Komunikacja między wymiarami – różne możliwości

 

Otrzymałam bardzo interesujący list od Czytelniczki, która doświadczyła kontaktu ze zmarłym ojcem w sposób bardzo nietypowy. Postaram się streścić dla Państwa tę historię gdyż mail jest długi i pisany językiem emocji, a więc nieco chaotycznie.

Otóż ojciec Anety doznał rozległego udaru mózgu. Lekarze bardzo się starali, ale do chwili śmierci nie odzyskał już przytomności. Przez wiele lat zmarły prowadził firmę razem ze swoim wspólnikiem. Firma przynosiła spore dochody, a ojciec Anety był jej głównym filarem. Jego nagłe odejście wywołało ogromne zamieszanie. Aneta też udzielała się w firmie ojca, ale nie miała tak wysokich kompetencji jak on. W tym okresie opiekowała się mamą, która po śmierci męża popadła w głęboką depresję. Żeby sprostać obowiązkom w firmie Aneta pracowała po nocach. Bardzo cierpiało na tym jej małżeństwo. Dodatkowo z tygodnia na tydzień wspólnik ojca odnosił się do niej z narastającą niechęcią. W końcu powiedział, wprost, że chce ją spłacić i działać dalej z własnym synem. Sytuacja zrobiła się nie do wytrzymania. Aneta pojechała na grób ojca żeby się spokojnie wypłakać.

„Prosiłam go o pomoc, radę, cokolwiek. Z jednej strony nie chciałam odejść z firmy, bo była to moja spuścizna, ale z drugiej czułam, że wspólnik mnie wykończy. Siedziałam przy grobie. Nic się nie wydarzyło. Pomyślałam, że głupio było oczekiwać pomocy od nieboszczyka. Wstałam i skierowałam się do wyjścia. W siatce miałam jeszcze jeden znicz. Nagle poczułam zapach wody kolońskiej mojego Taty. On całe życie używał tylko tej jednej wody. Nie wiem, dlaczego ale zrobiło mi się okropnie zimno. Rozejrzałam się, ale nikogo nie było. Postanowiłam, że ten ostatni znicz zapalę na grobie mojego wujka.”

Przy sąsiednim grobie była ławeczka. Aneta zauważyła męską saszetkę. Szukała wzrokiem mężczyzny, który tę saszetkę zostawił. Cmentarz był niewielki i oprócz dwóch staruszek nikogo nie zauważyła. Przy płocie stał tylko jej samochód. Nieco skrępowaną sytuacją otworzyła saszetkę. W bocznej kieszonce znalazła plik wizytówek. Wybrała numer telefonu wydrukowany na wizytówce. Okazało się, że właścicielem zguby był aptekarz, mało tego apteka znajdowała się niedaleko mieszkania Anety. Oczywiście odwiozła saszetkę, a właściciel (starszy jegomość) był jej niezmiernie wdzięczny. Zaprosił ją na zaplecze i zapytał, czemu jest taka smutna i przygnębiona. „Otworzyłam się przed tym obcym człowiekiem. Po latach uważam, że powiedział mi dokładnie to, co chciałby mi powiedzieć ojciec gdyby mógł. Podjęłam słuszne decyzje”. Pomału życie wróciło do normy. Mama Anety wydobrzała, a na wieść, że zostanie babcią odmłodniała o dziesięć lat. Opiekowała się dzieckiem, dzięki czemu Aneta mogła wrócić do pracy.

„Drugi raz poczułam zapach wody kolońskiej mojego Taty dokładnie 3.03.2012 roku. Wracałam z Warszawy. Kiedy weszłam na peron zapach zaczął się nasilać. Wreszcie zrobił się tak nieznośny, że zaczęło mnie mdlić. Musiałam iść do toalety. Wymiotowałam chyba z pół godziny. Pociąg odjechał beze mnie. Byłam zła, oczywiście do momentu, kiedy usłyszałam o katastrofie pod Szczekocinami. Stąd tak dobrze znam datę.”

W następnym roku „pod choinką” pojawił się drugi dzidziuś. Wszystko układało się bardzo dobrze. W roku 2015 tym mama Anety zaproponowała, żeby całą rodziną pojechać na wycieczkę do ciepłych krajów. Pomysł spodobał się wszystkim. Aneta wraz z mężem odwiedzili biuro podróży.

„Kiedy miła pani zaczęła pod niebiosa zachwalać Tunezję znowu poczułam znajomy zapach. Nie mogłam tego zlekceważyć. Nie wiem, co mi strzeliło do głowy, ale powiedziałam: lecimy na Kubę. Mój mąż zrobił głupią minę, ale nie protestował. Po tylu latach ciężkiej pracy należało się nam coś ekstra. Gdybyśmy wykupili wycieczkę do Tunezji nasz pobyt zbiegłby się w czasie ze strzelaniną na plaży. Nie wiem czy coś by nam się stało, bo mieszkalibyśmy w innym hotelu, ale dziękuję Bogu, że nas tam nie było.(…) Nurtuje mnie tylko pytanie, – czemu zapach? Inni ludzie mają sny, albo słyszą głos zmarłego, a u mnie tak dziwnie manifestuje się obecność ojca. „

W literaturze tematu opisane są różne przejawy aktywności zmarłych w naszym wymiarze. Ludzie słyszą ulubioną melodię zmarłego, jakieś charakterystyczne dla jego egzystencji dźwięki na przykład szuranie kapciami lub pochrząkiwanie. Zdarza się również dźwięk dzwonka lub klaksonu o charakterystycznym brzmieniu. Rzeczywiście zapach w opowieściach bliskich pojawia się niezwykle rzadko. W gruncie rzeczy forma komunikacji nie jest najważniejsza. Liczy się efekt, a ten w przypadku Anety jest spektakularny.

 

 

Ps.

Dziękuję Pani za zaufanie i bardzo ciekawą historię.

Tajemnicze wydarzenia na starym cmentarzu

 

 

Historia dzisiejsza to opowieść o ludzkiej solidarności w okresie wielkiej opresji oraz o tym, że jeśli pomoc jest potrzebna może nadejść z najmniej oczekiwanej strony. Główni bohaterowie to podówczas nastoletni Tomasz i jego kuzyn Andrzej. Chłopcy, rokrocznie podczas wakacji wyjeżdżali do swoich dziadków mieszkających w okolicach Łodzi. Przez miesiąc mieli zapewnioną opiekę i dużo ciekawych zajęć.

Pewnego razu babcia zawołała ich do domu i oznajmiła: dzisiaj macie luksusowy podwieczorek. Stasia, dostała paczkę!  Dała mi puszkę ananasów i czekoladę, a tu popatrzcie jeszcze taki piękny sweterek, też dla mnie. Prawdziwy kaszmir! Chłopcy szybko zabrali się do pałaszowania wiktuałów. Wypytywali od kogo pani Stasia otrzymuje paczki. Bardzo chcieli znać odpowiedź. Wreszcie babcia usiadła i opowiedziała im pewną historię.

Stasia i jej mąż Jan korzystali z pomocy lekarza, który uratował ich najstarszego syna. Uratował mimo, że inni nie dawali żadnej nadziei. Lekarz ten był Żydem. Kiedy zaczęła się straszna wojenna zawierucha, ukryli tego lekarza razem z jego córką i żoną u siebie. Najpierw na strychu, a później w skrytce warsztatowej. Jan był stolarzem znanym w okolicy z solidności i wszyscy go szanowali. W czasie wojny robił głównie trumny, a później  zajmował się dodatkowo pochówkiem zmarłych. Dbał też o teren cmentarza ewangelickiego, na prośbę pastora oczywiście. Babcia dodała, że razem z dziadkiem domyślali się całej sytuacji, ale nie dopytywali przyjaciół o szczegóły. Byliśmy czujni bardziej niż zwykle i przykładaliśmy ucho gdzie się dało, żeby w razie, czego ostrzec Stasię! Z Łodzi przyjeżdżali krewni i znajomi, żeby uzupełnić zapasy. Relacjonowali Janowi różne straszne rzeczy; mówili również o tym, co  dzieje się w łódzkim getcie i jak okrutnie karana jest przez Niemców jakakolwiek pomoc udzielana żydom. Goście nie mieli świadomości, że doktor to wszystko słyszał. Dopiero po wojnie Stasia przyznała, że doktor poprosił o rozmowę i kategorycznie oznajmił, że nie chce być przyczyną zguby dla rodziny Jana. Padły straszne słowa: mamy arszenik, wolimy to niż wpaść w ręce Niemców i być przyczyną waszej śmierci. Jan stanowczo protestował, jako człowiek głęboko wierzący  nie wyobrażał sobie takiego rozwiązania. Obiecał, że znajdzie dla doktora i jego bliskich inną kryjówkę. Z natury był człowiekiem czynu, szybko wpadł na pewien pomysł i zrealizował go.

Na cmentarzu znajdował się grobowiec niemieckiej rodziny F. Byli to bogaci fabrykanci, których nestor uznał, że nawet po śmierci członkom rodu należy się godna kwatera. Jan razem z synem mogli kręcić się po cmentarzu o dowolnej porze, wszak utrzymanie porządku należało do ich obowiązków. Dostali się do wnętrza grobowca. Szczegółowo zbadali go w środku. Uporządkowali kości zmarłych, część starych trumien spalili i w ten sposób uzyskali spore pomieszczenie. Jedno niewielkie okno szczelnie zasłonili czarnym papierem, dzięki czemu z zewnątrz nie było widać, na przykład, zapalonej świecy. Odkryli też, że grobowiec został podpiwniczony, a po wybiciu otworu w jednej ze ścian otwierało się przejście do sąsiedniego grobowca. Kryjówka wydawał się idealna. Rodzinę przetransportowano w trumnach. Choć brzmi to makabrycznie, bezpiecznie dotarli do nowego azylu. Niestety tym, co działo się na cmentarzu zainteresował się miejscowy folksdojcz. Człowiek niezwykle łasy na pieniądze. Dla nagrody sprzedałby własną matkę, a co dopiero trójkę Żydów. Zakradł się w nocy na cmentarz, aby upewnić się, co do swoich podejrzeń. Tu spotkała go przykra niespodzianka. Jego sąsiad opowiadał później, że ów człowiek wbiegł na własne podwórko wrzeszcząc ze strachu. Jak w amoku powtarzał, że duch fabrykant F., goni go i zapowiada rychłą jego śmierć. Podobno folksdojcz z wrażenia zmoczył spodnie. Ponieważ już wcześniej krążyły opowieści o duchu F., który pilnuje ukrytego w grobowcu skarbu, nikogo wizja folksdojcza nie zdziwiła. Nikt mu też nie współczuł.

W tych trudnych warunkach doktor z rodziną przeżyli kilka miesięcy. Zaraz po wkroczeniu rosyjskich wojsk, Jan zabrał ich do siebie. Na wszelki wypadek nadal byli ukryci na strychu. Później wyjechali obiecując, że będą zawsze pamiętać, komu zawdzięczają ratunek. Od lat mieszkają w Stanach i przysyłają paczki, a nawet zapraszają do siebie.

Tomasz i Andrzej z zapartym tchem wysłuchali babcinej opowieści. Jako wielbiciele książek o Panu Samochodziku, marzyli o przygodach z duchami i zaginionym skarbem. Postanowili zbadać sprawę osobiście. Zaopatrzyli się w latarki i poszli na cmentarz. Zamek w drzwiach sforsowali bez problemu. Zbadali wnętrze grobowca. Przeszukali podłogę dosłownie centymetr po centymetrze, ale wejścia do pomieszczenia położonego niżej nie zlokalizowali. Za to w najciemniejszym kącie Tomasz znalazł złotą obrączkę. Nie trudno sobie wyobrazić jak ta biżuteria rozpaliła wyobraźnię chłopców. Postanowili wrócić niebawem i jeszcze raz przyjrzeć się podłodze. Jak pomyśleli tak zrobili. Tym razem odsuwali wszystkie przedmioty i sprawdzali, co się pod nimi znajduje. Upór się opłacił i znaleźli wejście do piwnicy. W środku niczego nowego nie odkryli. Potwierdzili jedynie fakt, że w ten sposób można przejść do sąsiedniego grobowca. Nagle usłyszeli hałas na górze. Czym prędzej opuścili piwnice. Ze zdumieniem zauważyli, że zrobiło się ciemno. Wiedzieli, że mają problem. Dziadkowie pozwalali im na wiele, ale w jednej sprawie byli nieprzejednani: chłopcy maja być w domu przed zmrokiem. Postanowili wracać i z godnością przyjąć burę, która ich nie ominie.

Kiedy pakowali swoje drobiazgi do plecaka, zerwał się wiatr. Silny powiew powietrza raz zamykał drzwi z hukiem, a raz je otwierał. Ciarki zaczęły chodzić im po plecach, wybiegli na zewnątrz. Przed grobowcem stał staroświecko ubrany mężczyzna. Pogroził im palcem i powiedział kilka słów po niemiecku. Chłopcy przerazili się na dobre,  zaczęli biec ile sił w nogach. Po opuszczeniu terenu cmentarza wsiedli na ukryte w krzakach rowery. W domu przyznali się do wszystkiego. Dziadkowie nie byli zachwyceni.

Dzisiaj Pan Tomasz wspomina to zajście spokojnie, choć nigdy więcej nie odważył się na podobną „przygodę”. Jest pewien, że to, co widział było realne. Za to jego kuzyn mieszkający obecnie w Irlandii należy do grupy eksplorującej przeróżne miejsca, z którymi wiążą się legendy. Nigdy nie ma dosyć adrenaliny.

Wniosek z tej historii jest taki, że duch fabrykanta udzielił schronienia potrzebującym i ewidentnie rozróżniał intencje ludzi, którzy naruszyli ważną dla niego przestrzeń. Niech zatem odpoczywa w pokoju!

Pod Kukułką

W związku z historią, którą pragnę dzisiaj opisać, nurtuje mnie pewna kwestia. Czy między zwierzęciem, a duchem może dojść do swego rodzaju mistycznej relacji? Z wielu różnych teorii przemawia do mnie ta: zwierzęta nie maja wolnej woli w tym sensie, że nie dostrzegają różnic moralnych między swoimi czynami. Innymi słowy skoro ich nie pojmują to nie są zdolne do świadomego wyboru między dobrem, a złem. Służą osobie, która w jakimś sensie ma nad nimi władzę. Jeśli dodatkowo założymy, że autonomia świata pozagrobowego jest ogromna i śmiało można powiedzieć, że rządzi się on własnymi prawami to właściwie taka sytuacja jest możliwa. Przynajmniej teoretycznie można założyć, że duch bliskiej nam osoby, aby przekazać wiadomość o czymś, co przyniesie nam korzyść może posłużyć się zwierzęciem. Inaczej nie jestem w stanie wytłumaczyć sobie opisanego poniżej przypadku.

Pani Justyna wraz ze swoją mamą Hanną wojnę przetrwały dzięki krewnym, którzy po prostu nie pozwolili im wrócić do domu, uznając podróż za zbyt ryzykowną. Miasto, w którym obie przyszły na świat stało się łupem wojennym Rosjan. Pani Hanna drżała o życie swoich rodziców, zwłaszcza, że dochodziły do niej straszne wieści na temat postępowania Rosjan wobec polskiej inteligencji. Z czasem udało się jakoś przekazać wiadomość. Hanna dowiedziała się, że matka ocalała, ale ojca zabrali. Los polskiego adwokata, piłsudczyka i wielkiego patrioty w tamtych okolicznościach był przesądzony. Kolejnym ciosem była wiadomość o śmierci ojca Pani Justyny. Zginął już w pierwszych dniach wojny. Jej mama załamała się całkowicie. Jednym słowem, gdyby nie życzliwość krewnych, ich bezinteresowne wsparcie dramat mógłby się jeszcze pogłębić.

Po wielu perypetiach wróciły w rodzinne strony. Ich piękne mieszkanie zajmował jakiś „czerwony arystokrata”. No cóż, zwycięzcy biorą wszystko. W podwórku znajdowała się suterena, a w niej magiel. Pani Hanna odkupiła ten magiel od właścicielki i zamieszkała z córką w pokoiku, który znajdował się na tyłach magla. Było im ciężko. Hanna często wpatrywała się w okna swojego dawnego mieszkania i bezgłośnie płakała. Babcia Justyny zginęła bez wieści. Stara dozorczyni, która przetrwała wojnę, przyniosła ukradkiem wiklinowy kosz, a w nim rzeczy, które nowi lokatorzy chcieli wyrzucić, jako niepotrzebne. Dla Hanny były to pamiątki rodzinne. Długo dziękowała kobiecie za ich przechowanie.

Justyna zaczęła śnić o swojej babci. W tym śnie siedziała na babcinych kolanach słuchając dziecięcej wyliczanki. W pewnym momencie babcia milkła i szeptała do ucha Justyny: – pod kukułką, pamiętaj pod kukułką! Sen powtarzał się dość często. Justyna opowiedziała go matce. Jej mama nie rozumiała przesłania. Powiedziała, że w ich domu nie było nigdy zegara z kukułką i nie wyobraża sobie jak można to wszystko odczytać inaczej. Pewnego dnia pod drzwiami magla znalazły czarną kotkę. Była wygłodzona i poraniona. Przygarnęły ją i odkarmiły. Pewnej soboty kotka zniknęła. Było to bardzo smutne wydarzenie. Następnego dnia po mszy obie kobiety udały się na cmentarz, aby tradycyjnie już pomodlić się za swoich bliskich. Ten swoisty rytuał przynosił ulgę. Justyna rozglądała się po cmentarzu, uwielbiała patrzeć na figury aniołów. Nagle usłyszała miałczenie. Mimo napomnień matki pobiegła w tamtym kierunku. Ku swojej wielkiej radości znalazła kotkę. Zwierzątko było uwięzione w przedsionku do dużego rodzinnego grobowca. Drzwi były wykonane z metalowych, bogato rzeźbionych prętów. Hanna była zdumiona, nie mogła pojąć jak kotka tam weszła. Justyna przyjrzała się płaskorzeźbie wiszącej nad wejściem. Zapytała czyj to grób. Jej mama złapała się za głowę. To grób rodzinny Kukułków! Przesłanie babci poraziło ją niczym grom z jasnego nieba. Dzięki pomocy pracownika cmentarza udało się oswobodzić kotkę. W drodze do domu, matka opowiedziała Justynie o tej rodzinie. Zamożni ludzie, wykształceni, zasiadali nawet w radzie miejskiej. Dziadek przyjaźnił się z nestorem rodu. Justyna zapytała w końcu: mamusiu czy to nie jest wytłumaczenie słów babci? Może ona coś schowała w grobowców tych państwa? Hanna długo biła się z myślami. Minęły miesiące zanim zdecydował się dostać „pod kukułkę”. Rzeczywiście odnalazła niewielką skrzynkę należącą wcześniej do jej matki. Było tam trochę biżuterii i lista osób, u których zapobiegliwa starsza pani ukryła różne przedmioty.

Część osób oddała własność Hanny, niestety nie wszyscy. Kotka już nigdy więcej nie oddaliła się od domu.

Po dwóch latach „czerwony arystokrata” awansował i opuścił mieszkanie. Zostało ono podzielone na dwa mniejsze. Jedną cześć odzyskała Pani Hanna. Na ścianie w pokoju wisiał duży obraz z gatunku „jelenie na rykowisku”. Kiedy kobiety zdjęły go ze ściany okazało się, że zasłaniał napis, który przebijał spod białej farby  „Haniu – pod kukułką”.

 

Płaczka – opowieść czytelniczki

 

Bohaterka dzisiejszej historii ma na imię Anna. Rzecz dzieje się niespełna dwa lata temu.

 

SONY DSC

 

Telefon od kuzyna odebrała późno w nocy. Zawiadamiał ją o śmierci swojego ojca, a jej wuja oraz o planowanym terminie pogrzebu. Anna była zszokowana, przecież niedawno widziała wujka Zbyszka, który wyglądał kwitnąco, oczywiście jak na swój wiek. Nie zmrużyła oka aż do rana. Przeglądała stare albumy. Wujek zawsze pomagał jej rodzicom. Zawdzięczała mu bardzo wiele od letnich wakacji, spędzanych w jego domu po stypendium, które pozwoliło jej ukończyć studia. Oczywiście sama przed sobą przyznawała, że wujek był postacią kontrowersyjną. Dla niej dobroczyńca i przyjaciel dla innych komuch i dorobkiewicz.

Z uzyskaniem wolnego nie było problemu, Anna pracowała w firmie swojego teścia. Martwiła ją tylko podróż. Mąż Anny, pracownik korporacji, został oddelegowany na szkolenie za granicę. Owszem miała do dyspozycji samochód, ale swoje umiejętności, jako kierowcy oceniała dość nisko. W dodatku od kilku dni czuła się niezbyt dobrze, za, co winiła dużą porcje frytek zjedzoną w przydrożnym barze. Ambicja nie pozwoliła jej zrezygnować z wyjazdu. Poza tym była winna wujkowi przynajmniej pożegnanie.

Dojechała szczęśliwie, a na miejscu przywitała ją zapłakana ciotka Krystyna. Ciotka urodziła trzech chłopców, a Annę traktowała jak własną córkę, której bardzo pragnęła. Była wdzięczna Annie, że przyjechała tak szybko i nie zostawiła jej bez wsparcia. Dwa dni później odbył się pogrzeb. Przybyły tłumy ludzi. Przedstawiciele władz, różnych organizacji i zrzeszeń, do których wujek należał. Anna w myślach skonstatowała, że to najgłośniejsze ostatnie pożegnanie, w jakim brała udział. Następnego dnia poszła na cmentarz sama, aby w ciszy i spokoju pożegnać Zbyszka. Kiedy stała nad świeżą mogiłą, usłyszała płacz. Głośno i wyraźnie. Podążyła za tym dźwiękiem. Cmentarz był duży i gęsto zadrzewiony. W bocznej alejce, nieopodal starego grobu rodzinnego, zobaczyła kobietę, która głośno płakała. Anna zbliżyła się do niej. Wtedy kobieta gwałtownie się odwróciła. Miała piękną twarz, ale w jej spojrzeniu było coś przerażającego. Annie zrobił się słabo, resztką świadomości oparła się o sąsiedni grób. Po chwili oprzytomniała, rozejrzała się, dokoła, ale kobiety już tam nie było. O swojej przygodzie nie wspomniała nikomu z domowników. W nocy śniła o kobiecie z cmentarza. Był to dziwny sen pełen niezrozumiałych szeptów i obrazów. Zaraz po przebudzeniu miała przemożną ochotę, aby z kimś porozmawiać. Niestety ciotka na środkach uspakajających ledwo kontaktowała, kuzyni – pewnie by ją wyśmiali. Postanowiła przejść się po okolicy. Przyszło jej do głowy, aby przy okazji odwiedzić mieszkającego po sąsiedzku kolegę. Widziała go na pogrzebie. Kilka miesięcy wcześniej Anna wraz z mężem bawiła się na jego weselu. Została bardzo mile przyjęta. Razem z nimi mieszkała babcia. Kobieta ponad dziewięćdziesięcioletnia, ale zadziwiająco sprawna.. Kiedy Anna została z babcią Heleną sama, starsza pani zapytała, wprost; Co cię gnębi? Anna tylko na to czekała, wyrzuciła z siebie całą historię nieomalże jednym tchem. Babcia Helena złożyła dłonie jak do modlitwy – Płaczkę spotkałaś. Ale nie martw się nie ty pierwsza i pewnie nie ostatnia. Babciu, kim jest ta kobieta? To zabłąkana dusza. Czy babcia chce mi powiedzieć, że spotkałam ducha? Tak, pewnie, dlatego zasłabłaś. Anna miała kompletny bałagan w głowie i na tę chwilę nie wiedziała jak ma przyjąć to, co właśnie usłyszała. Babciu czyj to duch? Wiesz to stare dzieje. Podczas tamtych wydarzeń miałam paręnaście lat. Ty znasz inny świat, ale wtedy wszystko tutaj to znaczy las, jezioro, mnóstwo ziemi należało do jednego właściciela. Ludzie go szanowali, jak to się drzewiej mawiało ludzki był z niego pan. Jednego roku wysłał żonę wraz z synami do sanatorium. Słabego zdrowia były te jego dzieci. Kiedy szofer odwoził ich na stację po zakończeniu turnusu doszło do strasznego wypadku. Śpieszyli się i automobil wpadł do rzeki. Zginęli wszyscy nie wyłączając szofera. W majątku nastała straszna żałoba.

Po jakimś czasie na odmianę wybuchł skandal. Okazało się, że właściciel przywiózł do majątku kobietę z kilkuletnim chłopcem. Miał z nią romans. Ksiądz udzielił im ślubu w kaplicy, wszystko po cichu. W majątku mieszkała jeszcze jego matka, która ścierpieć nie mogła tego, co się stało. Jedna znajoma mojej świętej pamięci mamy pracowała w kuchni i słyszała jak starsza pani wyzywała na nową synową – lepiej żebyś to ty się w rzece utopiła, a nie moja prawdziwa synowa i wnuki. Pewnego razu ta dziewczyna poszła na spacer z synkiem i nie wróciła. Wieczorem zarządzono poszukiwania. Chłopca znaleziono w lesie. Był przerażony nie potrafił nic powiedzieć. Zwłoki jego matki pływały w jeziorze. Boże, co to była za sprawa. Policjanci przyjechali z miasta stołecznego. Przeczesali całą okolicę. Badali ciało i lekarz stwierdził, że to była czynna napaść. Ona chciała żyć i mocno walczyła. Ktoś ją utopił. Oczy wszystkich skierowały się w stronę starszej pani. Wyszło na jaw, że krótko przed tą tragedią dwukrotnie kazała wozić się na stację kolejową. Synowi mówiła, że krewną odwiedza, ale kto ją tam wie. Winnego nie odnaleziono. Może byłoby inaczej, ale w trakcie śledztwa starsza pani doznała udaru i do śmierci pozostała sparaliżowana. A, co było z chłopcem? Wychował się, ale był dziwny, unikał ludzi i bardzo się jąkał. Jego matka zawsze płacze i ukazuje się na cmentarzu lub w okolicach jeziora. Może to tylko przesąd, ale uważaj na siebie. Potraktuj to jak przestrogę.

W drodze powrotnej Anna miała wypadek samochodowy. Na szczęście nie groźny. Mimo wszystko trafiła do szpitala. Podczas badania USG okazało się, że jest w ciąży. Oczywiście odwiedza swoich krewnych, nadal jednak unika cmentarza.

 

  • Tekst powstał na podstawie maila od czytelniczki. Nie mogłam posłuż się oryginałem, gdyż był zbyt chaotyczny. Za jej zgodą uporządkowałam całość.
  • Zdjęcie autorstwa mojego kolegi Mateusza  Sokołowskiego

 

 

Historia kryminalna z duchem w tle

Historię tą opowiedziała mi zaprzyjaźniona starsza pani. Dzieje się ona w latach osiemdziesiątych, kiedy półki sklepowe świeciły pustkami, a zdobycie wielu produktów graniczyło z cudem.

 

Ten rok był dla Marka szczególny. Praktycznie w jednym miesiącu pożegnał ojca, którego bardzo kochał i poznał Annę, nową asesor w prokuraturze rejonowej, gdzie pracował.

W tej energiczniej i zawsze wesołej kobiecie zakochał się od pierwszego wejrzenia.

Dla matki Marka, Haliny również był to czas niełatwy. Z jednej strony odetchnęła, bo synowi starokawalerstwo już raczej nie groziło, ale śmierć Adama, z którym przeżyła wiele wspólnych lat była wielką traumą. Halina często chodziła na cmentarz i spędzała długie godziny przy grobie swojego męża. Jakieś pół roku po jego śmierci, Halina miała dziwny sen. Adam stał przed nią w samej bieliźnie i powiedział:

– Halinko zrób coś mnie jest tak strasznie zimno!

Sen ten zaczął się powtarzać pomimo odprawienia mszy za duszę zmarłego i ciągłych odwiedzin jego grobu. Wreszcie Halina zwróciła się do syna:

– Marek ja cię proszę otwórzmy grób, ja muszę zobaczyć, jak ojciec został pochowany!

Marek starał się wytłumaczyć mamie, że nieboszczykowi nie może być zimno. Przekonywał: – mamo jesteś jeszcze w żałobie i widocznie psychika nie wytrzymuje, może czas skorzystać z porady specjalisty

Matka zareagowała nerwowo:

– ty mnie do wariatkowa nie wysyłaj, ja wiem, że umarłemu ciepły koc jest niepotrzebny! Uważam, że stało się coś niedobrego i Adam chce zwrócić na to uwagę. Przysięgam, jeśli nie załatwisz zezwolenia na legalną ekshumację, a w końcu jesteś przecież prokuratorem to własnymi rękoma pomnik rozbiorę. Ja tego dłużej nie wytrzymam.

Marek obiecał mamie, że porozmawia na ten temat z przełożonym. Zastanawiał się jak ma to zrobić, przecież nie może powiedzieć, że jedyną przesłanką do ekshumacji są niepokojące sny, jakie ma pogrążona w żalu wdowa.

Bijąc się z myślami udał się na Bazar Różyckiego. Niedługo Anna będzie miała urodziny, a w sklepach pustki. Może dobra czekolada poprawiłaby nastrój mamie?

Marek chodził między straganami i nadziwić się nie mógł nad ilością deficytowych towarów, oferowanych przez jakże operatywnych rodaków. Kiedy zrobił zakupy i kierował się w stronę wyjścia z wielkim impetem wpadła na niego zapłakana kobieta. Torby wypadły obojgu z rąk, kobieta zaczęła przepraszać cały czas spazmatycznie szlochając. Marek zapytał;

-, co się stało, czy ktoś panią okradł? Proszę panią jestem prokuratorem, proszę mi powiedzieć wezwiemy milicję.

Kobieta z trudem powstrzymując płacz powiedziała:

– pół roku temu pochowałam siedmioletnią córeczkę, ciałko kazałam ubrać w sukieneczkę do Pierwszej Komunii, której nie doczekała.Dzisiaj zobaczyłam tą samą sukienkę na straganie, kiedy zapytałam skąd ta handlara ją ma zostałam zbluzgana i przegoniona.

– Czy jest pani pewna, że to ta sama rzecz?

– Proszę pana w sklepie pan takiej nie kupi to prezent od mojej siostry mieszkającej we Francji, sukienka miała nietypowy krój i obszyta była prawdziwą holenderską koronką. To absolutny rarytas i unikat!

Marek postanowił, że nie można zostawić tej sprawy bez zbadania. Zatrzymał przechodzący patrol i razem z milicjantami udał się we wskazane miejsce. Handlarka mętnie tłumaczyła sposób, w jaki weszła w posiadanie sukienki. Mlicjanci zamknęli stoisko, skonfiskowali jego zawartość i zatrzymali kobietę do wyjaśnienia. Marek już na komendzie przeglądał zarekwirowane przedmioty. Nagle cała krew odpłynęła mu z twarzy, znalazł papierośnicę ojca, którą mama razem z kilkoma innymi przedmiotami kazała włożyć do trumny.

No teraz miał gotowy i mocny pretekst do ekshumacji. Jakby tego było mało przesłuchał handlarkę, która przyznała, że sukienkę i inne przedmioty nabyła celem dalszej odsprzedaży od takich dwóch – tu padły nazwiska. Szybko ustalono, że ci dwaj panowie są pomocnikami w firmie kamieniarskiej. Jak się okazało firma działa na tym samym cmentarzu gdzie pochowano jego ojca i córkę owej zapłakanej kobiety?

Oczywiście hieny cmentarne zatrzymano, a kilkanaście grobów otwarto i stwierdzono, kradzież wartościowych przedmiotów.

Kiedy sprawa została zamknięta sny ustały, a Halina podsumowała zdarzenia następująco:

– mówiłam ci Marku, że ojciec chce zwrócić uwagę na jakąś niegodziwość i miałam rację, szkoda tylko, że przekaz był tak enigmatyczny, inaczej rozwiązałbyś sprawę jeszcze szybciej!

Działalność tak zwanych hien cmentarnych uważam za jedno z najbardziej obrzydliwych przestępstw potępianych nie tylko przez Kodeks Karny, ale również przez zwykła ludzką przyzwoitość. Ojciec Marka najwyraźniej myślał tak samo.

Ciekawe jest też spotkanie Marka i tej zapłakanej kobiety. Niejednokrotnie spotykamy właściwych ludzi, kiedy tego najbardziej potrzebujemy. Czy rzeczywiście los jest ślepy?

Przy okazji chciałabym polecić Państwa uwadze kwartalnik „Spirytyzm” wydawany przez Polskie Towarzystwo Studiów Spirytystycznych. Odkryłam tą pozycję wydawniczą niedawno, ale jest z pewnością warta uwagi i zainteresowani czytelników.