Tajemnicze wydarzenia na starym cmentarzu

 

 

Historia dzisiejsza to opowieść o ludzkiej solidarności w okresie wielkiej opresji oraz o tym, że jeśli pomoc jest potrzebna może nadejść z najmniej oczekiwanej strony. Główni bohaterowie to podówczas nastoletni Tomasz i jego kuzyn Andrzej. Chłopcy, rokrocznie podczas wakacji wyjeżdżali do swoich dziadków mieszkających w okolicach Łodzi. Przez miesiąc mieli zapewnioną opiekę i dużo ciekawych zajęć.

Pewnego razu babcia zawołała ich do domu i oznajmiła: dzisiaj macie luksusowy podwieczorek. Stasia, dostała paczkę!  Dała mi puszkę ananasów i czekoladę, a tu popatrzcie jeszcze taki piękny sweterek, też dla mnie. Prawdziwy kaszmir! Chłopcy szybko zabrali się do pałaszowania wiktuałów. Wypytywali od kogo pani Stasia otrzymuje paczki. Bardzo chcieli znać odpowiedź. Wreszcie babcia usiadła i opowiedziała im pewną historię.

Stasia i jej mąż Jan korzystali z pomocy lekarza, który uratował ich najstarszego syna. Uratował mimo, że inni nie dawali żadnej nadziei. Lekarz ten był Żydem. Kiedy zaczęła się straszna wojenna zawierucha, ukryli tego lekarza razem z jego córką i żoną u siebie. Najpierw na strychu, a później w skrytce warsztatowej. Jan był stolarzem znanym w okolicy z solidności i wszyscy go szanowali. W czasie wojny robił głównie trumny, a później  zajmował się dodatkowo pochówkiem zmarłych. Dbał też o teren cmentarza ewangelickiego, na prośbę pastora oczywiście. Babcia dodała, że razem z dziadkiem domyślali się całej sytuacji, ale nie dopytywali przyjaciół o szczegóły. Byliśmy czujni bardziej niż zwykle i przykładaliśmy ucho gdzie się dało, żeby w razie, czego ostrzec Stasię! Z Łodzi przyjeżdżali krewni i znajomi, żeby uzupełnić zapasy. Relacjonowali Janowi różne straszne rzeczy; mówili również o tym, co  dzieje się w łódzkim getcie i jak okrutnie karana jest przez Niemców jakakolwiek pomoc udzielana żydom. Goście nie mieli świadomości, że doktor to wszystko słyszał. Dopiero po wojnie Stasia przyznała, że doktor poprosił o rozmowę i kategorycznie oznajmił, że nie chce być przyczyną zguby dla rodziny Jana. Padły straszne słowa: mamy arszenik, wolimy to niż wpaść w ręce Niemców i być przyczyną waszej śmierci. Jan stanowczo protestował, jako człowiek głęboko wierzący  nie wyobrażał sobie takiego rozwiązania. Obiecał, że znajdzie dla doktora i jego bliskich inną kryjówkę. Z natury był człowiekiem czynu, szybko wpadł na pewien pomysł i zrealizował go.

Na cmentarzu znajdował się grobowiec niemieckiej rodziny F. Byli to bogaci fabrykanci, których nestor uznał, że nawet po śmierci członkom rodu należy się godna kwatera. Jan razem z synem mogli kręcić się po cmentarzu o dowolnej porze, wszak utrzymanie porządku należało do ich obowiązków. Dostali się do wnętrza grobowca. Szczegółowo zbadali go w środku. Uporządkowali kości zmarłych, część starych trumien spalili i w ten sposób uzyskali spore pomieszczenie. Jedno niewielkie okno szczelnie zasłonili czarnym papierem, dzięki czemu z zewnątrz nie było widać, na przykład, zapalonej świecy. Odkryli też, że grobowiec został podpiwniczony, a po wybiciu otworu w jednej ze ścian otwierało się przejście do sąsiedniego grobowca. Kryjówka wydawał się idealna. Rodzinę przetransportowano w trumnach. Choć brzmi to makabrycznie, bezpiecznie dotarli do nowego azylu. Niestety tym, co działo się na cmentarzu zainteresował się miejscowy folksdojcz. Człowiek niezwykle łasy na pieniądze. Dla nagrody sprzedałby własną matkę, a co dopiero trójkę Żydów. Zakradł się w nocy na cmentarz, aby upewnić się, co do swoich podejrzeń. Tu spotkała go przykra niespodzianka. Jego sąsiad opowiadał później, że ów człowiek wbiegł na własne podwórko wrzeszcząc ze strachu. Jak w amoku powtarzał, że duch fabrykant F., goni go i zapowiada rychłą jego śmierć. Podobno folksdojcz z wrażenia zmoczył spodnie. Ponieważ już wcześniej krążyły opowieści o duchu F., który pilnuje ukrytego w grobowcu skarbu, nikogo wizja folksdojcza nie zdziwiła. Nikt mu też nie współczuł.

W tych trudnych warunkach doktor z rodziną przeżyli kilka miesięcy. Zaraz po wkroczeniu rosyjskich wojsk, Jan zabrał ich do siebie. Na wszelki wypadek nadal byli ukryci na strychu. Później wyjechali obiecując, że będą zawsze pamiętać, komu zawdzięczają ratunek. Od lat mieszkają w Stanach i przysyłają paczki, a nawet zapraszają do siebie.

Tomasz i Andrzej z zapartym tchem wysłuchali babcinej opowieści. Jako wielbiciele książek o Panu Samochodziku, marzyli o przygodach z duchami i zaginionym skarbem. Postanowili zbadać sprawę osobiście. Zaopatrzyli się w latarki i poszli na cmentarz. Zamek w drzwiach sforsowali bez problemu. Zbadali wnętrze grobowca. Przeszukali podłogę dosłownie centymetr po centymetrze, ale wejścia do pomieszczenia położonego niżej nie zlokalizowali. Za to w najciemniejszym kącie Tomasz znalazł złotą obrączkę. Nie trudno sobie wyobrazić jak ta biżuteria rozpaliła wyobraźnię chłopców. Postanowili wrócić niebawem i jeszcze raz przyjrzeć się podłodze. Jak pomyśleli tak zrobili. Tym razem odsuwali wszystkie przedmioty i sprawdzali, co się pod nimi znajduje. Upór się opłacił i znaleźli wejście do piwnicy. W środku niczego nowego nie odkryli. Potwierdzili jedynie fakt, że w ten sposób można przejść do sąsiedniego grobowca. Nagle usłyszeli hałas na górze. Czym prędzej opuścili piwnice. Ze zdumieniem zauważyli, że zrobiło się ciemno. Wiedzieli, że mają problem. Dziadkowie pozwalali im na wiele, ale w jednej sprawie byli nieprzejednani: chłopcy maja być w domu przed zmrokiem. Postanowili wracać i z godnością przyjąć burę, która ich nie ominie.

Kiedy pakowali swoje drobiazgi do plecaka, zerwał się wiatr. Silny powiew powietrza raz zamykał drzwi z hukiem, a raz je otwierał. Ciarki zaczęły chodzić im po plecach, wybiegli na zewnątrz. Przed grobowcem stał staroświecko ubrany mężczyzna. Pogroził im palcem i powiedział kilka słów po niemiecku. Chłopcy przerazili się na dobre,  zaczęli biec ile sił w nogach. Po opuszczeniu terenu cmentarza wsiedli na ukryte w krzakach rowery. W domu przyznali się do wszystkiego. Dziadkowie nie byli zachwyceni.

Dzisiaj Pan Tomasz wspomina to zajście spokojnie, choć nigdy więcej nie odważył się na podobną „przygodę”. Jest pewien, że to, co widział było realne. Za to jego kuzyn mieszkający obecnie w Irlandii należy do grupy eksplorującej przeróżne miejsca, z którymi wiążą się legendy. Nigdy nie ma dosyć adrenaliny.

Wniosek z tej historii jest taki, że duch fabrykanta udzielił schronienia potrzebującym i ewidentnie rozróżniał intencje ludzi, którzy naruszyli ważną dla niego przestrzeń. Niech zatem odpoczywa w pokoju!