Andrzej Maria Marczewski „Moje realizacje Teatru Karola Wojtyły”

Miłośnikom teatru Andrzeja Marii Marczewskiego przedstawiać nie trzeba. Wybitny reżyser, artysta, co do którego określenie „twórca wielkiego formatu” wydaje się cokolwiek przyciasne. Doceniany nie tylko przez krytykę i widzów, ale również przez Ministerstwo Kultury, czego dowodem jest odebrany kilka dni temu Medal Gloria Artis, przyznawany najwybitniejszym postaciom świata kultury i sztuki.

Dobrze, że i w tej instytucji znajdują się ludzie, którzy dostrzegają różnice między sztuką pisaną przez duże S, a tak zwaną awangardą, generującą owo duże S jedynie, w rozchodzącym się szerokim echem, słowie skandal. Pozwoliłam sobie na tę uwagę, ponieważ mnie, skromnego obserwatora rzeczywistości, irytują nieprzemyślane działania wspomnianego ministerstwa. Nie bardzo również jestem przekonana, że swoboda wyrazu artystycznego może przekraczać granice dobrego smaku, rzucając potwarz tak inteligencji jak i poczuciu godności osobistej widza. Sztuka nie jest powołana aby tworzyć apoteozę rzeczywistości. Ze złem, zakłamaniem, hipokryzją i wszelką niesprawiedliwością można walczyć z pozycji sceny, bez uciekania się do perwersji z natury swojej wypaczającej dobro i piękno. Jeśli człowiek poprzez kulturę nie może stać się bardziej ludzki, to jaki jest jej sens? Wszak „Kultura jest tym, co sprawiło, że człowiek stał się czymś innym niż tylko przypadkowe wydarzenie przyrodnicze” (Andre Malraux).

Szczęśliwie dla widzów, Andrzej Maria Marczewski zaprasza do teatru prawdziwie humanistycznego, gdzie człowiek posiada swoją godność, a życie ukazane jest jako wielka wartość, która wypełnić można miłością, pięknem, a przez pryzmat duszy docierać do niezbadanych zakamarków istnienia. Tam bowiem znajdziemy odpowiedź na każde pytanie, a zwłaszcza na te niewypowiedziane choć palące. Miałam przyjemność podziwiać przedstawienia w reżyserii Andrzeja Marii Marczewskiego, wystawianie (między innymi) na scenie Teatru Małego w Tychach. Ze wzruszeniem wspominam „Mistrza i Małgorzatę”, „Być jak Shirley MacLaine” czy niezwykle osobisty spektakl „Wiara, Nadzieja, Miłość”.

Miałam również okazję obejrzeć sztukę „Brat naszego Boga”, która wywarła na mnie ogromne wrażenie. Cóż, jak mawiają znawcy „NAJ nie bierze się znikąd”. Tekst Karola Wojtyły, reżyser pierwszoligowy, scenografia Tadeusza Smolnickiego, aktorzy który opanowali sztukę słowa i gestu na poziomie perfekcyjnym. Wspomniany poziom, przeciętny celebryta aspirujący do rangi aktora, opanuje (daj mu Boże) dopiero w następnym wcieleniu i nie mam tu na myśli wcielenia artystycznego.

Pozostając w stanie uniesienia artystycznego, egzemplarz książki „Moje realizacje Teatru Karola Wojtyły” przyjęłam z otwartymi ramionami, a jego treść przyswajałam z uwagą.

Zdaje sobie sprawę, że wbrew obiegowym poglądom nie dla wszystkich Polaków postać św. Jana Pawła II-go jest kryształowo czysta i ważna tak moralnie jak historycznie. Mówimy tu jednak o Karolu Wojtyle jako dramaturgu, poecie, aktorze. Mówimy o twórcy kochającym teatr oraz świadomym istotnej roli sztuki w życiu człowieka.

Andrzej Maria Marczewski związał z Teatrem Karola Wojtyły, rozumianym jako wyjątkowe zjawisko w polskiej kulturze, znaczącą część swego życia zawodowego. Zrealizował dwie prapremiery sztuk Karola Wojtyły: polską „Przed sklepem jubilera” i światową „Promieniowanie ojcostwa”. Od roku 1981 wystawiał kolejne inscenizacje, zmagając się z polityczną rzeczywistością i oporem władzy. Każdy spektakl, stawał się wydarzeniem artystycznym, przyjmowanym owacyjnie przez publiczność i krytykę. I tak działa po dziś dzień.

Bardzo dziwi fakt, że w III Rzeczypospolitej, nie znaleziono przestrzeni dla Teatru Karola Wojtyły, jako fizycznego miejsca, gdzie wystawiano by jego dzieła, a także utwory innych artystów reprezentujących filozofię i etykę chrześcijańską. Co gorsza, nie wydaje się aby ktoś taką potrzebę w ogóle dostrzegał i rozważał potencjał takiego Teatru.

Karol Wojtyła broni się sam, ponadczasowym tekstem i głębokim przesłaniem.

To sklep jubilera. Cóż za dziwne rzemiosło.

Produkuje przedmioty, które mogą

pobudzać do refleksji o losie.

Na przykład pozłaca zegarki, które mierzą czas

i mówią człowiekowi o zmienności wszystkiego,

o mijaniu.[1]

Osobiście uważam, że w ramach tak zwanych nauk przedślubnych, młodzi powinni obejrzeć spektakl „Przed sklepem jubilera” gdyż padają tam znaczące słowa,  ciężar tych złotych obrączek, to nie ciężar metalu, ale ciężar właściwy człowieka, każdego z was osobno i razem obojga. Być może, po przemyśleniu, bardziej świadomie podejmowaliby decyzję o pójściu wspólną drogą i nieco poważniej traktowaliby złożone przyrzeczenie.

Książka „Moje realizacje Teatru Karola Wojtyły”, to bezwzględnie pozycja obowiązkowa dla teatrologów oraz badaczy twórczości Karola Wojtyły. Opisuje nie tylko historię tych niezwykłych przedstawień, ale również historię Polski, gdzie jak w żadnym innym miejscu na świecie sztuka nierozerwalnie łączyła się z polityką, a losy ludzi i kraju od siły tej sztuki zależały.

Tym bardziej chapeau bas przed Andrzejem Marią Marczewskim!

 

Zdjęcia: Izabela Ptak-Marczewska

 

[1] Karol Wojtyła Przed sklepem jubilera

 

„Życie, śmierć i co dalej? cz.II

Szanowni Państwo!

Polecam Waszej uwadze, kolejny odcinek programu „Życie, śmierć i co dalej?”

Tym razem opowieść niezwykła, bo i człowiek nietuzinkowy. Gościem Krisa Rudolfa jest wybitny artysta, reżyser Andrzej Maria Marczewski. Jego spotkanie z nieznanym miało bardzo ciekawy przebieg i odcisnęło ogromne piętno nie tylko na życiu prywatnym, ale również na twórczości artysty.

Po raz kolejny śmierć kliniczna okazała się przebudzeniem do nowego, pełniejszego życia.

Warto posłuchać!

Spotkanie w księgarni miesięcznika „Nieznany Świat”

Szanowni Państwo!

W dniu 19 kwietnia miała miejsce premiera książki „Opowieści z Biura duchów” W związku z tym wydarzeniem odbyło się niezwykłe spotkanie z Czytelnikami.

W gościnnych progach księgarni miesięcznika „Nieznany Świat”, który to periodyk jest patronem medialnym książki, miałam okazję przedstawić swoją pracę i odpowiedzieć na Państwa pytania.

W tym miejscu, pragnę podziękować całej Redakcji miesięcznika „Nieznany Świat”, a w szczególności serdeczne słowa kieruję pod adresem: Anny Ostrzyckiej, Marka Rymuszko, Tomasza Durlaka oraz Piotra Cielebiasia. Zorganizowaliście wszystko przepięknie i przyjęliście mnie w stolicy po królewsku!

Dziękuję również, Izabeli i Andrzejowi Marczewskim, za to że byli ze mną, wspierali mnie, a Andrzej poprowadził spotkanie.

Jestem ogromnie wdzięczna wszystkim Czytelnikom, którzy zechcieli odwiedzić w tym dniu księgarnię i wzięli udział w dyskusji. Państwa obecność dodała mi wiary i otuchy tak w sens mojej pracy jak i siłę przekazu zapisanego na kartach książki.

 

 

Być jak Shirley MacLaine – na scenie Teatru ŚwiętochłOFFice

 

Nie ma sztuki (tej przez duże S) bez duchowości i duchowości bez sztuki. Jestem o tym głęboko przekonana, ponieważ nic nie jest w stanie poruszyć najsubtelniejszej części naszego jestestwa, tak skutecznie jak sztuka. Z tego powodu, kiedy dane mi jest uczestniczyć w wyjątkowym widowisku artystycznym, wspominam o tym na stronach bloga.

Na deskach Teatru ŚwiętochOFFice wystawiono sztukę „Być jak Shirley MacLaine”. Tytuł nieprzypadkowy, gdyż postać głównej bohaterki Stephanie ma w sobie wiele z osobowości i charyzmy słynnej amerykańskiej aktorki. Jak powszechnie wiadomo, Shirley przyznaje się do wielu paranormalnych doświadczeń, co znalazło wyraz w napisanych przez nią książkach, a także stylu życia jaki prowadzi.

W sztuce Stephanie to niezwykle uzdolnione medium, wróżka i jasnowidząca. Odtwórczyni głównej roli Magdalena Tomaszewska, dała tej postaci piękną energię. Na scenie widzimy kobietę z krwi i kości, która kocha ludzi, rozumie ten i tamten świat, bez problemu zagląda za zasłonę przyszłości, ale jednocześnie ma temperament i silną osobowość, stabilnie osadzoną w TU i TERAZ. Urok i kobiecość działają kojąco na wyobraźnię i emocje obecnych. Jednym słowem, Magdalena Tomaszewska udowadnia, że nie takie medium straszne, jak je malują.

Jestem osobiście wdzięczna Magdalenie za tę rolę, ponieważ burzy ona chore wyobrażenia wielu osób, zapominających, że „Ta, która wie” jest dana światu, aby pomagać, a nie szkodzić. Chapeau bas przed tą utalentowaną aktorką i fascynującą kobietą!

Rolę Rene, współczesnego polityka francuskiego, odwiedzającego niezwykłą ezoteryczkę gra Jerzy Mazur. Wielka aktorska osobowość, niezwykły głos, po prostu klasa i profesjonalizm na najwyższym poziomie. Tutaj reprezentuje osobę z antypodów rzeczywistości widzianej oczyma Stephani. Jest człowiekiem sukcesu, doskonale odnajdującym się w polityce i show biznesie. Jednak zrządzeniem losu, podczas wypadku samochodowego opuszcza ciało i już w przestrzeni ducha spotyka pewną ważną dla siebie osobę. Niejasne przeczucie rangi jakże niespodziewanego spotkania, przemożna chęć zrozumienia tego, co zaszło, prowadzą go do mieszkania medium. Problem w tym, że Rene pragnie prostych odpowiedzi i chyba nie do końca pojmuje, że kto raz wyszedł poza kraniec rzeczywistości, nigdy nie będzie taki sam.

Nie ma tu otoczki sensacji, efektów specjalnych, które choć komercyjnie wydajne, nie wnoszą niczego do procesu rozumienia zjawisk z przestrzeni parapsychologii. Ot, po prostu spotykają się dwie dusze, a każda z nich wyposażona jest w prawdę, skrojoną na własną miarę. Z tym tylko, że Stephanie potrafi zabrać Rene tam, gdzie nie doszedł by bez jej pomocy.

Spektakl reżyserował Andrzej Maria Marczewski. Twórca, nie uprawiający sztuki obnażającej ułomności ludzkiej natury, co jest stosunkowo łatwe, tylko nieustannie poszukujący pokładów piękna, dobra i boskiej natury obecnych w każdym człowieku.

Sztuka reżyserska Andrzeja Marii Marczewskiego kojarzy mi się z grą na harfie. Z dwóch powodów. Po pierwsze harfa to instrument niezwykle wymagający i opanowanie go wymaga gigantycznego talentu. Po drugie dla tego, iż każdy harfista wypracowuje dźwięk swojego instrumentu i jego unikalną barwę, stąd nie ma dwóch identycznie brzmiących harf. Drugiego Andrzeja Marczewskiego też nie ma.

Dziękuję za wspaniały spektakl i mnóstwo wzruszeń. Jak tu nie kochać artystów ?!

 

 

Pragnę odnotować, że stylową scenografię spektaklu stworzyła Izabela Ptak. Okazało się, że Izabela nie tylko w poezji potrafi zachować harmonię i głębokie rozumienie każdego detalu.

Doprawdy elegancki debiut w nowej dziedzinie – przyjemnie obserwować taki rozwój.

Scenografię niewątpliwie wzbogacił energetyczny tryptyk : Wiara, Nadziej, Miłość, który pragnę zaprezentować :

Wiara

 

 

Nadzieja

 

 

Miłość

Spektakl „Wielka Szpera” – Teatr DOM w Łodzi

 

 

Wydarzenia znane jako „Wielka Szpera”, to jedna z najtragiczniejszych kart historii Łodzi. 75 lat temu w Litzmannstadt Ghetto rozegrał się dramat nieznany dotąd w nowożytnej Europie. Z getta wywieziono około 20 tysięcy dzieci do lat dziesięciu, osób starszych powyżej sześćdziesiątego piątego roku życia i ludzi chorych w bardzo różnym wieku. W ten sposób Niemcy pozbyli się „jednostek nieproduktywnych” przewożąc je wprost do obozu zagłady znajdującego się w Chełmnie nad Nerem.

Scenariusz sztuki „Wielka Szpera” został oparty na dziennikach Józefa Zelkowicza, który stał się jedynym w swoim rodzaju sprawozdawcą wydarzeń.  Kronika getta przetrwała zarówno łódzkie getto, jak i jej autora, zamordowanego w KL Auschwitz. Sam Zelkowicz wielokrotnie zastanawiał się nad doborem odpowiednich słów, oddających nieludzkie cierpienie oblane strumieniem łez jakich nie widział świat. Przypuszczam, że tan sam dylemat stał się udziałem reżysera spektaklu Andrzeja Marii Marczewskiego, człowieka znanego z wielkiej wrażliwości i szlachetnej empatii.

W sztuce przedstawiono prawdę, bez radykalnych ocen, za to pełną szczegółów i głębokich znaczeń. Nie padło ani jedno słowo, nie pojawił się bodaj jeden gest, który można by zakwalifikować w kategoriach mściwy lub nienawistny. Andrzej Maria Marczewski dał widzom emocje, intensywne i głębokie, takie jakich nie zapomina się nigdy. Dotknęliśmy tamtego okrucieństwa i tamtej trwogi. Taka wiedza daje zrozumienie i pozwala spojrzeć na historię Wielkiej Szpery, nie przez pryzmat przerażających statystyk, ale oczyma ofiar rzuconych na stos, rozpalony rękoma szalonych „nadludzi” dla ich kłamliwego bożka.

Ktoś, ze znajomych tuż po premierze zapytał mnie, czy płakałam? Nie, nie płakałam, ponieważ skamieniałam wewnętrznie. Ewidentnie moja psychika nie chciała dopuścić do głosu dramatycznego pytania: co zrobiłabym gdyby chodziło o moje dzieci? Nie płakałam. Po prostu dziękowałam losowi, że nie stawia mnie przed takim wyborem. Jako matki, żony, jako człowieka.

Wiele osób mówi: – zostawmy to już w spokoju. Zapomnijmy o cierpieniu Polaków, Żydów, narodów świata. A, ja uporczywie powtarzam: mówmy o grozie wojny, o nieludzkich zbrodniach, o zagładzie milionów. Mówmy bez nienawiści i chęci zemsty, nie szukajmy odwetu, ale na Boga, zachowajmy pamięć tragedii, jaką były obie wojny światowe. Jeśli zamilkniemy, a naoczni świadkowie tych zdarzeń odejdą, kto uświadomi młode pokolenia, kto w porę przeciwstawi się następnym szaleńcom spychających nas w przepaść?

Dziękuję za otrzymane zaproszenie i możliwość obejrzenia spektaklu. Dziękuję za zaangażowanie wielu osób i instytucji , bez których to wydarzenie nie doszłoby do skutku.

„Wiara, nadzieja, miłość” autorski spektakl Andrzeja M. Marczewskiego

 

 

Teatr Mały w Tychach nieustannie rozpieszcza swoich widzów. W sobotę miała miejsce prapremiera autorskiej sztuki Andrzeja M. Marczewskiego „Wiara, nadzieja, miłość”, która przyciągnęła wielbicieli teatru, krytyków i wielu znakomitych gości. Miałam zaszczyt i przyjemność zasiąść na widowni i w ten sposób stać się uczestnikiem tego niezwykłego wydarzenia.

Sztuka dotyka niezwykle bliskiej mi tematyki śmierci klinicznej. Zwłaszcza w jej szczególnym aspekcie rozliczenia się z własnym życiem i możliwości skorzystania z „drugiej szansy”, jaką daje powrót do ciała i egzystencji w tym wymiarze. Główny bohater staje twarzą w twarz z własnym życiem. Takim, jakie było. Bez znieczulenia, bez półprawdy i półkłamstwa. Z nadzieją, że jeśli się prawdzie ulegnie ona nas wyzwoli i na nowo zbuduje.

W przedstawieniu wystąpili: Jadwiga Andrzejewska, Klaudia Walencik i Jerzy Mazur. Cudowna, promienna Jadwiga Andrzejewska od pierwszych minut zawładnęła mną zupełnie. W tym miejscu dodać należy, że ta wspaniała aktorka po mistrzowsku gra na gongach, co dodało sztuce wiele magicznego wprost uroku i przyczyniło się do zbudowania niepowtarzalnego klimatu. Wszak mądrzy ludzie powiadają, że w gongach zaklęta jest cała muzyka wszechświata.

Pan Jerzy Mazur zagrał przejmująco. Patrząc na tej klasy artystę człowiek zaczyna rozumieć, co znaczy kunszt aktorski, co znaczy talent.

Młodziutka, śliczna Klaudia Walencik miała przed sobą wyjątkowo trudne zadanie. Było nie było zagrać u Marczewskiego i w takim doborowym towarzystwie to wyzwanie i próba charakteru. Moim skromnym zdaniem poradziła sobie koncertowo, wnosząc wiele pozytywnej energii.

W spektaklu brali udział również tancerze: Paweł Konior, Ewa Wolf, Michał Kozaczko oraz Ewa Brodek – Piłat i Izabela Ptak, które rysowały – tak rysowały (!) twarze widzów.

Andrzej M. Marczewski jest wielkim reżyserem, a na pewno największym mistykiem wśród reżyserów. Każdy jego tekst, pomijając erudycyjną polszczyznę, zabiera nas w różne ciekawe i rzadko odwiedzane, miejsca znajdujące się w nas samych. Warto tam podążyć, zgodnie z mottem spektaklu „Zawsze szukaj w sobie!”

 

 

PS. Spektakl bierze udział w 22 Konkursie na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej –

Biuro Duchów trzyma kciuki i życzy powodzenia!!!

„Kocham cię Broadway” Teatr Mały Tychy

 

 

 

Wczorajszy wieczór spędziłam w Teatrze Małym w Tychach. Piszę o tym, ponieważ uważam, że należy rekomendować to, co warte uznania, nowatorskie i wybitne po prostu.

Na pierwsze strony gazet przebijają się jedynie teatry, których strategia marketingowa polega na szokowaniu opinii publicznej poprzez kontrowersje związane z repertuarem, bądź obsadą. Marna to strategia, w dodatku przynoszącą szkodę sztuce jako takiej.

Teatr Mały w Tychach stawia na jakość. Tutaj każdy spektakl jest wydarzeniem artystycznym i to bez względu na rodzaj widowiska. Dyrektor Andrzej M. Marczewski postawił poprzeczkę bardzo wysoko, tak sobie jak i artystom, z którymi, ku zadowoleniu widzów, współpracuje. Wczorajszy spektakl jest tego twardym dowodem.

Rewia karnawałowa „Kocham cię Broadway” zapiera dech w piersiach. Widowisko od pierwszego do ostatniego taktu porywające. Wielkie szlagiery musicalowe wspaniale zaaranżowane przez Krzysztofa Brzezińskiego w wykonaniu orkiestry pod jego batutą, znakomici wokaliści Serena Ottardo i Nicola Palladini, towarzysząca im grupa wokalna oraz balet, to atuty przesądzające o klasie przedstawienia.

Zjawiskowa, Serena Ottardo oczarowała nie tylko męską część widowni. Zapewne wielu widzów zadaje sobie pytanie: jak to jest możliwe, że tak delikatna kobieta posiada równie potężny wokal? Odpowiada za to znakomity warsztat, ogromne doświadczenie sceniczne czy zgoła boskie natchnienie? Jedno jest pewne: nieliczne wokalistki mają odwagę sięgnąć po tak trudny numer jak „Respect” z repertuaru Anety Franklin. Serena wykonała ten szlagier brawurowo, a publiczność doceniła jej kunszt, nagradzając gromkimi brawami. Piękna Włoszka dała pokaz talentu oraz temperamentu, zyskując uznanie i sympatię widzów.

Nicola Palladini zaprezentował się w podwójnej roli konferansjera oraz wokalisty. Z obydwu zadań wywiązał się kapitalnie. Gdyby w języku polskim nie istniało wcześniej określenie „żywe srebro” to zapewne obejrzawszy ten koncert, ktoś by je stworzył, po to tylko, aby spójnie opisać osobowość sceniczną reprezentowaną przez tego artystę. Kiedy tańczy, wydaje się być kwintesencją ruchu, kiedy śpiewa cały jest muzyką. Włoch o polskich korzeniach, czaruje publiczność zarówno w Polsce jak i za granicą.

Chcę wierzyć, że teatr należy do takich właśnie osób. Uprawiających swój zawód z miłością i doskonalących nieustannie kunszt artystyczny. Uwodzących publiczność osobowością, talentem i zaangażowaniem. Chcę TEATRU stanowiącego enklawę dla sztuki mówiącej o miłości, prawdzie, sensie życie, ludzkiej godności czyli wartościach kardynalnych dla każdego człowieka. Dla tego będę wracać do Teatru Małego w Tychach, mając pewność, że bylejakość i kicz nie mają tam wstępu.

Wielkie święto Bułhakowa ! Spektakl „Bułhakow, Mistrz, Małgorzata” w reżyserii Andrzeja Marii Marczewskiego.

W wieku osiemnastu lat po raz pierwszy przeczytałam powieść Michaiła Bułhakowa „Mistrz i Małgorzata”. Pokochałam tę książkę miłością pierwszą. Od tej chwili przeczuwałam, że czeka nas wiele wspólnych lat, powrotów i rozstań, niełatwych pytań i jeszcze trudniejszych odpowiedzi. Jednym słowem skomplikowany lecz głęboki związek. Mijały lata, zmieniałam się ja i moja relacja z tą niezwykłą książką. Po młodzieńczej fascynacji, przyszedł czas na dojrzałą refleksje. Patrząc z nowej perspektywy pojęłam mistyczny i metafizyczny wymiar prozy Bułhakowa. Pełni jego geniuszu nie obejmie chyba nikt.

Książka Bułhakowa miała sporo adaptacji filmowych i teatralnych. Nie tak wiele jednak, jak można by się spodziewać, zważywszy inne porównywalne arcydzieła literatury światowej. Wniosek nasuwa się sam. Ta wielowątkowa powieść, rozgrywająca się jednocześnie na kilku płaszczyznach to wielkie wyzwanie dla każdego reżysera. Trzeba talentu, odwagi i miłości żeby stanąć z otwarta przyłbicą i zmierzyć się zarówno z legendą „Mistrza i Małgorzaty” jak i z własnym ego. Zmierzyć się i wyjść z tej próby zwycięsko.

Andrzej Maria Marczewski, jako dyrektor Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu, 35 lat temu doprowadził do polskiej prapremiery tego arcydzieła.

Jak sam mówi: ” ‚Mistrz i Małgorzata’ stał się dla mnie najważniejszą i ogromnie bliską lekturą, odkąd, jeszcze w czasie studiów, miałem okazję przeczytać drukowany w odcinkach w radzieckim czasopiśmie ‚Moskwa’ oryginał utworu. Książka jest nie tylko uczciwa, ale i magiczna. Przeszedłem moskiewskim szlakiem przygód bohaterów powieści i śladami jej autora. Miałem okazję rozmawiać z Lubow Biełozierską-Bułhakową, drugą żoną pisarza. Byłem na grobie Bułhakowa, na cmentarzu Nowodiewiczym, gdzie został pochowany niedaleko Czechowa i Stanisławskiego. Na zamalowanych graffiti ścianach klatki schodowej przy ulicy Sadowej można dziś przeczytać inskrypcję: ‚Woland, wróć!’.”

Cóż, zazdroszczę tych doświadczeń. Rozumiem i podzielam fascynację.

W tej chwili z niecierpliwością dziecka czekam na premierę najnowszego projektu „Bułhakow, Mistrz, Małgorzata”, która odbędzie się 26 września w Teatrze Małym w Tychach. Przedstawienie zapowiada się przebogato: songi do których teksty napisał Andrzej Ozga, a muzykę Janusz Grzywacz wykonują Monika Węgiel i Igor Chmielnik, scenografia autorstwa Tadeusza Smolnickiego i świetna gra aktorów to ogromne atuty tego przedstawienia. Oczywiście pozostaje jeszcze wisienka na torcie, ostateczny gwarant doskonałego dzieła w osobie Andrzeja Marii Marczewskiego.

Drodzy Państwo w życiu niewielu rzeczy jestem pewna, ale tej jednej tak : prawdziwa sztuka, jak prawdziwa miłość, służy wznoszeniu a nie upodleniu człowieka. Prawdziwa sztuka pokazuje jak być lepszym, zabiera w miejsca piękne i czyste, wprowadza spokój i harmonię.

Tandetne produkcje zostawmy nihilistom. Szukajmy źródeł, które nas ożywią, ubogacą i uczynią lepszymi pod każdym względem. Pozwólmy wybitnym twórcom aby nas wznosili ponieważ:

„…Każdemu dane

Będzie to, w co wierzy.

Kto wierzy w niebyt,

Ten uśnie w niebycie.

Kto w życie wierzył odnajduje życie.

Kto ufał w siłę,

Ten zderzy się z siłą.

Kto wierzył w miłość,

Odnajduje miłość…”*

 

Jeszcze raz zachęcam do wizyty w Teatrze Małym w Tychach i do niezwykłego spotkania z „Bułhakowem, Mistrzem i Małgorzatą” w reżyserii Andrzeja. M. Marczewskiego.

 

 

Cytat to fragment songu „To w co wierzysz”