Jeszcze raz o rzeczach z drugiej ręki

Dzisiaj chciałabym sięgnąć do historii sprzed kilkunastu lat. Moja koleżanka i ja podjęłyśmy pierwszą pracę praktycznie w tym samym czasie. Monika pracowała w Kancelarii Adwokackiej założonej przez dwóch młodych prawników. Jeden z nich był jej sąsiadem i sam zaproponował współpracę. Obaj panowie mieli wielkie ambicje i udało im się wejść do palestry, która jak wiadomo jest środowiskiem niezwykle hermetycznym, mimo braku odpowiednich koneksji rodzinnych. Monice pracowało się tam bardzo dobrze. Bez problemów mogła kontynuować własne studia i nie obciążać rodziców ich kosztami. Pewnego razu zadzwoniła do mnie mocno poddenerwowana i prosiła o pilne spotkanie. Chciała koniecznie abym przyszła do Kancelarii pod nieobecność adwokatów. Spełniłam jej prośbę. Pracowałyśmy bardzo blisko siebie, więc zwolniłam się pod jakimś pretekstem i poszłam odwiedzić koleżankę. Drzwi do kancelarii były uchylone, kiedy Monika zauważyła, że idę wyszła na korytarz i zakomunikowała; – Nastaw swoje czujniki tam coś jest. Zauważyłam, że ma bardzo zasinioną dłoń, zapytałam, co się stało.

-Wiem, że to zabrzmi idiotycznie, ale biurko mnie atakuje.

Szczerze mówiąc zdębiałam. Monika zawsze była osobą bardzo trzeźwo myśląca, żyła zdecydowanie orientując się na „tu i teraz”. Jej pogodne usposobienie i zaraźliwy wręcz optymizm dodawał otuchy wielu osobom w tym i mnie. Postanowiłam pomóc, a przynajmniej wysłuchać, co ma do powiedzenia. Nalegała, aby opowiedzieć mi pokrótce przebieg wydarzeń jeszcze na korytarzu.

Mieliśmy w Kancelarii kapitalny remont. Chłopaki cały zysk inwestują w wystrój pomieszczeń. Powiększa się grupa eminentnych klientów. Nakupili mebli w Desie i u jakiegoś pośrednika, który też zajmuje się antykami. Najpierw myślałam, że mam przywidzenia, że na przykład drobne przedmioty porozrzucane na biurku to robota nowej dziewczyny. Ona przychodzi około szesnastej i zostaje do zamknięcia. Ja nie dawałam rady, czasami ostatni klient wychodził po dziewiątej wieczór. Słuchaj czuję czyjąś obecność, dziwne zapachy jakby oddech pijaka. Odór wódki wymieszany z papierosami. To coś trzaska drzwiami. Wszystkie kwiaty chorują. Czuję chłodne dłonie na ramionach. Dwa dni temu zostałam sama, na krótko jakieś trzydzieści minut. Znowu poczułam ten odór. Nie wytrzymałam, krzyczałam żeby to się wyniosło. Miałam otwartą szufladę włożyłam rękę do środka dosyć głęboko, bo nie mogłam znaleźć takiej małej pieczątki. Wszystko wyglądało jak scena z tandetnego horroru. Ja wiedziałam, że to stoi za mną, zrobiło mi się zimno. Nagle uwierz lub nie szuflada poruszyła się. Chciałam szybko wyjąć rękę, ale nie zdążyłam. Błagam cię uwierz mi. Nie chcę stąd odchodzić, ale dłużej tego nie wytrzymam. Nawet z toalety korzystam po sąsiedzku. Czuję się podglądana. Jeden z adwokatów też to czuje rozmawialiśmy, kiedy niemal jednocześnie ja poczułam smród, a on poruszył się i powiedział niby żartem „oj chyba śmierć obok mnie przeszłą, jakoś mi się strasznie zimno zrobiło”. Nie wiem, co to jest, ale przywlekli to razem z meblami.

Sprawa przedstawiała się bardzo poważnie. Zapytałam czy wejdzie ze mną, Monika odparła, że tak, ale chce pozostać w pomieszczeniu kuchennym. Wystrój wnętrza zapierał dech w piersiach. Jak mawia mój znajomy „pieniądze kapały ze ścian” Ktokolwiek wszedł tu po raz pierwszy niechybnie nabierał przekonania, że oto znalazła się w miejscu o wieloletniej tradycji, w Kancelarii prowadzonej od pokoleń z wielkimi powodzeniem. Sam fakt, że adwokaci wybrali na siedzibę starą kamienicę tylko uwiarygodnił ten wizerunek. Szczerze powiedziawszy przypomniał mi się jeden z odcinków Czterdziestolatka i epizod z „portretem przodka”. Tylko takiego właśnie portretu brakowało. Moje „czujniki” zareagowały natychmiast. Instynktownie skierowałam się do pokoju położonego na wprost. W tej chwili usłyszałam za sobą głos Moniki, która przez uchylone drzwi powiedziała – tam jest najgorzej, uważaj. Nie bałam się mając przy sobie osobiste wsparcie i ochronę energetyczną mogłam wyjść naprzeciw kolejnej ludzkiej tragedii.

W pokoju znajdowały się dwie istoty. Zdziwiłam się bardzo, bo jedna z nich był opiekun, a druga ta zagubiona duszyczka. Opiekun powiedział – nie mogę go powstrzymać, mogę tylko czekać. Przyjmijmy, że duch miał na imię Marian. Był zły, gdy byle, kto dotykał jego rzeczy. JEGO RZECZY. W myślach zapytałam, czemu atakuje Monikę. Okazało się, że nienawidzi kobiet. Był agresywny krążył wokół roztaczając swój specyficzny „aromat”. Mimo wszystko chciał rozmawiać. Zasugerowałam spotkanie w astralu ( w moim wypadku we śnie). Postawiłam warunek kategorycznie zażądałam zaprzestania wszelkich aktów agresji wobec Moniki i pozostałych osób w Kancelarii, nie wyłączając tych „zapachowych”.

Monice wytłumaczyłam, że na razie istota jest opanowana, a w najbliższym czasie odejdzie całkowicie. Marianek cierpliwy nie był i rozmawialiśmy już najbliższej nocy. Jak podejrzewałam zapił się na śmierć. Jego opowieść można skwitować słowami piosenki „nic nie boli tak jak życie”. Marian pochodził z biednej wiejskiej rodziny. Był bystrym, ciekawym świata dzieckiem. Nowy ustrój otworzył przed nim wiele możliwości. Skończył studia techniczne, a następnie handel zagraniczny. Oczywiście, jako dobry towarzysz był promowany i wspierany prze resztę ferajny. Pierwsze małżeństwo rozpadło się już po dwóch latach. Drugie trwało nieco dłużej, ale również zakończyło się fiaskiem. Marian wspierał swoją rodzinę, która pozostała na wsi. Z czasem ograniczył jednak kontakty do absolutnego minimum. Nie mógł znieść niewybrednych żartów rodzeństwa na temat własnej męskości. Nie spłodził dzieci. Drugie małżeństwo uświadomiło mu jego bezpłodność, żona już podczas sprawy rozwodowej była w ciąży z nowym partnerem. To go dobiło. Marian kupował coraz droższe samochody, meble, ubrania. Zagłuszał i zapijał samotność. Wreszcie ożenił się po raz trzeci. Nowej żonie nie przeszkadzała jego bezpłodność, za to pogłębiająca się choroba alkoholowa owszem. W tym czasie doszło do transformacji ustrojowej i nietrzeźwy Marian nie zdążył odpowiednio się ustawić. Wielu starych druhów nie wyciągało ręki w jego stronę. Próbował się leczyć, bez powodzenia. Umarł na zawał.

W pewnej chwili powiedział, że bardzo żałuje wielu uczynków, skrzywdził przecież mnóstwo osób, a najbardziej siebie. Chciałby przeżyć życie jeszcze raz. Oj, tu cię mam bratku, pomyślałam. Zasugerowałam delikatnie, że może to zrobić. Wystarczy odejść do światła i w odpowiedniej chwili wrócić do nowego ciała. Marian w związku z pracą wiele podróżował był między innymi w Indiach. Zapytał czy to prawda, że może się odrodzić, jako zwierzę. Chyba się tego bał. Odpowiedziałam zgodnie z moją wiedzą.  Jest kilka szkół, część z nich wyklucza możliwość odrodzenia się w ciele zwierzęcia lub pod postacią rośliny. Starałam się wytłumaczyć, że tkwiąc między wymiarami pogarsza swoją sytuację, a dręczenie żyjących jest karygodne. Nie wiem, czemu, ale wyrwało mi się: Marian wierzę w ciebie. Odszedł w asyście swojego przewodnika.

Dwa dni później zadzwoniła Monika. Nikt jej nie atakował, ale koniecznie domagała się rytuału. Nie wiem dokładnie, co miała na myśli. Pewnie coś spektakularnego. Przeczuwałam, że nie odzyska spokoju, jeśli nie dam jej odrobiny „magii”. Dla niej siła perswazji to żaden argument. Oczywiście wróciłam do Kancelarii, paliłam zioła i mantrowałam. Terapia leczenia lęków okazała się skuteczną.