółka zmarła. W pewnym sensie Pani Gosia towarzyszyła jej w agonii, a na pewno współodczuwała ten stan. Pod rozwagę należy przyjąć: czy fakt, że miała na sobie odzież należącą wcześniej do Elżbiety mógł spotęgować opisane doznania?

Interesujące, że na miejscu przy Elżbiecie byli jej najbliżsi, którzy widząc jak gaśnie mieli większą świadomość sytuacji i mogli spodziewać się najgorszego. Kiedy zaczęła umierać spali spokojnie, ponad tysiąc kilometrów dalej ktoś inny był blisko.

Jak się okazuje dla duszy czas i przestrzeń nie mają znaczenia, liczą się zupełnie inne kryteria.

 

Ochorowiczówka – miejsce zapomniane ?

Szczególnym dla mnie zrządzeniem losu znalazłam się w Wiśle.Miasto malowniczo położone i wszystkim dobrze znane.

Oczywiście korzystając z okazji odwiedziłam miejsca związane z jakże niedocenianą obecnie postacią Juliana Ochorowicza. Ten uczony, wynalazca, psycholog i niestrudzony badacz zjawisk parapsychicznych jest bez wątpienia jednym z najznamienitszych mieszkańców w historii miasta. W roku 1905 wybudował słynną willę „Ochorowiczówkę”, w której gościł miedzy innymi Bolesława Prusa, Władysława Reymonta czy Marię Skłodowską – Curie wraz z jej mężem Piotrem. Miejsce to najwidoczniej emanowało szczególnie twórczą energią skoro Reymont napisał tam pierwszą część „Chłopów”, a Prus zyskał inspirację do swojej wielkiej powieści „Faraon”. Nadmienić warto, że postać wynalazcy i naukowca Ochockiego z niemniej znakomitej „Lalki” Prusa swój pierwowzór literacki miała w osobie doktora Ochorowicza.

Postanowiłam zobaczyć na własne oczy miejsce tak ważne dla polskiej kultury. Najkrócej można by podsumować wizytę tak – przybyłam zobaczyłam, zapłakałam! Podwórko skromne, ale czyste jednak budynek w stanie opłakanym. Odpadające tynki, przeciekający dach oraz wiele innych zaniedbań po prostu rzucających się w oczy. Ponieważ mieszkają tam lokatorzy, oczywiste są normalne oznaki ludzkiej egzystencji jak antena satelitarna, czy /za przeproszeniem/ bielizna susząca się na słoneczku. I w tych „okolicznościach przyrody” prężą się dwie solidne tablice pamiątkowe. Jedna ku czci J. Ochorowicza, druga upamiętniająca fakt twórczej obecności Reymonta – uhonorowanego nagrodą Nobla w dziedzinie literatury. Przyszła mi do głowy taka oto analogia. Proszę sobie wyobrazić starego wiarusa, niezwykle zasłużonego dla polskiej historii w brudnym, podartym i zapuszczonym mundurze, któremu ktoś ważny przypina dwa medale zasługi i nie wspierając finansowo, każe je nosić z dumą.

Nie bardzo chce mi się wierzyć, biorąc pod uwagę tłumy turystów, że Wisła jest biedną gminą, która w żaden sposób nie potrafi znaleźć środków na przeniesienie lokatorów do odpowiednich mieszkań zastępczych / moim zdaniem mówimy o 3-4 rodzinach/, doprowadzenie budynku do pierwotnego dobrostanu i założenie tam muzeum z prawdziwego zdarzenia. Ciekawa jestem, co na to Towarzystwo Przyjaciół Wisły, którego notabene Julian Ochorowicz był założycielem! Czy władze Wisły chcą opierać popularność regionu jedynie na osobie Pana Adama Małysza? Z całym szacunkiem dla mistrza sportu, uważam taką myśl za niedorzeczną. Z roku na rok włodarze miejscy  czynią starania, aby stało się ono, że tak powiem znanym kurortem.Pretendując do takiego miana warto byłoby wziąć pod uwagę pamiątki związane z polskimi przedstawicielami świata nauki i kultury.

Pragnę zaznaczyć, że niedaleko od głównej alei spacerowej znajduje się tablica pamiątkowa również poświęcona Julianowi Ochorowiczowi.

 

Nie łatwo jest być medium!

Jest to historia z życia mojego znajomego radiestety.

Nieoczekiwanie zadzwoniła do niego siostra. To była dramatyczna rozmowa.

– Piotrek proszę cię przyjedź, Tomasz jest w szpitalu.

– Co się stało siostrzyczko?

– Wczoraj przyjmował pacjentki do późna, znalazła go pani Henia, wiesz ona wieczorami sprząta.

– Izuniu, ale, w czym ja ci mogę pomóc, nie jestem lekarzem.

– Piotrek, proszę przyjedź i sprawdź ten gabinet swoimi metodami. Tomasz zostanie w szpitalu przez kilka dni, a ja mam klucze.

– Podejrzewasz, że przebywanie tam szkodzi Tomkowi?

– Jestem pewna, kiedy poprzednio źle się poczuł, zrobili mu dziesiątki badań i diagnoza jest jednoznaczna: zdrowy jak koń.

Piotr obiecał siostrze, że przyjedzie i zrobi, co w jego mocy. Nie lubił, gdy siostra używała zwrotu „twoimi metodami”. Nigdy nie powiedziała radiestezyjnie albo, chociaż przy pomocy wahadła. Zawsze wyszukiwała terminy zastępcze. Zapewne wpływał na to jej mąż, który był pragmatyczny, sceptyczny i cyniczny. Nie uznawał medycyny alternatywnej, nie wierzył w duchy, ani w nic, czego nie da się dotknąć i zbadać. Dawał jedynie wiarę w teorię żył wodnych, których promieniowanie może mieć szkodliwy wpływ na zdrowie człowieka.

Piotr spotkał się z siostrą pod budynkiem, gdzie Tomasz prowadził swoja praktykę lekarską.

Stara budowla o ciekawej architekturze, świeża elewacja, doskonałe położenie. Weszli do środka, klatka schodowa wyremontowana i aż pachnąca czystością – jednak Piotr zaczął odczuwać dziwny niepokój. Gabinet urządzony podług najnowszej mody, wszystko piękne, tylko nie da się normalnie funkcjonować, pomyślał z goryczą.

Po kilku minutach przebywania w tym pomieszczeniu Piotr odebrał obecność bardzo ciężkiej energii, przygnębiającej i złej, po prostu złej.

– Wiesz wydaje mi się, że Tomasz wbrew poglądom, które wszem i wobec głosi jest bardzo wrażliwym medium. Iza odpowiedziała: chyba masz rację, bo ja czuję się tu bardzo dobrze, sama urządzałam to wnętrze.

-Chciałbym zejść do piwnicy, czy masz klucz?

– Myślisz, że w piwnicy coś znajdziesz?

– Chce to zbadać, wezmę przyrządy, może to zaburzenia geopatyczne. Piotr wiedział, że okłamuje sam siebie, czuł, że ten piękny, zadbany budynek nosi w sobie coś bardzo mrocznego.

Już przy wejściu zdziwił go wygląd drzwi wiodących z korytarza do piwnic.

– Iza te drzwi wyglądają jakby prowadziły do celi więziennej.

– No, może trochę, ale są solidne i podjęliśmy decyzję żeby je zostawić.

Schody i korytarz piwniczny również nosiły ślady gruntownego remontu. Piotra przepełniał coraz większy niepokój, żeby nie powiedzieć trwoga. Iza długo szukała odpowiedniego klucza, powiedziała:

– Piotrek nie gniewaj się, ale ja tu jeszcze nigdy nie byłam.

Weszli do niewielkiego pomieszczenia, praktycznie pustego. Piotr przyglądał się ścianom i w pewnym momencie bezwiednie dotknął jakiegoś dużego haka wystającego ze ściany. Wizja pojawiła się niemal natychmiast i dosłownie zwaliła go z nóg.

Zobaczył młodego mężczyznę przykutego do ściany. Był bestialsko pobity, wręcz konający.

– Cichutko wołał mamo, mamusiu!

Gdyby nie przytomność Izabeli, Piotr upadłby całym ciężarem ciała na podłogę.

– Piotr, co jest? Mnie możesz powiedzieć. Piotr blady jak ścian odparł tylko; muszę stąd wyjść natychmiast!

Kiedy znaleźli się na klatce schodowej Piotr zaczął przytomnieć i z całych sił szukał właściwych słów, aby opisać to, co zobaczył? W tym momencie drzwi mieszkania na parterze uchyliły się i wyjrzała przez nie starsza pani.

– Dzień dobry pani doktorowo dawno pani nie widziałam! Siostra przywitała się i przedstawiła Piotra. Sąsiadka przyjrzała się różdżce radiestezyjnej, którą Piotr kurczowo ściskał w dłoni.

-A pan tu żył wodnych szuka?

– No tak chciałem sprawdzić wybąkał zmieszany Piotr.

-Panie kochany, tu nie trzeba szukać niczego więcej niż to, co jest.

-A, co tu jest? Zapytała zaciekawiona Iza.

-Wejdźcie to wam, co nieco opowiem, mieszkam w tym domu od wielu lat.

Urocza starsza pani przyjęła gości znakomitą herbatą i domowymi ciasteczkami. Piotr dziękował opatrzności, za tą niespodziewana okazję do odpoczynku i ochłonięcia z nadmiaru wrażeń.

Myśmy widzieli, że te piwnice są dziwne, podjęła swoją opowieść kobieta, ale nikt się nad tym dłużej nie zastanawiał. Wiecie państwo mieszkanie w takim budynku było na wagę złota, poza tym my byliśmy tu obcy, przyjezdni. Wszystko zaczęło się od wanny, którą pierwszy lokator znalazł w piwnicy i wykorzystał w swojej łazience. Jego córka się w niej utopiła, inne dzieci budziły się w nocy i opowiadały niestworzone rzeczy, ludzie zaczęli się dopytywać tu i ówdzie. Mój świętej pamięci mąż powiedział mi, że tu była siedziba NKWD a później UB. Oni w tych piwnicach trzymali niewygodnych ludzi i męczyli ich. Działy się tu okropne rzeczy nie chcę dłużej o tym mówić.

Sąsiedzi też się dowiedzieli i w miarę możliwości starali się opuścić to miejsce.Piotr zapytał: – jak wobec tego pani tu wytrzymała tyle lat?

-Wie pan ja się za nich modlę, msze zamawiam, myślę o nich dobrze i nic mnie nie spotyka.

Po wizycie u sąsiadki Iza nerwowo zapaliła papierosa; – Piotrek, co z tym fantem zrobić?Przecież wiesz, że dla mojego męża duchy to żaden argument, w jego pojęciu to przewidzenia histeryczek! Piotr przemyślał sprawę i znalazł rozwiązanie.

Następnego dnia odwiedził szwagra w szpitalu i opowiedział mu o gruntownych badaniach radiestezyjnych w obrębie budynku. Stwierdził, tonem kategorycznym, że występują tam wszystkie możliwe zaburzenia i to one mają tak destrukcyjny wpływ na jego zdrowie.

Ponieważ koledzy po fachu nie wykryli żadnych schorzeń, Tomasz przyjął wersję Piotra i z rezygnacją oświadczył, że nie widzi innego wyjścia jak tylko opuścić gabinet. Bardzo szybko podjął stosowne kroki i sytuacja wróciła do normy.

Dzisiaj w tym budynku cały parter zajmuje bank, a na piętrach znajdują się kancelarie i biura. Ciekawe, jakie samopoczucie maja pracujący tam ludzie?

Mam nadzieję, że czas, który podobno uzdrawia wszystko, wpłynął na energię tego miejsca.

 

Abramek

Pan Staszek, który opowiedział mi tę historię pojawił się w firmie, gdzie pracowałam, aby zbadać bilans – był biegłym rewidentem. Starszy pan po siedemdziesiątce, ale sprawny fizycznie, że o intelekcie nie wspomnę. Nawiasem mówiąc powinnam w tym momencie życzyć sobie i czytelnikom, abyśmy w tak świetnej formie doczekali sędziwego wieku.

Obawiałam się przebiegu naszej współpracy. Z jednej strony ja młoda adeptka zawodu, z drugiej biegły rewident, a więc absolutna pierwsza liga w księgowości. Niepotrzebnie się stresowałam, gdyż pan Staszek okazał się człowiekiem nie dość, że wyrozumiałym to jeszcze obdarzonym poczuciem humoru.

Był to czas krótko przed Barbórką i na jednej z kopalń wydarzył się poważny wypadek. Zaczęła się rozmowa o Skarbniku, który rokrocznie zbiera okup w tym czasie. Niestety tą zapłatą jest ludzkie życie. Zapytałam pana Staszka czy wierzy w historie, które opowiadają górnicy. Odparł, że jak się przeżyje to, co on to można uwierzyć w wiele rzeczy.

I tu zaczyna się ciekawa opowieść.

Pan Staszek mieszkał w Kielcach gdzie pracował, jako rachmistrz. Kiedy wybuchła II Wojna Światowa nie został powołany, ponieważ od dziecka miał problemy ze stawem biodrowym i lekko utykał. Kiedy już nowa rzeczywistość zwycięzców zapanowała na dobre, usiłował znaleźć jakąś pracę. Zatrudnił się u jednego ze znajomych. Sądząc z opisu był to chyba pierwowzór Kurasia z filmu Polskie Drogi Tak samo zaradny i z talentem do handlu. Wszędobylski i mający tak zwane układy. Pan Staszek robił dla swojego nowego pryncypała różne rzeczy. Od zamiatania liści do pośredniczenia w bardzo delikatnych negocjacjach finansowych z okupantem.

W tym czasie „rasa panów” z wielkim zaangażowaniem tworzyła getto. Oczywiście żydowscy mieszkańcy potrzebowali żywności. Nielegalny handel kwitł w najlepsze. Problemem był jedynie przerzut na teren getta zwłaszcza, kiedy zimą 1941 zostało ono zamknięte. Szef mojego rozmówcy zaangażował się w szmugiel.

Pan Staszek miał specjalną przepustkę kupiona za ciężkie pieniądze od okupantów. Wnosił na teren getta nie tylko żywność, ale też lekarstwa i papierosy, za, które można było uratować życie.  W gettcie odnalazł rodzinę swojego sąsiada, z którym był bardzo zżyty. Jego ulubieńcem był zwłaszcza mały Abramek. Pomagał im jak mógł. Kiedy zmarł ojciec Abramka ten, jak wiele innych dzieci, szmuglował żywność ze strony aryjskiej. Był drobny, zwinny, potrafił przecisnąć się przez każdą dziurę. Kiedy na tyfus zmarły matka i siostra Abramka, pan Staszek chciał zabrać go do swojego mieszkania i ukrywać, ale chłopiec się nie zgodził – pozostali członkowie rodziny liczyli na niego. Abramek równie sprawnie jak po powierzchni poruszał się w kanałach pokazał nawet panu Staszkowi najkrótsze przejście.

Kiedy pracodawca Staszka dowiedział się o planowanej likwidacji getta, usiłowali wspólnymi siłami, wydostać stamtąd Abramka. Niestety nie udało się tego dokonać. Pociąg wiozący chłopca ku niepewnej przyszłości odjechał.

W jakiś czas później Niemcy urządzili łapankę i dopadli również Staszka- mimo jego „twardych papierów”. Mówił mi, że po tym wszystkim, co widział wolał umrzeć niż pracować dla okupanta. Zaryzykował ucieczkę.

Biegnąc znalazł się na trasie, którą odbywał się szmugiel żywności. Poznał znajome kąty. Jedna ze studzienek kanalizacyjnych była uchylona, więc wskoczył do środka. Uciekał niestrudzenie. W pewnym momencie zorientował się, że jest ranny i krwawi. Stanął nasłuchując. Było cicho. Opatrzył ranę chusteczką i kawałkiem materiału oderwanego z koszuli. Zatrzymał się, aby przemyśleć swoje położenie.

Był osłabiony, ranny, a co najgorsze nie miał pojęcia gdzie się znajduje. Pomyślał „Boże ja tu umrę „. Nagle jak spod ziemi wyrósł przed nim znajomy chłopiec.

Zawołał – „Staszek chodź, ja znam drogę”.

Mój rozmówca zdębiał, ale posłusznie ruszył za swoim przewodnikiem. Abramek raz był bardziej raz mniej widoczny i mimo słownych zaczepek nie odpowiadał.

Kiedy wyjście, które ocaliło życie pana Staszka było już widoczne chłopiec zniknął za załomem muru. Staszek wołał za nim, ale bez rezultatu. Mało tego zorganizował razem ze znajomym coś na kształt wyprawy poszukiwawczej. Wierzył, że chłopiec ukrywa się w tym podziemnym labiryncie. Wszystko bez rezultatu.

Po wojnie szukał przez czerwony krzyż, rodziny Abramka. Zgłosił się jego kuzyn, potwierdzając, że chłopiec został zamordowany w Treblince.

Pan Staszek zapytał mnie jak myślę, kogo tam spotkał czy to był duch?

Odparłam, że stuprocentowej pewności nie mam, ale to nie jest odosobniony przypadek, kiedy w chwili zagrożenia życia wołamy o pomoc, a ona przychodzi z najmniej oczekiwanej strony.

Historia opowiedziana sercem

Moi Drodzy!

Otrzymałam wiele wiadomości, za które dziękuję!

Opisujecie swoje własne doświadczenia i historie waszych bliskich. Zawsze znajduję w nich wiele emocji i prawdy. Ta szczerość właśnie czyni je niezwykłymi.

Ponieważ nie czuję się właścicielką tego blogu, a co najwyżej gospodynią, oddaję część przestrzeni tylko dla Was.Dzisiaj pierwsza wzruszająca opowieść. Jednocześnie zaznaczam, że Pani podpisująca się, jako „Kasia” wyraziła zgodę na publikacje – inaczej być nie może, obustronne zaufanie jest bezcenne.

*

Różne rzeczy mi się w życiu przydarzyły i nauczyły mnie nie negować zjawisk, których nie można zmierzyć, zważyć czy uchwycić na taśmie.

Mój dziadek zmarł 11 lat temu. Chorował od długiego czasu, ale nikt o tym nie wiedział, więc jego śmierć była dla wszystkich sporym zaskoczeniem. Nie jestem w stanie opisać bólu, który towarzyszył mi przez kilka dni od jego śmierci aż do dnia pogrzebu. Żyłam wtedy jakby za zasłoną, jakby wszystko, co się działo, nie dotyczyło mnie, jakby przydarzyło się komuś innemu. A świadomość tego, ze już nigdy go nie zobaczę, nigdy z nim nie porozmawiam – to była najgłupsza myśl, najbardziej nielogiczna, nieracjonalna i nieprawdziwa. Bo jak mogłam żyć w świecie, w którym go nie ma? Dlaczego słońce świeciło, psy szczekały, dlaczego świat nie stanął w miejscu?

A potem przyszedł sen – w noc poprzedzającą pogrzeb. Mój dziadek siedział w ogródku, w swoim ukochanym miejscu. Ubrany był w garnitur, w którym następnego dnia widziałam go w trumnie. Była piękna, słoneczna pogoda, zupełnie żadnego wiatru i normalne na wsi dźwięki też jakby przytłumione – bzyczenie pszczół, szczekanie psa, pianie koguta. Dziadek siedział na pniaku ściętego drzewa, który stał tam od zawsze. Był spokojny, uśmiechnięty. Wziął moją rękę w swoje spracowane dłonie i uśmiechnął się, głaskał mnie po ręku i powtarzał „moja kochana wnusia”. Rozpłakałam się, bo gdzieś podświadomie czułam, że to sen, że on umarł i już go nie ma, żeby głaskać mnie i nazywać swoją kochaną wnusią. I siedzieliśmy tak – ja płacząc, a on uśmiechając się, głaszcząc mnie po dłoni i powtarzając „moja kochana wnusia”, patrząc na swój ukochany ogródek, wypieszczone kwiaty i warzywa. W pewnym momencie na jego twarz padł promień słońca i zrozumiałam, że się ze mną żegna, bo nie zdążył tego zrobić za życia. Jakby tym głaskaniem chciał mi przekazać, że wszystko dobrze, że już nic go nie boli i mam nie płakać. Potem podniósł się, pocałował mnie w czoło i odszedł ścieżką, charakterystycznie powłócząc jedną nogą i jakby rozpłynął się w kolejnym promieniu słońca. I ten dźwięk szurania po żwirze słyszałam jeszcze kilka razy na jawie i uśmiechałam się wtedy, bo wiedziałam, że przyszedł doglądać swojego ogródka.

Rano w dniu pogrzebu obudziłam się dużo spokojniejsza, wręcz z ulgą. Byłam w stanie normalnie ubrać się, pójść do kościoła i trzymać za rękę moją mamę i młodszego brata.

Nikomu nie opowiadałam tego snu. A dziadek przychodzi do mnie we śnie zawsze, kiedy mam do podjęcia jakąś ważną decyzję. Nie zawsze są to dobre sny, czasem bardzo się go boję, bo wiem, że nie żyje i że nie powinno go tu być. Czasem są to sny pełne spokoju i miłości, jak ten. I nie mogę się doczekać kolejnego snu, żebym mogła mu powiedzieć, że zostanie pradziadkiem:)

Mam jeszcze sporo do napisania, dużo do opowiedzenia.  Zostawię, więc kolejne historie na kolejny raz. Pozdrawiam:)

 

Nowy dział – „Recenzje” !

Moi mili postanowiłam utworzyć nowy dział w Biurze Duchów: „Recenzje”

Chciałabym dzielić się z Wami ciekawymi, wartościowymi pozycjami, które przeczytałam. Dzielić nie tylko w sensie opinii i wrażeń, ale również dosłownie!

 

Każda książka, której recenzja pojawi się na moim blogu, czeka na stępnego czytelnika. Wystarczy opisać swoją historię lub po prostu wyrazić chęć posiadania danej pozycji.

Wychodzę, bowiem z założenia, że ksiązki są po to, aby były czytane i radośnie wędrowały z rąk do rąk . Adres email znajduje się na stronie „O mnie”.

Na książkę inaugurującą ten dział wybrałam; „Duchy czy nieznana siła” autorstwa Pana Marcina Stachelskiego.

Zaznaczam – zdecydowanie nie jest to pozycja dla amatorów powieści z dreszczykiem!

Autor jest z wykształcenia historykiem i to zacięcie naukowo – badawcze determinuje styl i treść wspomnianej publikacji. Hylę czoła przed tytaniczną pracą, jaka bez dwóch zdań została wykonana podczas gromadzenia materiałów z tak wielu źródeł! Świadczy to nie tylko o rzetelności historyka, ale również o determinacji poszukiwacza, który chce dojść prawdy.

Pojawiają się tu bardzo interesujące i nieznane wątki biograficzne, dowiadujemy się wiele o pomnikowych postaciach polskiej literatury i nauki, których od tej strony zna zapewne tylko garstka badaczy.

Szeroko została przestawiona osoba Juliana Ochorowicza – wybitnego uczonego, wynalazcy, psychologa, prekursora polskiej parapsychologii, a przede wszystkim niestrudzonego badacza fenomenów parapsychicznych. Autor pozwala nam być świadkami eksperymentów, jakie Julian Ochorowicz przeprowadzał z udziałem mediów o niespotykanej sile takich jak Eusapia Palladino czy Stanisława Tomczyk. Opisy są tak bogate, realistyczne i wielowątkowe, że doprawdy czujemy klimat całej epoki.

Książki takie są bardzo potrzebne przede wszystkim, aby uświadomić wielu sceptykom, że spirytyzm i mediumizm są dziedzinami, których istota nie została do końca poznana , ale była i jest przedmiotem poważnych badań naukowych.

Fenomeny parapsychiczne są niczym innym jak tylko zdolnościami czy predyspozycjami umysłu ludzkiego, których nauka nie potrafi jeszcze właściwie sklasyfikować. Ja osobiście nie nazywam tych zjawisk nadprzyrodzonymi, są one dla mnie naturalne i głęboko humanistyczne.

Nie wierzę też, aby tak wiele wybitnych umysłów jak (wybieram z naszego podwórka) Sienkiewicz, Skłodowska-Curie czy chociażby Marszałek Piłsudski myliło się nadając miano i sens czemuś, co można „między bajki włożyć”.

Jeszcze raz serdecznie polecam „Duchy czy nieznana siła” Marcina Stachelskiego!

 

 

 

Wniebowstapienie przez piekło w cieniu krzyża

Dzisiaj pragnę podzielić się z Wami treścią przekazu, który otrzymałam kilka dni temu. Jest to dla mnie przebogate i bardzo specjalne doświadczenie.

Zacznę od tego, że wiele lat temu, jako mała dziewczynka, kolonistka, pojechałam na wycieczkę razem z całą grupą.

Niewiele z tego wielogodzinnego maratonu zapamiętałam. Wąskie, klaustrofobiczne korytarze, dziwny zapach i pomnik poświęcony więźniom obozu koncentracyjnego. Ludzi tych zmuszano do niewolniczej pracy, a kiedy zabrakło im sił mordowano. Ich ciała pozostały w wielu zasypanych korytarzach.

Pomnik znajdował się w podziemnej sali, przedstawiał sylwetki ludzi leżące w stężeniu pośmiertnym i okryte białym płótnem. Nie wiem, kto jest autorem tej pracy, ale artyście udało się idealnie oddać strukturę materiału. Każda fałdka wydawała się miękko okrywać leżące ludzkie ciała.

Po tak wielu latach, w mojej wizji, znalazłam się ponownie w tym miejscu i patrzyłam na umęczone ludzkie szkielety, byłam wzruszona. Miałam ochotę pochylić się i pogładzić głowę jednego z nich.

Nagle poczułam silny ruch powietrza i znalazłam się w olbrzymiej świątyni. Wielkie katedry, jawiły mi się wobec tego ogromu niczym wiejskie kapliczki. Proste strzeliste łuki wydawały się sięgać sklepienia nieba. Nie było tam żadnych ozdób, ani złotych ani jakichkolwiek innych. Na środku stał prosty drewniany ołtarz, a zanim wisiał obraz Jezusa, który namalowano na podstawie objawienia siostry Faustyny. Jego kopia stanowi miniaturę w niniejszym wpisie. Obraz był również olbrzymi. W świątyni stało wiele rzędów prostych ławek pachnących jeszcze żywicą sosnową. Nie mogłam ustalić źródła światła, wydawało mi się, że to sama świątynia emanuje taką jasnością, która rozświetla najdalsze zakamarki. Cisza, spokój, harmonia i pewność, przebywania we właściwym miejscu. Przed stopniami ołtarza spoczywała rzeźba, o której wcześniej wspomniałam. Nagle rozległa się cicha muzyka, bardzo delikatna i kojąca.

Ku mojemu zdumieniu sylwetki więźniów ożyły i odchyliły ten swoisty całun, który je spowijał. Ludzie powoli podnosili się i zajmowali miejsca w ławkach. Było ich tak wielu.

Przez cały ten czas w głębi siebie słyszałam wiersz, który otrzymałam dużo wcześniej, jako oddzielny przekaz:

Mario

Niema w tobie nic boskiego

Kiedy trzymasz w objęciach

Bezwładne ciało

Może tylko ból, który sięgnął nieba

Cała jesteś smutkiem

A rozpacz

Gaśnie wraz z tobą

Wierzę

Że wniebowstąpiłaś

Przez piekło

W cieniu krzyża

 

Jezu

W twoim umęczonym ciele

Nie ma nic boskiego

Może tylko miłość

Która nie była z tego świata

Kiedy błogosławiłeś ludzi nadzieją

Objąłeś ramionami krzyża

 

Wierze

W twoje królestwo

Przez wieczną światłość

Przez twoją śmierć

i obietnice

 

Pojęcia nie mam, dlaczego akurat w tym momencie odezwało się wspomnienie tego utworu.

Kiedy prawie wszystkie ławki zostały zajęte. Muzyka ustała, a obraz zaczął świecić przedziwnym ciepłym światłem. Wreszcie z serca Jezusa zaczęły wydobywać się promienie we wszystkich kolorach tęczy. Było to przepiękne widowisko. Promienie rozchodziły się po całej świątyni i powodowały, że ludzie siedzący w ławkach jakby rozpływali się w nich.

Kiedy tęcza zabrała wszystkich, światło zgasło, a ja podeszłam do pomnika przy ołtarzu.

Popatrzyłam na wielką białą płachtę, która z kamiennej przemieniła się w zwykłe płótno.

Usłyszałam:, czemu jesteś smutna czy nie widzisz, że grób jest pusty?

 

Po tych słowach obudziłam się we własnym świecie. Wyjątkowo nie skomentuję tego przekazu, pozostawiam to czytelnikom.

Mam tylko prośbę, jeśli ktoś kojarzy miejsce i tą specyficzną rzeźbę proszę o podanie lokalizacji: edel @op.pl

Dzięki uprzejmości jednej z Pań czytających bloga miejsce i rzeźba zostały zlokalizowane. Jeszcze raz dziękuję !

https://plus.google.com/photos/114857480009426475381/albums/5402824341294920273/5402833303720489666?banner=pwa&pid=5402833303720489666&oid=114857480009426475381

Historia kryminalna z duchem w tle

Historię tą opowiedziała mi zaprzyjaźniona starsza pani. Dzieje się ona w latach osiemdziesiątych, kiedy półki sklepowe świeciły pustkami, a zdobycie wielu produktów graniczyło z cudem.

 

Ten rok był dla Marka szczególny. Praktycznie w jednym miesiącu pożegnał ojca, którego bardzo kochał i poznał Annę, nową asesor w prokuraturze rejonowej, gdzie pracował.

W tej energiczniej i zawsze wesołej kobiecie zakochał się od pierwszego wejrzenia.

Dla matki Marka, Haliny również był to czas niełatwy. Z jednej strony odetchnęła, bo synowi starokawalerstwo już raczej nie groziło, ale śmierć Adama, z którym przeżyła wiele wspólnych lat była wielką traumą. Halina często chodziła na cmentarz i spędzała długie godziny przy grobie swojego męża. Jakieś pół roku po jego śmierci, Halina miała dziwny sen. Adam stał przed nią w samej bieliźnie i powiedział:

– Halinko zrób coś mnie jest tak strasznie zimno!

Sen ten zaczął się powtarzać pomimo odprawienia mszy za duszę zmarłego i ciągłych odwiedzin jego grobu. Wreszcie Halina zwróciła się do syna:

– Marek ja cię proszę otwórzmy grób, ja muszę zobaczyć, jak ojciec został pochowany!

Marek starał się wytłumaczyć mamie, że nieboszczykowi nie może być zimno. Przekonywał: – mamo jesteś jeszcze w żałobie i widocznie psychika nie wytrzymuje, może czas skorzystać z porady specjalisty

Matka zareagowała nerwowo:

– ty mnie do wariatkowa nie wysyłaj, ja wiem, że umarłemu ciepły koc jest niepotrzebny! Uważam, że stało się coś niedobrego i Adam chce zwrócić na to uwagę. Przysięgam, jeśli nie załatwisz zezwolenia na legalną ekshumację, a w końcu jesteś przecież prokuratorem to własnymi rękoma pomnik rozbiorę. Ja tego dłużej nie wytrzymam.

Marek obiecał mamie, że porozmawia na ten temat z przełożonym. Zastanawiał się jak ma to zrobić, przecież nie może powiedzieć, że jedyną przesłanką do ekshumacji są niepokojące sny, jakie ma pogrążona w żalu wdowa.

Bijąc się z myślami udał się na Bazar Różyckiego. Niedługo Anna będzie miała urodziny, a w sklepach pustki. Może dobra czekolada poprawiłaby nastrój mamie?

Marek chodził między straganami i nadziwić się nie mógł nad ilością deficytowych towarów, oferowanych przez jakże operatywnych rodaków. Kiedy zrobił zakupy i kierował się w stronę wyjścia z wielkim impetem wpadła na niego zapłakana kobieta. Torby wypadły obojgu z rąk, kobieta zaczęła przepraszać cały czas spazmatycznie szlochając. Marek zapytał;

-, co się stało, czy ktoś panią okradł? Proszę panią jestem prokuratorem, proszę mi powiedzieć wezwiemy milicję.

Kobieta z trudem powstrzymując płacz powiedziała:

– pół roku temu pochowałam siedmioletnią córeczkę, ciałko kazałam ubrać w sukieneczkę do Pierwszej Komunii, której nie doczekała.Dzisiaj zobaczyłam tą samą sukienkę na straganie, kiedy zapytałam skąd ta handlara ją ma zostałam zbluzgana i przegoniona.

– Czy jest pani pewna, że to ta sama rzecz?

– Proszę pana w sklepie pan takiej nie kupi to prezent od mojej siostry mieszkającej we Francji, sukienka miała nietypowy krój i obszyta była prawdziwą holenderską koronką. To absolutny rarytas i unikat!

Marek postanowił, że nie można zostawić tej sprawy bez zbadania. Zatrzymał przechodzący patrol i razem z milicjantami udał się we wskazane miejsce. Handlarka mętnie tłumaczyła sposób, w jaki weszła w posiadanie sukienki. Mlicjanci zamknęli stoisko, skonfiskowali jego zawartość i zatrzymali kobietę do wyjaśnienia. Marek już na komendzie przeglądał zarekwirowane przedmioty. Nagle cała krew odpłynęła mu z twarzy, znalazł papierośnicę ojca, którą mama razem z kilkoma innymi przedmiotami kazała włożyć do trumny.

No teraz miał gotowy i mocny pretekst do ekshumacji. Jakby tego było mało przesłuchał handlarkę, która przyznała, że sukienkę i inne przedmioty nabyła celem dalszej odsprzedaży od takich dwóch – tu padły nazwiska. Szybko ustalono, że ci dwaj panowie są pomocnikami w firmie kamieniarskiej. Jak się okazało firma działa na tym samym cmentarzu gdzie pochowano jego ojca i córkę owej zapłakanej kobiety?

Oczywiście hieny cmentarne zatrzymano, a kilkanaście grobów otwarto i stwierdzono, kradzież wartościowych przedmiotów.

Kiedy sprawa została zamknięta sny ustały, a Halina podsumowała zdarzenia następująco:

– mówiłam ci Marku, że ojciec chce zwrócić uwagę na jakąś niegodziwość i miałam rację, szkoda tylko, że przekaz był tak enigmatyczny, inaczej rozwiązałbyś sprawę jeszcze szybciej!

Działalność tak zwanych hien cmentarnych uważam za jedno z najbardziej obrzydliwych przestępstw potępianych nie tylko przez Kodeks Karny, ale również przez zwykła ludzką przyzwoitość. Ojciec Marka najwyraźniej myślał tak samo.

Ciekawe jest też spotkanie Marka i tej zapłakanej kobiety. Niejednokrotnie spotykamy właściwych ludzi, kiedy tego najbardziej potrzebujemy. Czy rzeczywiście los jest ślepy?

Przy okazji chciałabym polecić Państwa uwadze kwartalnik „Spirytyzm” wydawany przez Polskie Towarzystwo Studiów Spirytystycznych. Odkryłam tą pozycję wydawniczą niedawno, ale jest z pewnością warta uwagi i zainteresowani czytelników.

„Tu zaszła zmiana w scenach mojego widzenia”*

Historia ta wydarzyła się w rodzinie zagorzałych ateistów, ludzi nauki z upodobaniem negujących wszystko, co nie mieści się w światopoglądzie materialistycznym.

 

Główne postaci to Teresa, lekarz dermatolog, ordynator szpitala i jej mąż Andrzej inżynier architekt. Świetna para, dobrane małżeństwo. Obydwoje ambitni i bardzo pracowici.

Andrzej wyjechał w delegacje i już w czasie jej trwania poczuł się źle. Gorączka, ogólne rozbicie i dziwne zaczerwienienie na udzie, nie bolesne, ale dokuczliwe. W drodze powrotnej prosił swojego kolegę Piotra, aby prowadził samochód, bo sam nie był już w stanie.

Jak łatwo się do myśleć, żona zbadała go i zdiagnozowała, tzw. różę. Pocieszyła męża, że to nieprzyjemna dolegliwość, ale istnieją sprawdzone leki i można sobie z nią poradzić. Rzeczywiście terapia poskutkowała dość szybko. Tyle, że trzy miesiące później sytuacja się powtórzyła, a objawy nasiliły. Teresa zabrała męża do szpitala i tam zleciła serie dodatkowych badań. Nie będę zanudzać opisem całej terapii dość, że pomimo zastosowania najnowocześniejszych leków, sprowadzonych specjalnie z USA, historia się powtórzyła. Mało tego charakterystyczne zaczerwienienie rozprzestrzeniło się na twarz.

Teresie było bardzo przykro, że Andrzej tak się męczy. Jednak jako doświadczony specjalista zdawała sobie sprawę, że na tą chwilę znaleźli się pod ścianą. Nic więcej nie mogła zrobić.

Pewnego razu, na nocnym dyżurze usłyszała rozmowę dwóch pielęgniarek:

– Pani doktor to się zamartwi z powodu męża, żal mi jej, wiesz u mnie w rodzinie jest ciotka szeptucha , na granicy z Ukrainą mieszka ona nie takie rzeczy potrafi wyleczyć

– To powiedz o niej pani Teresie,

– Coś ty wiesz, jaka ona jest zasadnicza zaraz będzie ględzić, że to ciemnota i zabobony.

Po powrocie do domu Teresa podzieliła się z mężem treścią zasłyszanej rozmowy.

-Powiedz mi Andrzej, co o tym myślisz? Wiesz, że jestem przeciwna różnym znachorkom, ale w tej sytuacji … Zrozum ja ci już nie potrafię pomóc.

Andrzej zamyślił się leczenie u znachorki nie bardzo mieściło się w jego postrzeganiu świata. Był jednak wyczerpany już nie tylko fizycznie, ale i psychicznie.

– Teresko, – zwrócił się do żony – porozmawiaj z pielęgniarką, poproś o adres.

Teresa nie kryjąc zakłopotania przyznała, że słyszała rozmowę i poprosiła pielęgniarkę o adres znachorki.

-Pani doktor u nas się nie mówi znachorka tylko szeptucha.Ona jest bardzo skuteczna – tego nie można wytłumaczyć naukowo, ale trudno dyskutować z faktami, a świadczą one o dużej efektywności tej terapii.

Pojechali. Na miejscu, przywitała ich bardzo miła staruszka i zapewniła, że w jej pojęciu choroba jest uleczalna.  Najpierw Andrzej był zły, bo palenie jego włosów i kropienie go święconą wodą uznał za obrzędy żywcem wyjęte ze średniowiecza.

Później, kiedy objawi całkowicie ustąpiły czuł tylko wdzięczność, zmieniając diametralnie podejście do dziedzin niekonwencjonalnych.

Kiedy Andrzej ponownie spotkał Piotra, ten widząc kolegę w doskonałej kondycji powiedział: nie ma to jak żona lekarka, co? Wiesz Piotrek z moim leczeniem to dość skomplikowana i długa historia. Opowiedział o niepowodzeniach żony i o wizycie u znachorki.

Piotr zareagował spontanicznie: daj mi adres, pojedziemy tam! Jesteś chory? Piotr smętnie zwiesił głowę: od dziesięciu lat staramy się o dziecko, według lekarzy nie mamy szans.

Upłynęło kilka miesięcy i nagle – telefon od Piotra: wiesz byliśmy u tej szeptuchy i wyobraź sobie powiedziała, że przy pierwszej pełni zostanie poczęte dziecko. W słuchawce zapadła niezręczna cisza.

Andrzej to się stało! Moja żona jest w trzecim miesiącu, a ja obiecałem tej kobiecie zapłatę w dolarach, jeśli będzie dzieciątko.

Andrzej zapytał kolegę czy chce pożyczyć od niego te pieniądze. Piotr energicznie zaprzeczył: chodzi mi tylko o to czy  pielęgniarka, krewna szeptuchy,  jedzie na święta w swoje rodzinne strony? Czy może przekazać pieniądze  ciotce? Wiesz to bardzo daleko, a ja mam w pracy dosłownie urwanie głowy.

Andrzej powiedział, że dowie się i pomoże załatwić sprawę.

Piotr drżącym głosem dodał:

– wiesz ona przychodzi do mnie we śnie i domaga się swojej zapłaty, ponagla, bo będzie miała wesele wnuka!, Andrzej rozumiesz? Ja  nie chce jej oszukać, a ona mi się śni. Grozi mi palcem TY OBIECAŁ!

Jeszcze niedawno Andrzej , słysząc takie zwierzenia, kręciłby kółka na czole, teraz przyjął wszystko spokojnie i ze zrozumieniem.

Mówi się, że cierpienie uszlachetnia. Z mojego doświadczenia mogę dodać, że również otwiera, zmienia nawet, z pozoru ugruntowany światopogląd, a czasami i przekonania religijne.

Przyznam, że bardzo często korzystam z dobrodziejstwa medycyny naturalnej. Szczególnie wiele zawdzięczam homeopatii, którą z całego serca polecam !

* Sen Lorda Byrona

 

 

Ile historii może opowiedzieć jedna książka ?

Ksiązki mają swoją historię, oczywiście im są starsze tym opowieść jest dłuższa.

 

Dostałam kiedyś w prezencie  bardzo stary egzemplarz Atlasu Anatomii Człowieka dla studentów medycyny. Pomyślałam sobie; na co mi taka książka w dodatku napisana po niemiecku? Darczyńcą była moja koleżanka na stałe wyjeżdżająca z kraju. Dawała z całego serca i w głębokim przekonaniu, że sprawi mi przyjemność. Nie mogłam tego daru odrzucić.

Książka przeleżała parę tygodni na półce aż któregoś dnia robiłam porządki i pomyślałam, że czas najwyższy, aby do niej zajrzeć.

Okładka była podniszczona, ale w środku ksiązka prezentowała się dużo lepiej – przez tyle lat jej stronnic dotykało wiele osób. Ilustracje przedstawiały budowę ludzkiego ciała, mięśni, kości. Z zainteresowaniem studiowałam łacińskie nazwy. Nawet nie spostrzegłam, kiedy minęły ponad dwie godziny. Nie mogłam się od niej oderwać, czułam emocje osób, które miały z nią kontakt. Teraz potrzebowałam tylko czasu, aby  przetworzyć i poskładać zebrane informacje. Książka przemawiała do mnie przez kilka nocy.

Pierwsza wizja: mężczyzna w wieku około 40 lat, Niemiec, z profesji lekarz, szpital pełen ludzi. Wszystko wskazywało na epidemię. Pacjenci leżeli wszędzie nawet na podłodze w korytarzu. Nie wiem jaka choroba ich dręczyła, ale wśród ofiar było dużo dzieci. Mężczyzna dosłownie dwoił się i troił biegając między pacjentami. Później przez krótką chwilę widziałam go w domu. Wydaje mi się, że jego dziecko też zachorowało, a on nie mógł nic zrobić, aby mu pomóc. Dramat, porażka ojca i lekarza. Kryzys wiary i kompetencji.

Następny obraz to spory skok w czasie.  (Epokę oceniam zwykle na podstawie ubiorów, chyba, że istnieją przesłanki do precyzyjnego datowania). Książka znowu należy do lekarza, ale młody człowiek mówi po polsku. Jest ubrany w mundur legionisty. Moje serce rośnie! Mężczyzna jest w swoim domu, dochodzi do sprzeczki między nim a jego matką. Sięga po jakąś książkę i strąca z półki Atlas, nie podnosi go, wybiega z pokoju, a jego wojskowy but odciska się na okładce.

Następny kadr, krajobraz po bitwie, wszędzie ludzkie ciała i nagle zmiana, szpital polowy. Mój bohater jest zmęczony, ale szczęśliwy: to pewne – będzie wolna Polska. Jego radość udziela się i mnie. Niestety jęki rannych i fetor zgnilizny rujnują  podniosłość chwili.

Kolejny obraz – pan doktor ma syna, daje mu na imię Józef na cześć Marszałka. Widzi w nim swojego następcę – to będzie kolejny chirurg w rodzinie. Potem znowu ogromne emocje, na arenie historii pojawia się kryminalista, niejaki Adolf H. Lekarz zna niemiecki słucha radia, pali papierosa za papierosem.

Znowu  wojna, Józef student medycyny, pracuje w szpitalu, jako pielęgniarz. Nie zdążył ukończyć studiów, uczy się więc od innych lekarzy. Pomaga mu jego przedwojenny wykładowca.

Wybucha Powstanie, chłopak walczy dzielnie, jako żołnierz i lekarz. Jego odwaga i empatia zadziwia wszystkich. Ojciec jest dumny.

Odważny młody człowiek, zakochuje się i marzy o innym życiu, zwyczajnym, nudnym. Kiedy jego  oddział przechodzi przez cmentarz, Józef widzi wielki krzak różany, urywa jedną gałązkę dla swojej ukochanej. Dziewczyna dostaje kwiat i cieszy się, choć wie, że to róża cmentarna. Jakie to może mieć znaczenie, kiedy dookoła szaleje inferno.

Józef zostaje ranny w prawe ramię i dłoń. Będzie lekarzem, ale już wie, że nigdy chirurgiem.

Doszłam do wniosku, że ta niezwykła książka powinna dalej towarzyszyć komuś innemu.Podarowałam ją pani kardiolog, która ratowała moją mamę po ciężkim zawale.

Prezent przyjęła ze szczerą wdzięcznością, chociaż nie bez oporów. Powiedziała, że spodoba się również jej córce, studentce medycyny.

Atlas Anatomii Człowieka wrócił na swoje miejsce.