Krzywda zawsze wraca – wszak zna drogę

Pytanie zawarte w jednym z komentarzy:

„Często słyszę, zwłaszcza od ludzi starszych, że krzywda wraca do sprawcy i zawsze zostaje on ukarany. Czy ma Pani jakąś wiedzę na ten temat bądź ciekawe historie czytelników do podzielenia się na blogu?”

Zatem niejako na życzenie Czytelniczki garść moich rozważań i przykładów o krzywdzie i jej rozliczeniu, opartych na zdarzeniach ze świata fizycznego i spirytualnego.

Należałoby zacząć od pytania: czym jest krzywda? Najprostsza odpowiedź brzmi: tym, co zdarzyć się nie powinno. Bólem zadanym z premedytacją czującej istocie, nie tylko ludzkiej. Bezsilnością ofiary wobec zdarzeń dotykających jej niezmiernie dotkliwie, bez możliwości obrony, a nawet bez szansy na najmniejsze zadośćuczynienie. Każdy ma swoją listę niegodziwości, stanowiących o rozmiarach doznanej krzywdy. Obmowa, kradzież, niewdzięczność, gwałt, pobicie, można by długo wymieniać.

Bywa, że krzywdę da się naprawić, lub chociaż za nią zadośćuczynić, złagodzić jej skutki. Niestety często poczynione szkody są nieodwracalne. Budzi się w nas wtedy złość, kiełkuje potrzeba odwetu, prymitywnej zemsty lub wyrafinowanego rewanżu. Pojawia się przekonanie, że kiedy ów akt wyrównujący rachunki między nami a krzywdzicielem dokona się, poczujemy niebywałą ulgę, opadną emocje, a wszystkie przykre uczucia znikną, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Chęć zemsty jest w nas, to jest nieuniknione. W ten sposób, przejawia się nieokiełznana cząstka naszej osobowości. Zwierzęce JA wynurzając się z wewnętrznego Cienia, zagarnia nas ku sobie. Problem w tym, że to uczucie zwodnicze, ponieważ zemsta nam w niczym nie pomoże, niczego nie ułatwi i nie osłodzi łez. Pomijam już fakt, że w rozumieniu prawa zemsta jest równoznaczna z przestępstwem.

Odwet uruchamia nowy ciąg negatywnych zdarzeń oraz nieodwracalną zmianę w nas samych. Jakkolwiek to brzmi dokonując aktu zemsty na oprawcy jednoczymy się z nim mentalnie. Wchodzimy w krąg tej samej energii i oddychamy tym samym złem. Żebyśmy, nie wiem jak, próbowali moralnie ten akt usprawiedliwić, nic nie zmieni degenerującego charakteru zemsty. Kiedy dopuścimy do głosu zbrodniczą furię, może się okazać, że oto nasz Anioł Stróż zapłakał krwawymi łzami.

Czy tylko w baśniach zło jest zawsze ukarane, a dobro nagradzane? Jestem głęboko przekonana, że ta zasada działa zawsze i wszędzie. Wsłuchajmy się w znane przysłowia i mądrości narodów: „Co posiejesz to zbierzesz, co za siebie rzucisz to przed sobą znajdziesz”, „Pan Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy”, „cudza krzywda twego życia nie poprawi” i mój ulubiony w tym temacie cytat:

„Później czy wcześniej krzywda w los się wciela i w sieć skrzywdzonych chwyta krzywdziciela” /Zygmunt Krasiński/

Każdy, bez wyjątku, prędzej lub później zbiera plon swoich działań i ponosi ich konsekwencje. Nie w tym, to w następnym życiu. Oczywiście, jeśli ktoś żąda sprawiedliwości, już, natychmiast, tu i teraz, może poczuć się zawiedziony. Czasem działa ona bardzo wolno, czasem incognito, a czasem potrafi wyłonić się nawet zza kurtyny śmierci.

Znam wiele historii osób, które perfidnie rozbijały cudze małżeństwo i nie cieszyły się długo, swoim szczęściem zbudowanym na nieszczęściu kogoś innego. Ich partner/partnerka albo skruszony wracał na łono rodziny, albo znajdował nowy obiekt pożądania. Los lubi płacić taką monetą, jaką sami operujemy.

Niejeden brutalny mąż kończy złożony chorobą, która nie dość, że wyrównuje rachunek zadanego cierpienia to jeszcze wymusza pokorną prośbę o opiekę lub pomoc ze strony dotychczasowej ofiary. Strącenie z piedestału „pana i władcy” to bolesna degradacja, ale i pouczające doświadczenie.

Choć odnosimy wrażenie, że wielu niegodziwcom wszystko uchodzi na sucho i egzystują sobie wygodnie mimo popełnionych zbrodni i oszustw, to pamiętajmy o jednym: nie siedzimy ani w ich głowach ani w sercach. Nie tylko lady Makbet, dane było widywać zjawy swoich ofiar. Niejeden dyktator i zbrodniarz sypiał przy zapalonym świetle. Mimo pozorów pewności siebie, ludzie ci żyją w ciągłym strachu, ponieważ każdy mierzy innych własną miarą, a ich miara jest doprawdy makabryczna.

Wysłuchałam historii mężczyzny nawiedzanego przez zjawy więźniów, do których śmierci się przyczynił. Bici, szykanowani odchodzili złorzecząc swemu prześladowcy. W chwili, kiedy zmienił profesję i najmniej spodziewał się rozrachunku z przeszłością, pojawili się, aby nie dane mu było zapomnieć lub przebaczyć samemu sobie. Człowiek ten popełnił samobójstwo.

Poznałam osobę, która wyrządziła wiele złego najbliższym w tym walnie przyczyniła się do ciężkiej choroby własnego ojca. Kobieta zbudowała swój dobrobyt idąc po trupach do celu. Dopiero w starszym wieku pojawiły się wątpliwości i wyrzuty sumienia. Niestety nie było już kogo prosić o wybaczenie. Jej wnuk urodził się ciężko upośledzony i praktycznie niezdolny do samodzielnej egzystencji. Ktoś znajomy w złości powiedział, że to kara za grzechy babki. (uważam, że tak być nie mogło, ale to odrębny temat). Kobieta usłyszała ten komentarz i wzięła go do siebie. Każdy dzień spędzony z „naznaczonym” jej winą dzieckiem to dla niej pokuta, ale i lekcja trudnej miłości.

Osąd ludzki sięga tylko do pewnego poziomu, który jesteśmy w stanie objąć swoją bądź co bądź ograniczoną percepcją. Porządek karmiczny nie posiada ograniczeń, a jedynie spójną zasadę przyczyny wywołującej skutek. Każdego dnia wchodzimy nie tylko w relacje z innymi ludźmi, ale również karmą przeszłych wcieleń. W tym wszystkim jedyną pewną rzeczą wydaje się oczyszczająca moc dobra, która może zmienić naszą przyszłość liczoną nie tylko w latach, ale w eonach. Czyż nie to miał na myśli apostoł Mateusz mówiąc:

„Pogódź się ze swoim przeciwnikiem szybko, dopóki jesteś z nim w drodze, by cię przeciwnik nie podał sędziemu, a sędzia dozorcy i aby nie wtrącono cię do więzienia. Zaprawdę powiadam ci: nie wyjdziesz stamtąd, aż zwrócisz ostatni grosz” (Mt 5,26).

Karma – weksel na kolejne wcielenie?

Często w listach rozważacie Państwo czym jest karma i czy aby na pewno jest sprawiedliwa? Chcę wierzyć, że Sprawiedliwość przez duże S istnieje i chociaż jej wyroki mogą być dla nas niezrozumiałe, działa ona bez zarzutu. Kryteria tych działań pozostają niepojęte, ponieważ umysł człowieka nie jest w stanie objąć zagadnień analizowanych w skali kosmicznej. Poza tym, często nie znamy wszystkich okoliczności życia danej osoby i nie wiemy jakimi naprawdę przesłankami się kierowała. Tak już jest skonstruowana nasza psychika, że mierzymy innych własną miarą. Jednym słowem tylko książę wie, czy ratował księżniczkę z bezinteresownej miłości, czy też do działania motywowała go wizja przyobiecanej połowy królestwa.

Odnoszę wrażenie, że skala pojmowania i oceniania pojęć zamkniętych w słowach dobro i zło bardzo się zmieniła. Jesteśmy zewsząd bombardowani złymi wiadomościami, a znieczulica w kontaktach międzyludzkich osiągnęła swoje apogeum. Zło jest medialne, kolorowe, ciekawe i świetnie się sprzedaje. Natomiast dobru (zwłaszcza bezinteresownemu i heroicznemu) przyglądamy się ze zdumieniem, zaskoczeni, że takowe jeszcze istnieje. Dziś przyznaje się medal młodemu mężczyźnie, który uratował tonące dziecko. Pokazuję się go w mediach i zadaje mu się w kółko jedno pytanie; czemu pośpieszył na ratunek? Jakby oczywistym było, że mógł spokojnie stać na brzegu, jako pasywny świadek tragedii. Dla naszych dziadków byłoby rzeczą normalną, że młody, wysportowany mężczyzna, wiedziony odruchem ludzkiej solidarności ratuje tonące dziecko. Oni powiedzieliby, że mężczyzna zachował się tak jak trzeba i jest z niego „swój chłop” – tyle i aż tyle. Pojęcia dobra i zła zostały zdeprecjonowane, a złotouści prawnicy i politycy sprytnie zamieniają jedno w drugie. Trudno zachować rozsądek i zdrowy osąd sytuacji. Paradoksalnie, mimo racjonalizacji rzeczywistości, żyjemy w czasach, w których tylko sercu można zaufać.

Wracając jednak do zagadnień karmicznych, znany jest pogląd, że „karma musi się wypalić”, czyli należy naprawić swoje dawne błędy i zmienić życiowe schematy, aby móc w przyszłości, żyć z czystym kontem, nie powtarzając niepotrzebnie starych potknięć i nie pomnażając w ten sposób obciążeń. Innymi słowy trzeba ponieść konsekwencje swoich czynów. Sęk w tym, że los każe nam spłacić nasz weksel w nieoczekiwanych momentach i w zaskakujący sposób. Na tym to właśnie polega. Pojawia się okazja, aby zadośćuczynić, zrozumieć, naprawić coś ważnego i albo uda nam się to zrobić we właściwy sposób i zamknąć weksel, albo będziemy unikać konfrontacji z dawnym życiem i przerabiać w kółko to samo. Bo to nie pech, diabeł, fatum lub zła passa czają się za rogiem. To raczej konsekwencje naszych czynów lub też braku działania, domagają się w danej chwili uwagi.

Czy dług karmiczny można zniwelować lub w jakiś sposób oczyścić karmę? Pewnie, że można, ale nie czynnościami powszechnie uważanymi za magiczne. Nikt nie może swoją wolą (a tym są przecież magiczne rytuały) korygować karmy drugiego człowieka. Poza tym, gdyby nawet chciał to zrobić to musiałby przyjąć tę zanieczyszczoną energię na siebie. Ona nie rozpłynie się w niebycie za sprawą kadzideł i grzechotek. Każdy dobry uczynek, który popełniamy w intencji bezinteresownej miłości, czystego współczucia, pełnego empatii i głębokiego zrozumienia drugiego człowieka, działa na naszą karmę. Dobro neutralizuje zło. Ważne jest również wybaczenie, nie tylko innym, ale również sobie

.

W komentarzach do bloga pojawiło się takie oto pytanie:

„Witaj drogi Robercie, jakiś czas temu miałem wypadek. A konkretniej jadąc samochodem, rowerzysta wjechał mi pod maskę i zginął. Widziałem go z daleka, że zachowuje się podejrzanie, więc zacząłem hamować, a gdy zjeżdżał już do osi jezdni (jechał z przeciwka) to zacząłem trąbić z myślą, że odbije na swój pas. Niestety zamiast odbić skręcił prosto pod moją maskę i zginął na miejscu. Według mnie robiłem wszystko co mogłem, aby tego uniknąć. Po obejrzeniu jednego z nagrań z Twoim udziałem a konkretnie tego, gdzie mówiłeś o swojej koleżance z liceum, która została potrącona przez samochód dlatego, że 200 lat wcześniej rozjechała kogoś swoim powozem. Stąd mam takie pytanie. Czy według Ciebie przez to, że zabiłem człowieka (nieumyślnie) czeka mnie podobna kara w przyszłych wcieleniach?”

Jest ono wprawdzie skierowane do Roberta Gajdzińskiego, ale pozwolę sobie odpowiedzieć, oczywiście w imieniu własnym.

Proszę się zastanowić, drogi kierowco czy zaszkodził Pan potrąconemu człowiekowi: „myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem”? Czy w momencie wypadku myślał Pan o niebieskich migdałach lekceważąc sytuację na drodze, rozmawiał przez telefon i w dodatku jechał samochodem bez przeglądu za to z pełną świadomością szwankujących hamulców? Z listu wynika, że nic takiego nie miało miejsca. Nie Pan zabił tego człowieka, on sam się zabił, tyle, że przy pomocy Pańskiego samochodu. Nie rozumiem, dlaczego z góry zakłada Pan, że oto powstał potężny dług karmiczny, podczas gdy może właśnie dług się wyrównał? Może Pan w poprzednim życiu zrobił coś, co w tym mężczyźnie wywołało nieuzasadnione poczucie winy? Może dręczył się latami i zamartwiał, że oto powstało zobowiązanie, którego nie może spłacić, ponieważ drogę zamknęły mu sprawy ostateczne? Owszem mężczyzna zginął, ale czy jest Pan pewien, że to nie był po prostu dzień jego odejścia i gdyby nie to drogowe zajście umarłby we własnym łóżku?

Koleżanka z historii Roberta, mogła rozjechać dyliżansem kilka osób, ponieważ była w sztok pijana lub z innych powodów naruszyła zasady bezpieczeństwa. Kto wie czy ów powóz nie jechał dosłownie „po trupach do celu”. Nie wolno się zadręczać i określać a priori rodzaju i wagi swojego udziału w danej sprawie.

Istnieją sytuacje oczywiste: pielęgniarka podaje zbyt dużą dawkę leku, co powoduje śmierć pacjenta. Jej pomyłka bierze się stąd, że skupiła myśli na sylwestrowej kreacji, a nie na swoich obowiązkach. Gubi ją próżność i brak współczucia. Ktoś inny z chęci zysku fałszuje wyniki pomiarów i w związku z tym kłamstwem giną ludzie. Te krwawe pieniądze, będą go drogo kosztowały.

Czasem nieprzyjemne lub wręcz dramatyczne wydarzenia stanowią pretekst do pozytywnych zmian w życiu i choć na pierwszy rzut oka brzmi to paradoksalnie, korzystają obie strony.

Kilka lat temu wracałam z moimi bliskimi ze Ślęży. Przed nami jechali nasi przyjaciele. Oba samochody zatrzymały się przed skrzyżowaniem, ponieważ trzeci poprzedzający naszą kolumnę skręcał w lewo. Nagle na horyzoncie zdarzeń pojawiło się kolejne auto, którego kierowca nie hamował tylko dodał gazu i oczywiście uderzył z dużą siłą w nasz samochód, przepychając go tak, że przodem wbiliśmy się w samochód przyjaciół. Tym kierowcą okazała się młoda dziewczyna, która najprawdopodobniej zagadała się ze swoim chłopakiem i pomyliła gaz z hamulcem. Dodam, że w foteliku wiozła swego trzyletniego siostrzeńca i znała okolicę, ponieważ tam mieszkała. Oczywiście dziewczyna spowodowała bardzo duże straty materialne i nie da się ukryć, że zawdzięczałam jej spore obrażenia ciała. Szczerze, nie chciałabym być w jej skórze, kiedy wróciła do domu – szczególnie ze względu na dziecko powierzone jej opiece.

Czy jestem na nią zła? Absolutnie nie. Dzięki temu wypadkowi zrozumiałam wiele rzeczy i sporo w swoim życiu zmieniłam. Zaczynając od spraw banalnych: strefa zgniotu jest ważniejsza od ekonomii i nie interesują mnie już małe samochody. Poza tym, choć okupiłam to bólem i długotrwałą rehabilitacją, odnalazłam w sobie siłę, energię i inspirację do tego by podążyć za marzeniem. Mam nadzieję, że dziewczyna również odebrała swoją lekcję, zwłaszcza odpowiedzialności i rozwagi. Myślę, że cokolwiek między nami było wcześniej lub wtedy powstało w aspekcie karmicznym, zostało rozliczone i wyrównane.

Pozdrawiam ciepło!