Polskie życie po życiu

Na stronach bloga nie może zabraknąć odniesień do pozycji klasycznych, jeśli chodzi o literaturę poświęconą tematyce życia po życiu.

Takim właśnie klasykiem jest książka „Polskie życie po życiu” – zbiór relacji ludzi uratowanych ze stanu śmierci klinicznej. Absolutnie pionierska praca, której podjął się redaktor Marek Rymuszko. Wielokrotnie nagradzany dziennikarz, prezes Stowarzyszenia Krajowego Klub Reportażu, redaktor naczelny miesięcznika Nieznany Świat.

W tej chwili pozycja ta doczekała się już VI wydania, co najlepiej świadczy o poczytności tytułu.

Onegdaj zakupiłam tę książkę, poruszona własnymi doświadczeniami i lekturą prac Raymonda Moody’ego. Zdążyłam ledwie przejrzeć pierwsze strony, kiedy dowiedziałam się, że mojej dobrej znajomej zmarł ojciec. Odwiedziłam ją, aby złożyć kondolencje i zupełnie spontanicznie podarowałam książkę „Polskie życie po życiu”. Ten egzemplarz nigdy do mnie nie wrócił, ale nie mam o to pretensji. Wiem, że w tamtych ciężkich chwilach stanowił źródło pociechy dla całej rodziny, a następnie powędrował dalej do kolejnych potrzebujących. Wędrował, niosąc przesłanie o miejscu, z którego emanuje Dobro i Miłość, o tym, że śmierć ciała nie jest końcem istnienia, a jedynie przejściem do innego wymiaru.

Dzięki uprzejmości redaktora Marka Rymuszko, otrzymałam tę niezwykłą pozycję i mogłam zapoznać się z historiami osób, które dotknęły nieznanego. Ponad siedemdziesiąt poruszających relacji, pełnych szczerych emocji, opisujących wielkie zmiany w postrzeganiu świata oraz głębokie przemiany wewnętrzne, jakie zaszły w mikrokosmosach zmartwychwstańców.

Zdecydowanie polecam i zachęcam do lektury.

 

Książka do nabycia w Księgarni- Galerii Nieznany Świat

Życie nie jest nowelą – to pasjonująca saga !

Temat reinkarnacji bardzo Państwa zainteresował, czego wyrazem jest obfita i ciekawa korespondencja. W listach odnosicie się Państwo do swoich przeczuć, snów, zadziwiających sytuacji, które wydają się być czymś więcej, niż imaginacją umysłu lub zwykłym przypadkiem.

Człowiek uważny dostrzega znacznie więcej i dla tego jego świat jest bogatszy i pełniejszy. Osoby podchodzące do życia z preferencją strony materialnej, postrzegają otoczenie powierzchownie, jedynie pod kątem poszukiwania kolejnych okazji i sposobów gromadzenia dóbr. Wiele im umyka, ale to temat na odrębne rozważania.

Przedstawiam fragment listu, jaki otrzymałam od Andrzeja:

„Przeczytałem z dużym zainteresowaniem tekst o regresji i choć sam nie poddałem się tej procedurze, to mam głębokie przekonanie, co do jej działania i sensu stosowania. Myślę, że w jakiś niewytłumaczalny sposób echa poprzednich wcieleń przebijają się do naszej świadomości. Sam tego doświadczyłem.

Zawsze interesowałem się muzyką. Amatorsko gram na gitarze i podobno nieźle mi to wychodzi. Kiedy miałem może ze czternaście lat pojawił się pewien dziwny sen. Śniło mi się, że gram na trąbce i to w dodatku jazz. Grałem z pasją, jak szalony, ale kiedy odkładałem instrument i rozglądałem się po sali, otaczające mnie postaci rozmazywały się. Zupełnie jakbym widział widma, a nie żywych ludzi. Słyszałem rozmowy w języku angielskim, śmiech, brzęk szkła, nawet charakterystyczny odgłos odkładanych na talerz sztućców. Bez wątpienia grałem w restauracji lub klubie.

Ten sen mnie zastanawiał. Nie interesowałem się jazzem tylko muzyką rockową. Poza tym denerwowało mnie, że nie widzę postaci, nie wiem kim jest kobieta, której śpiew słyszę, nie mam pojęcia, gdzie jestem. Rozwiązanie przyszło praktycznie samo, tyle że kilka lat później. Ukończyłem pierwszy rok studiów i dumny ze swoich ocen pojechałem pochwalić się dziadkom. Tak się złożyło, że dziadek akurat naprawiał dach. Chciałem mu pomóc i dosyć nieszczęśliwie spadłem z drabiny. Prawa noga wymagała założenia szyny, a ja tym samym zostałem unieruchomiony na cały miesiąc. Dziadek skwitował ten wypadek dość okrutnie – tak to jest jak się inteligent za prawdziwą robotę zabiera.

Znajomi próbowali umilić mi czas rekonwalescencji i przynosili różne filmy. Wtedy, po raz pierwszy w życiu obejrzałem „Cotton Club”, film nakręcony nota bene w 1984 roku, kiedy się urodziłem. Emocji, jakie towarzyszyły mi podczas oglądania całego filmu, nie da się opisać. To było niesamowite, byłem jak w transie! Reżyser Francis Ford Coppola zabrał mnie, na powrót do mojego świata. I pomyśleć, że zastanawiałem się czy ten film oglądać, bo opisany był jako gangsterski, a takie kino specjalnie mnie nie interesuje. Od czasu Cotton Club, mój sen nabrał kolorów i ostrości. Odszukałem wiele materiałów dotyczących tego legendarnego klubu i nie mam cienia wątpliwości, że miałem przyjemność tam występować. Nie byłem prawdopodobnie muzykiem pierwszoplanowym, ale to nie ma przecież żadnego znaczenia.

Ja nie potrzebuję więcej „dowodów” – niech żyje jazz! „

Wspaniałe doświadczenie. Zapewne kształtujące człowieka na całe życie, a tym samym na kolejne wcielenia. Pojawia się pytanie, czy owe przebłyski dawnych żywotów są przypadkowe, czy też celowo wpisane w obecne życie?

Moim skromnym zdaniem, wszystko zależy od skali wpływów poprzednich żywotów, na ten obecny. Można założyć, że w przypadku takich ludzi jak Mozart, dorobek, mądrość i artyzm nabyty przez wiele wcieleń, objawiły się już we wczesnym dzieciństwie, aby przyspieszyć powstanie wiekopomnych dzieł kompozytora. Dzieł, stanowiących niewyczerpane źródło inspiracji dla kolejnych pokoleń muzyków, a także ucztę duchową dla wielu melomanów, szukających wytchnienia w gonitwie życia. Mało tego, w latach 50- tych XX wieku, profesor Alfreda Tomatis odkrył szczególne właściwości muzyki Mozarta, a jego koncepcje znane są powszechnie pod nazwą Efektu Mozarta. Profesor Tomatis wykazał, ponad wszelką wątpliwość, że utwory kompozytora wpływają na poprawę koncentracji, harmonizują napięcie mięśniowe, poprawia koordynację ruchową i ułatwiają zapamiętywanie i relaksację. Obecnie muzyka Mozarta wykorzystywana jest w terapii epilepsji, autyzmu, dysleksji, zaburzeń emocjonalnych, czy nadpobudliwości psychoruchowej.

Jestem przekonana, że zjawisko określane mianem geniuszu, to nie nadnaturalny talent, wynikający z uwarunkowań genetycznych, tylko otwarty dostęp do wcześniejszych osiągnięć, popartych ciężką pracą. Takie stare dusze, wracają, aby przyśpieszyć rozwój świadomości pozostałych dusz, zmienić bieg historii, skierować naukę lub duchowość na nowe tory. Mozart nie jest jedynym „cudownym dzieckiem” w dziejach ludzkości. Było ich wiele, lecz nie zawsze wiemy o ich istnieniu. Rodzą się na innych kontynentach lub zajmują się dziedzinami, o których przeciętny człowiek nie ma pojęcia. Żebym nie była gołosłowna podam dwa przykłady:

Akrit Jaswal urodzony w 1993 roku w Indiach. Zasłynął jako geniusz w dziedzinie medycyny. Mając zaledwie 7 lat, pomyślnie przeprowadził swoją pierwszą operację na dziewczynce, której rodziców nie było stać na profesjonalną opiekę medyczną. Akrit, nie spoczął na laurach i dalej kształci się w kierunku medycyny. Marzy o studiach na Harvardzie i o wynalezieniu leku na raka.

Terence Tao, chłopak nauczył się czytać i liczyć już w wieku 2 lat. Jako 7-latek uczęszczał do szkoły średniej. W wieku lat dziewięciu, rozpoczął studia, które ukończył jako 24-latek z tytułem profesora matematyki. W trakcie studiów, dokonał wielu znaczących odkryć w dziedzinie matematyki.

Celowo wybrałam osoby urodzone w czasach współczesnych, żeby nie było wątpliwości, co do prawdy historycznej i potencjalnego wyolbrzymiania ich osiągnięć.

Jaka siła ma wpływ na to, że konkretna dusza może zachować swoją intelektualną ciągłość mimo zmiany ciała? Cóż, zapewne jest to siła życzliwa ludzkości, zainteresowana naszym wzrostem i rozwojem. Nazwy, które tej sile nadajemy są drugorzędne. Najczęściej wymienia się Władców Karmy, Duchowych Rodziców lub Boską Mądrość.

W przypadku opisanym przez Andrzeja, nie mamy do czynienia z ciągłością wspomnień determinującą obecne wcielenie. Owszem, Andrzej amatorsko muzykuje i na pewno jest to istotny aspekt jego życia, jednak zawodowo zajmuje się czymś innym. Przykład ten obrazuje możliwości poznawcze każdego człowieka, rozumianego jako dusza, stanowiąca sumę wszystkich doświadczeń i umiejętności.

Warto bacznie przyglądać się sobie i swoim bliskimi. Nie zaszkodzi, przynajmniej założyć, że istnieje możliwość odebrania przekazu, który zapobiegliwie przygotowaliśmy na bieżące wcielenie.

Dobre życie po złym życiu

Otrzymałam poruszający list od Izabeli, która niedawno poddała się regresji w hipnozie. Ciekawa sesja, prowadząca bohaterkę w strefę wewnętrznego Cienia. Niechętnie przyznajemy się do jej istnienia, błędnie interpretując własne odczucia lub emocje, które skrywa. Nie da się jednak zaprzeczyć, że Cień to część naszej osobowości.

Zanim oddam głos Izabeli, dodam tylko, że podjęcie przez nią próby dotarcia do wcześniejszych reinkarnacji, nie było podyktowane pustą ciekawością. Izabelę, od najmłodszych lat dręczyły dziwne i przerażające sny, od których nie potrafiła się uwolnić. W końcu postanowiła skorzystać z tego rodzaju terapii.

„Szukając odpowiedzi na pewne dręczące mnie pytanie trafiłam na Twojego bloga. Coś mi mówi, że pomożesz mi lub przynajmniej nakierujesz na właściwe rozwiązanie. Od dzieciństwa dręczyły mnie koszmarne sny. Mówi się, że koszmary są odzwierciedleniem lęków, ciężkiej sytuacji życiowej itp. Tymczasem moje życie było od początku bardzo spokojne, pełne rodzicielskiej opieki i zabezpieczone ekonomicznie. Nigdy niczego mi nie brakowało. Rodzice dla mnie i brata byli gotowi zrobić chyba wszystko. Skończyłam studia medyczne, poznałam mego męża i właściwie oprócz drobnych problemów, jakie ma każdy nie spotkało mnie nic złego. Mam cudowne córeczki, mąż pracuje w stałych godzinach więc nie ma problemu z moimi dyżurami. Pracuję dużo, poza tym pomagam wolontarystycznie w hospicjum. Mąż to rozumie i bardzo mnie wspiera. Czasami bywam przemęczona, ale szczerze kocham swoją pracę i nie wyobrażam sobie abym mogła robić w życiu coś innego. Nic nie tłumaczyło tych okropnych snów ani w dzieciństwie, ani teraz.

Radziłam się przyjaciółki i to ona podsunęła mi pomysł z regresją hipnotyczną. Nie jestem osobą religijną, ale wierzę głęboko w istnienie siły kierującej tym światem. Reinkarnacja wydaję się całkiem sensownym i sprawiedliwym mechanizmem w procesie samodoskonalenia.

Pierwsza sesja zakończyła się fiaskiem. Nie potrafiłam się skupić, co rozdrażniło mnie i rozbiło całkowicie. Podczas drugiej poszło dużo lepiej. Widziałam siebie jako dziewczynkę żyjącą w osiemnastowiecznej Rosji. Nie będę podawać szczegółów, ponieważ tamto życie zakończyło się szybko i jak przypuszczam, nie miało nic wspólnego z moimi koszmarami. Na kolejną sesję szłam pełna nadziei z jakimś dojmującym przekonaniem o rozstrzygającej roli tego, co być może zobaczę.

Zobaczyłam siebie jako nastolatkę. Pierwszy obraz to skromnie, ale starannie urządzone mieszkanie, w którym szoruję drewnianą podłogę. Świeci słońce i jestem nieszczęśliwa, że muszę sprzątać, a moje młodsze siostry poszły bawić się na dworze. Z oddali słyszę muzykę. Ktoś śpiewa po niemiecku. Następne obrazy dotyczą życia rodzinnego: ojca, matki, sióstr. Wielkie szczęście, kiedy ojciec przynosi do domu odbiornik radiowy i rozpacz z powodu śmierci najmłodszej siostry. Wieczne szorowanie podług. Później jakieś święto, wielki wiec, gdzie wszyscy wiwatują na cześć Hitlera.

Jestem już kobietą i bardzo chcę być samodzielna, coś znaczyć w życiu. Ojciec ciągle ubolewa, że nie ma syna. Inni mają i mogą chwalić się zdjęciem w pięknym mundurze. Później widzę siebie jako strażniczkę w obozie koncentracyjnym. Tam się dzieją rzeczy straszne, również z moim udziałem.

Największym przeżyciem dla mnie, nie jest sam fakt bycia kobietą okrutną, odczłowieczoną, ale stosunek jaki miałam do tego, co robiłam. Mnie się to podobało. Te piękne skórzane oficerki, władza, strach w oczach więźniarek, zalotne spojrzenia kolegów. Myśmy byli szczęśliwymi władcami pandemonium. Nic nie miało znaczenia, a w więźniach nie widziałam ludzi tylko coś między zwierzęciem a maszyną.

Zginęłam podczas ucieczki przed nadciągającym, wrogim wojskiem. Jeden z esesmanów zorganizował ciężarówkę. Przebrani w cywilne ubrania, chcieliśmy uciec. Na ciężarówce były worki z ziemniakami, cebulą i marchwią. Wśród tych worków kilkoro z nas (w tym ja) się ukryło, w szoferce została strażniczka i jej kochanek. Ten samochód został ostrzelany i spadł ze skarpy. Cały załadowany ciężar zwalił się z impetem na mnie. Żebra przebiły płuca, umierałam dusząc się i dławiąc własną krwią.

Obraz z tej sesji miejscami pokrywał się z treścią dręczących mnie snów. Na dzień dzisiejszy mogę powiedzieć, że przestałam śnić koszmary. W tym sensie terapia okazała się skuteczna.

Jeśli, to co widziałam było faktycznie moim poprzednim życiem, dlaczego dobrze mi się wiedzie? Za ból, cierpienie, poniżenie tamtych ludzi powinnam przecież pokutować, doświadczać tego, co sama robiłam. Czuje się zagubiona, zdezorientowana.”

Nie wiem na jakiej podstawie Izabela przyjęła, że karma działa zgodnie ze starotestamentową zasadą „oko za oko ząb za ząb”. Czy naprawdę jedynym sposobem zniwelowania zła wyrządzonego w poprzednim życiu, ma być doznanie identycznego zła w obecnym? Czy dla wyrównania rachunku krzywd, dawna ofiara powinna zakatować sadystyczną strażniczkę jej własnym pejczem ? Z mojego punktu widzenia brzmi to absurdalnie. Istnieje znacząca różnica między zemstą, a zadośćuczynieniem.

Czyniąc dobro wzmacniamy ten rodzaj energii, tak samo jest ze złem. Karma (prawo przyczyny i skutku) służy również wyrównywaniu tych energii. W obecnym życiu Izabela jest lekarzem. Ze względu na swoją specjalizację ma do czynienia z osobami ciężko chorymi i cierpiącymi. Moim zdaniem pracując tak zawodowo jak i wolontarystycznie, przyczynia się do polepszenia sytuacji pacjentów i zmniejszenia bólu, który znoszą. Niwelując ból, niosąc otuchę i spokój, wyrównuje rachunek krzywd. Dobrem neutralizuje zło.

W kontekście reinkarnacji mówi się często „Co posiejesz to zbierzesz” i to jest oczywiście prawda, tyle tylko, że dusza przechodząc z jednego ciała fizycznego do drugiego, niesie cały bagaż wszystkich swoich doświadczeń i uczynków, nie tylko z poprzedniego wcielenia. Jeśli myślimy o sobie jako o duszy mającej ciało, nieśmiertelnej i wiecznej, to oczywistym wydaje się, że jesteśmy sumą wszystkich dobrych i złych uczynków, a nasze wcielenia to poniekąd średnia arytmetyczna jednych i drugich.

Cokolwiek robimy, zmieniamy się, a za mikrokosmosem naszego serca podąża cały wszechświat. Moim skromnym zdaniem na tym należy się skupić i działać nie oczekując rezultatu natychmiast, tu i teraz. Z dobrego ziarna wyrasta dobry plon. Prędzej czy później zbierzemy go i pomnożymy.

W gościnnych progach kanału Bifyj.pl

Zostałam zaproszona przez śląski kanał Bifyj.pl, którego założycielką jest Stenia Dyduch.

Stenia, to postać niezwykła. Rozmiłowana w folklorze śląska, zbiera i pielęgnuje tak przedmioty, jak i różnorakie śląskie opowieści. W swoich programach pokazuje również ciekawe miejsca i ludzi z tego regionu.

Stenia daje znakomity przykład wszystkim paniom, które uważają, że w pewnym wieku nie wypada lub nie da się spełniać swoich marzeń. Drogie panie – do dzieła!

Niezwykła energia Steni udzieliła się również mnie, dzięki czemu nagrałyśmy sporo materiału. Umieszczam link do jednego z odcinków już wyemitowanych. Będą następne.

Steniu! Dziękuję za miłe przyjęcie i wspaniałą atmosferę podczas wspólnej pracy.

Zapraszam:

Dyktowania Ludzi w Duchu – Era kobiet

Otrzymałam kolejny tom z cyklu Dyktowania Ludzi w Duchu. Tym razem Robert Alexander Gajdziński zebrał dyktowania otrzymane od pionierek badań naukowych, sufrażystek, emancypantek, bojowniczek walczących o prawa kobiet oraz zniesienie segregacji rasowej.

Pisałam o wcześniejszych tomach i przedstawiłam szczegółowo postać medium odbierającego te jedyne w swoim rodzaju komunikaty. Dyktowania, to pisemne przekazy od zmarłych otrzymane przez Nell Halinę Noell w latach 1976 – 1998. Spadkobiercą Dyktowań został Robert, który w miarę możliwości, stara się wydawać kolejne ich części w formie książkowej.

Z tekstu, przebiją silne i bezkompromisowe osobowości, które zdobywając dla siebie miejsce w przestrzeni, zarezerwowanej jedynie dla mężczyzn, wykazały się nie tylko błyskotliwą inteligencją, ale również niespotykanym hartem ducha. Silne kobiety, śmiało i bez ogródek relacjonują swoją drogę oraz stosunek do świata, rządzonego i zawłaszczonego przez mężczyzn.

W tomie Era kobiet treścią przekazów stały się również tematy kontrowersyjne, jak regulacja urodzeń oraz aborcja.

Książkę polecam, jednak ze względu na kwestie etyczne, nie będę odnosić się do wszystkich przedstawionych treści. Każdy czytelnik musi wyrobić sobie własny pogląd. Natomiast, zacytuję fragment dyktowania od Ann Lohman:

„Chociaż wszystko, co żyje fizycznie, umiera fizycznie. Śmierć, jak życie jest uzależniona od konsekwencji sposobu życia. Niejednokrotnie również życie lub życia poprzednie danego Ducha są konsekwencją życia obecnego, zawodu w jakim człowiek pracuje, również rodzaju śmierci. (…) Co posiejesz to zbierzesz”.

Z tymi słowami mogę zgodzić się bez zastrzeżeń.

Zamówienia:

www.dyktowania.pl

tel. 500-367-547

Regresja w hipnozie – wgląd w poprzednie życie.

 

W poprzednim odcinku pisałem o regresji hipnotycznej jako narzędziu używanym w terapii. Dzisiaj skupię się na samym zjawisku regresji, jej założeniach i przykładach.

W wielu kulturach wschodu od starożytnego Egiptu poprzez późniejszą Grecję czy Rzym pojęcie reinkarnacja było ważnym składnikiem wierzeń. Tłumaczyło możliwość rozwoju duszy oraz odkupienia złych uczynków popełnionych w poprzednich żywotach.

Moje własne doświadczenia pozwalają mi przedstawić obraz reinkarnacji jako szkoły,gdzie w następujących po sobie klasach zdobywamy nową wiedzę, doświadczenie pozwalające rozwinąć się naszej duszy. Moim zdaniem ludzi można podzielić na tych, którzy doświadczyli reinkarnacji i transformacji z nią związanej i tych którym się wydaje, że ich reinkarnacje były wspaniałe, historyczne, bogate, co nie znajduje pokrycia w rzeczywistości. Osobną, nieistotną tutaj grupą są ci, którzy z różnych względów nie akceptują reinkarnacji. Tę grupę dzisiaj pominę.

Dzięki współpracy z dr Kaczorowskim mogę potwierdzić, że większość wątków z  reinkarnacji dotyczy różnych aspektów naszego codziennego życia. I te zdarzenia, sytuacje podpowiadają często rozwiązanie problemu z jakim się w obecnym życiu spotykamy.

Młoda kobieta od dziecka bała się wejść do wody. Jak opowiadała już w dzieciństwie czuła dreszcze, kiedy mama próbowała umyć jej głowę pod prysznicem. Woda lecąca z góry wywoływała u niej sztywnienie całego ciała. Dlatego bała się głębszej wody w morzu czy jeziorze. Podczas regresji pojawił się obraz z lat 40 XX wieku. Obóz zagłady, plac obozowy. Młoda kobieta polewana zimną wodą na ostrym mrozie. Torturowana w ten sposób dla przykładu. Pozostawiona na placu zamarza i umiera z zimna.

To odczucie zimna, bezradności, niewymownego żalu pozostało w niej przez lata.

Kontakt z wodą za każdym razem przywoływał te „zatarte” wspomnienia. Po seansie, w którym nastąpiło wybaczenie i odcięcie od starego „nieaktualnego” już przeżycia, przykre odczucia zniknęły. W czasie wakacji, kobieta pojechała nad morze i nie miała problemów z wejściem do głębszej wody.

Jest jednak grupa ludzi, którzy twierdzą, że w poprzednim życiu byli kimś ważnym, wielkim. To nie zawsze musi być prawdą. Wynika raczej z potrzeby wyróżnienia się, bycia lepszym. Tutaj niestety duży wpływ mają wróżki, które potwierdzają takie oczekiwania klientów, chociaż nie mają doświadczenia w tym temacie. Pamiętam jak pewna matka mówiła o synu. „On musiał być kimś ważnym: księciem, królem, bo w swoich snach rozkazuje ludziom. Oni go słuchają.” Po przywołaniu reinkarnacji okazało się, że owszem był ważny, ale w swojej wiosce, wsi. Był po prostu wójtem.

Dzisiaj chciałbym przedstawić jedną z kilku moich reinkarnacji. Z wszystkich regresji ta jedna była bardzo szczegółowa, emocjonalna – niezwykle żywa.

Średniowieczny Paryż – XI – XII w.

Ten Paryż miał dwie części, jak w lustrze: jasną i ciemną.Ta jasna obejmowała stolicę Francji, uznawaną w całej Europie z królem i wielkim dworem.

Ja żyłem w tej ciemnej: podziemnym Paryżu. To miasto – państwo rządziło się własnymi prawami.Przekrój społeczny podobny jak w znanym Paryżu. Na czele król, despotyczny władca – nikt z mieszkańców nie miał do niego dostępu.

Dwór – zabudowania, budynki z zewnątrz szare, brudne – w środku pełen przepychu, dostatku. (Istniały tam liczne przejścia i tajne korytarze.)  Złote i porcelanowe naczynia, bogate, wzorzyste tkaniny i suto zastawione stoły. Napoje i jedzenie najczęściej pochodziły z bogatych piwnic paryskiego dworu. Wokół naszego króla tylko Gwardia przyboczna. Spośród niej wybierano trzech zaufanych – doradców. I tylko z nimi spotykał się król. Doradcy przekazywali Gwardii i żołnierzom wszystkie rozkazy od króla. Na dworze można było spotkać bogatych, zasłużonych członków owej ciemnej społeczności. Nie było łatwo dostać się do tej elity. Niektórzy przez wiele lat ciężko na to pracowali.

Poza dworem szare ulice, zaułki, ciemne przejścia. Tam rozgrywało się życie codzienne. Biedacy, żebracy, kaleki oraz złodzieje i żołnierze pilnujący porządku.Każda nacja miała swoją strukturę, hierarchię – prawdziwy podziemny Paryż.

Urodziłem się w biednej rodzinie. Mama praczka, ciężką pracą próbowała utrzymać swoje dzieci. Ojca nie znałem. Któregoś dnia wyszedł z domu i już nie wrócił. Podobno nigdy nie pracował.Jak mawiał: „Praca jest dla głupców”.

Rodzeństwo – sześcioro młodych, wrzeszczących gęb, ciągle głodnych i niezaspokojonych. Mój starszy brat zniknął któregoś dnia i nigdy nie wrócił. Miał jakieś dochodowe zajęcie, nikt z nas nie pytał o szczegóły. Czy był żołnierzem czy złodziejem tego nie wiem. Tacy ginęli młodo. Zostałem najstarszym mężczyzną w domu. Już jako młody chłopak próbowałem różnych zajęć. Robiłem wszystko, żeby zdobyć jakieś pieniądze i pomóc biednej matce. Życie mi sprzyjało. Byłem drobny, wysportowany, odporny na ból i przeciążenia. Uczestniczyłem w różnych włamaniach i kradzieżach. Naszym łupem padały zabudowania mieszczan i bogaczy.

Najpierw stawałem na czatach, pilnowałem przebiegu akcji, uczyłem się. Potem zacząłem kraść. Jako drobny chłopak wcisnąłem się wszędzie, w każde okno czy wyłom. Byłem dobry w swoim fachu. Szybko przejąłem dowództwo grupy. Moi kamraci mieli do mnie pełne zaufanie. Nigdy ich nie zawiodłem. Moja ciemna sława rosła. W hierarchii złodziejskiej doszliśmy na szczyt. Wtedy dowiedziałem się o istnieniu dworu królewskiego, a dwór dowiedział się o mnie.

Teraz zlecenia i rozkazy przychodziły z samej „góry”. Dzięki temu nie mogłem narzekać. Finanse pozwalały mi wspierać rodzinę. Działałem na odległość, jak dobry wujek. Podrzucałem do domu drobne monety, czasem jakieś woreczki z żywnością: ziemniaki, ziarno, mąkę. Moja matka zaczęła się uśmiechać. To był dla mnie najpiękniejszy widok. Dzięki moim drobniakom dwóch braci poszło do szkół. Miałem przeświadczenie, że wykształcenie pozwoli im wyrwać się z tego środowiska. Dlatego pilnowałem, żeby cały proces przebiegał prawidłowo. Po którejś udanej akcji zostałem zaproszony na dwór. Tam osobiście musiałem zdać relacje ze wszystkich wydarzeń. Odtąd mogłem swobodnie poruszać się po tym terenie. Byłem jak u siebie.

Jednak tutaj nudziłem się. Byłem za młody, żeby siedzieć za stołem i wspominać dawne czasy. Wolałem ruch, życie. Przynajmniej jakaś zmiana, coś się działo…

Z racji zasług i pełnionych obowiązków musiałem bywać na dworze coraz częściej. Dlatego postanowiłem dostosować się i w miarę możliwości wykorzystać swoją szansę. Byłem lubiany, kamraci za stołem nie mieli przede mną żadnych tajemnic, także „państwowych”. Widziałem, że moja młodość, energia, zapalczywość i brak skrupułów były tutaj dobrze odbierane. Dzięki temu mogłem bez przeszkód awansować w ich wewnętrznej dworskiej hierarchii. Szybko dostałem się do Gwardii przybocznej. Chociaż byłem najmłodszy doceniano moje doświadczenie i bezpardonowość. Liczyłem na to, że w końcu stanę się osobistym doradcą.Musiałem na to zasłużyć. Nie chciałem czekać, więc przyśpieszyłem pewne wydarzenia i w końcu zostałem zaprzysiężony. Wszyscy byli zachwyceni, że ja (ten młodzieniec) znalazł się na właściwym miejscu. Gdyby znali moje myśli…

Czas płynął szybko, po zaprzysiężeniu zostałem przedstawiony Szefowi, czyli osobie zarządzającej doradcami i całą tajną stroną funkcjonowania dworu. Nikt, nie znał go osobiście. Nawet doradcy słyszeli tylko jego głos. Ciekawa sytuacja. Szybko zdobyłem zaufanie Szefa. To było jednoznaczne z przewodnictwem wśród doradców. Coraz częściej u niego bywałem. Czasem sam. Tymczasem w mojej głowie rodził się plan. Plan mojego życia…

Stare pryki za stołem i nawet kamraci z Gwardii nie podejrzewali, co im szykuję. Wykorzystując wszystkie zastane układy i ciesząc się dużym poważaniem mogłem bardzo wiele. Prawie jak Szef. Prawie czyniło jednak sporą różnicę. Kiedy o tym myślałem sam uśmiechałem się do siebie. Okazja nadarzyła się szybko. Po ważnej naradzie, zostałem z Szefem sam na sam. Wiedziałem, że ma do mnie zaufanie. Dlatego po krótkiej rozmowie postanowiłem działać. Byłem uzbrojony. Miałem krótką szpadę i w zanadrzu mały „ostry” nożyk.

Jednym cięciem rozerwałem dzielącą nas kotarę i ujrzałem Szefa w całej okazałości. Był to mężczyzna, po czterdziestce, potężnej postury, a jego lewy policzek przecinała szrama. Wyglądał na zdziwionego. Szybko wyzwałem go na pojedynek. Wiedziałem, że chwila mi sprzyja. Pozostali Gwardziści mogli się pojawić za 10 – 15 minut. Stanęliśmy przed sobą jak godni siebie rywale. On walczył o życie, ja o honor, sukces i prestiż. Nie znałem go wcześniej, więc trudno mi było przewidzieć jego ruchy i ciosy. Miał za sobą dobrą szkołę fechtunku. Jednak nie dałem za wygraną. Byłem zwinny i poznałem wiele różnych technik walki, co często ratowało mi życie. Jeden na jednego. Bez świadków. Pojedynek do końca…

Rany były coraz cięższe, wokół dużo krwi. Ruchy zaczęły sprawiać mi trudności. Przed oczyma pojawiły się ciemne plamy. Pomyślałem: to niemożliwe. Wokół pełno światła. W pewnej chwili stanąłem, nie mogłem zrobić kroku. Poczułem duszności. Zobaczyłem jeszcze, że on też upada w kałuży krwi. Za chwilę wbiegli Gwardziści, którzy z małego puzdra wydobyli jakieś smarowidło i tym opatrzyli jego ranę. Ja byłem już nikim. Chwycili mnie za nogi, ręce i bocznym wyjściem wynieśli na zewnątrz. Tutaj wrzucono mnie w błoto. Wiedziałem, że umieram i oni też to wiedzieli.

Kiedy obrazy z przeszłości migały mi przed oczyma nagle przyszła mi do głowy taka myśl:

Jak to jest? To ja całe życie narażam się, kombinuję, żeby moja rodzina, matka miała lepiej i  co? Co dostałem w zamian? Umieram tutaj w bólu i zapomnieniu… Dlaczego? Po co te starania? Wyścigi… Rywalizacja… I tak odchodzimy!

I nagle spokój, cisza… Jak dobrze… Odchodzę…

Po tej regresji, zrozumiałem, dlaczego w szkole podstawowej (w obecnym życiu) nie chciałem, nie potrafiłem walczyć o swoje. Kiedy miałem się przeciwstawić ręce mi same opadały, a ja niepyszny wycofywałem się. Długo trwało zanim wyrobiłem w sobie nowe „prawidłowe” nawyki. Jak działać, reagować w kontaktach z innymi. Tutaj mała dygresja…

Podczas regresji przeżywamy całe zdarzenie, jakby działo się „na żywo”. Ja tam naprawdę byłem, kradłem i planowałem, jak zabić Szefa. Nagle, usłyszałem głos, jak z zaświatów:

„Gdzie jesteś, co widzisz?” To prowadzący moją regresję zadał te pytania. Dotarło do mnie, że mentalnie jestem równocześnie w dwóch miejscach: tu na leżance w gabinecie i tam w średniowiecznym Paryżu. Oba światy były jednakowo ważne i naturalne.

Mam nadzieję, że w tym artykule przybliżyłem Wam mechanizm i przebieg regresji reinkarnacyjnej.

Dlatego proszę nie słuchajcie wróżek czy amatorów. W temacie reinkarnacji polecam tylko autorytety. Osoby, które pracują z tym tematem od wielu lat. Na pewno jest to dr A. Kaczorowski, dr A. Daniłow z Ukrainy, śmiem twierdzić, że ja i jeszcze kilka osób w Polsce.

W tym artykule to wszystko…

Już niedługo znowu się spotkamy…

 

 

Krzywda zawsze wraca – wszak zna drogę

Pytanie zawarte w jednym z komentarzy:

„Często słyszę, zwłaszcza od ludzi starszych, że krzywda wraca do sprawcy i zawsze zostaje on ukarany. Czy ma Pani jakąś wiedzę na ten temat bądź ciekawe historie czytelników do podzielenia się na blogu?”

Zatem niejako na życzenie Czytelniczki garść moich rozważań i przykładów o krzywdzie i jej rozliczeniu, opartych na zdarzeniach ze świata fizycznego i spirytualnego.

Należałoby zacząć od pytania: czym jest krzywda? Najprostsza odpowiedź brzmi: tym, co zdarzyć się nie powinno. Bólem zadanym z premedytacją czującej istocie, nie tylko ludzkiej. Bezsilnością ofiary wobec zdarzeń dotykających jej niezmiernie dotkliwie, bez możliwości obrony, a nawet bez szansy na najmniejsze zadośćuczynienie. Każdy ma swoją listę niegodziwości, stanowiących o rozmiarach doznanej krzywdy. Obmowa, kradzież, niewdzięczność, gwałt, pobicie, można by długo wymieniać.

Bywa, że krzywdę da się naprawić, lub chociaż za nią zadośćuczynić, złagodzić jej skutki. Niestety często poczynione szkody są nieodwracalne. Budzi się w nas wtedy złość, kiełkuje potrzeba odwetu, prymitywnej zemsty lub wyrafinowanego rewanżu. Pojawia się przekonanie, że kiedy ów akt wyrównujący rachunki między nami a krzywdzicielem dokona się, poczujemy niebywałą ulgę, opadną emocje, a wszystkie przykre uczucia znikną, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Chęć zemsty jest w nas, to jest nieuniknione. W ten sposób, przejawia się nieokiełznana cząstka naszej osobowości. Zwierzęce JA wynurzając się z wewnętrznego Cienia, zagarnia nas ku sobie. Problem w tym, że to uczucie zwodnicze, ponieważ zemsta nam w niczym nie pomoże, niczego nie ułatwi i nie osłodzi łez. Pomijam już fakt, że w rozumieniu prawa zemsta jest równoznaczna z przestępstwem.

Odwet uruchamia nowy ciąg negatywnych zdarzeń oraz nieodwracalną zmianę w nas samych. Jakkolwiek to brzmi dokonując aktu zemsty na oprawcy jednoczymy się z nim mentalnie. Wchodzimy w krąg tej samej energii i oddychamy tym samym złem. Żebyśmy, nie wiem jak, próbowali moralnie ten akt usprawiedliwić, nic nie zmieni degenerującego charakteru zemsty. Kiedy dopuścimy do głosu zbrodniczą furię, może się okazać, że oto nasz Anioł Stróż zapłakał krwawymi łzami.

Czy tylko w baśniach zło jest zawsze ukarane, a dobro nagradzane? Jestem głęboko przekonana, że ta zasada działa zawsze i wszędzie. Wsłuchajmy się w znane przysłowia i mądrości narodów: „Co posiejesz to zbierzesz, co za siebie rzucisz to przed sobą znajdziesz”, „Pan Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy”, „cudza krzywda twego życia nie poprawi” i mój ulubiony w tym temacie cytat:

„Później czy wcześniej krzywda w los się wciela i w sieć skrzywdzonych chwyta krzywdziciela” /Zygmunt Krasiński/

Każdy, bez wyjątku, prędzej lub później zbiera plon swoich działań i ponosi ich konsekwencje. Nie w tym, to w następnym życiu. Oczywiście, jeśli ktoś żąda sprawiedliwości, już, natychmiast, tu i teraz, może poczuć się zawiedziony. Czasem działa ona bardzo wolno, czasem incognito, a czasem potrafi wyłonić się nawet zza kurtyny śmierci.

Znam wiele historii osób, które perfidnie rozbijały cudze małżeństwo i nie cieszyły się długo, swoim szczęściem zbudowanym na nieszczęściu kogoś innego. Ich partner/partnerka albo skruszony wracał na łono rodziny, albo znajdował nowy obiekt pożądania. Los lubi płacić taką monetą, jaką sami operujemy.

Niejeden brutalny mąż kończy złożony chorobą, która nie dość, że wyrównuje rachunek zadanego cierpienia to jeszcze wymusza pokorną prośbę o opiekę lub pomoc ze strony dotychczasowej ofiary. Strącenie z piedestału „pana i władcy” to bolesna degradacja, ale i pouczające doświadczenie.

Choć odnosimy wrażenie, że wielu niegodziwcom wszystko uchodzi na sucho i egzystują sobie wygodnie mimo popełnionych zbrodni i oszustw, to pamiętajmy o jednym: nie siedzimy ani w ich głowach ani w sercach. Nie tylko lady Makbet, dane było widywać zjawy swoich ofiar. Niejeden dyktator i zbrodniarz sypiał przy zapalonym świetle. Mimo pozorów pewności siebie, ludzie ci żyją w ciągłym strachu, ponieważ każdy mierzy innych własną miarą, a ich miara jest doprawdy makabryczna.

Wysłuchałam historii mężczyzny nawiedzanego przez zjawy więźniów, do których śmierci się przyczynił. Bici, szykanowani odchodzili złorzecząc swemu prześladowcy. W chwili, kiedy zmienił profesję i najmniej spodziewał się rozrachunku z przeszłością, pojawili się, aby nie dane mu było zapomnieć lub przebaczyć samemu sobie. Człowiek ten popełnił samobójstwo.

Poznałam osobę, która wyrządziła wiele złego najbliższym w tym walnie przyczyniła się do ciężkiej choroby własnego ojca. Kobieta zbudowała swój dobrobyt idąc po trupach do celu. Dopiero w starszym wieku pojawiły się wątpliwości i wyrzuty sumienia. Niestety nie było już kogo prosić o wybaczenie. Jej wnuk urodził się ciężko upośledzony i praktycznie niezdolny do samodzielnej egzystencji. Ktoś znajomy w złości powiedział, że to kara za grzechy babki. (uważam, że tak być nie mogło, ale to odrębny temat). Kobieta usłyszała ten komentarz i wzięła go do siebie. Każdy dzień spędzony z „naznaczonym” jej winą dzieckiem to dla niej pokuta, ale i lekcja trudnej miłości.

Osąd ludzki sięga tylko do pewnego poziomu, który jesteśmy w stanie objąć swoją bądź co bądź ograniczoną percepcją. Porządek karmiczny nie posiada ograniczeń, a jedynie spójną zasadę przyczyny wywołującej skutek. Każdego dnia wchodzimy nie tylko w relacje z innymi ludźmi, ale również karmą przeszłych wcieleń. W tym wszystkim jedyną pewną rzeczą wydaje się oczyszczająca moc dobra, która może zmienić naszą przyszłość liczoną nie tylko w latach, ale w eonach. Czyż nie to miał na myśli apostoł Mateusz mówiąc:

„Pogódź się ze swoim przeciwnikiem szybko, dopóki jesteś z nim w drodze, by cię przeciwnik nie podał sędziemu, a sędzia dozorcy i aby nie wtrącono cię do więzienia. Zaprawdę powiadam ci: nie wyjdziesz stamtąd, aż zwrócisz ostatni grosz” (Mt 5,26).

Szanowni Państwo!

W Nowy roku 2018 życzę Wam i sobie, abyśmy zawsze mieli odwagę podążać za głosem serca, w pełni ufając boskiemu prowadzeniu.

Przyszło nam żyć w dziwnym świecie, pełnym strachu i wątpliwości oraz medialnych manipulacji. Droga serca, wydaje się być jedyną drogą nie wiodącą na manowce losu.

Nie pozwólmy omamić się mistrzom marketingu, którzy niczym bajkowi magowie prowadzą nasze ego na złotym sznurku do krainy posiadania, w której nie znajdziemy nic niezbędnego, za to pochłonie nas wszystko, co odwraca uwagę od rzeczy najistotniejszych.

Nie dajmy się straszyć i zastraszyć kuglarzom wyspecjalizowanym w manipulowaniu faktami, emocjami i tak zwanym zarządzaniu kryzysowym. Ci pragną władać masami i kształtować rzeczywistość na swoje potrzeby.

Ufajmy sobie! Bądźmy dla samych siebie dobrymi przyjaciółmi i traktujmy siebie z należnym każdemu szacunkiem. Nie oszukujmy się, ale też nie traktujmy zbyt surowo. Mamy prawo żyć na tej planecie i korzystać z jej darów dla dobra własnego i pozostałych. Każdy z nas jest ważny i potrzebny. Nikt nie znalazł się tutaj przez przypadek.

Słuchajmy uważnie głosu serca, ponieważ tylko w tej przestrzeni można usłyszeć dobre Anioły i często naszych bliskich, przebywających w świecie spirytualnym.

Życzę Państwu i sobie, aby nasze marzenia spełniły się bez szkody dla kogokolwiek i czegokolwiek, przyczyniając się do wzrostu moralnego i duchowego nas wszystkich.

Jarosław Filipek „Reinkarnacja wierzyć – nie wierzyć?”

 

Pisząc o psychice, zwłaszcza nieświadomości trudno pominąć tak ważny i ciekawy temat jak reinkarnacja. Nieświadomość, a zwłaszcza podświadomość przechowuje w swojej pamięci głębokiej wszystkie zdarzenia razem z emocjami. W terapiach związanych z hipnozą można dotrzeć do tych zdarzeń, a nawet je odtworzyć.

W przebiegu terapii jest to ważne. Zdarzenia uświadomione, mające wpływ na obecny stan psychiczny można wyciszyć, wykasować razem z towarzyszącymi im emocjami. Ma to znaczenie terapeutyczne. Wykasowanie emocji, pozwala zneutralizować bloki które powstawały w psychice. To powoduje, że przestają one mieć wpływ na jej stan obecny.

Dzięki temu można, bez przeszkód odbudować prawidłową psychikę i przywrócić jej równowagę.

Wracając do zdarzeń zapisanych w naszej nieświadomości.Wiele doświadczeń i badań pokazuje, że pamięć podświadomości przechowuje też wydarzenia z naszej przeszłości. Z okresu płodowego, a także z wcześniejszych żywotów – naszych wcześniejszych inkarnacji. Na co dzień te informacje są zablokowane, nie do odczytu. I jest to prawidłowy mechanizm. Dostęp do nich mógłby zakłócić spokojne życie wielu ludziom.

Dlatego lepiej, że zostają w niepamięci.

Jednak okazuje się, że zdarzenia zarówno w okresie płodowym jak i w poprzednich żywotach (wcieleniach) mogą mieć wpływ na nasz sposób życia, odbierania rzeczywistości czy np. na rodzaj naszych zainteresowań.Jeśli takie zdarzenia z przeszłości były dla nas traumatyczne czy tragiczne to emocje z nimi związane mogą negatywnie wpływać na nasze obecne życie i osłabiać naszą psychikę.Dotarcie do tych wspomnień (poprzednich wcieleń) nie jest łatwe. Może to zrobić dobry hipnoterapeuta, jak np. dr Andrzej Kaczorowski, z którym od wielu lat współpracuję.

Podczas dobrze przeprowadzonej hipnozy, w transie hipnotycznym umysł pozwala nam cofnąć się do przeszłości. Doświadczenia pokazują, że na obecne życie mogą mieć największy wpływ trzy ostatnie wcielenia. Docierając do nich możemy wyciszyć, odreagować toksyczne emocje i wtedy wspomnienia z przeszłości umysł zamyka w pamięci jako nieistotne. Odcina się od nich.Uwolniony umysł można potem odbudować i pozytywnie zaprogramować.

Terapie zostawmy terapeutom. Skupmy się teraz na zjawisku reinkarnacji.

Zjawisko reinkarnacji, poprzednich wcieleń, znane jest już od starożytności. W wielu kulturach było przyjęte jako ważny element wiary czy religii. Wprawdzie chrześcijaństwo odcięło się od tego zjawiska podczas obrad Soboru w Konstantynopolu (553 r.), ale nie znaczy to, że przestało ono istnieć w świadomości ludzkiej.Powróciło szeroką falą tak do Europy, jak i obu Ameryk.

W tym miejscu przytoczę pewien seans, który miał miejsce w 2003r.

Do naszego gabinetu przyjechała mama z 16 letnim synem. Chłopak miał kłopoty z nauką i koncentracją. Był przemęczony. Podczas seansu, w trakcie transu hipnotycznego pacjent zaczął opisywać obrazy ze swojego życia. W pewnym momencie postawa jego ciała zmieniła się, a on opowiedział niezwykłą historię:

-Zobaczył siebie, żyjącego w Paryżu. W kawiarni popijał kawę z wykładowcą ze swojej uczelni.Omawiali przyszłe zajęcia oraz tematy wykładów. Tylko obrazy, otoczenie jakby nie dzisiejsze. Był rok 1885.-

Kiedy skończył mówić terapeuta wyciszył jego umysł i dalej prowadził seans. Na prośbę matki nagraliśmy seans na kasetę magnetofonową. Kiedy kobieta odsłuchała cały seans ze łzami w oczach powiedziała do nas: „Jestem katoliczką, ale będę musiała uwierzyć w reinkarnację”. Co się okazało?

Jej syn, już od szkoły podstawowej zaczął interesować się kulturą Francji, a także z własnej inicjatywy zapisał się na kurs języka francuskiego. Można powiedzieć: „nic takiego”, ale w tej rodzinie nikt wcześniej nie interesował się Francją czy jej kulturą.

Temat reinkarnacji jest dość obszerny, ale na dzisiaj wystarczy.

P.S.

Jeśli będziecie cierpliwi to następnym razem opiszę własną przygodę z reinkarnacją…

Pozdrawiam i do usłyszenia.

Jarosław Filipek