Słyszałem ich myśli, czułem energię serca…

Zapraszam do lektury niezwykle przejmującej opowieści Andrzeja, który dwukrotnie otarł się o śmierć.

Szanowna Pani Ado!

Dzisiaj jest trzecia rocznica mojej drugiej śmierci klinicznej. Już w zeszłym roku chciałem opisać moje przeżycia i wysłać do Pani, ale jakoś zabrakło mi cierpliwości. Poza tym nie bardzo potrafię przelewać swoje myśli na papier. Tym razem postanowiłem, że nie wstanę od komputera aż skończę. Mam nadzieję, że innych ludzi to zainteresuje.

Pierwszy raz znalazłem się poza ciałem w wieku 17 lat. Miałem atak wyrostka i tak pechowo się stało, że rozlał się on na stole operacyjnym. Przez to byłem długo w narkozie, a operacja trwała prawie cztery godziny. Nie pamiętam żadnego tunelu ani jakiegoś spadania w dół, o czym piszą inne osoby. Zamknąłem oczy będąc jeszcze w ciele, a kiedy otworzyłem je ponownie byłem poza ciałem. Unosiłem się w powietrzu, w takiej pozycji, jakbym był przyklejony plecami do sufitu. Byłem kompletnie zdezorientowany i wystraszony. Udało mi się jakoś zmienić tę dziwna pozycję i, jeśli można tak powiedzieć, stanąłem obok lekarza. Widziałem wnętrze mojego ciała. Coś tam w środku zaczęło krwawić i lekarz wrzeszczał na wszystkich, klął jak szewc. Moja pierwsza przytomna myśl, była taka: niby inteligent a przeklina gorzej jak mój ojciec.

Zawsze źle znosiłem widok krwi, więc pomyślałem, że nie chce być w tym pomieszczeniu i w tej samej chwili znalazłem się na korytarzu. Tam dopiero ujrzałem cudne widowisko. Obok mnie przepłynęła w powietrzu postać młodej dziewczyny. W tym samym momencie, na końcu korytarza objawiło się coś na kształt świetlistego wiru. Ten wir z kolei utworzył rodzaj owalnego lustra z falująca taflą. Dziewczyna podpłynęła do tej tafli. Z lustra wydobyło się przepiękne tęczowe światło i owinęło się wokół niej, po czym delikatnie uniosło ją i zabrało do wnętrza lustra. Błyskawicznie znalazłem się przy tym lustrze, bo też chciałem tam wejść. Poczułem jednak taką blokadę, jakbym odbił się od niewidzialnej ściany. Następnie z głębi tafli wypłynęło kropla, która wyglądała jak kulka rtęci. Chodzi mi o to, że podobnie się poruszała. Nazwałem ją „żywą kroplą” Ta kropla dotknęła mojego czoła, między oczami i na tym zakończyło się całe doznanie, ponieważ obudziłem się w ciele, już po operacji.

Ciekawostka jest taka, że na trzeci dzień po operacji odwiedzili mnie koledzy. Jeden powiedział: miałeś chłopie szczęście, bo kilka godzin przed tobą przywieźli tutaj siostrę mojego sąsiada. Też wyrostek robaczkowy, ale nie przeżyła operacji. Dziwnie mi się wtedy zrobiło, bo mimo młodego wieku przyszła do mnie refleksja o śmierci. Kolegom nic nie powiedziałem, ale w sercu emocje były ogromne.

Drugi przypadek wyglądał całkiem inaczej. Miałem zawał, z bólu straciłem przytomność. Co można powiedzieć było wybawieniem. Na moment ocknąłem się w karetce. Później znalazłem się nad swoim ciałem, znów na sali operacyjnej. Tym razem się nie bałem, tylko byłem ciekaw, co będzie dalej. Stałem w niewielkiej odległości od lekarza, kiedy jedna z pielęgniarek dosłownie przeze mnie przeszła. Odczułem to jako szarpnięcie.

Obserwowałem cały zespół. Zwróciłem uwagę, że pani anestezjolog siedzi jakaś taka smutna i patrzy w te wszystkie monitorki, ale myślami gdzieś błądzi. Zbliżyłem się do niej i (jeśli można to ująć obrazowo) położyłem jej rękę na ramieniu. Wtedy stało się coś niesamowitego, bo zacząłem słyszeć jej myśli i czułem energię serca. (Doktor miała romans z kolegą i zastanawiała się czy, to ma sens i czy nie jest tylko przygodą w jego życiu.) Aż odskoczyłem z wrażenia. Przesunąłem się do innej osoby i też słyszałem jej myśli. Opuściłem salę i popłynąłem przez korytarz, nie wiem jak to możliwe, ale komu położyłem rękę na ramieniu, ten stawał się dla mnie jak otwarta księga. Później zobaczyłem moją żonę i córkę, strasznie płakały, co napełniło mnie niewyobrażalnym smutkiem. Pomyślałem o synu i chyba w tej samej sekundzie znalazłem się przy nim. Jechał samochodem i rozmawiał przez telefon, na szczęście miał zestaw głośnomówiący. Odwoływał jakieś ważne spotkanie z (dajmy na to) -Iksińskim, następnie dzwonił do synowej z informacją, że tata jest w ciężkim stanie i on jedzie do szpitala. Wylał na siebie resztkę kawy. Pomyślałem, że bardzo ich wszystkich kocham i chcę być z nimi, że jeszcze nie pora umierać. Znów byłem na korytarzu szpitalnym, a przede mną pojawiła się ta „żywa kropla”. Zbliżyła się po woli i dotknęła mojego czoła.

Odzyskałem przytomność w ciele. Bardzo się cieszę, że jeszcze mogę pobyć na tym świecie, spędzać czas z bliskimi i służyć im radą i pomocą. Mam tylko pytanie, czy spotkała się Pani z innymi historiami, gdzie ludzie poza ciałem słyszeli myśli innych osób? Ja teraz zacząłem czytać książki poświęcone tematyce doświadczeń z pogranicza, ale takiego opisu nie znalazłem. Pewnie jeszcze dużo muszę się dowiedzieć, żeby podnieść swoją świadomość.

Na zakończenie dodam, że po szpitalu, rozmawiałem z synem i był on zdumiony, bo rzeczywiście odwoływał to konkretne spotkanie i zalał się kawą. Miałem też rozmowę z panią anestezjolog, której powiedziałem, że byłem poza ciałem. Ona zareagowała ostro, że to omamy były po lekach. Ja jej na to, że mogę powiedzieć, o czym wtedy myślała. Zrobiłem to, a ona najpierw poczerwieniała, a potem energicznie wyszła z pokoju.

Dziękuję Pani za wszystkie teksty i nagrania. Jeśli ten mój nieporadny list się nadaje do publikacji, to proszę go wykorzystać wedle woli. Pozdrawiam serdecznie i życzę wszystkiego, co najlepsze.

Drogi Andrzeju, dla każdego ta jedyna w swoim rodzaju podróż ku granicom poznania, ma inny charakter. Dla jednych głównie duchowy, transformujący ich osobowość, wnoszący bezcenne światło, które już zawsze będzie oświetlało drogę życia. Dla drugich będzie to również wyzwanie intelektualne, choć wątpię, aby ktokolwiek objął całokształt zagadnienie rozumowo.

Wspaniale, że zgłębia Pan tematykę duchowości. Opowieści innych osób, które doświadczyły tego co my, są cenne, ponieważ dają nam poczucie wspólnoty. Nie jesteśmy samotnymi dziwolągami, tylko wielką, internacjonalną gromadą dusz połączonych wspólną emocją i wspomnieniami. Co do pytania o czytanie w myślach, to spotkałam się z takimi relacjami, ale na ten moment mogę przytoczyć tylko jedną, z książki Raymonda Moody’ego „W stronę światła”

Z inna zadziwiającą historią wskazująca na to, że przeżycia na granicy śmierci nie są złudzeniem umysłu, zapoznał mnie pewien lekarz z Południowej Dakoty. Kiedy jechał do szpitala, miał stłuczkę. (…) wypadek ten wprawił go w przygnębienie i zaprzątał jego myśli, kiedy tego ranka reanimował mężczyznę, któremu przestało bić serce. Następnego dnia pacjent, któremu uratował życie, powiedział mu niezwykłą rzecz:

Panie doktorze, kiedy pan mnie ratował, opuściłem ciało i oglądałem pana przy pracy.

Lekarz zaczął go wypytywać i zdumiała go ścisłość jego relacji. Mężczyzna ze szczegółami opisywał wygląd instrumentów, powiedział nawet w jakiej kolejności były używane. Podał kolory, kształt, a nawet ustawienia pokręteł i mierników na urządzeniach. Jednak ostatecznie przekonały lekarza słowa pacjenta:

Wiedziałem, że martwi się pan tym wypadkiem. Ale naprawdę nie ma się czym przejmować. Pan poświęca swój czas innym. Nikt przeciwko panu nie wystąpi.

Pacjent nie tylko postrzegał swoje fizyczne otoczenie, ale również czytał w myślach. [1]

W Pana liście, najbardziej poruszył mnie fragment o „żywej kropli”, bo to poetycka wręcz metafora światła, które wniknęło w głąb świadomości poprzez czakrę trzeciego oka.

Pana relacja, po raz kolejny potwierdza tezę, że przestrzeń nazywana Zaświatem, jest miejscem pełnym życia i życzliwej nam Mocy. Przygarnia dusze, które trwale odłączyły się od ciała, a pozostałe inspiruje do powrotu, gdyż ich czas jeszcze nie nadszedł, a plan duszy nie został wykonany.

Dziękuję z serca za ciekawą historię i życzę owocnej obecności na planie fizycznym.

 

 

 

[1] R. Moody „W stronę światła” Bydgoszcz 1992 str.165,166

Byłem jak hologram -refleksje z czasu poza ciałem

 

 

Szanowni Państwo, materiał, który dzisiaj prezentuję przesłał mi Piotr Gadaj z portalu Orbita N.

Jest to sprawa bardzo świeża, jak wynika z dokumentacji medycznej dokładnie z 31.10.2016.

Główny bohater wydarzeń chciał pozostać anonimowy, dlatego pozwolę sobie nazwać go Adamem. Ponieważ osoba ta dochodzi jeszcze do zdrowia, przesłany tekst był nieco chaotyczny i wymagał drobnej redakcji, przy czym z całą starannością zachowane zostały realia i kluczowe sformułowania.

Zatem do rzeczy.

Adam jest mężczyzną pięćdziesięcioletnim. Przeszedł rozległy udar mózgu, jego stan był tak poważny, że doprawdy cudem uniknął śmierci. Zaczęło się od chwilowych omdleń, którym towarzyszyły nietypowe objawy np. obfite pocenie. W krytycznym dniu stan Adama gwałtownie się pogorszył, a lekarz pogotowia zdecydował, że pacjenta trzeba natychmiast przewieźć do szpitala. W drodze Adam tracił przytomność: „A w uszach coraz ciszej i w oczach ciemno, po chwili jasność ogromna i tylko jeden ciemny punkt w tle. Mówić nie mogłem tylko bełkotałem”.

W szpitalu na moment odzyskuje przytomność i wykonuje kilka spójnych ruchów. Niestety sytuacja gwałtownie się zmienia: „Świadomość ginie, gdzieś w oddali słyszę – cholera schodzi nam. Następuje wielka cisza, po czasie słyszę tylko jeden ton dźwięków”.

Adam doznaje stanu, który można by nazwać rozdzieleniem świadomości. W jednej chwili widzi syna i synową pchających zepsuty samochód, następnie matkę, braci i siostry w różnych sytuacjach. W tym czasie cały sztab ludzi walczy o jego życie. Zastosowana reanimacja powiodła się, a po około siedmiu godzinach Adam odzyskał przytomność. Wydawało mu się, że najgorsze ma już za sobą. Niestety po raz drugi znalazł się w stanie krytycznym. „Powtórka na stole zabiegowym. Stoję obok siebie jak hologram albo dym. Pojawia się takie skojarzenie – ponieważ lekarze i pielęgniarki wydają się przechodzić przeze mnie. Widzę panikę. Jakiś lekarz rozmawia przez telefon. Pielęgniarka ciągle poprawia niewygodny stanik, innej wywraca się taca z narzędziami. Ja chcę pomóc, ale nie potrafię nic złapać. Mogę tylko poruszać się między nimi i obserwować. Słyszę rozmowy, że potrzebna jest operacja i od razu kontra, że to nic nie da. Widzę jak przykładają do mojego ciała te swoje „żelazka”. Ciało rzuca się na stole, leżę tam cały mokry, jak po wyjściu z wanny i tak kilka razy. Wreszcie zaskoczyłem- serce zaczęło bić

Adama przewieziono na oddział udarowy. Znalazł się w osobnym pomieszczeniu, gdzie monitorowano wszystkie funkcje życiowe. Miał dobrą opiekę. Podczas porannego obchodu lekarz zapytał „Jak pan się czuje, bo wieczorem było tragicznie”.

Adam na to „czy wczoraj podczas mojej reanimacji rozmawiał pan przez telefon?” Zdziwiony lekarz potwierdził, że tak właśnie było. Podobne potwierdzenie otrzymał od pielęgniarki – rzeczywiście nowy biustonosz bardzo jej przeszkadzał. Kiedy Adam mógł już przyjmować odwiedziny przyszedł jego syn. „Zapytałem, czemu pchał samochód, podałem markę i kolor”. Jego zaskoczenie było ogromne, ponieważ zmiana auta była decyzją nagłą i nie powiedział o tym jeszcze nikomu z rodziny, a co za tym idzie Adam nie miał prawa tego wiedzieć.

Po pewnym czasie Adam zaczął się zastanawiać, co właściwie się z nim stało, czy aby na pewno nie zwariował? Poprosił o wizytę psychologa i psychiatry. Jego opowieść wcale ich nie zaskoczyła. „Dochodzę do wniosku, że oni doskonale o tym wszystkim wiedzą i znają nie jedną taką historię, jednak z sobie znanych powodów nie mówią głośno o tych sprawach.”

Na życzenie Adama przeprowadzono testy i jednoznacznie potwierdzono jego „normalność” – „nic panu nie zapisze, bo jest pan przy zdrowych zmysłach, co najwyżej zmęczony i zestresowany.”- zdiagnozował psychiatra.

Oczywiście, że zmysły Adama go nie zawodzą, po prostu tak niecodzienne wydarzenie nieodwołalnie odciska piętno na naszej psychice i często na całym dalszym życiu.

Proszę zwrócić uwagę, co działo się ze świadomością Adama po opuszczeniu ciała. Przemieszczał się z niewyobrażalna prędkością z miejsca na miejsce. Ten fakt podkreśla wiele osób.

Krzysztof, którego relację mieliśmy okazję usłyszeć na konferencji, „Dokąd po śmierci” również doświadczył takich możliwości -”kiedy znalazłem się poza ciałem, pomyślałem o mojej matce i w tej samej chwili byłem w jej domu, widziałem jak gotuje obiad”. Doktor Rajiv Parti opisuje dokładnie te same doznania w swojej książce „Świadectwo”. Pozycję tę  niedawno miałam okazje Państwu przybliżyć.

Takich opowieści jest wiele. Poza ciałem jesteśmy niczym nieograniczoną energią, nasza dusza podróżuje z prędkością myśli.

W obliczu tak poważnych dowodów dochodzimy do jednoznacznej konstatacji – stwierdzenie, że energia podąża za uwagą jest prawdziwe! Pozostając w ciele jesteśmy w stanie zasilać energetycznie każdą ideę, która jest dla nas w danej chwili ważna. Natomiast poza ciałem, jako czysta energia to my stajemy się myślą. Myślą, którą napędza i kieruje jedynie wolna wola. Ta inteligentna cząstka energii to bez wątpienia afirmacja Boskiej obecności. To właśnie jest nasza nieśmiertelność i gwarancja powrotu do domu, do Boga, do miejsca prawdziwie nam przeznaczonego.

 

Pana, który z dużym wysiłkiem opisał nam swoje doświadczenie serdecznie pozdrawiam i dziękuje za możliwość publikacji tego pięknego świadectwa. Życzę powrotu do pełni sił!

Nie traćmy nadziei- diagnoza to nie wyrok!

 

Podczas podróży do Warszawy miałam przyjemność poznać bardzo miłą osobę.

Pani A. Opowiedziała mi dramatyczną historię choroby swojej córki. Było to o tyle ciekawe, że z jednej strony podchodziła do sprawy emocjonalnie, jako matka, a z drugiej rzeczowo, jako lekarz.

Kiedy rozstawałam się z moją uroczą rozmówczynią przedstawiłam się, zdradziłam cel mojej podróży do stolicy i powiedziałam, że prowadzę bloga poświęconego omawianej tematyce.

Moja rozmówczyni była wzruszona, powiedziała: „ Z tego wniosek, że miałyśmy się spotkać. Niech pani napisze o mojej córce. „ Obiecałam, że tak właśnie zrobię i dzisiaj słowa dotrzymuję.

Córka Pani A. cierpi na poważną wadę serca. Kilka lat temu dziewczynka zachorowała i w wyniku powikłań znalazła się na Oddziale Intensywnej Terapii. Przeszła śmierć kliniczną, a następnie zapadła w śpiączkę, która trwała wiele dni. W tym czasie wykonano liczne badania i rodzice usłyszeli straszną diagnozę:, jeśli nawet dziecko wybudzi się ze śpiączki będzie rośliną. Pani A. zapoznała się z wynikami badań i jako lekarz przyznaje, że sama nie postawiłaby bardziej optymistycznej diagnozy. Trudno w takich okolicznościach żywić nadzieję na szczęśliwe wyzdrowienie i pocieszać się myślą o ewentualnej pomyłce lekarskiej. Był to straszny czas dla całej rodziny. Po dniach niepewności, ku zdumieniu wszystkich dziewczynka wybudziła się ze śpiączki i zupełnie przytomnie reagowała na zastaną rzeczywistość.

Następnie nie spała przez prawie dziewięćdziesiąt godzin. Mało tego, dziewczynka doskonale zdawała sobie sprawę z tego, co działo się w jej otoczeniu. Informacje, które podawała były szczegółowe. Wiedziała, kto i co jej czytał, kto z kim, o czym rozmawiał, kto się nią opiekował, znała nawet imię pielęgniarki, która pełniła dyżur w dniu poprzedzającym jej przebudzenie. Jak na świadomość diagnozowaną na poziomie roślinki to sporo, prawda?

W tym miejscu przywołam historię doktora Ebena Alexandra, który również stanowił przypadek beznadziejny z punktu widzenia neurologii, a kiedy wrócił do zdrowia i analizował własne wyniki badań uznał swoje uzdrowienie za niewytłumaczalny dla medycyny cud. Podszedł do sprawy z pokorą i pisząc książkę pt. „Dowód” postawił na szali karierę i olbrzymi dorobek naukowy, aby dać świadectwo Prawdzie, której doświadczył. Z tego, co mówił w jednym z  wywiadów wynika, że choć nie spotkał się z jawnym ostracyzmem środowiska to reakcje jego kolegów były, co najmniej chłodne. Gdyby bowiem podążyć za tezą doktora Alexandra należałoby przyjąć, że to, co nazywamy świadomością , znajduje się poza mózgiem i choć w jakiś sposób z tym organem współpracuje to nie jest jego istotą. Czym zatem jest świadomość? Moim skromnym zdaniem jest to nasza dusza. Proszę zwrócić uwagę, że większość osób, które doświadczyły opuszczenia ciała, mówi mniej więcej tymi słowy:  „ unosiłem się nad salą, a ta dziwna powłoka pozostawiona na stole operacyjnym wcale nie była mną” lub „ Nie czułem, że coś straciłem patrząc na własne ciało. Przecież nadal byłem sobą, wiedziałem, że ja to po prostu ja” Ludzie wychodzący poza swoją fizyczność nie czują się kimś innym, a może właśnie wtedy docierają do własnego Ja ?

Podczas rozmowy z Panią A. stwierdziłam, że w mojej opinii nauka posiadła może 10% z całości wiedzy na temat pracy i zadań ludzkiego mózgu. Pani A. odparła, że jestem wielką optymistką bo jej zdaniem neurolodzy wiedzą znacznie mniej, a resztę ledwie przypuszczają lub nawet jedynie przeczuwają. Nie chciała ujmować nic swoim kolegom, ale zdała sobie sprawę, że przypadek córki nie jest bynajmniej odosobniony. Owszem, zwłaszcza w dziedzinie neurochirurgii postęp jest ogromny, ale nie oznacza to, że neurolog wie o mózgu wszystko.

Córka Pani A. wróciła do zdrowia i mimo wady serca uczy się i funkcjonuje normalnie. Przez dłuższy czas nie chciała rozmawiać na temat swojego wyjścia poza ciało. Dopiero po śmierci dziadka widząc rozpacz swojej mamy otworzyła się na to wspomnienie. Pocieszała mamę słowami: „nie płacz, ja tam byłam. Zapewniam cię, że dziadek jest szczęśliwy, nie cierpi i po prostu istnieje. On tam na nas na pewno zaczeka i spotkamy się z nim po drugiej stronie. Jako lekarz widzisz śmierć ciała, ale uwierz mi jest coś jeszcze. Płacz nie ma sensu. Dziadek bardzo cierpiał, a teraz jest w miejscu gdzie nie ma cierpienia, za to jest bardzo dużo światła i wszyscy są dobrzy. Mamo umrzeć to jest tak jakby przejść do innego pokoju”.

Pani A. była wdzięczna córce za te słowa, uspokoiła się i zrozumiała, że w przypadku śmierci tak naprawdę nie można mówić o stracie, a tylko o chwilowym rozstaniu.

Nie muszę chyba nikogo przekonywać jak wielki wpływ na życie Pani A. tak prywatne jak i zawodowe miały doświadczenia związane z chorobą córki. Słowa diagnoza to nie wyrok, po czymś takim nabierają szczególnego znaczenia.

Od siebie dodam tylko tyle: po pierwsze po raz kolejny dziękuję Dobrym Aniołom, że zaaranżowały nasze spotkanie, po drugie serdecznie pozdrawiam Panią A. oraz jej dzielną córkę i życzę dużo zdrowia!

 

Sen nas otwiera

Często dzielicie się Państwo ze mną swoimi doświadczeniami, wrażeniami, a nawet opisujecie sny. Dla mnie wszystkie te przypadki to po prostu dowody na istnienie komunikacji między-wymiarowej. Komunikacji, która może odbywać się na wielu poziomach  naszej świadomości jak i podświadomości. Bardzo często zdarza się, że tak żyjący jak i nieżyjący przekazują nam we śnie wiadomości. Sam mechanizm zasypiania, snu wraz z kolejnymi fazami oraz powstawanie tak zwanych marzeń sennych został zbadany i opisany w literaturze fachowej. Interpretacja snów, zapoczątkowana przez badania Zygmunta Freuda, nie jest bynajmniej domeną naszych czasów. Znane są senniki (księgi snów) pochodzące z Asyrii, Babilonii czy Egiptu. Ludzie bez względu na czas w jakim żyli, kulturę czy religię zdawali sobie sprawę z faktu, że sen to stan szczególny. Wtedy właśnie nasze ciało fizycznie podlega regeneracji, a umysł oczyszcza się i porządkuje zebrane dane. Czy jednak tylko o fizjologię tutaj chodzi? Dla osoby, która widzi siebie przede wszystkim jako duszę posiadającą ciało, sen jest darem, a przestrzeń „poza ciałem” obszarem komunikacji pozazmysłowej. Kto bodaj raz doświadczył takiego połączenia, ten doskonale rozumie różnicę między „fizjologicznym czyszczeniem plików”, a porozumiewaniem pozazmysłowym.

Przedstawię teraz fragment listu od Pani M.

„ Moja Mama umierała przez trzy dni. Czuwałam w szpitalu na zmianę z siostrą. Starałam się być czujna, ale sen mnie pokonał. Przysięgam, że nie pamiętam momentu samego zasypiania. Śniło mi się, że siedzę na krześle obok łóżka Mamy i śpię, a ona podchodzi do mnie i łagodnie mnie budzi. Jestem zdziwiona, ponieważ Mama nie chodziła samodzielnie już od kilku tygodni. Mama jest taka szczęśliwa i młoda. Mówi do mnie: córeczko odpocznij. Ja też już będę odpoczywać. Jestem zadowolona. Wszystko odpracowałam. Już czas na mnie. Dziękuję za opiekę. Moje kochane dziewczynki, będę za wami tęskniła. Kiedy Mama znikła obudziłam się naprawdę. Mam na myśli salę szpitalną. Pamiętam, że przed zaśnięciem patrzyłam na zegarek była równo pierwsza w nocy. Kiedy się ocknęłam była pierwsza i siedem minut. Mama umarła w tym czasie.

Pięknie opisała takie spotkanie ze swoim mężem Pani B. :

„Czułam się źle. Przeniosłam swoje życie do salonu, do tam był telewizor, zasypiałam przy nim, byle nie myśleć i nie czuć, nie wiedząc dokładnie jakie oglądam programy;  budziłam się w nocy. To, czym musiałam się w tym okresie zająć to papiery, papiery, papiery.
Pamiętam odcinanie narożnika dowodu osobistego męża. Nie ma go. Nie istnieje. Wszystkie papiery krzyczą, że przestał istnieć.  Wreszcie zasnęłam.  I wtedy poczułam siebie pod sufitem. Nie miałam ciała, nie widziałam też swojego ciała poniżej. Byłam myślą, czymś, co czuje, słyszy, widzi. Widziałam nasz salon pod sobą, miał beżowo-złote zasłony,  przez które wpadało do środka ciepłe, łagodne światło. Obok mnie, po prawej stronie był mój mąż. Wiedziałam, że jest, nie widziałam go. Powiedział, a właściwie przesłał do mojego umysłu słowa „jestem tutaj”. Zaczęłam „mówić” do niego, że przecież nie ma go, bo te papiery i ten odcięty narożnik dowodu. O on się śmiał i powtórzył „jestem tutaj”. Przebudziłam się. Zaczęłam płakać ze szczęścia.”

Te relacje bardzo mnie poruszyły. Dziękuję obu Paniom za możliwość podzielenia się nimi ze wszystkimi Czytelnikami tego bloga.

Od siebie dodam opis następującego zdarzenia:

Podczas mojej nauki w IPS miałam zajęcia z Panią T. Zwykle wykładowcy pracujący z nami przedkładali sympatyczną atmosferę nad sztywne normy i obyczaje. Pani T. była bardzo zasadnicza i miała swoje wymagania tak przed zajęciami jak i w trakcie. Zajęcia odbywały się w trybie weekendowym. Ponieważ w sobotę poszłam spać późno, miałam obawy czy uda mi się wstać o doprawdy barbarzyńskiej godzinie: szóstej trzydzieści rano w niedzielę. We śnie przyszła do mnie miła starsza pani, która delikatnie poruszając moim ciałem powiedziała: „Obudź się. Trzeba wstać! Wiesz jak moja wnuczka nie lubi spóźnialskich. Wstań dziecko, już czas. Powiedz T., że jest dobrze.” Ocknęłam się i zmobilizowałam do działania. Postać starszej pani miała znajome rysy twarzy i bardzo specyficzne dłonie. Przedstawiła się jako babcia Pani T., przysięgła bym, że obie miały identyczne oczy. W szkole podczas przerwy opowiedziałam ten sen kolegom i koleżankom. Byłam przekonana, że to moja wyobraźnia stworzyła, swego rodzaju „strażnika”, który miał zastąpić budzik. Ponieważ u podłoża moich obaw znajdowała się postać Pani T., więc „strażnik” miał jej cechy. Nie zauważyłam, że mojej opowieści przysłuchuje się również Pani T. Poczułam się dość niekomfortowo. Pani T. bez słowa odeszła i zadzwoniła gdzieś z komórki. Następnie podeszła do mnie i powiedziała: „znam twojego bloga, to rzeczywiście mogła być moja babcia. Rozmawiałam z mamą. Babcia jest w szpitalu, a jej stan lekarze kwalifikują jako agonalny. Jest bardziej po tamtej niż po tej stronie. Opisałaś ją doskonale, nawet ja nie wierzę, że ten obraz to dzieło tylko i wyłącznie wyobraźni.”

Rozmawiałyśmy jeszcze chwilę i ta rozmowa bardzo zmieniła mój stosunek do Pani T.

Sen w pewnym sensie otwiera każdego z nas, nawet sceptyków. Może skala doświadczeń zależy od tego, czy chcemy przyjąć posłańca, czy go odrzucamy obawiając się jakie wiadomości przyniesie ?

Eric Metaxas „Cuda „

„Cuda nie są sprzeczne z naturą.

Są jedynie sprzeczne z tym, co wiemy o naturze”

Święty Augustyn

Pragnę dziś napisać parę słów o książce niezwykłej, która utwierdziła mnie w przekonaniu, że Bóg wnikliwie bada nasze życie i w stosownym momencie reaguje. Problem polega na tym, że nie zawsze rozumiemy motywy i cel tych interwencji. Cóż może byłoby nam łatwiej gdyby greckie słowo „symeos” użyte w Nowym Testamencie zostało jednak przetłumaczone jako „znak”, a nie „cud”?

Autor Eric Metaxas był człowiekiem niewierzącym i jak przyznaje często zastanawiał się jak to możliwe, że jego znajomi, ludzie inteligentni i wykształceni wierzą w Boga ? Pewne zdarzenie spowodowała, że przewartościował swój sposób myślenia i otworzył się na to czemu wcześniej zaprzeczał, opierając swoją ocenę jedynie na własnej erudycji.

W jednym z wywiadów powiedział ( cytuję z pamięci) „Napisałem tę książkę, ponieważ chciałem uświadomić ludziom, że Bóg istnieje i nie jest to tylko system moralny, który każe nam zachowywać się w konkretny sposób. System to nie jest Bóg ! Wobec Boga możemy mieć pewne oczekiwania i liczyć na pomoc w kluczowym momencie”  Ważne i mądre słowa.

Książka podzielona jest na dwie części. Pierwsza z nich „Kwestia cudów” to wnikliwa analiza samego zjawiska, które nazywamy cudem tak pod względem odniesienia do nauki jak i wiary. Autor analizuje również cuda biblijne, które oprócz wrażenia jakie wywarły na ludziach współczesnych Jezusowi, zawierają dużo głębsze przesłanie, aktualne aż po dziś dzień. W tej części pojawia się też pytanie „Dlaczego cuda zdarzają się niektórym ludziom, a innym nie?”

Część druga to relacje osób, które doświadczyły cudu w swoim życiu. Mowa tu o cudownych uzdrowieniach tak fizycznych jak i duchowych, o ludziach, którzy znaleźli się w strasznej opresji, ich życie wisiało na przysłowiowym włosku, a mimo to przeżyli.

Książka napisana jest bez patosu, w sposób, który bardzo mi odpowiada.

Zdecydowanie polecam.

 

Pozycja ta ukazała się nakładem wydawnictwa Znak Literanova

Studio Czasu i Przestrzeni – interesująca audycja

„Studio Czasu i Przestrzeni”

 

Szanowni Państwo polecam audycję zrealizowaną w cyklu „Studio Czasu i Przestrzeni” , poświęconą tematyce śmieci klinicznej. Gośćmi programu są dr Zbigniew Osiak , Pan Jarosław Filipek i moja skromna osoba. Audycje prowadzi Pan Michel Rachel, a jego iście anielski głos idealnie wpisuje się w klimat tego spotkania.

W programie padają interesujące pytania : Kim jesteśmy ?, Czy posiadamy formę duchową? Czy za zasłoną śmierci czeka na nas inny świat , czy też nasze życie kończy się wraz z życiem ciała? Sama z wielkim zainteresowaniem wysłuchałam wszystkich opinii.

 

Szczerze polecam. Audycja dostępna TUTAJ

Niezwykle interesujący list – polecam

Zupełnie przypadkowo trafiłem na Pani bloga. Przeczytałem wszystkie wpisy. Wysłuchałem też rozmowę z Panią. Największe wrażenie zrobił na mnie wpis gdzie opisana jest historia żołnierza, który usiłował popełnić samobójstwo. Jest to również moja historia i dla tego postanowiłem do Pani napisać. Chciałbym aby ludzie zrozumieli, że samobójstwo niczego nie rozwiązuje, a jedynie odbiera coś bardzo ważnego. Odbiera życie, czyli możliwość działania, zmiany, przebywania z bliskimi. Nie jestem filozofem, jestem można powiedzieć praktykiem i na tej podstawie ośmielam się zabrać głos.

Mój ojciec to człowiek sukcesu, as nad asy we wszystkim, co robi. W atmosferze tego właśnie sukcesu wychowywałem się ja i moja starsza siostra. Ona sobie z tym wszystkim radziła, ja niestety nie. W klasie maturalnej zakochałem się bez pamięci. Dziewczyna mnie rzuciła dla innego. Opuściłem się w nauce. Na dodatek nie zdałem egzaminu na Prawo jazdy. Doszedłem do wniosku, że jestem zerem i mój ojciec ma rację kiedy mi to wytyka. Postanowiłem skończyć ze sobą na zasadzie „ kończ waść wstydu oszczędź”. Siostra studiowała w Warszawie, rodzice wybierali się na bal karnawałowy. Miałem czas i miejsce żeby zrobić, co zaplanowałem. Kiedy pojechali odczekałem dłuższą chwilę, a potem podciąłem sobie żyły. Uratowała mnie moja mama. Tak na marginesie to mam wrażenie, że matki mają jakiś radar, który działa w chwili zagrożenia życia dziecka. Nie ja jeden tego doświadczyłem. Ale to temat na inną dyskusję. Mama opowiadała, że kiedy przyjechali na miejsce mojego ojca jak zwykle otoczył wianuszek ludzi, którzy chcieli z nim coś załatwić. Chwilę rozmawiała z jakąś znajomą, a potem usiadła przy stoliku. Nagle zrobiło jej się bardzo zimno. Zmieniła miejsce, wypiła kawę, ale to uczucie zimna cały czas się nasilało. W końcu czuła się tak źle, że chciała już tylko wrócić do domu. Ponieważ nie udało się jej znaleźć ojca. Poszła do szatni, ubrała się i wyszła przed budynek. W tym momencie przypadkiem(???) podjechała taksówka ze spóźnialskimi gośćmi. Mama wsiadła do niej i pojechała do domu. Przez całą drogę dzwoniła zębami z zimna. Była przekonana, że atakuje ją jakaś ciężka infekcja. Po wejściu do domu zauważyła światło w łazience. Dalej wiadomo wyciągnęła mnie z wody, wezwała karetkę. Ojciec zorientował się, że mama odjechała dopiero po dwóch godzinach. Podkreślam ten fakt, gdyż oddaje jego stosunek nie tylko do mamy, ale do nas wszystkich. Potem był szpital, terapia, foch z przytupem w wykonaniu ojca oraz wielkie oddanie i determinacja mojej mamy.

Kiedy traciłem przytomność w wyniku upływu krwi, miałem wrażenie, że odklejam się od ciała. Ta „odklejona” część jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki znalazła się w innym świecie. Opis idealnie pasuje do tego, co zobaczył Pan z wcześniejszego wpisu. Miejsce ciemne, bagniste, mroczne i pozbawione nadziei. Kupiłem książkę doktora Alexandra i jego „świat widziany z perspektywy dżdżownicy” też miał wiele cech mojego widzenia. Cały czas kołatała mi w głowie jedna myśl” nikt mnie tu nie kocha”. W pewnej chwili stanął przede mną jakiś człowiek (istota?) zapytałem gdzie jestem, a on mi na to „daleko od Boga”. Zapytałem gdzie jest Bóg „Bóg jest źródłem , a źródło jest tam” wskazał ręką przed siebie. „Co mam robić?” odpowiedział „Pij ze źródła, żyj”. Nie zapomnę tych słów nigdy. Kiedy odzyskałem przytomność w swoim obolałym ciele, zobaczyłem mamę i światło słoneczne, byłem rad, że wróciłem. Może to brzmi ckliwie, ale cieszyło mnie wszystko. Powoli zrozumiałem, że nie żyję dla zaspokajania ambicji mego ojca. Skończyłem resocjalizację, obecnie zaocznie kształcę się w kierunku psychoterapii. Jestem z dziewczyną, która mnie kocha i rozumie. Dzięki uczestnictwu w warsztatach dla moich podopiecznych nauczyłem się prawidłowo wykonywać czynności ratownicze. W zeszłym roku nad jeziorem uratowałem w ten sposób tonącego. Moja krew( mam rzadką grupę) uratowała życie małej dziewczynki. Nie piszę o tym żeby się chwalić tylko uświadomić innym, że nasze życie ma sens zawsze. Mało tego możemy swoją obecnością wpływać na życie innych i nie koniecznie są do tego niezbędne pieniądze.

Napisano tysiąc książek w stu językach na temat duszy ludzkiej i życia „po życiu”. Ja uważam, że życie trwa nieprzerwanie . Zmieniamy tylko formę z fizycznej na energetyczną nadal pozostając sobą. Zgodzę się z Panią, że tak naprawdę wracamy do domu. Wracamy tam skąd przyszliśmy. Cel pobytu na Ziemi w postaci fizycznej każdy z nas prędzej czy później odnajdzie samodzielnie. Kto wie może jeśli nie odnajdzie go za pierwszym razem to dostanie drugą szansę?

Zgadzam się, a nawet proszę o opublikowanie tego listu na blogu. Jeśli przeczytają go rodzice to proszę aby pamiętali ,że dzieci nie mogą być częścią ich planu na życie. Nie rozszerzajcie swoich ambicji i aspiracji na dzieci. To się zawsze źle kończy. Może nie tak dramatycznie jak w moim wypadku, ale zawsze ze szkodą dla dziecka.

Pozdrawiam serdecznie wszystkich Czytelników i przepraszam jeśli nadmiernie się rozpisałem.

Odpowiadam na Państwa Pytania cz.5

Jak zwykle po opublikowaniu poprzedniego wpisu pojawiły się kolejne pytania. Proszą Państwo o bardziej precyzyjny opis świata po drugiej stronie oraz istot tam przebywających. Pojawiają się też pewne kontrowersje, jako, że część osób po przeżyciach z pogranicza, utrzymuje, iż przeszła w stan li tylko duchowy.

Świat, który dane mi było zobaczyć był jak najbardziej materialny i rzeczywisty. Śmiem twierdzić, że było to miejsce przeznaczone dla tych, którzy potrzebują nauki lub swego rodzaju rehabilitacji. Jestem przekonana, że ciężkie ciosy, jakie spadają na ciało mogą odcisnąć swoje piętno znacznie głębiej. Zwłaszcza, jeśli życiowy dramat, choroba czy inne hiobowe doświadczenia mają przebieg chroniczny. Zanim dusza podejmie decyzję, co do dalszej drogi takie miejsce pozwoli się wyciszyć i spojrzeć na wszystko z innej perspektywy.

Przecież umierając w ułamku sekundy nie zapominamy tego, co nas spotkało, nie tracimy tak zwanych cech osobowości. To nie miałoby najmniejszego sensu. Przychodzimy na ten świat w konkretnym celu. Bezwzględnie jest to cel, którego osiągnięcie wymaga ciała fizycznego z całym wachlarzem odczuć i słabości, jakie są mu przypisane. Czasami jest to cel (na ten moment) zbyt ambitny, górnolotny, nieosiągalny. To nie łatwe stać się mistrzem życia ziemskiego.

W naukach chrześcijańskich istnieje koncepcja „zmartwychwstania w śmierci”, czyli najkrócej rzecz ujmując, śmierć to jednocześnie natychmiastowe narodziny do życia wiecznego. Nie jest to przejście do bezcielesnego świata emanacji duchowych, ale do świata fizycznego tyle tylko, że doskonałego bez chorób, cierpienia i zła. Coś w tym jest. Nie mam jedynie przekonania, że dla wszystkich jest to podróż w jedna stronę lub jak kto woli droga bez powrotu. Jeśli dusza w stanie absolutnego obiektywizmu odczuwa potrzebę powrotu logiczne jest, aby do tego dojrzała. Czy w tym czy w innym wymiarze decyzje podejmowane są na podstawie pewnych przesłanek. Realizacja celu zawsze wymaga przygotowań.

Osoby, które tam widziałam były niezwykle spokojne. Zajmowały się sobą i innymi. Zakładam, że rodzaj ich aktywności zależy od wiedzy, doświadczenia i być może szeroko pojętego powołania. Oczywiście miały ciała fizyczne tyle, że ich fizyczność nie była obciążona tak jak fizyczność ziemska. Jeśli każde pytanie znajdowało odpowiedź, istnienie chorób wyklucza się samo. Istoty te stworzyły budynki, środki lokomocji czy struktury na miarę swoich potrzeb, bo wydaje się, że możliwości mają nieograniczone.

Nie można wykluczyć, że kiedy osiągamy stan całkowitego spełnienia, ciało przestaje nam być potrzebne. Udajemy się do takiej przestrzeni gdzie spotykamy sobie podobnych. Stajemy się myślą, wolą, dobrem, które wobec zła innych wymiarów utrzymuje równowagę wszechświata i być może stapiamy się w jedno z Bogiem. Jestem pełna nadziei, że zawsze dzieje się to, co dla nas najlepsze.

Pozwolę sobie napisać kilka słów na temat Istoty, która zechciała wesprzeć mnie, kiedy opuściłam ciało. Przybrała postać światła zamkniętego w konturach ludzkiej sylwetki. Czy był to anioł? Być może. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, anioł znaczy po prostu posłaniec Nie chce tu urazić niczyich uczuć religijnych, ale nie wyobrażam sobie, aby każdą duszę prowadziła w zaświaty dosłownie „Najwyższa Instancja”. Tak czy inaczej Istota niosła w sobie „światło, które nas kocha”. Kontakt miał charakter niewerbalny. Dzięki tej Istocie zrozumiałam swoją sytuację i dobitnie fakt, że decyzję o powrocie musze podjąć sama. „Cokolwiek zrobisz zostanie zaakceptowane” te ciepłe, pokrzepiające słowa zapewniają o bezwarunkowej miłości, ale w pewnym sensie znaczą też, cokolwiek robisz- robisz na własny rachunek, robisz sama sobie. Wolna wola, którą ofiarował nam Stwórca nie jest mitem ani mrzonką. Dodam jeszcze, że ogarnął mnie nieopisany spokój. Po prostu światło działało kojąco. W pewnym sensie dodawało również pewności siebie i odwagi. Bądź , co bądź sytuacja wymagała wsparcia i nomen omen rozjaśnienia.

Padło również pytanie „Czy istoty , które Pani widziała to mogą być nasi Bracia z Gwiazd ?”

Oczywiste jest dla mnie, że nie jesteśmy żadną „koroną stworzenia” i istnieją inne rozumne rasy zamieszkujące swoje planety. Tak zwana zakazana archeologia przedstawia wiele dowodów, na to że istoty z innych planet odwiedzały Ziemię i to wielokrotnie. Ich ingerencja w przebieg wydarzeń na naszej planecie jest dla wielu kwestią dyskusyjną. W mojej ocenie dyskusyjna pozostaje jedynie skala podjętych przez nich działań, a nie sam fakt zaangażowania. Założenie, że podczas doświadczenia z pogranicza spotykamy Braci z Gwiazd w pewien sposób kłoci się z wiarą w Boga. Chyba, że mamy na myśli istoty zwane aniołami , a nie po prostu odmienny gatunek istot rozumnych. Chociaż jak śpiewają bracia Cugowscy „Żyją w nas dzieci wszystkich gwiazd”.

Odpowiadam na Państwa pytania cz.4

Po raz kolejny dziękuję za wszystkie wiadomości od Państwa. Niestety nie jestem w stanie pisać częściej, nad czym ubolewam. Cóż życie nakłada swoje ograniczenia.

Często powtarzającym się pytaniem jest: „ Jak wyglądał świat, który Pani widziała? „ Oraz „Czy nie wydaje się Pani, że to jednak była iluzja umysłu. Przecież relacje wielu osób w tej kwestii różnią się od siebie i to często znacząco. Moim zdaniem powinny być zgodne”

Drodzy Państwo proszę wyobrazić sobie taką sytuację. Trzech Aborygenów, (którzy o Polsce wiedzą tyle, że istniej) zostaje przetransportowanych na teren naszego kraju. Jeden ląduje w Bieszczadach, drugi w Warszawie, a trzeci na przykład w Dziwnówku. Zastanówmy się, jaki obraz Polski zachowa w swej pamięci każdy z nich? Kiedy zaczną opowiadać swoim krajanom jak wygląda Polska ich relacje będą skrajnie różne. Różne, ale prawdziwe. Skąd przekonanie, że wszyscy „lądujemy” dokładnie w tej samej przestrzeni? Poza tym każdy, kto miał doświadczenie z pogranicza, opisuje to, co widział mierząc wszystko swoją miarą. Chodzi mi o to, że nie da się uniknąć porównywania tamtego świata do własnej przestrzeni. Jeśli ktoś wychował się na przykład na wsi powie: widziałem bardzo wysokie budynki, mieszkaniec dużej metropolii, dla, którego wysoki znaczy stu piętrowy o tych samych budynkach powie widziałem niewysokie budynki. Jaki obraz powstanie w umyśle słuchacza pod wpływem obydwu relacji to już zupełnie odrębne zagadnienie.

Jeszcze raz podkreślam, że to, co widziałam odbierałam, jako bardzo realne. Jak okiem sięgnąć panował ład i porządek. Znać było rękę świetnego ogrodnika. Wszędzie gdzie było to możliwe rosły kwiaty, krzewy i drzewa. Oczywiście nie rosły dziko, lecz znakomicie wkomponowano je w otoczenie. Jeśli chodzi o budynki to cechą charakterystyczną były dachy w kształcie kopuły. Architektura nie obfitowała w jakieś szczególnie dziwne futurystyczne budowle. Wprost przeciwnie dominowała szlachetna prostota. Kolorystyka również pozostała raczej stonowana. Przeważały subtelne pastele, zwłaszcza w odcieniach błękitu. Praktycznie tylko dwa największe budynki w zasięgu mojego wzroku miały intensywny kolor elewacji, myślę, że cynober byłby najbliższy tej barwie. Budowle ozdobiono delikatnym wzorami w kształcie rozety. Przypominało to najwyższej, jakości koronkę. Pomiędzy budynkami biegła jedna bardzo szeroka droga, odchodziło od niej wiele rozgałęzień. Miałam wrażenia, że budynki, czy nawet klomby są rozmieszczone w idealnej symetrii względem siebie. Widziałam też wielki park, po środku, którego znajdowała się imponujących rozmiarów kompozycja kwiatowa również w kształcie rozety. Wiedziona ciekawością znalazłam się we wnętrzu jednego z budynków, który okazał się być biblioteką. Wszystkie meble stanowiące wyposażenie wykonane były z litego drewna. Biblioteka posiadała ogromną ilość woluminów. Sklepienie przedstawiało planety i gwiazdy, jednym słowem mapę nieba. Jak wspomniałam widziałam zwierzęta, które niczym nieskrepowane przebywały głownie na terenie parku. Istoty ludzkie zamieszkujące ten świat to bez wątpienia zorganizowana społeczność. Każdy czymś się zajmował. Widziałam sporą grupę, która wykonywała ćwiczenia w parku. Biblioteka miała swoich pracowników i czytelników lub raczej studentów, którzy robili notatki. Po głównej drodze jeździł pojazd przypominający dzisiejsze nowoczesne pociągi. Poruszał się niemal bezszelestnie. Ludzie wsiadali i wysiadali. Miejsce tętniło życiem w pełnym tego słowa znaczeniu. Mieszkańcy byli bardzo spokojni, mieli pogodne twarze i mówili łagodnym głosem. Patrząc na nich myślałam, jacy są ufni względem siebie. Ludzie ci mieli bardzo różne rysy twarzy, ale może ten brak nerwowego napięcia powodował, że byli piękni poprzez swoja delikatność. Moja babcia, którą tam spotkałam wydawała się dużo młodsza niż w chwili śmierci. Nie miałam wątpliwości, że była w tym miejscu szczęśliwa.

Świat ten był piękny, ale nie laurkowy, przesłodzony czy baśniowy w dziecięcym rozumieniu tego słowa. Był lepszy, doskonalszy i bardziej wzniesiony duchowo. Osoby, które tam przebywały trafiły w to miejsce nie przypadkowo i nie bez perspektywy na dalszy rozwój.

Niedawno napisał do mnie pewien Pan, który chciał, aby jego relacja stanowiła przestrogę dla osób, które zapragną pójść drogą na skróty i trafić na drugą stronę w terminie przez siebie wybranym.

„Byłem zawodowym żołnierzem. Brałem udział w misjach i widziałem wiele rzeczy, które nie jednego by przeraziły. Wydawało mi się, że jestem zahartowany i nic mnie w życiu nie zaskoczy. Jednak stało się inaczej. Moja kobieta zostawiła mnie, utopiłem wszystkie oszczędności w nietrafionej inwestycji finansowej. Posypało się całe moje życie. Wszystkie plany i marzenia poszły w niwecz. Załamałem się jak szczeniak. Zaczęło się ostre picie. Jechałem pijany samochodem i o mało, co nie zabiłem kobiety na przejściu. Doszedłem do wniosku, że jestem zerem i nie mam, po co żyć. Skombinowałem leki nasenne. Wziąłem ich dużo. Można powiedzieć, że ciemność mnie pochłonęła. Wiem, że to trochę głupio brzmi, ale ocknąłem się w dziwnym świecie. Oświetlał go jakby blask księżyca. Wszędzie rosły jakieś chaszcze. To było wielkie bagno. Otaczały je góry. Chyba instynktownie ukryłem się w krzakach. Wiem, że byli tam inni. Ogarnął mnie strach, taki zwierzęcy, bezgraniczny. Nie chciałem tam być. W tym samym czasie moja matka, która od rana chodziła jakaś niespokojna, (ojciec podsumował, że chodziła po domu jak lwica po klatce) zdrzemnęła się na moment przed telewizorem i w tym półśnie usłyszała głos. Głos ten mówił „ratuj syna, ratuj syna”. Głos nie należał do nikogo znajomego. Matka zerwała się, błyskawicznie ubrała i wybiegła przed dom. Opowiadała, że ogarnął ją paniczny strach do tego stopnia, że nie miała odwagi samodzielnie prowadzić samochodu. Złapała taksówkę i przyjechała do mnie. Miała klucze, bo często mnie nie było i wtedy zajmowała się mieszkaniem. Wpadła do środka i znalazła mnie bez oznak życia. Wybrała numer ratunkowy i ustawiła telefon na głośnomówiący. Dzięki temu mogła rozmawiać i robić mi masaż serca. Ja w tym samym czasie pragnąłem wrócić do żywych. Siedząc w tych krzakach nagle poczułem silne szarpnięcie. Wkrótce potem odzyskałem przytomność. Nie ma Pani pojęcia, jaki byłem szczęśliwy. Nigdy więcej nie targnę się na swoje życie. Raz, że wszystko się zmieniło i jestem szczęśliwy, a dwa, że za nic w świecie nie chcę wrócić w to straszne miejsce.”

Tekst maila nieco skróciłam. Publikuję na życzenie autora. Jestem bardzo wdzięczna za tą niezwykle szczerą i osobistą relację.

Nie jest to jedyna relacja niedoszłego samobójcy, jaką posiadam. Zapewne powrócę jeszcze do tego tematu.

Odpowiadam na Państwa pytania cz.3

Mili Państwo dziękuję za wszystkie maile i jeszcze raz proszę o cierpliwość. Postaram się, aby żadne pytanie nie pozostało bez odpowiedzi.

Jedno z pytań troszkę mnie zaskoczyło: „Czy Pani ma pretensje do lekarza, który nie chciał już Pani reanimować?” Drodzy Państwo lekarz, o którym wspomniałam robił to, co do niego należało. Miał tylko mniej samozaparcia niż jego kolega. Przecież od tamtych zdarzeń minęło grubo ponad dwadzieścia lat. Wtedy używana była inna aparatura, obowiązywały zapewne kompletnie inne procedury medyczne itd. Absolutnie nie mam żadnych pretensji, opieka medyczna była świetna i wszyscy bardzo się starali. Pracownicy szpitala okazali mi dużo serca. Poza tym odnotowano przypadki gdzie zespół medyczny zaprzestał reanimacji i stwierdzono zgon pacjenta, a ten po minucie czy dwóch samoistnie ożył. Jest takie nieco humorystyczne powiedzenie, „Jeśli pacjent chce żyć medycyna jest bezsilna” w tej chwili puszczam do Państwa oczko i tym akcentem proponuję zakończyć temat.

Pytacie Państwo czy osoby w stanie śpiączki słyszą i widzą, co się wokół nich dzieje. Przyjmując, że świadomość znajduje się jednak poza ciałem fizycznym lub innymi słowy nie utożsamiając mózgu z istota świadomości, myślę, że osoby w tym stanie mają wgląd w rzeczywistość. Istnieje bardzo wiele relacji, które to potwierdzają. Przy tej okazji opisze pewne wydarzenie. Jakiś czas temu miałam zajęcia z indiańskim uzdrowicielem, opowiadał bardzo ciekawą historię. Mianowicie pomagał grupie archeologów prowadzącej badania w Ameryce Północnej. Wśród pracowników naukowych był młody doktorant i jednocześnie świeżo upieczony małżonek Mark. Wraz z żoną niedawno przeprowadzili się do Anglii i nie mieli tam jeszcze zbyt wielu znajomych. Mężczyzna często dzwonił do żony. Starsi koledzy nieraz sobie trochę z niego żartowali. Pewnego dnia żona nie odebrała telefonu. Próbował wielokrotnie, ale bez rezultatu. Ta sama sytuacja powtórzyła się następnego dnia. Mężczyzna był coraz bardziej zaniepokojony. Oczywiście zadzwonił do kolegi z prośbą, aby poszedł i sprawdził, co się dzieje. Niestety kolega nie zastał żony w domu. Mało tego sąsiadka powiedziała, że nie widziała kobiety od kilku dni. Ponieważ rodzice Marka i jego żony nie mieszkali w Anglii postanowił rzucić wszystko i wracać do domu. Łatwo powiedzieć trudniej zrobić. To przecież drugi koniec świata. Na dodatek w miejscu gdzie naukowcy mieli obóz rozszalała się burza, która poczyniła spore szkody. Następnego dnia jeden z Indian powiedział, że jego krewny, który „potrafi widzieć rzeczy na odległość” pomoże młodemu uczonemu. Po pewnych przygotowaniach Indianin zapadł w trans. (Oczywiście w tym samym czasie Mark robił wszystko, aby jak najszybciej dostać się do Anglii). Po zakończeniu swojej medytacji, Indianin poinformował go, że dobrze robi wracając, ponieważ jego żona utraciła częściowo kontakt z ciałem i jest w szpitalu. Obiecał, że poprzez swój totem będzie się nią opiekował. W tamtej chwili otrzymane informacje na pewno nie podtrzymały Marka na duchu. Po różnych perypetiach dotarł do miejsca zamieszkania. Dzięki pomocy policji odnalazł żonę. Okazało się, że kiedy biegała po parku została napadnięta. Ktoś wyżej wycenił wartość gadżetów, jakie miała przy sobie niż jej życie. Kiedy odzyskała przytomność i nieco doszła do siebie opowiadała Markowi, że spontanicznie opuszczała ciało. Bała się tego, ale pojawił się pies, który jej towarzyszył i dodawał otuchy. Żona Marka znała imiona osób, które się nią opiekowały i rozróżniała te osoby po odzyskaniu przytomności. Kojot to zwierzę totemiczne Indianina, który obiecał opiekować się nią i mentalnie pokonał spory dystans, aby tego dokonać.

Kolejny przykład – mail od czytelnika:

„ Motocykle to moja największa życiowa pasja. Kiedy miałem dziewiętnaście lat przytrafił mi się wypadek. W wyniku obrażeń głowy zapadłem w śpiączkę. W tym samym czasie mój dziadek, który chorował na Alzheimera praktycznie też stracił kontakt ze światem. Na prawdę ta moja Mama to dzielna babka, jak ona to wszystko przetrzymała to nie wiem. W szpitalu słyszałem wszystkie odgłosy i słyszałem jak Mama płakała. Najbardziej niesamowite było coś innego. Którejś nocy, kiedy gwar szpitalny zmalał usłyszałem głos dziadka. Wołał mnie. To jest tak dziwne, że trudno dobrać odpowiednie słowa. Po prostu wyskoczyłem z ciała i znalazłem się w takiej szarej kuli. Nagle w tej kuli znalazł się też mój dziadek. Rozmawiałem z nim i był całkiem normalny, taki jak przed chorobą. To się zdarzyło jeszcze dwa razy. Na koniec zapytałem dziadku, co ja mam zrobić, nie umiem się obudzić? A on na to wiem to jest straszne ja też nie potrafię się obudzić. W końcu mi się udało i wyszedłem ze śpiączki. Dokładnie miesiąc później umarł dziadek. Mama to bardzo przeżywała. Nie było mi łatwo, ale opowiedziałem jej o kuli i o rozmowach. Powiedziała, że to jej bardzo pomogło i zrozumiała jak dziadek się męczył. Nie umarłem, a jednak byłem poza ciałem. „

Oczywiście są osoby, które po wybudzeniu niczego nie pamiętają. Nie jesteśmy tacy sami. Nawet biorąc pod uwagę normalny, zdrowy sen inaczej zasypiamy, inaczej się budzimy i śnimy. Budzimy się pamiętając każdy szczegół lub nie pamiętając ani jednego elementu z naszego snu. Tak czy inaczej personel medyczny zawsze zaleca kontakt z pacjentem w śpiączce. Rekomendowane metody to dotykanie, masowanie, czytanie książek i ogólnie rzecz biorąc zachowanie identyczne jak wobec osoby przytomnej.

Nie sądzę aby zalecali to wszystko bez kozery.