Powroty z Zaświatów – spotkanie we Wrocławiu

Miło mi poinformować Państwa, że w dniu 28.10.2018 we Wrocławiu odbędzie się ciekawe spotkanie  „Powroty z Zaświatów” – w którym wezmę udział.

Organizatorem jest Studio VTV :

Zaproszenie na wykłady o tematyce duchowej, mediumicznej:  „Powroty z Zaświatów” Spotkanie odbędzie się w dniu 28 października (niedziela) w sali konferencyjnej Hostelu THE ONE na IV piętrze budynku. Rozpoczęcie godz. 11:15 Program jest na razie poglądowy i może ulec zmianie. Sala mieści około 50-80 osób. Wstęp wolny – wolne datki na salę, nie zapewniamy poczęstunku.

 

Miłość – na granicy światów

Inspirację do napisania dzisiejszego artykułu zaczerpnęłam z listu otrzymanego od Romana.

Roman stracił ukochaną żonę Lidię i nie może pogodzić się z jej odejściem. Lidia zmarła zdecydowanie przedwcześnie (56 lat) w wyniku zakażenia szpitalnego, które w konsekwencji doprowadziło do sepsy. List ten jest doprawdy niezwykłym dowodem zarówno wielkiej miłości do kobiety jak i głębokiej, gnostycznej wręcz duchowości autora. Zawiera istotne pytania, które po prostu nie mogą pozostać bez odpowiedzi.

W tym miejscu, aż trudno nie przywołać fragmentu „Mistrza i Małgorzaty” autorstwa uwielbianego twórcy Michała Bułhakowa

Za mną czytelniku! Któż to ci powiedział, że nie ma już na świecie prawdziwej, wiernej, wiecznej miłości? A niechże wyrwą temu kłamcy jego plugawy język! Za mną, czytelniku mój, podążaj za mną, a ja ci pokażę taką miłość”[1]

 

„Biuro duchów odkryłem szukając informacji o życiu po życiu. Tego rodzaju zagadnienia interesowały mnie od dziecka, a zainteresowanie to wzrosło po śmierci mojej ukochanej żony Lidii, która zmarła całkiem niedawno – w styczniu tego roku.

Z jej śmiercią nie mogę się pogodzić i z tego powodu bardzo cierpię psychicznie. Ogromnie za nią tęsknię. Dużo o niej myślę, praktycznie bez przerwy. Nie jestem w stanie tego powstrzymać.

Lidka kilka razy mi się przyśniła. Nie będę opisywać wszystkich snów, ale o jednym z nich uważam, że warto wspomnieć. Otóż śniło mi się, że ja i Lidka staliśmy przytuleni do siebie. Lidzia była śliczna, odmłodzona o jakieś 25 lat. W tym przytuleniu, telepatycznie przekazała mi informacje, że to nasze spotkanie jest rzeczywiste i dzieje się naprawdę, natomiast moje obecne jeszcze życie to tylko okrutny sen. Kiedy w czasie snu uzmysłowiłem sobie, że Lidka nie żyje, że przecież był pogrzeb – sen mi się urwał i obudziłem się. Była godz.3.30. Nadmienię, że opisany sen nastąpił po tym jak dnia poprzedniego usilnie myślami prosiłem ją, aby mi przekazała jakąkolwiek wiadomość z tamtego świata. I jeszcze pozwolę sobie na inny przykład łączności ponadzmysłowej z moją Lidką. Tym razem to nie był sen. Otóż w dniu 24.lutego br. byłem na cmentarzu przy jej grobie. W zasięgu mojego wzroku nie było nikogo, dlatego pozwoliłem sobie mówić do niej na głos. Może niezbyt głośno, ale na głos. Gdyby był ktoś obok w pobliżu mógłby pomyśleć, że zwariowałem. Mówiłem jej o naszych wspólnych planach, których już nigdy razem nie zrealizujemy, o moich bieżących problemach, a także o tym, że jest mi bardzo ciężko bez niej żyć i ogromnie za nią tęsknię. Gadam do niej, gadam w nadziei, że może mnie słyszy. W pewnym momencie powiedziałem; Lidka czy ty mnie słyszysz, czy dociera do ciebie to co ja mówię? Jeżeli tak to daj mi jakiś znak. Wiesz co, poruszaj choćby jednym z tych kwiatów. Na grobie znajdował się kosz z trzydziestoma różami. Pogoda była tego dnia piękna i co ważne nie było absolutnie najmniejszego wiatru. Proszę sobie wyobrazić, że mniej więcej po ok. 15 sekundach zerwał się dość silny wiatr, solidnie potrzepał nie jednym, ale wszystkimi kwiatami na grobie. Trwało to przez ok. 10 sekund po czym nastąpiła absolutna cisza.

Innym razem przeżyłem również coś niesamowitego. Otóż aktualnie pracuję jako kierowca podmiejskiego autobusu. W dniu 01.marca do prowadzonego przeze mnie autobusu na jednym z przystanków wsiadła pewna kobieta, od razu zaznaczam, że w najmniejszym stopniu niepodobna do mojej Lidki. W trakcie jazdy mam zwyczaj spoglądać w wewnętrzne lusterko, aby obserwować pasażerów. Zwłaszcza interesuje mnie czy ktoś wstaje z siedzenia przed przystankiem, bywa bowiem, że nie ma powodów, żeby się zatrzymywać, bo nikt nie wysiada i nie wsiada. Tego pamiętnego dnia zamiast wspomnianej wcześniej kobiety ujrzałem w lusterku nie ją, ale wyraźne odbicie Lidki.

Odwróciłem na moment wzrok, nie wierzyłem własnym oczom, spojrzałem po raz kolejny w lusterko, nadal widziałem Lidkę. Trwało to co najmniej 30 sekund. Ponownie odwróciłem wzrok, bo zbliżałem się do przystanku i musiałem precyzyjnie zatrzymać się przy krawężniku. Na tym przystanku wysiadła ta kobieta, którą w lustrzanym odbiciu widziałem jako Lidkę. Zaznaczam, że jestem odpowiedzialnym kierowcą i zawsze zachowuję trzeźwość.

Z tych przytoczonych mich doświadczeń rozumiem, że Lidka żyje jako duch bez ciała, ale zachowując dotychczasową świadomość własnego jestestwa, z pamięcią jeszcze niedawnego cielesnego życia.

I tu nasuwa się moje zasadnicze pytanie, które zachęciło mnie do napisania listu do Pani. Proszę mi wyjaśnić, jak to właściwie jest z tym istnieniem po śmierci ciała. Są świadectwa, że ludzie rodzą się na nowo po raz kolejny. Ich dusze tracą znaczną część pamięci lub całą i zasiedlają ciała nowo narodzonych dzieci. Czyli następuje REINKARNACJA. Ale są również świadectwa, że ludzie po śmierci ciała istnieją jako te same osoby, którymi były na ziemi. W związku z tym, znane są przypadki spotkań ze zmarłymi wcześniej osobami jak; rodzice. Dziadkowie; rodzeństwo, małżonkowie i itd. Zatem, jeżeli wierzyć w istnienie ponownego narodzenia, to jak pogodzić tę teorię z otrzymywaniem przekazów z zaświatów od osób zmarłych- doświadczonych minionym życiem, niekiedy otrzymywaniem porad i ostrzeżeń, oglądanie ich w snach a także jako zjawy-fantomy. No bo jeżeli przyjąć, że moja Lidka ponownie się urodziła i istnieje gdzieś na świecie jako nowo narodzone niemowlę, to jak się ma do tego to że ukazywała mi się w kilku innych snach jako ona- Lidka -moja żona?

Ewentualne istnienie reinkarnacji na moim obecnym etapie świadomości bardzo mnie martwi, bo to oznacza, że po mojej śmierci nie będę mógł spotkać się ze swoją kochaną żoną Lidzią, z taką Lidzią jaką mam w pamięci po prawie 38 latach małżeństwa.”

Drogi Romanie, jestem przekonana, że spotkasz się z Lidią i razem ustalicie, jaka przyszłość jest dla Was najlepsza. Dla istoty duchowej, nad którą nie wisi miecz Damoklesa pod postacią nieuchronnego starzenia prowadzącego do unicestwienia ciała, upływ czasu nie ma najmniejszego znaczenia. Jak wynika z zapisu regresji do poprzednich wcieleń, między jedną a drugą inkarnacją może upłynąć nawet kilkaset lat. Owszem, zdarzają się osoby zdeterminowane do powrotu absolutnie wyższą koniecznością. Inkarnują się zatem, na własne życzenie, w tempie błyskawicznym. Najprostszy przykład dotyczy Lamów tybetańskich, którzy jako duchowi przywódcy i w ogóle osoby o wysokiej samoświadomości, poświęcają całe swoje istnienie (wszystkie wcielenia) do realizacji jednego celu, a jest nim służba i wpływ na rozwój duchowy ludzkości.

Proszę zwrócić uwagę, że istnieje wiele starożytnych pism, z których jasno wynika, że dusza ludzka po śmierci ciała fizycznego przechodzi pewien długi i skomplikowany proces, w trakcie którego, pozbywa się zarówno swoich ziemskich programów, jak i dokonuje swoistego rozliczenia dotychczasowych dokonań. Mam tu na myśli chociażby: Tybetańską księgę umarłych, Egipską Księgę umarłych lub Księgę bram, starożytne teksty wedyjskie, a także przekazy współczesnych Indian oraz ludów od zarania dziejów zamieszkujących obie Ameryki. Niestety dosyć kiepsko wypadają na tym tle judaizm, islam i chrześcijaństwo, rzecz jasna nie w swoich mistycznych odmianach (kabała, derwisze, gnoza), tylko w dogmatycznej, skostniałej formule. Tu niestety uproszczono ideę nieśmiertelnej duszy, czyniąc z niej lekkostrawną papkę. Taka „konsystencja myślowa” ma to do siebie, że każdy jest w stanie ją przyjąć. Pomijam w tym miejscu kwestię, jak symplifikacja procesu ewolucji duszy i sprowadzanie tak złożonej materii do trzech pojęć niebo/czyściec/piekło, posłużyło do manipulacji i nadużyć wobec wiernych.

Lidia zapewne przeszła w miejsce sobie należne, ale interesuje się mężem i używając siły, jaką jest miłość płynąca z głębi jej serca, pozostaje z nim w kontakcie. W miarę swoich możliwości przekazuje znaki, a relacje bezpośrednie prowadzi na bezpiecznej płaszczyźnie sennej. Dokonała również pewnych projekcji na planie fizycznym. Wszystko po to aby przekazać jeden prosty komunikat: Istnieję i jestem sobą. Kocham i czekam.

W naszym świecie, zdarzają się ludzie, którzy siłą umysłu potrafią przesuwać przedmioty, zatrzymywać ruch zegarów, odnajdywać zaginionych lub przewidywać przyszłość. Generalnie są to zdolności rzadkie, a i sami predestynowani muszą włożyć sporo wysiłku, aby ich próby odniosły oczekiwany skutek. Jednak to się udaje. Działają bez użycia mięśni, swój cel osiągają posługując się tylko siłą kryjącą się w ich świadomości.

Czemu zatem nie wierzymy, że kochająca osoba może poruszyć przedmiotem (w tym wypadku kwiatami), lub w jakikolwiek inny sposób zasygnalizować swoją obecność? Tu nie chodzi oczywiście o obecność rozumianą dosłownie jako przebywanie istoności duchowej w naszym świecie. Kurtyna oddzielająca życie i śmierć jest wystarczająco cienka, aby dusze mogły działać i zza tej zasłony. Manifestacje pośmiertne są bowiem jednym z najczęstszych zjawisk z kręgu aktywności paranormalnej.

Na temat fenomenu zjaw lustrzanych, niezrównany dr Raymond Moody napisał całe tomy, więc pozwolę sobie wątpiących odesłać do literatury tematu. Polecam zwłaszcza „Odwiedziny z Zaświatów” gdzie znajdziecie Państwo pełen rys historyczno -kulturowy opisujący zarówno spontaniczne widzenia jak i niezwykłe miejsca „psychomantea”, gdzie za pomocą luster przywoływano zmarłych.

Podsumowując: reinkarnacja to proces i jako taki ma swój rytm oraz zasady. Nie jest to na pewno akt nawykowy lub innymi słowy automatyczny. Wiele wskazuje również, że przed podjęciem decyzji o powrocie otrzymujemy wsparcie i radę istot, które nazwałabym duchowymi mentorami.

Zaufajmy zatem tej niepojętej sile, która choć jest tak potężna, nie uczyniła nas bezwolnymi bio-maszynami, tylko przeciwnie obdarzyła nas wolną wolą i swobodą myśli. Tak postępuje tylko ktoś kto kocha.

[1] M. Bułhakow Mistrz i Małgorzata, Kraków KGW, str. 229

Spokojnie, tylko spokojnie

 

Napisał do mnie Pan Roman:

„Od pewnego czasu czytam tego bloga i zastanawiam się czy istnieją ludzie, którzy są w stanie przeżyć spotkanie z duchem, tak na spokojnie? Jestem facetem po pięćdziesiątce i uchodzę za osobę odważną. W swoim czasie służyłem w Czerwonych Beretach, gdzie trzeba było pozostać twardym, a strachu żaden z nas nie znał. Jednak wydaje mi się, że w kontakcie z czymś tak dziwnym i niejednoznacznym, chyba bym skrewił. Nie byłem nigdy w takiej sytuacji. Podejrzewam, że gdyby niespodziewanie z ciemności wyłoniła się przede mną jakaś bladolica postać to (przepraszam za dosadność) obawiałbym się o swoje zwieracze.”

Panie Romku, jest Pan bardzo bezpośrednim człowiekiem, ale to dobrze bo takich ludzi lubię najbardziej. Postawił Pan ciekawe pytanie, a ja postaram się udowodnić, że istnieją osoby potrafiące przyjąć z otwartym sercem, również byty duchowe.

Trudno powiedzieć, co właściwie decyduje o postawie jaką przyjmujemy wobec istności duchowych. Z moich obserwacji wynika, że nie ma tu znaczenia ani wiara (rozumiana jako religijność) ani wiek osoby, doświadczającej takiego kontaktu, a już na pewno o jakości i rodzaju tegoż, nie decyduje postawa reprezentowana w codziennym życiu. Innymi słowy ktoś odważny jak żołnierz Czerwonych Beretów, może w relacji paranormalnej czuć się bezradny i przerażony. Natomiast osoba, która na samą myśl o skoku ze spadochronem blednie, przyjmuje bezcielesną obecność naturalnie i bez lęku. Być może, znaczącą rolę odgrywa tutaj jeden z rodzajów naszej inteligencji, a konkretnie inteligencja emocjonalna ze szczególnym uwzględnieniem typu interpersonalnego. Osoba spełniająca kryteria charakterystyczne dla tego typu doskonale rozumie potrzeby innych ludzi, jest wysoce empatyczna i znakomicie czyta mowę ciała. Taka osoba świetnie rozróżnia emocje i co istotne potrafi nad nimi panować. Można powiedzieć, że „czyta” innych ludzi niczym otwartą księgę. Czemu zatem nie miałaby sobie poradzić z rozpoznawaniem intencji w kontaktach między wymiarowych?

Oto relacja nadesłana przez Panią Jolantę:

„Historia miała miejsce po wojnie, na Ziemiach Odzyskanych, prawdopodobnie gdzieś na Dolnym Śląsku. Mieszkająca na wsi rodzina nauczycieli poszukiwała pani do prowadzenia domu. Młode małżeństwo z dzieckiem mieszkało na terenie budynku szkolnego. Babcia mojej koleżanki chętnie przyjęła tę posadę. Zdziwiła się wprawdzie, kiedy zaproponowano jej przestronny, ładniejszy pokój z dużym łóżkiem, a rodzice z dzieckiem pozostali w małym pokoju.

W wolnej chwili, babcia poszła zwiedzać urokliwe okolice. Dotarła na miejscowy cmentarz, gdzie jej uwagę zwrócił grób ulokowany pod płotem w dodatku jako jedyny pozbawiony krzyża. Zaintrygowało ją czemu ten grób nie ma krzyża. Nastała noc, babcia położyła się do łóżka, a po chwili ukazała się jej zakonnica. Po prostu stała w nogach łózka i odezwała się do babci: ”Ja się tutaj powiesiłam”.

Babcia nie przelękła się tylko spokojnie odpowiedziała tak: „To skoro się tu powiesiłaś, to ja się pomodlę za Twoją duszę”. Babcia koleżanki modliła się, a zakonnica przestała ją nawiedzać. Po pewnym czasie babcia dowiedziała się, że grób bez krzyża na cmentarzu był grobem tej właśnie zakonnicy.”

Proszę zwrócić uwagę, że bohaterka tej historii przyjęła duszę zakonnicy szlachetnie, odnosząc się z wielkim współczuciem do jej tragedii. Prawdopodobnie tak samo postąpiłaby również z żywym człowiekiem w potrzebie.

Pozwolę sobie przedstawić historię dotyczącą osoby z mojej rodziny. Rzecz dzieje się w Warszawie, po wyzwoleniu. W mieście rozpoczyna się może jeszcze nie odbudowa w pełnym tego słowa znaczeniu, ale gruntowne porządki. Lewobrzeżna Warszawa to jeden wielki cmentarz, pod gruzami leżą zwłoki, które trzeba pochować.

Julia przetrwała wojnę, ma dach nad głową, właściwie można powiedzieć, że wygrała los na loterii życia. Po pracowitym dniu kładzie się spać, marzy o wannie pełnej wody. Po raz kolejny śni ten sam sen. Młoda dziewczyna stoi wśród ruin. Jula poznaje to podwórko z charakterystyczną kapliczką. Przed wojną mieszkała tam jej najlepsza przyjaciółka. Dziewczyna ze snu jest wyjątkowo ładna. Prawą ręką wskazuje na kilka grobów, i mówi:

-Ten pierwszy jest mój, mam na imię Irena, powiedz moim rodzicom, że tu jest moje ciało. Proszę cię, oni się martwią, wszędzie mnie szukają. Powiedz im, niech wiedzą.

Dziewczyna podaje adres rodziców. Ten sen jest tak realistyczny, że trudno w niego nie wierzyć.

Julia się waha, nie wie czy odnajdzie tych ludzi, jak ją potraktują? Odkłada podjęcie decyzji. Przełom następuje w chwili kiedy dziewczyna ukazuje się jak żywa w kuchni i patrzy błagalnie, swoimi ogromnymi brązowymi oczyma. Jest środek dnia. Jula nie boi się umarłych, tylko reakcji żywych. Zdezorientowana idzie na plebanię. Ksiądz Marek to bardzo mądry człowiek, coś wymyśli. Ze względu na wieloletnią znajomość rozmowa odbywa się bez ogródek. Julia ma nadzieję, że ksiądz zaleci modlitwę za zmarła i zwolni ją z tej posługi (bo tak postrzega prośbę zmarłej). Tymczasem Marek słucha uważnie i mówi:

-Musi pani to zrobić. Sam nie wierzę, że to mówię, ale tak trzeba. Dwa lata temu śniłem o moim mentorze i przyjacielu, księdzu Piotrze. Był strasznie wyniszczony, blady, ale uśmiechnięty. Powiedział do mnie Marku całe życie walczyłem ze złem, ale ono mnie dopadło. Zemściło się okrutnie, moja męka trwała rok, ale dziś nadeszło wyzwolenie. Teraz już mnie nie dosięgną, nie skrzywdzą. Żegnaj.

Ja zapisałem datę tego snu. Dopiero niedawno dowiedziałem się, że ksiądz Piotr przebywał przez rok w obozie koncentracyjnym i tam zmarł na tyfus. Niemcy skrupulatnie zapisali datę jego śmierci. Obie daty są zgodne, nie mam wątpliwości, że są dusze, którym dana jest łaska łączności ze światem żywych. Jeśli pani chce, pójdziemy razem pod wskazany adres.

Julia zapytała: – czy to nie jest okrutne odbierać tym ludziom nadzieję, może tylko tym żyją? Ksiądz odparł:- ta dziewczyna zna ich lepiej niż my i skoro przyszła to wie, co robi. Załatwimy sprawę razem.

Tak właśnie się stało. Odnaleziono rodzinę Ireny. We wskazanym miejscu dokonano ekshumacji, a zachowane przedmioty pozwoliły na identyfikację. Nie było to zadanie łatwe, ale rodzice wykazali się ogromną determinacją i ciało córki, spoczęło w mogile obok jej dziadków.

Julia odwiedziła później ten grób. Zapytała też księdza Marka:

-Czemu ona przyszła do mnie? Czemu musiałam przeżyć, coś tak dla mnie trudnego?

Spodziewała się długiego wywodu o niezbadanych wyrokach Boga, a otrzymała prostą odpowiedź: To do ciebie przyszło, bo byłaś gotowa.

Moja Babcia mawiała, że Sprawiedliwi świecą jasnym światłem, widocznym dla świata nadprzyrodzonego. Wygląda na to, że jak zwykle miała rację.

O tak zwanym wywoływaniu duchów raz jeszcze

 

Ponieważ wstrząsnęły mną dwie wiadomości otrzymane w krótkim odstępie czasu postanowiłam wrócić do tematu, który był już poruszany na blogu.

Oddam teraz głos Czytelnikom: Michałowi i Kamili, a do treści tych historii odniosę się w podsumowaniu. Uprzedzam, że tekst będzie wyjątkowo obszerny.

„W listopadzie ubiegłego roku przydarzyła mi się bardzo dziwna i nieprzyjemna historia. Chciałbym za pomocą Pani bloga ostrzec ludzi, zwłaszcza młodych takich jak ja, przed tak zwaną tabliczką Ouija. Nie wiem, może są ludzie, którzy potrafią używać tego przedmiotu w bezpieczny sposób. Jednak, kto się nie zna niech tego nie rusza.

Moja dziewczyna Aga ma ciotkę o bardzo nietypowych zainteresowaniach. Mam na myśli radiestezję i różne formy medycyny alternatywnej. Jest to bardzo miła osoba i rzeczywiście ma na koncie sukcesy. Często wyjeżdża, aby doskonalić swoje umiejętności. W listopadzie wyjechała na Hawaje żeby tam uczyć się jakiegoś masażu uzdrawiającego. Aga i jej siostra Justyna zajmowały się wtedy mieszkaniem ciotki. Któregoś dnia zadzwoniły do mnie żebym przyjechał do tego mieszkania, bo nie radzą sobie z jakąś szafką. Okazało się, że ciotka chciała pożyczyć swojej znajomej narty. Trzeba było je wyjąć z zabudowanej szafki w przedpokoju. Mieszkanie w starym budownictwie ma trzy metry wysokości i dziewczyny nie dosięgały. Pomogłem im, a kiedy wyciągałem narty to wypadło także kilka pudełek. W jednym z nich była właśnie tablica Ouija. To znaczy myśmy wtedy jeszcze nie wiedzieli, co to jest. Dopiero siostra mojej dziewczyny znalazła te informacje w necie. W sobotę zrobiliśmy sobie imprezę w mieszkaniu ciotki. Ona nam na to pozwoliła pod warunkiem, że posprzątamy i będziemy zachowywać się cicho.

 

 

Oglądaliśmy jakieś filmy, było OK. Niestety Justyna wpadła na pomysł zabawy z tą tablicą. Opowiedziała nam, co wyczytała i na czym to polega. Ktoś zażartował, że w tak starym domu na pewno są jakieś duchy. No i się zaczęło. Jak ten wskaźnik się poruszył, to myślałem, że zawału dostanę. Zadawaliśmy pytania. Najpierw odpowiedzi miały sens, ale później to już był jakiś bełkot. Przerwaliśmy to i odłożyliśmy tablicę na miejsce. Nie wiem czy to zbieg okoliczności czy nie, ale w ciągu trzech dni wszystkich spotkało coś złego. Jeden chłopak miał stłuczkę (poważną), Justyna złamała rękę, jej chłopak robił porządki w piwnicy i przebił sobie stopę gwoździem, moją dziewczynę okradziono w autobusie, a kuzynka, która też była z nami, spadła ze schodów (wewnątrz budynku). Ja bardzo źle się czułem, zupełnie jakbym miał jakieś zatrucie. Śniły mi się okropne rzeczy. Nie potrafię opisać szczegółów, ale bałem się w tych snach dziwacznie ubranej osoby. Oczywiście chodziłem do pracy, ale coś ze mną było nie tak.

W piątek mama poprosiła mnie żebym zawiózł ja na akupunkturę. Ma zespół bolesnego barku i te zabiegi bardzo jej pomagają. W tej przychodni przyjmują tylko medycy naturalni. Jak czekałem na mamę, z gabinetu wyszła starsza pani i tak uważnie mi się przyjrzała. Zapytała czy dobrze się czuję? Odpowiedziałem, że czuję się fatalnie. Zapytała, czy chciałbym żeby mi pomogła? Przyznałem, że nie mam pieniędzy żeby jej zapłacić. Zdziwiłem się, bo obiecała, że przyjmie mnie za symboliczną złotówkę. Zapytała, od kiedy tak źle się czuje i czy ostatnio coś mnie przestraszyło lub czy spotkało mnie wielkie nieszczęście. Opowiedziałem jej wszystko ze szczegółami. Czasami trzeba się przyznać do własnej głupoty. Ona mi wytłumaczyła, jak niebezpieczna jest ta tablica. Potem usiadłem na krześle i powiem szczerze zupełnie jakby mnie wyłączyła. Nic nie pamiętam z tego zabiegu. W każdym razie poczułem się dużo lepiej. Następnego dnia wstałem dosłownie jak nowo narodzony.

Kiedy spotkaliśmy się znowu w tym samym składzie. Wróciłem do tematu tablicy. Wszystkim nam wydało się dziwne, że w tak krótkim czasie spadło na nas tyle złych rzeczy. Owszem wypadki chodzą po ludziach, ale to była niespotykana kumulacja. Wiem jedno zachowaliśmy się głupio, jak dzieciaki z gimbazy. Mam wrażenie, że większość młodych ludzi nie wierzy w duchy i moc tej tablicy. Chyba trzeba coś przeżyć na własnej skórze, żeby zacząć myśleć.”

 

 

List od Kamili:

„Wszystko zaczęło się jak byłam w podstawówce. Któregoś wieczoru bawiłam się z kuzynką i siostra lalkami. W trakcie zabawy poszłam na strych po ciuszki i zobaczyłam tam jakby mgłę, która formowała się w ludzki kształt. Byłam jak w transie i wyciągałam rękę w stronę tej mgły. Ona mnie przyciągała, kazała mi się dotknąć. W pewnym momencie się ocknęłam i zapaliłam światło. Od tamtego czasu regularnie zdarzały mi się dziwne, paranormalne rzeczy. W 6 klasie podstawówki byłam zafascynowana takimi zjawiskami. Postanowiłam z kuzynka i siostra zrobić tablicę, żeby skontaktować się z duchami. Seans odbył się u mnie w domu.

Ja się nigdy nie bałam duchów. Moja siostra i kuzynka miały przy sobie różańce i obrazki. Ja nic nie miałam. Kiedy poszłam do drugiego pokoju po książeczkę z komunii (gdyż one mnie o to poprosiły), coś dyszało mi do ucha, a kiedy podeszłam do siostry i kuzynki wyraźnie poczułam dotyk na plecach. W gimnazjum po raz pierwszy zobaczyłam mężczyznę ubranego na czarno, który obserwował mnie. Od tamtej pory w domu coraz częściej dochodziło do dziwnych zjawisk.”

Pani Kamila widywała ciemną zakapturzoną postać. W mieszkaniu słychać było niepokojące odgłosy, przewracały się przedmioty, pękały lustra, a ją samą zaczęły nawiedzać koszmary. Zaoszczędzę Państwu opisu tych snów, nie jest to, bowiem przyjemna lektura. Zaniepokojona kobieta poszła na rozmowę z księdzem, który stwierdził, że do jej życia wkroczył demon. Przestrzegł, że jest poważnie zagrożona.

Z diagnozą księdza trudno mi się do końca zgodzić. Owszem zagrożenie jest realne, ale gdyby nawiedzenie miało charakter demoniczny to tak silna energetyczna istota, już dawno zawładnęłaby całym życiem i jestestwem swojej ofiary. W tym wypadku ewidentnie owo „coś” dobrze się bawi. Z treści listu wynika, że ta „zabawa” trwa już od ładnych paru lat.

Ataki mentalne są zawsze wyczerpujące i na dłuższą metę nie do zniesienia. Mam nadzieję, że Kamila nie zlekceważy sytuacji i konsekwentnie odetnie się tak od samego ducha, jak i swojej, powiedziałabym niezdrowej, fascynacji jego osobą. W tej chwili ze względu na młody silny organizm nie odczuwa jeszcze konsekwencji, jakie niesie za sobą „karmienie” istoty bezcielesnej. My nie jesteśmy mocarni jak drzewa, mogące latami odżywiać jemiołę.

Doświadczenie uczy, że w tym swoistym zawieszeniu między światami pozostają dusze obciążone złem, zdegenerowane. Nie przechodzą one na tamtą stronę w miejsce sobie należne, ponieważ wiedzą, że trzeba będzie złożyć rachunek ze swoich uczynków. Chociaż nie czekają na nich diabły, tak malowniczo ukazane w ikonografii chrześcijańskiej, tylko de facto sąd nad samym sobą, pragną odciągnąć ten moment, jak długo jest to możliwe. Ponieważ są istotami rozumnymi, posiadającymi wszystkie cechy charakteru rozwinięte w cielesnej postaci, ich postępowanie nie zmienia się. Nie łagodnieją, nie stają się nagle miłe i urocze lecz kontynuują swoje destrukcyjne działania.

Gdy zagubieni po środku lasu zaczniemy wzywać pomocy to pojawi się osoba, która jest najbliżej, a nie konkretna, którą pragniemy zobaczyć. Jeśli wzywamy ducha najpewniej przyjdzie ten, który pierwszy nas usłyszy. Taka prosta, acz obrazowa analogia.

Jeśli dobra, życzliwa nam dusza pragnie kontaktu, znajdzie sposób, aby zrobić to bez szkody dla otoczenia. W zgodzie z tą metodą odbywają się dyktowania ludzi w duchu. Z tym, że może jeden człowiek na milion otrzymuje dar odbierania tych przekazów.

 

 

 

 

 

 

 

 

Zapisz

Robert A.Gajdziński Dyktowania ludzi w duchu

Mam wielkie szczęście poznawać ludzi niezwykłych. Zupełnie jakby jakaś niepojęta siła kierowała ich w moją stronę. Co nie mniej ważne, mam również przyjemność przedstawiania niebanalnych postaci na tym blogu.

Niedawno los zetknął mnie z Robertem Aleksandrem Gajdzińskim, osobą ze wszech miar nietuzinkową. Robert przez wiele lat był korespondentem Newsweeka i Wprost, podróżował po świecie. Z czasem osiadł na stałe w Londynie. Tam poznał pewną szczególnie uzdolnioną osobę – medium Nell Halinę Noell.

Przez kilka lat wynajmował u niej mieszkanie, a z czasem stał się świadkiem dyktowań, jakie odbierała Pani Halina. Na dzień dzisiejszy Robert jest depozytariuszem ponad pięciuset dyktowań. Chodzi oczywiście o tak zwane dyktowania ludzi w duchu. Niespotykanie rzadko zdarza się medium obdarzone tym, nie bójmy się tego słowa, darem duchowym.

Co ciekawe media, mimo, że mieszkają w różnych, często odległych krajach otrzymują przekazy dokładnie tej samej treści. Spójność treści potwierdza, w mojej ocenie, ich autentyczność.

Część przekazów można odnaleźć i zapoznać się z nimi, pod warunkiem oczywiście dobrej znajomości języków obcych. Nie każdy jednak jest poliglotą, a przekład nie zawsze trafnie oddaje istotę rzeczy.

Pani Nell Halina Noel, (bo tak o sobie mówiła) spisywała swoje przekazy w języku polskim, mimo że od młodych lat mieszkała w Londynie, gdzie rzuciła ją wojenna zawierucha. Mamy, więc niepowtarzalną okazję czytać przekazy bez zniekształceń związanych z tłumaczeniami.

Tematyka dyktowań jest niezmiernie szeroka. Duszami dyktującymi byli filozofowie, artyści i naukowcy, ale także święci i mistycy. Szczególną kategorię stanowią, ze zrozumiałych względów, dyktowania Jezusa Chrystusa.

Oczywiście dla pewnej grupy osób dyktowania mogą mieć charakter kontrowersyjny. Pytam jednak: czy istnieje tylko doktrynalna Prawda o Bogu? Każdy z nas posiada rozum i sumienie, a to wystarczające narzędzia do poznania Prawdy.

Podkreślam też, że co do zasady dyktować mogą tylko czyste duchy, których intencje są szlachetne. Nawet dusze samobójców są z dyktowań wykluczone.

Szanowni państwo, obok tego tematu nie sposób przejść obojętnie. Robert poświęcił wiele lat życia, aby spuścizna Pani Haliny dotarła do większej liczby osób. Dzięki jego staraniom ukazały się dwie książki zawierające teksty dyktowań. Jest to jednak przysłowiowa kropla w morzu, zważywszy ilość zebranych materiałów.

Dzięki audycjom zrealizowanym przez Studio VTV1 możecie Państwo poznać Roberta Gajdzińskiego niejako osobiście i wyrobić sobie własną opinię, sugerując się czymś więcej niż mój, nawet wyczerpujący opis.

Zdaję sobie sprawę, że część z Czytelników nie korzysta z mediów społecznościowych. Ze względu na Państwa wygodę postanowiłam udostępniać kolejne audycje z Robertem Gajdzińskim.

 

Zapisz

Zapisz

Wielka próba charakteru

Otrzymuję wiele ciekawych, wzruszających lub wręcz wstrząsających informacji od Państwa, ale ten list poruszył mnie do głębi. Jest to niezwykle dramatyczna historia i przez chwilę zastanawiałam się czy ją przytoczyć. Wszak dramatów w codziennym życiu nam nie brakuje. Doszłam jednak do wniosku, że z moralnego i dokumentalnego punktu widzenia ma ogromną wartość. Jest świadectwem cierpienia, walki dobra ze złem, ale również serdecznej obecności duchowej bliskich zmarłych. Pięknie definiuje wartość wybaczenia.

Syn pani Haliny, Paweł zginął w wypadku samochodowym. Sprawca wypadku był jego rówieśnikiem miał 23 lata, (zamiast imienia użyjmy inicjału T) . Tym razem alkohol nie wchodził w grę. Chłopak był pod wpływem środków psychotropowych. Po tego typu lekach nie wolno prowadzić samochodu i T. powinien doskonale o tym wiedzieć. Jednak zważywszy jego stan psychiczny orzeczono, że w chwili, kiedy wsiadał do samochodu nie miał pełnej świadomości tego, co robi.

„ Nic mnie wtedy nie interesowało. On zabrał mi mojego Pawełka. Chciałam żeby cierpiał, żeby coś go bolało, żeby dosięgła go jakaś okropna choroba. Znajomi jeszcze dolewali oliwy do ognia, powtarzając – pewnie bogaci rodzice załatwili synalkowi „żółte papiery”. Nie potrafiłam się nad niczym skupić. Współpracownicy, a nawet przełożeni wiedzieli o mojej tragedii i przymykali oko na moje zachowanie. Klienci zaczęli się skarżyć. Kierowniczka działu zaproponowała żebym poszła na chorobowe i wróciła jak uporządkuję myśli. Owszem poszłam do lekarza, ale nie brałam leków, które mi przepisał. Miałam dużo czasu na myślenie. Kiedy córka i mąż wychodzili do swoich zajęć, zostawałam sama. Muszę pani powiedzieć, że zło jest wyczuwalne fizycznie. Im miałam gorsze, straszniejsze myśli tym bardziej było mi zimno. Nie potrafiłam się rozgrzać. Pewnej nocy przyśnił mi się Paweł, który patrzył na mnie surowym wzrokiem i powiedział: mamo opamiętaj się! Powtórzył te słowa trzy razy. Nie rozumiem, czemu zlekceważyłam ten sen. Ja brnęłam w swój obłęd i zamarzałam od środka. Wreszcie pojawił się pomysł najgorszy z możliwych, chciałam tego chłopaka unicestwić. Z perspektywy czasu nie chce mi się wierzyć, że taka myśl pojawiła się w mojej głowie. Wniosek jest tylko jeden. Kiedy otworzymy się na zło to ono niszczy nas w szybkim tempie. Na szczęście opamiętanie przyszło w przedziwny sposób. Znowu śnił mi się mój syn. Kategorycznym głosem powiedział, że mam pojechać na cmentarz i zapalić znicz na grobie babci (mojej mamy) i drugi koniecznie pod białą kapliczką. Obudziłam się zlana potem. Paweł nigdy na mnie nie podnosił głosu. To był taki szok psychiczny. Cmentarz, na którym pochowana jest moja mama znajduje się jakby z drugiej strony miasta. Nawet samochodem jest to kawał drogi. Zawahałam się: jechać czy nie jechać? Wreszcie ubrałam się i pojechałam. Odwiedziłam grób mamy i poszłam pod tą białą kapliczkę. Czułam wielkie napięcie. Chyba oczekiwałam, że Paweł mi się ukaże albo, ze stanie się coś nadzwyczajnego. Kiedy zapalałam znicz usłyszałam płacz. W głębi alejki za takim wielkim krzewem ktoś płakał. Poszłam sprawdzić, co się stało. Nad grobem pochylała się starsza pani. Zbierała ona kawałki rozbitego marmurowego wazonu. Odezwałam się: czy mogę jakoś pomóc? Kiedy kobieta wyprostowała się i odsunęła kawałek dalej, zobaczyłam zdjęcie mężczyzny przytwierdzone do płyty nagrobnej. Przysięgam, byłam pewna, że mam halucynacje, że to już całkowity obłęd nastąpił. Na zdjęciu widziałam chłopaka, który zabił mego Pawełka. Starsza pani chyba nie zauważyła, co się ze mną dzieje. Mówiła o wandalach, o zdemolowanym wazonie i jak źle się dzieje na świecie. Ja patrzyłam jak nieprzytomna tylko na zdjęcie. Wreszcie przeczytałam napis obok tego zdjęcia. Nazwisko się zgadzało, ale imię było inne. Zapytałam tej pani, czy pozwoli mi usiąść na ławce koło grobu. To była miła staruszka. Nie wiedziałam, jak mam ją zapytać, kim dla niej jest ten mężczyzna?”

Pozwolę sobie streścić następny fragment. Pani Halina przemogła się i zapytała, kim jest mężczyzna ze zdjęcia? Okazało się, że starsza pani jest jego babcią. Jak się Państwo domyślacie chodziło o bliźniaczych braci. Staruszka opowiedziała o wielkiej rodzinnej tragedii. Po zakończonym semestrze bracia planowali wspólny wypad w gronie przyjaciół.

T. wymyślił wyjazd połączony ze sportami wodnymi. Drugi brat długo nie potrafił się zdecydować, ale wreszcie uległ namowom i pojechał. Doszło do tragedii i chłopak utonął. Babcia opowiadała ze szczegółami jak T. pogrążał się w depresji. Obwiniał się za śmierć brata i nikt nie potrafił przekonać go, że nieszczęśliwe wypadki po prostu się zdarzają. Snując opowieść staruszka doszła do tematu wypadku, który T. spowodował. Była załamana tym, co się stało. Sugerowała, że to chyba jakaś klątwa, bo przecież normalnie „takie nieszczęścia nie chodzą w parach”. Powiedziała, że aktualnie T. przebywa na oddziale zamkniętym szpitala psychiatrycznego, ponieważ jego stan się pogorszył. Powiedziała też, że jeśli się nic nie zmieni to straci ostatniego wnuka, jakiego ma. Pani Halina przytuliła staruszkę, odprowadziła babcię do wyjścia i zgodnie z jej życzeniem zamówiła dla niej taksówkę. Sama wsiadła do swojego auta i nie pamięta jak długo tam przebywała. Nastąpiła galopada myśli i kompletny zamęt. Z odrętwienia wyrwał ją dzwoniący telefon. Mąż i córka martwili się o nią. Kobieta powiedziała gdzie się znajduje i poprosiła żeby tam przyjechali. Kiedy przybyli na miejsce, pani Halina zaprowadziła ich na grób chłopaka i w skrócie opowiedziała całą historię. Wszyscy byli wstrząśnięci do głębi. Po powrocie do domu Halina przyznała się do swoich strasznych myśli i opowiedziała sen, który przygnał ją na cmentarz. Mąż był jej wyznaniem poruszony i tłumaczył, że przecież mają córkę, która niebawem wyjdzie za mąż, że doczekają wnuków. Córka okazała się osobą bardzo dojrzałą i oświadczyła, że w tej sytuacji pojedzie do T. i powie, że mu wybacza. Mąż również tak postanowił, „aby nie mnożyć już i tak wielkiej tragedii”. Pani Halina wahała się, jednak, kiedy pomyślała o babci T. postanowiła postąpić tak jak jej najbliżsi. Znali adres rodziny T. i pojechali tam razem. Swoim przybyciem i słowami wybaczenia, wywołali wielkie zdumienie, ale i radość. Okazało się, że sprawa spotkania nie jest tak prosta i dopiero po konsultacji z lekarzami, wybrano odpowiedni moment.  Ich spotkanie stało się wielkim przeżycie dla wszystkich. Chłopak wyglądał jak z krzyża zdjęty, ale kiedy usłyszał, że wybaczają mu to, co się stało, nieco się ożywił. Lekarze powiedzieli, że z punktu widzenia terapeutycznego ich gest ma ogromne, być może kluczowe znaczenie w kwestii poprawy stanu jego zdrowia. Pani Halina zwierzyła się ze wszystkiego swojej przyjaciółce.

„Moja przyjaciółka jest bardzo mądrą kobietą. Powiedziała do mnie tak – to nie był żaden zbieg okoliczności, nie mów też, że świat jest mały, to był cud po prostu wielki cud i tak masz o tym myśleć- miała rację. To był akt łaski, który mi dano. Zastanawiam się tylko czy we śnie przyszedł do mnie Paweł, czy to mój Anioł się tak objawił? Na zdrowy rozum ten Ktoś znał przyszłość i wiedział, kogo spotkam na cmentarzu. Chodzę na grób syna, czekam na narodziny wnuka i bardzo pragnę żeby T. doszedł do zdrowia. Wiem, że już od pewnego czasu jest w domu.”

 

Dziecko w konfrontacji ze śmiercią cz. III

 

 

Otrzymałam kilka interesujących wiadomości od Państwa i właśnie pod wpływem tej lektury postanowiłam napisać raz jeszcze o dzieciach, którym dane było zajrzeć za kurtynę śmierci.

Przedstawię fragment listu od Pani Joanny, mamy Piotra. Obecnie, chłopiec jest gimnazjalistą, a patrząc na tak zdrowo wyglądającego młodzieńca, nikomu przez myśl by nie przeszło, że urodził się, jako wcześniak i do siódmego roku życia był niezwykle chorowitym dzieckiem. Ważny dla tej historii jest jeszcze jeden fakt. Mianowicie biologiczny ojciec Joanny zginął w wypadku samochodowym, kiedy była bardzo małą dziewczynką. Piotruś żył w przekonaniu, że drugi mąż matki Joanny jest jego „prawdziwym” dziadkiem. Joanna ojczyma bardzo kocha i jak napisała wiele mu w życiu zawdzięcza. Rodzina uznała, że opowiedzą chłopcu o zmarłym dziadku, kiedy będzie starszy. Piotruś miał niespełna sześć lat, gdy zachorował na anginę. Przebieg choroby był ciężki i dziecko trafiło do szpitala.

„ Siedziałam przy nim bez przerwy. Wreszcie moja mama przekonała mnie żebym pojechała do domu odpocząć i się wykąpać. Okazało się, że pod moją nieobecność stan syna gwałtownie się pogorszył i na chwilę jego serduszko przestało bić. Lekarze podejrzewali sepsę, a ja zaczęłam tracić nadzieję. Po kolejnych trzech dobach walki, sytuacja zaczęła się normować. To była wielka ulga. Pierwsze słowa synka po odzyskaniu przytomności brzmiały: miałem dziwny sen. Po powrocie do domu Piotruś opowiedział nam ten „sen”. Mówił o jasnym korytarzu, na którym nie było nikogo poza nim. On się trochę przestraszył, chyba właśnie tej całkowitej samotności. Wtedy pojawił się mężczyzna z psem. Opis był tak szczegółowy, że nie mieliśmy żadnych wątpliwości, o kogo chodzi. Pamiętam, że mama zawołała mnie do kuchni, zaczęła płakać i zapytała czy ma pokazać Piotrkowi zdjęcia mego biologicznego ojca? Zrobiłyśmy to i Piotr potwierdził: tak to tego pana widziałem. Oczywiście wytłumaczyłam mu, kim jest mężczyzna, którego widział w swoim „śnie”. Jeśli chodzi o psa to syn również dokładnie go opisał. Moja mama powiedziała mi, że tata jeszcze za kawalerskich czasów miał suczkę, która posiadała ogólnie ciemne umaszczenie, ale na czole miała białą łatkę, kształtem przypominającą gwiazdę, stąd jej imię Gwiazdka.

Jednym słowem, mój zmarły ojciec zaopiekował się Piotrusiem, kiedy synek opuścił swoje ciało. Serce Piotrusia nie biło przez około sześć minut. Chyba ludzki rozum nie jest w stanie ogarnąć, jak to możliwe, że tata znalazł się gdzie trzeba we właściwym momencie. Z całą stanowczością podkreślam, że Piotruś nie widział wcześniej zdjęć mojego ojca.”

Dla mnie faktem oczywistym jest, że sześcioletnie dziecko nie będzie konfabulowało na temat swojego „snu” i to jeszcze na zawołanie. Piotruś spotkał dziadka, a ten po prostu uspokoił chłopca i w pewnym sensie zapobiegł niepotrzebnej traumie. Absolutnie wierze w autentyczność tej relacji. Poza tym w literaturze tematu można znaleźć  podobne historie, chociaż, że zrozumiałych względów nie są one zbyt powszechne.

Osobiście spotkałam tylko jedną osobę o podobnym doświadczeniu. Miała na imię Anna i pod drugiej stronie poznała swoją zmarłą siostrę bliźniaczkę. Anna urodziła się na mazurach, a kiedy skończyła trzy lata rodzice wyprowadzili się do Wrocławia. W wieku około czternastu lat zaczęła odczuwać ból w podbrzuszu. Lekarze zbagatelizowali objawy. Uznali, że dziewczynka pewnie za kilka dni zacznie miesiączkować i stąd te dolegliwości. W nocy ból stał się tak silny, że Annę przewieziono do szpitala, gdzie chirurg zdiagnozował ostre zapalenie wyrostka robaczkowego. Trafiła na stół operacyjny, niestety doszło do „rozlania wyrostka”. W tym czasie, mówiąc kolokwialnie, Anna odpłynęła. Znalazła się poza ciałem. Spotkała tam dziewczynkę, bardzo do siebie podobną. Ta dziewczynka oświadczyła, że ma na imię Marysia i jest jej zmarłą siostrą bliźniaczką. Powiedziała też: musisz wracać, mamie pęknie serce, jeśli straci również ciebie.

Anna wracać nie chciała. Bardzo podobał jej się niezwykły świat, który ujrzała, a poza tym nie potrafiła rozstać się z siostrą. Od początku nie miała żadnych wątpliwości, kogo widzi.

W swojej relacji użyła ciekawego określenia: „Ogarnęła mnie absolutna pewność, że jestem w świecie poza kłamstwem. Marysia była realna. Czułam jej dotyk i zapach.”

Po kilku dniach opowiedziała całą historię swoim rodzicom. Ci rozpłakali się i przyznali, że Anna rzeczywiście miała bliźniaczkę, która zmarła na trzeci dzień po urodzeniu. Dostały na imię Anna i Maria, ponieważ ojcu bardzo podobała się piosenka Czerwonych Gitar pod tytułem „Anna Maria”. Lekarz pediatra poradził, aby nie mówili Annie, że miała siostrę „nie będzie wiedziała i nie będzie tęskniła” Rodzice posłuchali.

O bólu i operacji Anna zapomniała szybko. Wspomnienie związane z siostrą miało wpływ na całe jej życie. Po latach sama urodziła bliźniaczki i jednej z nich nadała imię Maria.

Bardzo głęboko wierzę, że człowiek posiada nieśmiertelną duszę, która przechodzi do innego wymiaru. Sprawę reinkarnacji również uważam za oczywistą. Nieznani krewni, pojawiający się podczas doświadczeń poza ciałem, są najlepszym dowodem nie tylko na nieśmiertelność, ale również na głębię i swoistą nierozerwalność relacji powstałych w ciągu naszego życia, przed nim i po nim.

 

Zapisz

Dziecko w konfrontacji ze śmiercią cz. II

 

 

Mili Państwo, po przemyśleniach postanowiłam uzupełnić poprzedni wpis i rozwinąć poruszony wcześniej temat. Istnieje bowiem jeszcze jeden bardzo ważny aspekt pojawiający się właśnie w konfrontacji dziecka ze śmiercią. Dotyczy on wszelkiego rodzaju kontaktów, jakie usiłują nawiązać z dziećmi osoby zmarłe. Zważywszy percepcję dziecka, które postrzega świat bez uprzedzeń i schematów właściwych osobom dorosłym, nie dziwi fakt, że to właśnie z dziećmi zmarli tak często nawiązują kontakt, a czasem wręcz budują trwałą relację. Dodać by można, co nieco na temat czakry korony i tego jak aktywna jest ona u dzieci, ale może to spojrzenie na sprawę nie każdego interesuje.

Zacznijmy od tak zwanego „wymyślonego przyjaciela”. Zjawisko znane i szczegółowo opisane w psychologii. Jeśli ów przyjaciel ma cechy przeciętnego dziecka w zbliżonym wieku lub w ostateczności jest elfem, albo jednorożcem to właściwie nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Sytuacja komplikuje się, kiedy przyjaciel jest kimś bardzo wyjątkowym. Przywołam w tym miejscu list od Pani Anny mieszkającej w Austrii.

„Mieszkamy w Austrii od piętnastu lat. Właśnie tam poznaliśmy się z mężem i po dwóch latach znajomości wzięliśmy ślub. Wkrótce potem urodziła się nasza córka Lena. Kiedy mała skończyła cztery latka postanowiliśmy się przeprowadzić. Mój mąż zajął się szukaniem nowego mieszkania. W końcu zabrał nas w miejsce absolutnie cudowne. Piękna duża kamienica w spokojnej okolicy, sąsiadująca z olbrzymim parkiem. W tym miejscu wcześniej mieścił się szpital dziecięcy, a właściwie jego oddział. Były tam leczone dzieci chore na gruźlicę i inne choroby zakaźne. Kiedy w mieście wybudowano nowy szpital, piękny budynek pozostał pusty. Wyremontowano go i przerobiono na budynek mieszkalny. Wprowadzałam się tam z głowa pełna marzeń. (…) Po jakimś czasie zauważyłam, że Lena z kimś rozmawia. Tak całkiem normalnie, jak rozmawiamy z innymi ludźmi. Znajoma lekarka wytłumaczyła mi, że dzieci tak mają i wymyślają sobie przyjaciół. Pierwszy szok przeżyłam przy śniadaniu, kiedy córka powiedziała: mamusiu Marlen siedzi koło ciebie i mówi, że jesteś ładna. Zbagatelizowałam sytuację, a jednocześnie zaczęłam wypytywać córkę o Marlen. Córka powiedziała, że Marlen zmarła w tym szpitalu, opowiadała różne anegdoty o lekarzach i innych pacjentach. Znała historię szpitala. Zaniepokoiliśmy się z mężem na poważnie. Zapisałam nazwiska lekarzy wymienianych przez Marlen i okazało się, że wszystkie są prawdziwe. Praktycznie wszystkie fakty się zgadzały. Przyjaźń między moją Leną, a tą zmarłą dziewczynką zacieśniała się, a my byliśmy bezradni.(…) Na dodatek okazało się, że jestem w ciąży. Oczywiście cieszyliśmy się z tego dziecka, ale mąż naciskał, aby przeprowadzkę, którą mi obiecał, przełożyć na później. Chciałam opuścić to miejsce. Ja się po prostu bałam, że ktoś usłyszy o Marlen i zainteresują się sprawą tutejsze urzędy do spraw dzieci. Autentycznie bałam się, że odbiorą nam córkę, albo jeszcze oskarżą o jakieś straszne czyny przeciwko niej.(…) Natychmiast po urodzeniu syna wyprowadziliśmy się w inne miejsce. Lena tęskniła za „przyjaciółką”, ale poszła do szkoły i tam jej jakoś przeszło. Do końca życia będę pamiętać tamte wydarzenia i nie zamieszkam w starym budynku, mało tego nie chcę żadnych antyków ani innych przedmiotów nieznanego pochodzenia.”

Doskonale rozumiem obawy Anny dotyczące odebrania dziecka. Nasi polscy dziennikarze śledczy dostarczają coraz to nowych materiałów na ten temat. Niestety łatwo jest odebrać dziecko Polakowi, zwłaszcza, jeśli nie ma obywatelstwa kraju, w którym mieszka.

Wracając do Leny, przy tak zaawansowanym kontakcie z istotą bezcielesną, przeprowadzka wydaje się być sensownym rozwiązaniem. Nie od rzeczy byłoby też wezwać kogoś, aby pomógł owej Marlence, tkwiącej między wymiarami i pewnie bardzo samotnej.

Bywa, że nasze dziecko tuz po śmierci dziadka czy innej bliskiej osoby twierdzi, że widuje ją/ jego w swoim pokoju. Jakże często bagatelizujemy takie słowa. Uciekamy przed problemem, wmawiając dziecku, że to przywidzenia lub, co gorsza, krzyczymy i upominamy by nie fantazjowało i nie opowiadało głupot. W końcu dziecko zamyka się w sobie i zostaje samo z czymś, czego nie rozumie, a instynktownie się tego obawia. Proponuję zapoznać się z historią Pani Karoliny.

Dom rodzinny Karoliny był dostatni, a rodzice rozpieszczali jedynaczkę, zatem dobrze wspomina ona swoje dzieciństwo. Ojciec zbierał zegarki i zegary. W kolekcji miał jeden szczególny, wygrywający bawarską melodyjkę. Babcia Karoliny szczerze lubiła zięcia, ale nie znosiła tego zegara, ponieważ przypominał jej dramatyczne chwile. Jako nastolatka została wywieziona wraz z matką na roboty do Niemiec. Wylądowała na wsi. Tam nikt nie liczył się z jej wiekiem i zmuszano ją do pracy ponad siły. W domu tego niemieckiego gospodarza wisiał taki sam zegar z kurantem. Babica zmarła, kiedy Karolina miała dwanaście lat. Wnuczka widywała ją w swoim pokoju niemal każdej nocy. Rodzice najpierw bagatelizowali sprawę, tłumaczyli jej, że duchów nie ma. Z czasem niechętnie wysłuchiwali kolejnych opowieści, a w końcu zaczęli krzyczeć. Sytuacja zagęszczała się aż do spektakularnych wydarzeń, jakie miały miejsce, pewnej marcowej nocy.

„Wydarzenia tamtej nocy to jak scenariusz z marnego horroru. Nie dość, że szalała burza to ja miałam gorączkę i ogólnie czułam się podle. Zdrzemnęłam się na chwilę, a kiedy się przebudziłam zobaczyłam babcię. Przedtem widziałam ją w rogu pokoju, a wtedy nachylała się nade mną. Zaczęłam krzyczeć. Rodzice przybiegli i znowu tłumaczyli, że żadnej babci tu nie ma, a ja po prostu majaczę z gorączki. Nie wiem, co we mnie wstąpiło, ale zaczęłam się szarpać z ojcem, przy czym krzyczałam: pokaż się, zrób coś, niech wiedzą, że tu jesteś, przez ciebie zrobią ze mnie wariatkę itp. W pokoju ojca coś grzmotnęło. Spadł ten nieszczęsny zegar i rozbił się na kawałki. Tej nocy wylądowałam w szpitalu. Mogę przyjąć, że majaczyłam z powodu gorączki, ale przecież wcześniej byłam zdrowa.

Od tamtych wydarzeń minęło 15 lat. Ojciec nie próbował nawet naprawiać tego zegara, a mama często zamawia msze za duszę babci. Ja wiem tylko, że człowiek to coś więcej niż ciało. Do dzisiaj czuję się jakoś tak niepewnie podczas burzy.”

 

 

Duszy nie ogranicza czas i przestrzeń

 

 

Otrzymałam bardzo interesujący list od Pani Marty mieszkającej na Florydzie. Ponieważ tekst jest dość długi postaram się go dla Państwa streścić.

Otóż Marta przebywa w Stanach już od kilkunastu lat. Ułożyła sobie szczęśliwie życie, ma męża i dwóch synów. W Częstochowie mieszkają jej rodzice i do swojej śmierci mieszkała również babcia, która odeszła w zeszłym roku dożywając sędziwego wieku.

Dzień, który zrelacjonuje, nie zapowiadał się jakoś niezwykle. Marta wprawdzie czuła dziwny niepokój i nawet przez moment pomyślała, czy aby z babcią wszystko w porządku? Jednak wir codziennych obowiązków wciągnął ją niemal natychmiast, nie pozostawiając miejsca na roztrząsanie duchowych rozterek. Wieczorem, padła ze zmęczenia i usnęła na kanapie przed telewizorem. Obudziła się w środku nocy. Zaniepokoiły ją odgłosy dobiegające z ogródka. Ich domowy pieszczoch, pies Skip, ni to skamlał, ni piszczał. W każdym razie coś było ewidentnie nie tak i Marta postanowiła to sprawdzić. Wiedziała, że Skip jest mądrym i ułożonym psem, który nie zachowuje się w podobny sposób bez powodu. Było tuż po pełni i księżyc świecił mocno. W ogrodzie rośnie duże drzewo. W jego cieniu, Marta ustawiła wiklinowe krzesła i sofę. Już z daleka zauważyła, że pies podbiega do jednego z foteli przez chwilę waruje i znowu oddala się o kilka metrów, cały czas obserwując fotel. Kiedy podeszła bliżej w fotelu zauważyła postać, odruchowo przywołała psa, ale nie zareagował. Marta mieszka w bardzo spokojnej okolicy, więc śmiało podeszła jeszcze bliżej. Dopiero wtedy zdała sobie sprawę, że tą postacią jest jej babcia. Martę zamurowało, to nawet nie był strach tylko ogromne zaskoczenie. Babcia uśmiechnęła się i powiedziała „pięknie się tu urządziłaś, teraz jestem spokojna”. Marta nie wydobyła z siebie ani jednego dźwięku, a zjawa babci po prostu się rozpłynęła.

Jak się Państwo domyślacie, Marta pobiegła do domu i zadzwoniła do rodziców. Babcia odeszła we śnie, bardzo spokojnie. Rodzice nie zdążyli jeszcze ochłonąć na tyle, żeby myśleć o powiadamianiu wnucząt.

Pani Marta zastanawia się jak to możliwe? Przecież od bliskich dzielą ją tysiące kilometrów!

Nie tylko Pani Marta dziwi się możliwościom, które osiągamy przebywając poza ciałem. Lata temu inna kobieta sięgnęła dla mnie do swoich wspomnień. Zofia, (bo tak miała na imię) mieszkała na Kresach. Jako „element szkodliwy” została wywieziona wraz z rodzicami na Syberię. (Jej dziadkowie mieszkali w Warszawie). Na „nieludzkiej ziemi” wegetowali w strasznych warunkach. Pewnej nocy obudził Zofię płacz matki, która niezwykle przejęta opowiadała ojcu Zofii, że śniła o swoich rodzicach, którzy pożegnali się z nią. Była pewna, że obydwoje nie żyją. Po latach, kiedy całej trójce udało się wrócić do kraju, ustalili, że dziadkowie Zofii zginęli dokładnie dzień lub dwa przed nocnym „widzeniem” jej matki. Była to egzekucja uliczna. Sąsiedzi, będący jednocześnie świadkami, ocaleli i zdali relację, co do szczegółów śmierci dziadków Zofii.

Jak widać dla duszy nie istnieją przeszkody mogące zatrzymać ją w drodze do celu.

Jeśli przyjmiemy, że dusza lub jak kto woli świadomość, jest niczym innym jak boską cząstką w nas samych to czy taką moc ograniczy czas i przestrzeń? Takie właśnie „widzenia” w pełni odzwierciedlają, czym w istocie jest dusza i co znaczy potęga jej woli.

Pani Marcie dziękuję za piękną, osobistą historię i ślę moc pozdrowień przez ocean czasu tudzież Ocean Atlantycki.

Dom z bogatą historią i elegancki duch

Wielokrotnie już na tym blogu publikowałam historie osób, które doświadczyły kontaktu z „druga stroną”, co w dłuższej perspektywie, owocowało zmianami w ich życiu. Utwierdza mnie to w przekonaniu, że nic nie dzieje się przez przypadek. Powiem więcej, dusze, komunikując się na poziomie werbalnym lub symbolicznym działają w naszym, dobrze pojętym interesie. Moim skromnym zdaniem, istoty duchowe doskonale wiedzą jak osiągnąć najlepszy efekt lub wręcz jak dozować napięcie, aby taki kontakt pozostawił niezatarty ślad w psychice obserwatora. Pomijając dusze zdegenerowane, oni nie chcą nas straszyć, ani bawić się naszym kosztem. Przekazują komunikaty, ostrzegają lub inspirują do działania.

Z wielką przyjemnością publikuje dzisiaj list od Pani Bożeny :

„Moja mama po rozwodzie z ojcem poszukiwała mieszkania. Znalazła u koleżanki z pracy – Pani Basi. Mieszkanie było podzielone na dwa -jedno i dwupokojowe ze wspólnym użytkowaniem kuchni i łazienki. Chodziłam wtedy do szkoły średniej.

Miałam 16 lat siedziałyśmy obie z panią Basią w kuchni przy oknie. Na kuchennym stole pani Basia kładła dla mnie pasjansa dwiema taliami holenderskich kart. Pięknymi kartami, mocno zniszczonymi, przedwojennymi, z graficznym przedstawieniem symboli i postaci.Był jesienny wieczór, zapalone światło, naprzeciwko stołu otwarte drzwi na ciemny przedpokój.

Nagle kątem oka zauważam postać, odwracam głowę i widzę jakiegoś mężczyznę przechodzącego przez przedpokój. Nie widać jego twarzy, na głowę naciągnięty kapelusz, podniesiony kołnierz długiego płaszcza trenczu, związanego paskiem. Szerokie spodnie z mankietami, brązowe, skórzane buty. Całość ubioru w kolorze khaki, mniej więcej w stylu lat trzydziestych. Ręce włożone do kieszeni.

Nie słychać było otwieranych drzwi, człowiek pojawił się bezszelestnie.

Pani Basia spojrzała na mnie i spytała:

-Widzisz to, co ja?

-Tak!

Wstałyśmy od stołu, złapałyśmy się za ręce, zapaliłam światło w przedpokoju – nikogo tam nie było….Otwierałyśmy drzwi do kolejnych pokoi, zapalałyśmy światło, ale w żadnym pomieszczeniu nikogo nie było…..

Pani Basia spojrzała na mnie:

-Gdybym była sama uwierzyłabym, że miałam jakieś przywidzenia, ale jesteśmy we dwie, więc na pewno ta postać przywidzeniem nie była.

-Gdybym była sama, bez pani, pomyślałabym tak samo.

Obie byłyśmy nieco zmieszane, w końcu nie często widuje się ducha.

Byłam wtedy świeżo po przeczytaniu książki ks. Klimuszki „Moje widzenie świata”, (księdza z mojego miasta), więc nabrałam jakiejś wewnętrznej pewności, że ten człowiek właśnie zmarł i przyszedł odwiedzić swoje dawne miejsce.

Wtedy szukałam informacji o moim domu, okazało się, że został wybudowany w latach trzydziestych dla pracowników stoczni Schichau w Elblągu (https://pl.wikipedia.org/wiki/Ferdinand_Schichau), produkującej później na potrzeby wojenne, stąd wynikła szybka budowa (spore osiedla w tym stylu) domów dwu- trzy-piętrowych z dwuspadowym dachem.

Wydawałoby się, ze to już koniec historii, a jednak….Minęło wiele lat (20?) od tamtego wydarzenia, wyszłam za mąż, miałam dzieci.

Któregoś dnia byliśmy na spotkaniu u przyjaciół.  Zebrało nam się na opowiadania historii z własnego doświadczenia – „nie z tej ziemi”. Niewytłumaczalne zjawiska z punktu widzenia nauki. Opowiedziałam swoją historię. W momencie opisu wyglądu „mojego ducha” koleżanka wykrzyknęła:

– Ten sam człowiek odwiedzał panią G. spod jedynki!

Okazało się, że rodzice mojej znajomej znali rodzinę mieszkającą pod nr 1.  Z relacji rodziny poznali historię wizyt tego osobnika w ich mieszkaniu. Byłam lekko wstrząśnięta, pani Basia już dawno nie żyła, więc nie było nikogo, kto mógłby potwierdzić czy uwiarygodnić moją historię, a tu jednak jest!

Przy okazji zaczepiłam sąsiadkę z zapytaniem o odwiedziny ducha. Pani G. potwierdziła, był kilkakrotnie u nich w mieszkaniu, nawet siadał na fotelu. W związku z tym prosili księdza o poświęcenie mieszkania.

I to jest koniec tej historii. Jednak od tamtego czasu miewam „kontakt” z bliskimi zmarłymi, którzy na krótki moment pojawiają się albo w mojej świadomości, albo we śnie, uspakajając mnie lub prosząc o coś. Nie czuję lęku, wiem, że świat jest o wiele bardziej złożony niż mój ludzki umysł jest w stanie sobie wyobrazić.

Nie tak dawno, jakieś 3 lata temu, zainteresowałam się metodą kwantową 2p. Zrobiłam kursy, można rzec weszłam na ścieżkę rozwoju duchowego ( cokolwiek pod tym pojęciem rozumiemy) a inaczej mówiąc – życia świadomego. Tylko nie wiedziałam, że fizyka kwantowa tak bardzo zbliży mnie do Boga, za to jestem wdzięczna. Za każde doświadczenie, które przyszło mi lub przyjdzie przechodzić. Te doświadczenia zawsze czemuś służą, nawet, jeśli nie jestem w stanie na dzień dzisiejszy zauważyć ich głębszego sensu.”

 

Autorce dziękuję za poświęcony czas oraz wielką szczerość i życzę samych sukcesów we wszystkich aspektach życia.