Terapia regresywna – rozmowa z Izabelą Konwińską

Temat regresji do poprzednich wcieleń pojawił się na blogu kilka razy i wzbudził spore zainteresowanie, postanowiłam zatem zaprosić do rozmowy specjalistę w tej dziedzinie.

Moją rozmówczynią jest Izabela Konwińska, absolwentka brytyjskiej Past Life Regression Academy, członek międzynarodowego Spiritual Regression Therapy Association, certyfikowana terapeutka regresywna.

Przypomnijmy, że terapia regresywna odnosi się nie tylko do wspomnień z obecnego życia, ale obejmuje swoim zasięgiem również poprzednie wcielenia. W myśl zasady, że dusza ludzka (świadomość) stanowi sumę wszystkich doświadczeń i nabytej wiedzy, terapia obejmuje swoim zasięgiem nieprzepracowane traumy, sięgające daleko w głąb indywidualnej historii każdego człowieka.

Informacje gromadzone przez lata mogą mieć ogromny wpływ na nasze „Tu i teraz”. Kiedy nabyta wiedza przyśpiesza rozwój w obecnym życiu, a bagaż wspomnień nastraja nas optymistycznie wobec przyszłości, możemy mówić o sukcesie. Bywa jednak odwrotnie. Mimo powodzenia, szeroko pojętej pomyślności w działaniach nie potrafimy cieszyć się tym co mamy. Względnie strachy, fobie, nerwice natręctw skutecznie odbierają nam siły by cieszyć się życiem. Może też się zdarzyć, że logicznie niewytłumaczalna niechęć, obsesyjne zwalczanie konkretnych ludzi lub idei ma swoje źródło w urazach doznanych wieki temu.

Terapeuci regresyjni, uważają, że nasze ciało, umysł, emocje i duch są zasadniczo ze sobą powiązane.  W swojej pracy koncentrują się na uzyskaniu dostępu do wspomnień z przeszłości, bezpośrednio związanych z aktualnymi wyzwaniami. Starają się je zrozumieć, przekształcić i leczyć.

Biuro Duchów: Pani Izabelo, proszę przybliżyć istotę terapii regresyjnej i wskazać najistotniejsze, pani zdaniem aspekty, wyróżniające ją wśród innych metod pracy z pacjentem.

Izabela Konwińska: W tej metodzie, chodzi przede wszystkim o dotarcie bezpośrednio do podświadomości. Nie prowadzimy odgórnej diagnostyki, raczej podążamy za konkretnym problemem. W stanie głębokiej relaksacji cofamy się do źródła i tam przepracowujemy dane zagadnienie. Każda trauma pozostawia nas w stanie wewnętrznego kryzysu, którym można zarządzać. Czasami rozwiązujemy go już na pierwszej sesji, a czasami stopniowo łagodzimy symptomy.

BD: Czy osoba, zgłaszająca się do pani, musi wierzyć w ideę reinkarnacji, aby skorzystać z terapii?

IK: Wbrew pozorom nie ma takiej potrzeby. Po pierwsze dlatego, że regresja może dotyczyć jedynie obecnego życia, w którym problemy nagromadziły się w okresie dzieciństwa. Dodam, że wydarzenia te są bardzo często lekceważone, a większym stopniu wpływają na nasze życie niż zazwyczaj zdajemy sobie sprawę. Po drugie, pacjenci, którzy nie wierzą w wędrówkę duszy, tłumaczą sobie napływające obrazy, jako komunikat płynący z podświadomości, a nie faktyczne wydarzenia historyczne. Po prostu uważają, że podświadomość, posługuje się językiem obrazów, wymową scen, sytuacji w taki sposób, aby najlepiej odzwierciedlić sedno sprawy. Są też osoby przekonane, że dostrajają się do wiedzy Wszechświata i poprzez doświadczenia innych osób, widzą swoją obecną sytuację.

BD: Z jakimi problemami ma pani do czynienie najczęściej?

IK: Podzieliłabym pacjentów na dwie kategorie:

Pierwsza: pacjenci z problemami bólowymi i ogólnie dolegliwościami, które nie poddają się diagnozie medycznej i z tego powodu są praktycznie nieuleczalne. Medycyna szuka symptomów fizycznych, jak chociażby stany zapalne lub zmiany zwyrodnieniowe. Jeśli ich nie znajduje, lekarz zaczyna (w najgorszym razie) podejrzewać pacjenta o hipochondrię lub (w najlepszym przypadku) sugeruje problemy psychiczne.

Ci pacjenci, mają traumę niejako zamrożoną w ciele fizycznym. Stąd w mojej praktyce korzystam również z sekwencji pracy z ciałem. W stanie głębokiej relaksacji staramy się odreagować konkretne przeżycie i poprzez wizualizację, dotyk itp. techniki uwolnić ciało od bólu.

Druga grupa: pacjenci z problemami na poziomi psychicznym. Chodzi tu o lęki, fobie, wszelkie wyzwania emocjonalne, które trzymają człowieka w miejscu, a nawet ciągną w dół. Mam tu również na myśli pewne wzorce, powtarzające się w naszym życiu. Przyciąganie, tego samego typu osób lub podobnych sytuacji. Niby, na poziomie świadomym wiemy, że ten ktoś nie jest odpowiednim dla nas partnerem, ale brniemy po raz enty w układ stanowiący kalkę poprzedniego, zakończonego kompletnym fiaskiem.

Mimo, że bardzo się staramy, działamy i dajemy z siebie wszystko, zmiany na lepsze nie nadchodzą, a nasze życie zaczyna przypominać szaleńczy bieg chomika w kołowrotku. To również wynik ograniczeń nabytych we wcześniejszych żywotach.

BD: Czy mogłabym prosić o podanie przykładów, które w sposób przejrzysty ukazują mechanizm, o którym mówimy?

IK: Przytoczę trzy w miarę „przejrzyste” przypadki regresji do przeszłego wcielenia:

– klient, który bał się przemawiać publicznie – przyczyną było wcielenie, w którym został publicznie upokorzony i stracony przez przeciwną opcję polityczną,

– klientka, która kompulsywnie myła ręce – cofnęła się do okresu I Wojny Światowej, była wtedy salową w szpitalu polowym, prała prześcieradła, godzinami patrzyła na brudną wodę, swoje ręce w niej zanurzone i słuchała krzyków rannych,

-klientka, która miała trudną relację z pieniędzmi, odczuwała stres, nawet kiedy musiała wydać niewielkie kwoty na najpotrzebniejsze rzeczy – ten problem miał swoje korzenie w poprzednim wcieleniu, przeżytym w ciele młodego górnika, najstarszego z rodzeństwa.

Po śmierci ojca, na jego barki złożono ciężar utrzymania rodziny i młodzieniec zostaje niejako przymuszony, żeby „robić karierę”, z poczucia obowiązku względem rodziny poświęca osobiste szczęście dla pieniędzy.

BD: Czy można w jakiś sposób wybrać sobie zakres lub rodzaj wcielenia, do którego chcemy powrócić?

IK: Można odbyć sesję z intencją dotarcia do wcielenia, które było dla nas satysfakcjonujące pod wieloma względami. Czasami taka sesja jest pożyteczna w tym kontekście, że oswaja pacjenta z nową formą terapii, odkrywa jej możliwości, przebieg i formę.

BD: Cóż, tak to już w życiu bywa, że aby zapanował porządek, musi na moment powstać jeszcze większy chaos lub przynajmniej zamieszanie. Cofając się możemy dotknąć niezwykle bolesnych momentów i emocji.

IK: Decydując się na tego typu terapię, trzeba mieć świadomość, że dotkniemy trudnych obszarów.

Potrzebna jest pewna wewnętrzna deklaracja: tak, chcę zmiany i jestem gotowy zapłacić za to konieczną cenę. Ta cena to pełne odczucie trudnych emocji, które niejednokrotnie całymi latami wypieraliśmy,  „zamiataliśmy pod dywan”. Wykwalifikowany terapeuta wie jednak, jak sesję poprowadzić i zakończyć w taki sposób, aby była ona zamkniętą całością i aby klient opuścił gabinet ze spokojem w sercu. Każda sesja jest więc pewnym kompletnym krokiem na drodze rozwoju.

BD: Na czym według pani polega wyjątkowość tej terapii?

IK:  Powiedziałabym, że na dwóch  rzeczach. Z praktycznego punktu widzenia – na wyjątkowej skuteczności. Z reguły do przepracowania danego „wątku” czy niechcianego symptomu  wystarcza 3 do 5 sesji.  Drugi element to aspekt duchowy, wyjątkowe doświadczenie głębokiego kontaktu ze swoim wewnętrznym JA.

BD: Czy istnieją ograniczenia do stosowania terapii regresywnej?

IK: W zasadzie pierwszym ograniczeniem jest wiek pacjenta. Tego typu terapii nie zaleca się u osób poniżej szesnastego roku życia, a także w wieku mocno zaawansowanym. Poza tym u pacjentów ze zdiagnozowaną chorobą psychiczną,  przy wysokich dawkach leków psychotropowych.  Przeciwskazaniem jest także ciąża.

BD: Dziękuję za rozmowę.

Istotne informacje:

https://www.spiritual-regression-therapy-association.com/past-life-regression-therapists.htm

Kontakt :

Izabela Konwińska

tel. 515 750 161

strona:

https://www.facebook.com/Izabela-Konwinska-Hipnoterapia-282298222238098/?ref=profile_intro_card&__xts__[0]=31.[100000815841129%2C%22intro_card%22%2C%7B%7D]

 

 

Audycja w Radio Paranormalium „Kontakty z Zaświatami”

Zapraszam Państwa na audycję radia Paranormalium z cyklu „Debaty (nie)kontrolowane”

Termin: 20.01.2019 godzina 19 ,00

Dodam, że audycja realizowana jest na żywo, a Słuchacze mogą brać w niej czynny udział.

Jeśli taka będzie wola Słuchaczy, istnieje szansa na powstanie cyklu, w którym poruszane będę nie tylko zagadnienia kojarzone z blogiem „Biuro Duchów” ale również inne ciekawe tematy związane z duchowością.

Poza tym zachęcam Państwa do zaproponowania tematu tej, lub kolejnych audycji.

https://www.paranormalium.pl

 

 

Sny o zmarłych – mistyczne znaki dla nas wszystkich

Drodzy Państwo, otrzymałam poruszająca korespondencję i pragnę podzielić się z Państwem treścią listu, a także moimi przemyśleniami. Bez zbędnych wstępów zapraszam do lektury:

Szanowna Pani!

Postanowiłem do Pani napisać, ponieważ przydarzyła mi się niezwykła historia. Myślę, że warto, aby poznali ją również czytelnicy Biura Duchów.

Latem ubiegłego roku moją rodzinę spotkała wielka tragedia. W wypadku samochodowym zginął mój brat Andrzej. Wiele jest opowieści o skłóconych i rywalizujących ze sobą braciach, ale nas to nie dotyczyło. Brat było ode mnie starszy prawie dwanaście lat i w okresie, kiedy zmarł nasz ojciec, a ja i mama zostaliśmy w trudnej sytuacji materialnej, bardzo nam pomagał. Dzięki jego pomocy finansowej oraz pracy, którą dla mnie znalazł mogłem skończyć studia. Byliśmy bardzo zżyci ze sobą i mimo różnicy wieku lubiliśmy spędzać razem czas.

Mieszkam obecnie z mamą, która jest w podeszłym wieku. Mam żonę i synka. Dzieci mojego brata są już praktycznie samodzielne.

W ubiegłym roku, latem, Andrzej wyjechał służbowo do Niemiec. Przy okazji odwiedził tam swojego przyjaciela, który był ciężko chory i bardzo zależało mu na tym spotkaniu. Kiedy wracał do hotelu wydarzył się poważny wypadek. Andrzej tego nie przeżył.

Kiedy kładliśmy się spać, Andrzej przysłał mi SMS, że u niego wszystko dobrze i wraca na weekend. Ucieszyłem się, że wróci, bo mieliśmy razem jechać na ryby. Nie wiem, jak to napisać, żeby nie brzmiało głupio, ale tej nocy śniło mi się, że się obudziłem i poszedłem do kuchni. Już z daleka widziałem, że świeci się tam dziwne, jasne światło. W kuchni zastałem Andrzeja, który siedział przy stole na swoim ulubionym miejscu. Był spokojny. Spojrzał na mnie i powiedział:

Janek, ja nie żyję. Sam jestem w szoku, ale tak wygląda prawda. Proszę cię pomóż mojej rodzinie przetrwać to wszystko. Oni będą pewnie płakać i rozpaczać, a tu trzeba tyle rzeczy załatwić. Przysięgnij, że będziecie z nimi!

Powiedziałem, że przysięgam. Andrzej jeszcze tak się chwilę zastanowił i dodał:

Mamie powiedz, że aniołów nie widziałem, ale że tamten świat istnieje to prawda.

Ten sen nagle się skończył, a obudziła mnie żona. Podobno szarpała mnie i nie mogła dobudzić przez kilka minut. Była wystraszona, bo nasz, bardzo spokojny pies, który ze względu na upał wolał spać na dworze, zaczął wariować. Pies wył, szczekał, biegał po całym podwórku. Ja się zerwałem z łóżka i złapałem za komórkę. Dzwoniłem do brata. Nie odbierał więc opowiedziałem żonie, co mi się śniło i poszedłem uspokoić psa, bo zdążył już obudzić sąsiadów. Dzwoniłem na numer brata kilkanaście razy. W końcu po drugiej stronie usłyszałem męski głos, niestety nie był to mój brat tylko ktoś z Policji. Nie mówię zbyt dobrze po niemiecku, ale powiedziałem, że jestem bratem Andrzeja i szukam go. Ten policjant opowiedział o wypadku, że Andrzej nie żyje i żeby ktoś z Polski jak najszybciej tam przyjechał. (…)

Ja się nigdy nie interesowałem duchami, snami o zmarłych itp. Jednak ten sen nie dawał mi spokoju i tak razem z zoną znaleźliśmy Pani bloga. Czytaliśmy go nawet mojej mamie. Była to dla nas pewna pomoc, jakby terapia.

Zawsze wydawało mi się, że sny to coś ulotnego, symbolicznego, oderwanego od realności. Jednak ten sen, w którym Andrzej do mnie przyszedł był niesamowicie rzeczywisty. Jakby się działo prawdziwe życie. Myślę, że w godzinę śmierci człowiek uzyskuje jakąś szczególną moc, skoro takie rzeczy są możliwe. (…)

 

Przede wszystkim dziękuję za tę cenną relację. Z mojego punktu widzenia, możliwości człowieka po śmierci fizycznej nie są wcale tak ograniczone jakby się wydawało. Zachowanie Andrzeja było naturalne i związane z jego osobowością (o czym wspomniano w liście). Mimo przebywania poza ciałem, był po prostu sobą w pełnym tego słowa znaczeniu. Dlatego nie dziwi troska z jaką Andrzej myślał o swojej rodzinie.

Wiadomość przekazał bratu w bardzo bezpośredni, męski sposób. To również przekonuje mnie do autentyczności tej wizji. Wszak, jeśli o wyjątkowości jednostki stanowi jej świadomość to w chwili śmierci fizycznej jest ona taka jak za życia. Nie zmieniamy się nagle w kogoś kim nigdy nie byliśmy.

Pan Janek wspomina w liście, że rozmawiał o swoim śnie z proboszczem, a ten był bardzo sceptyczny i chyba mu nie uwierzył. Cały czas kładł nacisk na psychologiczną stronę zaistniałej sytuacji i nie zważał na fakt, że Jan nie wiedział o śmierci brata więc nie mógł niczego sobie „domniemać mentalnie”

Nie oceniam takiej postawy, zapewne duchowny wolał zachować neutralność lub po prostu trzymał się wytycznych. Jednak nie ukrywam, że ciekawi mnie, co powiedziałby na relację, którą zacytuję teraz.

Tekst pochodzi z materiałów do przedstawienie „Cela ojca Maksymiliana” w reżyserii Andrzeja M. Marczewskiego – Teatr Karola Wojtyły – jest to streszczenie listu Marii Kolbe, matki św. Maksymiliana Kolbe, napisanego w czasie okupacji niemieckiej.

„Jeden z tych listów napisany w okresie okupacji zawiera opis nadzwyczajnego spotkania. Maria Kolbe pisze, że w 1941 r., wkrótce po męczeńskiej śmierci swojego syna, o której wtedy jeszcze nie wiedziała, po przebudzeniu rozpoczęła poranną modlitwę. W pewnej chwili usłyszała delikatne pukanie do drzwi, odwróciła się i zdumiona zobaczyła swego syna Maksymiliana ubranego we franciszkański habit. Był radosny, uśmiechnięty, nadzwyczajnie piękny i promieniujący przedziwną jasnością. Pani Kolbe zaniemówiła z radości i zapytała po chwili milczenia:

Synu czy Niemcy ciebie wypuścili?

Maksymilian przeszedł prze pokój, zbliżył się do okna i powiedział: Nie martw się o mnie, mamo. Tam, gdzie jestem, jest pełnia szczęścia.

Po wypowiedzeniu tych słów nagle znikł. Maria Kolbe natychmiast zrozumiała, że jej syn umarł i przyszedł, aby ją o tym poinformować. Dopiero później przyszła pocztą oficjalna wiadomość z obozu w Oświęcimiu o śmierci jej syna.”

Przypuszczam, że to objawienie poczytano za przejaw świętości lub szczególną łaskę związaną z osobą Maksymiliana Kolbe.

 

Już tu byłem – projekt Michała Książka

Szanowni Państwo!

Jakiś czas temu Michał Książek zaprosił mnie do swojego autorskiego projektu zatytułowanego Już tu byłem. Kim jest Michał Książek?

Tarnowski artysta przecierający ścieżki na styku wielu dziedzin sztuki. Autor licznych plakatów i zdjęć – ma na swoim koncie wystawy. Poeta, twórca muzyki, autor filmów dokumentalnych. Razem z pisarką Katarzyną Terakowską Nowak wydał książkę pt. „Dużo myślę”- będącą zapisem ich rozmów o fotografii, muzyce i tematach społecznych. Michał to postać zagadkowa, nietuzinkowa, a przy tym niezwykle kreatywna.

Z mojej strony mogę dodać, że Michał to człowiek niezwykle wrażliwy, otwarty i dojrzały. Współpraca z nim oraz całą ekipą, która realizowała nagranie w gliwickiej Palmiarni, była czystą przyjemnością. Jestem szczęśliwa, że znalazł się człowiek, który zdecydował się nadać tematyce tak bliskiej memu sercu, formę muzyczną.

Zapraszam do wysłuchania utworu „Już tu byłem” w wykonaniu Michała Książka i Sławka Ramiana, a także naszej rozmowy w egzotycznej oprawie gliwickiej Palmiarni.

Tym materiałem niejako podsumowuję rok 2018 – bogaty, obfitujący w wiele ważnych dla mnie wydarzeń, którymi miałam przyjemność dzielić się również z Państwem.

Dziękuję, że byliście Państwo ze mną! Dziękuję wszystkim osobom, z którymi miałam zaszczyt i przyjemność współpracować w 2018 roku. Mam nadzieję na kolejne spotkania i wspólne działania.

Dziękuję za wszystkie wiadomości, Wasze osobiste historie opowiedziane mi czasami przez łzy, a zawsze w wielkich emocjach.

Biuro Duchów, nisko się kłania i życzy wszystkim Pomyślności w Nowym 2019 Roku!

Chirologia – zapomniana nauka o człowieku

Szanowni Państwo!

W Starym Oleśnie, na spotkaniu „Andrzejkowy Kongres Zdrowia” mówiłam o chirologii.

Oczywiście nie chodzi tu o tak zwane wróżenie z ręki, zwane chiromancją i nieszczęśliwie mylone z tą pierwszą. Chirologia to prastara nauka o ludzkiej dłoni, pozwalająca określić pewne aspekty związane z psychiką i charakterem, ale także z wieloma zagadnieniami zdrowotnymi.

Dzięki uprzejmości kanału Porozmawiajmy TV mogę dzisiaj zaprezentować Państwu moje wystąpienie.

Zapraszam!

W drodze do Wiecznego Domu – wątpliwości

Dzięki nowoczesnym technikom reanimacyjnym coraz więcej ludzi wraca ze stanu śmierci klinicznej do swojego fizycznego ciała. Z kolei spektakularny postęp komunikacyjny, pozwala, aby ich doświadczenia docierały do ogromnej rzeczy osób zainteresowanych tematem „życia po życiu”.

Te relacje z reguły są bardzo pozytywne i przepełnione spokojem. Niosą nadzieję i jasny przekaz dla żyjących. Treść owego przekazu można zawrzeć w kilku słowach: śmierci nie ma!

Osoby sceptyczne kwestionują opowieści z zakresu NDE właśnie ze względu na ich „sielskość” i zarzucają im zbytni idealizm. Niektórzy sugerują, że dochodzi tu po prostu do wyparcia tego, co nieprzyjemne na korzyść wrażeń pozytywnych.

Nie wiem czy tak jest, ale mogę przyjąć, że z psychologicznego punktu widzenia istnieje taka możliwość. Potencjalnie, zwłaszcza ludzie, którzy opowiadają o swoich doświadczeniach z pogranicza, dopiero po wielu latach, mogli poddać je pewnej segregacji, eliminując fragmenty przykre i nieprzystające do typowych skryptów poznawczych. Przykładowo człowiek po opuszczeniu ciała znalazł się w ciemnym tunelu i bardzo się bał. Nagle, w niepojęty sposób, został przeniesiony do innego świata, gdzie spotkał swoich bliskich. Po latach obraz ciemności i strachu zaciera się, a pozostaje tylko przyjemne wspomnienie dotyczące spotkania z rodziną. Nie ma to nic wspólnego z konfabulacją, Świadomość posiada po prostu wiele mechanizmów obronnych i w marę potrzeby korzysta z nich.

Nawet jeśli niewielki odsetek tych historii rzeczywiście uległ opisanym wyżej procesom to nie dyskredytuje całej reszty. Nie mówiąc już o tym, że istnieje wiele relacji, przepełnionych strachem, bólem i uczuciem samotności wypełniającym myśli niewypowiedzianą rozpaczą. Zdarzają się osoby, które przyznają, że w momencie przedśmiertnym widziały wszystkie najbardziej wstydliwe i odrażające momenty własnego życia. W niektórych wizjach pojawiają się istoty czy stworzenia agresywne lub niechętne danej duszy.

Jasno widać, że mają miejsce również doświadczenia dalekie od sielanki i być może właśnie one potwierdzają realność wszystkich pozostałych zdarzeń. Gdyby bowiem nie występowały, uzasadnionym byłoby domniemanie, że to nasz mózg funduje nam ckliwy, wręcz momentami egzaltowany obraz, ułatwiający odejście.

Odnoszę wrażenie, że poprzez przebywanie w tym trudnym środowisku ludzi wcielonych na ziemi, nasze wyobrażenia na temat pierwotnego sensu dobra oraz miejsca będącego Kolebką wszystkich dusz, ulegają poważnej dewaluacji. Niestety zdarza się nam przykładać niewłaściwą miarę do rzeczy i zdarzeń, których nie jesteśmy w stanie objąć ludzkim rozumem.

Otrzymuję listy od osób, które najwyraźniej uznają, iż wyznawana przez nich religia jest tak niezwykle ekskluzywna, że zapewnia przejście do Zaświatów w towarzystwie świateł, cudownych, mistycznych istot itp. Natomiast każdy innowierca może mieć jedynie złudzenie, iż towarzyszom mu podobne okoliczności. Prawdziwego Światła nie jest przecież godzien.

 

Człowiek dobry z dobrego skarbca serca wydobywa dobro, a zły ze złego wydobywa zło; albowiem z obfitości serca mówią usta jego. (Luk. 6.45) [1]

Zastanawiam się, gdzie w tym wszystkim miejsce na ekumenizm? Czy zatarł się już całkowicie obraz Jana Pawła II, pogrążonego w modlitwie z przedstawicielami wszystkich religii?

Przypomnę może ten tekst:

Dla Jana Pawła II takie kontakty były naturalną konsekwencją jego podejścia do życia i ludzi. – Przykazanie: „Kochaj bliźniego jak siebie samego” traktował dosłownie i poważnie. Nie: Będę cię kochał, jeśli tylko będziesz katolikiem, tylko: Kocham cię, bo wszyscy ludzie są równi i warci tej miłości. Wychodził z założenia, że każdy mówi do Boga, robimy to jedynie w inny sposób – tłumaczy bp Tadeusz Pieronek.[2]

 

Oraz bardzo piękny komentarz dotyczący działań w kierunku dialogu między religiami:

Tu pojawia się bardzo ważny moment związany z uzmysłowieniem sobie, że Bóg jest też w innych religiach (zbawcze znaczenie innych tradycji religijnych świata dla ich wyznawców), a zbawienie w Jezusie Chrystusie jest możliwe dla ludzi, którzy nie wyznają wiary w Niego i nie należą do Kościoła katolickiego. Każda religia jest darem Bożym dla ludzkości, każda niesie jakiś aspekt komplementarny (powinniśmy dostrzegać to, czym nas wzbogaca, a nie tylko to, czego jej brakuje). Łaska dialogu pomiędzy religiami polega bowiem na możliwości wzajemnego ubogacania się.[3]

Może warto byłoby przemyśleć pewne radykalne sformułowania i poszukać elementów wyjątkowości swego istnienia na innych, bardziej praktycznych płaszczyznach osobowości. Realizować się poprzez sztukę, żyć tak pięknie żeby kojarzyło się to właśnie z unikalnością i wyjątkowością ? Nie oceniać lecz zaufać Najwyższemu Dobru.

Nie ulega wątpliwości, że dróg do Wiecznego Domu może być wiele, a w kluczowym momencie, drogowskazem stanie się energia, płynąca z przestrzeni serca. Wszak „Tam dom twój, gdzie serce twoje”.

 

 

 

Zdjęcia papieskie pochodzi ze stron:

https://chnnews.pl

https://religie.wiara.pl

 

 

[1] http://www.biblia-internetowa.pl/Luk/6/45.html

[2] https://gazetakrakowska.pl/jan-pawel-ii-i-inne-religie-nauczyl-szanowac-zydow-i-muzulmanow/ar/3415415

[3] https://szlakami.pl/dialog-miedzyreligijny/

W drodze do Wiecznego Domu – listy Czytelników

Czytając maile od państwa bardzo często czuję ogromne wzruszenie. Tak było również w przypadku korespondencji cytowanej poniżej. Nie chodzi tu bynajmniej o sytuację, kiedy rodzina żegna kogoś najbliższego, co samo w sobie pobudza współczucie i empatię. Zadziwia mnie dojrzałość, z jaką istoty duchowe, którymi przecież jesteśmy, potrafią przeżywać moment pożegnania. Ta świadoma obecność, poparta ciepłem i miłością, otula duszę powracającą do Wiecznego Domu i pozwala jej łagodnie wyruszyć w podróż, aby po dotarciu do celu z uśmiechem przywitała oczekujących.

Wielki, rosyjski pisarz Michał Bułhakow w swoim natchnionym dziele „Mistrz i Małgorzata” zawarł znamienne zdanie Ten, który kocha, powinien dzielić los tego, kogo kocha. Sam miał szczęście doświadczyć takiego współdzielenia losu, gdyż jego żona Jelena, trwała przy nim do końca, do ostatniego oddechu.

Michał Bułhakow żył ze śmiercią za pan brat. Znał ją doskonale, nie tylko jako lekarz. Jego ojciec zmarł na nerczycę, więc kiedy u pisarza pojawiły się objawy tej choroby, miał pełną świadomość jak niewiele czasu mu pozostało. W dodatku, przyszło mu tworzyć w okresie, kiedy nad Rosją roztoczył się cień gorszy od śmierci. Był to cień strachu. Gęsty jak wąsy Józefa Stalina i bardziej nieprzenikniony od jego spojrzenia. Bułhakow stał się zabawką w rękach dyktatora. Wiele ryzykował przez sam fakt, że był porządnym człowiekiem. Dlatego pisał:

O bogowie, o, bogowie moi! Jakże smutna jest wieczorna ziemia!  Jakże tajemnicze są opary nad oparzeliskami! Wie o tym ten, kto błądził w takich oparach, kto wiele cierpiał przed śmiercią, kto leciał ponad tą ziemią, dźwigając ciężar ponad siły. Wie o tym ten, kto jest zmęczony. I bez żalu porzuca wtedy mglistą ziemię, jej bagniska i jej rzeki, ze spokojem w sercu powierza się śmierci, wie bowiem, że tylko ona przyniesie mu spokój.

Myślę, że jakikolwiek komentarz z mojej strony jest zbyteczny. Proszę przeczytać opowieści dwóch kobiet, które podzieliły się ze mną i z Państwem doświadczeniem niezwykle intymnym i głębokim.

Pozostawiam Państwa w CISZY.

„Droga Ado. Chciałabym opisać ci moje przeżycia związane z tamtą stroną.

Pierwsza historia wydarzyła się, kiedy umierała moja mama. Opiekowałam się nią do końca, ale w ostatnią dobę jej życia zmuszeni byliśmy oddać ja do hospicjum z racji tego, że nie przyjmowała pokarmów i płynów. Umarła o godzinie 14. Lecz, gdyby nie pewne zdarzenie nie byłoby mnie przy niej w tej pięknej chwili. Otóż miałam do niej jechać o 15, a była już godzina 12.30. Siedziałam w pokoju i nagle w okno zaczęły uderzać rozpędzone ptaki. Były to wróble i szpaki. Uderzały w szybę do momentu aż poczułam, że muszę natychmiast jechać do mamy, co też zrobiłam. Mama już odchodziła, bo ustawało krążenie. Była na środkach uspokajających i przeciwbólowych. Spała. Podeszłam do niej i szepnęłam jej do ucha, że odchodzi i żeby się nie bala, żeby szła do światła. Widziałam, jak po policzku spływają jej łzy. Nie mam wątpliwości, że słyszała i rozumiała mnie. Wieczorem, kiedy przyszłam do taty, czyli do mieszkania, gdzie mieszkała moja mama, to po otwarciu drzwi, poczułam intensywny zapach mojej mamy. Wiedziałam, że jest tam. Czułam ją.

Potem po kilku dniach przyszła do mnie we śnie. Była bardzo realna taka jak przed śmiercią. Tu też czułam jej zapach. Pożegnała się ze mną. Podziękowała, że pomogłam jej przejść. Potwierdziła, że jest Bóg.

Kolejnym razem, kiedy dowiedziałam się o ciąży mojej siostry, pierwsza moja myśl była taka: jaka szkoda, że mama tego nie dożyła. Na pewno bardzo by się ucieszyła.

W nocy przyszła do mnie znowu. Albo ja do niej, bo w końcu sen to takie spotkanie, gdzie nie wiadomo kto jest gościem, a kto gospodarzem. Leżała w białej pościeli i mówiła, że może wreszcie odpocząć. Powiedziałam mamie o ciąży siostry, a ona odparła, że wie o tym. Zapytałam, czy nie chciałaby urodzić się w tym dziecku? A mama odpowiedziała, że nie wie, bo tu na ziemi jest zbyt dużo problemów i ogólnie ciężko tu żyć. Od tamtej pory nie mam z nią kontaktu. Nie wiem, czy poszła dalej czy zeszła tu na ziemię, ale zawsze mnie ostrzega przed niepowodzeniami w moim życiu. Śni mi się, ale nie tak jak na początku. Był to mój pierwszy kontakt z tamtym światem.

Pozdrawiam Aneta.”

„Ado, nigdy nie myślałam, że doświadczę czegoś nadprzyrodzonego. Wierzyłam, że takie historie mogą być prawdziwe, ale przydarzają się tylko ludziom o nadzwyczajnych predyspozycjach. Tymczasem coś metafizycznego dotknęło również mnie.

Mieszkam w Niemczech, tu urodziły się moje dzieci. W opiece nad nimi bardzo pomagała mi moja mama. Przyjeżdżała często, czasem sama, czasem z moim ojcem. Tata był znacznie starszy od mamy i zmarł kilka lat temu. Po jego odejściu mama dała się namówić na to by z nami zamieszkać. Mój mąż bardzo się z nią zżył. Wbrew kawałom jakie opowiada się o relacji teściowa – zięć, doskonale się rozumieli. Mąż chyba zastąpił jej syna, którego zawsze pragnęła.

Kiedy mama zaczęła załatwiać w Polsce formalności związane z wyjazdem, jej stan zdrowia nagle się pogorszył. Przeprowadzono wiele badań i lekarze postawili dość jednoznaczną diagnozę: RAK

Ja to strasznie przeżyłam, a mama była „spokojna nieadekwatnie do sytuacji” – tak powiedział mój mąż. Przyjechaliśmy do Polski i zabraliśmy mamę do siebie. Próbowaliśmy różnych metod i tych naturalnych i medycyny akademickiej. Niestety jej stan systematycznie się pogarszał.

Ostatni tydzień życia spędziła w hospicjum. Ze względu na kroplówki i karmienie ( miała założonego PEG-a) opieka domowa nie wchodziła w grę. Odwiedzałam mamę codziennie, tylko o różnych porach. Tego, pamiętnego dnia, planowałam pojechać do niej wieczorem. Odwiozłam dzieci do szkoły i przedszkola, wróciłam do domu. Zajęłam się codziennymi, życiowymi sprawami. Usłyszałam, że przyszedł SMS – mąż o coś pytał. Kiedy zaczęłam odpisywać na jego wiadomość, coś dziwnego zaczęło się dziać z moim telefonem. Na zmianę działał i nie działał. Odłożyłam aparat, bo wiem, że najgorszą rzeczą w takiej sytuacji jest manipulowanie przyciskami. Nagle wszystko się uspokoiło, tyle tylko, że zamiast SMS-a od męża wyświetlał mi się SMS od mamy. Była to wiadomość sprzed wielu miesięcy, gdy dowiedzieliśmy się o jej chorobie. „Jeśli ja jestem spokojna, to czego Ty się boisz Joasiu?”.

Ogarnął mnie strach. Zdałam sobie sprawę, że nadeszła chwila, której tak bardzo się obawiałam. Złapałam torebkę i wybiegłam z domu. Rozpoczęłam walkę z pilotem do garażu. Nie mogłam otworzyć drzwi, a tu każda minuta mogła mieć znaczenie. Nagle pod dom sąsiadów podjechała taksówka, z której skorzystałam.

Do hospicjum wpadłam jak przysłowiowa bomba i pokonując po trzy schody dotarłam do pokoju, gdzie leżała moja mama. Spojrzała na mnie takim wzorkiem pełnym ulgi. Ona na mnie czekała. W tym momencie poczułam (może paradoksalnie) ogromny spokój. Przytuliłam mamę, a ona uścisnęła moją rękę. Wyszeptała tylko dwa słowa: „nadeszło wyzwolenie” i odeszła.

Trzy dni później przyśniła się nam, używam liczby mnogiej, ponieważ przyśniła się całej naszej czwórce. Dzieciom ukazała się w jakimś nieznanym im, ale pięknym parku. Minie i mężowi przed białym budynkiem – siedziała tam na ławce, piękna, młoda i jak zwykle elegancka.

Nasze dzieci zapewniła o swojej miłości, a do nas powiedziała: Trafiłam do świata wielu możliwości, jestem szczęśliwa.”

 

Cytaty pochodzą z książki Michał Bułhakow „Mistrz i Małgorzata” -kolekcja Gazety Wyborczej.

 

Zdjęcia: własne.

Robert Schwartz „Odważne dusze”

 

Każdy z nas zastanawiał się nad znaczeniem swojego obecnego życia. Zadajemy sobie wiele pytań: Czy żyjemy tylko raz? Czemu spotykają nas trudne, traumatyczne doświadczenia? Jak to jest, że życie innych ludzi wydaje się bezproblemowe, a nasze jawi się jako pasmo przeszkód i trosk? Czyżby los był tak ślepy, a Stwórca niesprawiedliwy?

Zwolennicy teorii o transmigracji dusz, dopatrują się znaków i powiązań między poprzednim, a obecnym wcieleniem. Jeśli udaje im się dotrzeć w głąb siebie, odebrać metafizyczny komunikat dotyczący przeszłości, są zdumieni, że zaplanowali swoją drogę i podjęli się tak poważnych wyzwań. Bez wątpienia ludzki umysł, osadzony w świecie fizycznych doświadczeń i ocen moralnych powiązanych z wartościami tego świata, nie jest w stanie przyjąć tak trudnej wiedzy. To zrozumienie można osiągnąć tylko z poziomu serca.

Robert Schwartz, podjął temat planowania przedurodzeniowego i zaprosił do współpracy osoby, wyrażające chęć poznania przyczyn swoich obecnych problemów, poprzez kontakt z opiekunami duchowymi. Aby umożliwić odebranie tych informacji, autor poprosił o pomoc media channelingowe, za pośrednictwem których informacje mogły płynąć zarówno z pola Akaszy, jak i od istot duchowych.

Mamy tu do czynienia z głębokim spojrzeniem na proces planowania przedurodzeniowego. W książce znajdziemy historie dziesięciu osób, zmagających się z chorobami ciała, wychowaniem dziecka z niepełnosprawnością, alkoholizmem, narkomanią, śmiercią ukochanej osoby. Robert Schwartz w sposób celowy wybrał te tematy, gdyż dotykają one najboleśniejszych i częstych doświadczeń wielu ludzi na całej kuli ziemskiej.

„Odważne dusze” to szczególna lektura i zapewne nie każdy czytelnik będzie rezonował z tezami w niej zawartymi. Powiem więcej, to książka kontrowersyjna i niełatwa w odbiorze. Tak się jednak składa, że treści lekkie i przyjemne mają niski ciężar gatunkowy i nie poprowadzą nas w miejsca i tematy warte zbadania.

Jeśli mieliście Państwo, okazję zapoznać się z pracami dr Michaela Newtona i współgrały one z Waszym sercem, Robert Schwartz i jego „Odważne dusze” również staną się Wam bliskie.

Do mnie w sposób szczególny przemówił ten oto fragment:

„Każdy z nas jest ziarnem zasianym w wibracji naszego obecnego świata. Kiedy podniesiemy swa własną częstotliwość, rozwijając się dzięki stawianym w życiu wyzwaniom, podniesiemy także częstotliwość świata. Niczym pojedyncza kropla barwnika w szklance wody, każda osoba zmienia cały odcień świata. Gdy tworzymy uczucia radości, nawet jeśli żyjemy samotnie na szczycie góry, emitujemy częstotliwość, która ułatwia innym bycie radosnym. Gdy kreujemy poczucie pokoju, rezonujemy energią, która może położyć kres wojnom. Kochając, pomagamy kochać innym, zarówno tym, których spotkamy, jak i tym, którzy nas nigdy nie poznają. To, kim jesteśmy, jest zatem o wiele bardziej znaczące niż cokolwiek, co kiedykolwiek moglibyśmy zrobić.”

Wydawnictwu Samsara, dziękuję za udostępnienie tej pozycji!