Wszechstronnie utalentowany Karol

Przedstawiam dzisiaj opowieść, którą miałam przyjemność wysłuchać osobiście. Streściłam ją nieco i prezentuję, aby po raz kolejny zwrócić uwagę na to jak nomen omen, żywy jest kontakt z „tamtym światem” i jaki wpływ może wywierać na naszą rzeczywistość. Niejednokrotnie rozwój wypadków, bez tej ingerencji były zupełnie inny. Z doświadczenia wiem, że wiele osób zawdzięcza sporo wskazówkom i radom otrzymanym od zmarłych. Niektórzy poprawę standardu życia, inni inspirację do działania, a są i tacy, którzy zawdzięczają ocalenie od śmierci.

Moja rozmówczyni to Pani Anna, jej brat ma na imię Karol. Rodzice Pani Anny wychowali się w sierocińcu. Pochodzili z bardzo dobrych rodzin, byli rozpieszczanymi jedynakami. Koszmar wojny przerwał ich sielskie dzieciństwo. Dziadkowie Anny ze strony matki zginęli walcząc w powstaniu Warszawskim. Ciotka, która wzięła pod opiekę Marysię (mamę Anny) zmarła na atak serca i w ten sposób dziewczynka trafiła do sierocińca prowadzonego przez siostry zakonne. Dziadkowie ze strony ojca zostali zamordowani podczas rzezi Woli,jest to jedna z najstraszniejszych chwil w historii stolicy. Ojciec Anny (Wiktor) twierdził, że nie pamięta prawie nic z tamtych wydarzeń. Całą rodziną ukryli się w piwnicy. Kiedy usłyszeli zbliżających się Niemców i zdali sobie sprawę, że ta kryjówka ich nie uratuje, matka kazała mu wejść do starego kufra i narzuciła na tenże jakieś zniszczone ubrania. Potem słyszał płacz, krzyk i wreszcie wielki huk. Stracił przytomność. Po pewnym czasie ocknął się i wyszedł na ulicę. Błąkał się jakiś czas, miał szczęście, ponieważ pierwszą osoba, na jaką się natknął był Polak. Po różnych perypetiach znalazł się u zakonnic. Tam poznał Marysię, a ich dziecięca przyjaźń w miarę upływu czasu przekształciła się w miłość. Matka Anny skończyła szkołę pielęgniarską, ojciec technikum. Pobrali się i zamieszkali w wynajętym, maleńkim pokoju. Wtedy odezwała się dalsza krewna Marii. Odnalazła ją po tylu latach, co wydawało się cudem samym w sobie. Krewna ta jeszcze przed wojną wyjechała z Warszawy i osiadła na południu kraju. Młodzi małżonkowie przeprowadzili się do niej i dzięki temu ich dzieci Anna i Karol zyskały „przyszywaną” babcie. Karol od najmłodszych lat uwielbiał rysować. Można powiedzieć, że na podstawie prób i błędów sam doskonalił swoją technikę. Nauczyciel plastyki podkreślał wielokrotnie, że chłopak ma niezwykły talent i trzeba go wspierać. Niestety sytuacja materialna rodziny nie była najlepsza. Ojciec uległ poważnemu wypadkowi i był na rencie. Matka brała dodatkowe dyżury w szpitalu, ale i to nie wystarczało. W pobliżu ich domu mieścił się stary żydowski cmentarz i mocno zdewastowany dom pogrzebowy. W tamtym czasie cmentarz nie był porządnie ogrodzony i wielu mieszkańców okolicznych ulic chodziło tamtędy skracając sobie drogę. Karol natomiast przesiadywał tam często i namiętnie szkicował. Pewnego razu do rodziców Anny przyszła sąsiadka i bardzo zaniepokojona oznajmiła, że z Karolem dzieje się coś złego. Widziała kilkakrotnie jak podczas rysowania rozmawia sam ze sobą. Kiedy sąsiadka poszła, rodzice zawołali Karola i zapytali:, czemu mówisz sam do siebie? Na, co chłopak spokojnie odpowiedział, że nie mówi do siebie tylko rozmawia z panem, który jest bardzo miły i zna mnóstwo ciekawych historii. Ze sterty rysunków wyciągnął kilka, na których jak twierdził przedstawił tego właśnie pana. Rodzice zaniemówili. Przyjęli, że skoro sąsiadka nikogo nie widziała to Karol wymyślił sobie tą postać. Na wszelki wypadek zabronili mu chodzić na cmentarz. Oczywiście chłopiec nie posłuchał. Kiedy Maria dowiedziała się, że znowu rysuje na kirkucie (zasługa usłużnej sąsiadki) poszła po niego. Na miejscu zastała Karola i jakiegoś eleganckiego pana, który z nim rozmawiał. Była zdenerwowana i potraktowała obu dość nieprzyjemnie. Mężczyzna ten przywitał się grzecznie. Po chwili zaczął tłumaczyć, że odwiedza groby przodków i kiedy zauważył szkicującego chłopca podszedł do niego. Rysunki, które zobaczył tak go urzekły, że gotów jest za nie zapłacić. Chce, bowiem koniecznie pokazać je swoim znajomym. Maria wybrała parę szkiców i wręczyła je nieznajomemu. Nie przyjęła wtedy pieniędzy. Po kilu tygodniach, podczas dyżuru jedna z lekarek poprosiła ją o chwilę rozmowy na osobności. Niby nic nadzwyczajnego, jednak jak się później okazało ta rozmowa miała wielki wpływ na życie całej rodziny, a Karola w szczególności.

Lekarka na wstępie poprosiła , aby wszystko, co zostanie powiedziane zostało między nimi. Najpierw zapytała Marię, czy Karol przychodzi na stary kirkut (o tym, że chłopiec jest uzdolniony plastycznie wiedział cały szpital), Kiedy uzyskała potwierdzenie, powiedziała, że jest Żydówką i na spotkaniu w bliskim jej gronie osób, ktoś pokazywał rysunki niezwykle uzdolnionego chłopca. Na podstawie opisu domyśliła się, że może chodzić o Karola. Zaproponowała, aby Karol narysował wszystkie macewy i zrobił więcej portretów tego szczególnego mężczyzny, z którym rozmawia. Wytłumaczyła oniemiałej Marii, że ten pan na rysunkach to ostatni przedwojenny rabin, jaki pełnił swoje obowiązki w tym miejscu. Rabin został zamordowany dawno temu, ale skoro ukazał się chłopcu to znaczy, że ma coś istotnego do przekazania. Podkreśliła raz jeszcze, że nie ma wątpliwości, co do tożsamości osoby rabina.

Zaproponowała w imieniu własnym i przyjaciół, wysoką zapłatę za rysunki oraz stypendium dla dziecka wypłacane do czasu ukończenia edukacji.

Anna poznała treść tej rozmowy podsłuchując rodziców, którzy przez wiele godzin dyskutowali jak zachować się w takiej sytuacji. Mieli mnóstwo wątpliwości, a kontakt Karola z duchem rabina wydawał im się nierealny. Z drugiej strony wiedzieli, że dziecko samo z siebie nie byłoby w stanie stworzyć perfekcyjnego portretu osoby, której nigdy nie widziało. Perspektywa stypendium oraz dużej kwoty na bieżące potrzeby nie pozostała bez znaczenia. Doszli do wniosku, że Karol może zarabiać rysując, co do reszty uznali, że dzieją się rzeczy, o których i tak nie są w stanie rozstrzygać.

Karol rozmawiał z rabinem, a treść tych rozmów przekazywał wyznaczonej osobie. Rysował też macewy i budynek przycmentarny, jego dzieła masowo opuszczały nasz kraj. Regularnie spływały zamówienia na następne. Chłopiec pozostawał pod opieką świetnie wykwalifikowanych nauczycieli. Dzisiaj jest architektem, maluje z tym samym zapałem, co kiedyś. Niechętnie rozmawia o kirkucie i tamtych wydarzeniach, twierdzi, że to zbyt osobiste. Jednak portret starego rabina wisi w jego domu. Anna jest zdania, że brat i jego talenty wyprowadziły rodzinę z wielkiego impasu. Otworzyły wszystkich nie tylko na nowe możliwości, ale także bardzo rozwinęły duchowo.  Jej ojciec do końca życia zgłębiał temat kontaktów osób żyjących z zaświatami.

 

 

Sprawa Estery – kirkut w Lesku

Jak wspomniałam w poprzednim wpisie mój niestrudzony towarzysz, czyli Tadeusz zorganizował mi czas również na wakacjach. Przed samym wyjazdem dowiedziałam się tylko, że jest sprawa do załatwienia na kirkucie w Lesku. Już pierwszej nocy po przyjeździe nad Solinę Tadeusz przyprowadził Esterę. Zapytał czy chcę z nią rozmawiać. Oczywiście, że chciałam. Nie sposób odmówić tak uroczej osobie jak ta dziewczyna. Prześliczna, przy tym bardzo skromna. Gdybym miała użyć tylko dwóch sów, aby scharakteryzować jej fizjonomię powiedziałabym: łagodna i smutna.

Wielką trudność dla mnie stanowi opisanie tego, co odwiedzający mają mi do przekazania. To wszystko dzieje się bardzo szybko. Jakbym oglądała film z ich życia w niesamowitym przyśpieszeniu. Obraz zatrzymuje się tylko w najistotniejszych momentach. W historii Estery nie detale są najważniejsze, choć było ich wiele, ale powód, dla którego pokutniczo tułała się od wielu lat. Kiedy do Leska weszli Niemcy, wyjechała z miasta w towarzystwie Polki, która chciała ratować ją za wszelką cenę. Estera miała fałszywe dokumenty, a jej aryjski wygląd ułatwił sprawę. Od razu wyjaśniam, że kobietą nie kierowała chęć zysku, a zgoła inne powody. Obie podróżniczki szczęśliwie dotarły do celu, którym była pewna parafia – proboszcz (o ile dobrze zrozumiałam) był spokrewniony z opiekunką Estery. Niestety wydarzyła się tragedia, kobieta zginęła podczas strzelaniny na jakiejś stacji kolejowej. Ksiądz przez zaufanego człowieka usiłował zapewnić dziewczynce bezpieczne schronienie. I tak przewożono ją z miejsca na miejsce. Większość ludzi zaangażowanych w jej ratowanie zginęła. Estera była świadkiem śmierci ostatniej ze swoich opiekunek.

„Powinnam była zostać z rodzicami. Podzielić ich los w święto Jom Kipur. Wiesz oni wszyscy wtedy zginęli. Moi rodzice, dalsi krewni, najlepsza przyjaciółka. To było moje przeznaczenie. Ofiara Izraela. Pamiętam pożegnanie z mamusią, powiedziała, że tak trzeba, że jak się skończy ten straszny czas to ona mnie znajdzie. Przeżyła moich krewnych zaledwie dwa i pół roku. Za moje życie zapłaciło wielu ludzi, cenę najwyższą. Nie mogę o tym myśleć spokojnie. Tadeusz mówi, że czas iść dalej. „

Zapytałam, co mogę dla niej zrobić.

„Idź do synagogi opisanej, jako dom boży. Zmów modlitwę. Idź na kirkut, pokaże ci gdzie, połóż kamień w moim imieniu”.

Przez moment zobaczyłam obraz kirkutu. Zapamiętałam kilka charakterystycznych szczegółów. Jednak, co do modlitwy pojawiła się pewna niezręczność. Ja nie znam żadnej modlitwy  judaistycznej. Estera wypowiedziała pewien tekst, pozostaje mi mieć nadzieję, że niczego nie poprzekręcałam. Po przebudzeniu nie miałam pod ręką nic do pisania, a zatem musiałam liczyć tylko i wyłącznie na swoją pamięć.

„Boże Abrahama, Izaaka, Jakuba. Dusza, którą mi dałeś była czysta. Ty ją zachowasz. Ty ją odbierzesz. Boże moich przodków ulituj się. Haszem Panie wszystkich dusz.. Skoro nadeszła pora Ty ją zachowaj. Ty ją odbierz.”

Pierwsza część zadania była stosunkowo prosta . Na budynku synagogi widnieje wszak hebrajski napis, który przetłumaczono na język polski „ O, jakimże lękiem napawa to miejsce! Nic tu innego, tylko dom Boży”. W środku znajduje się galeria sztuki. Los mi sprzyjał, nie było żadnych turystów. Odmówiłam modlitwę zgodnie z prośbą trzykrotnie. Gorsza sprawa z kirkutem. Na miejscu okazało się , że jest bardzo rozległy i przy moim braku orientacji w terenie odnalezienie wskazanego grobu mogło okazać się niemożliwe. Zebrałam myśli skupiając się na charakterystycznych elementach. Wreszcie udało się znalazłam to miejsce. Aby dojść do grobu, na którym tak bardzo zależało Esterze, musiałam nieźle się ubłocić i poparzyć pokrzywami, ale było warto.Kamyk spoczął na grobie jej przodków.

 

Heroizm w czasach ciemności

Przekaz otrzymany około 2-3 lat temu – wracam do niego aby w ten skromny sposób upamiętnić osobę, której heroiczna postawa pozostawiła we mnie niezatarty ślad.

 

Znalazłam się w pobliżu dworca PKP w moim rodzinnym mieście.Przy betonowym ogrodzeniu stał starszy pan, ubrany był w bardzo charakterystyczny sposób.

Czapka obszyta futrem, chałat, szal modlitewny, nosił pejsy – jednym słowem ortodoksyjny żyd.Gestykulował nerwowo i cały czas spoglądał przez otwory w ogrodzeniu.

Podeszłam do niego zastanawiając się, co tym razem  będzie mi dane?

Starszy pan odezwał się pierwszy: pani patrzy! Jak psa zabili i jak psa zakopali, a tu zaraz kirkut niedaleko! Jak psa zakopali bez modlitwy, pani patrzy?

Za płotem ujrzałam zupełnie inny świat.Przerażające widowisko upadku moralnego jednej nacji i zagładę drugiej. Dwóch Niemców w mundurach SS urządzało sobie zabawę przeganiając z miejsca na miejsce, młodego człowieka, który niósł na ramionach duży kamień.Miałam wrażenie, ze oprawcy obstawiali zakłady ile takich powtórek wytrzyma ów nieszczęśnik.W pewnej chwili chłopak zatrzymał się i rzucił kamień na ziemię. Na krótką chwilę obrócił głowę w stronę swoich dręczycieli. Te oczy! Mówiły wszystko, wybrał jego zdaniem honorową śmierć.Zaczął biec, esesmani przestali się śmiać, jeden z nich wyciągnął broń, strzelił.

Ciało leżało przy torach cały dzień i noc.Wreszcie przyszło dwóch mężczyzn, zabrali zwłoki na taczki, zakopali w krzakach niedaleko torów. Spieszyli się, a zatem mniemam, że zgody na ten swoisty pochówek nie mieli.

Spojrzałam na mojego rozmówce – widzi pani jak psa! Ja tu stoję i patrzę i nie mogę go zostawić samego! Tu nasz kirkut niedaleko!

Zrozpaczony mężczyzna powtarzał ciągle te same słowa, jak w transie, niemalże automatycznie.

Chciałam coś powiedzieć, jakoś go pocieszyć, ale nie da się ukryć, że różnice kulturowe mają znaczenie nawet w tak niecodziennej sytuacji.Zwróciłam się prostymi słowami:

Pana syn jest już blisko Boga, poszedł do światła! Zrozpaczony ojciec zamilkł.

Pana syn jest już po drugiej stronie i na pewno na pana czeka, pan powinien podążyć za nim! Tutaj zatrzymuje pan przeszłość, tutaj nic się nie zmieni. Pan nie mógł syna uratować, ta pokuta nie ma sensu. Pokutuje się za czyny popełnione. Popatrzył na mnie i zaczął dosłownie rozpływać się w powietrzu.

Po przebudzeniu długo nie mogłam otrząsnąć się z tego ,co mimowolnie stało się moim udziałem. Dwie  rzeczy nie dawały mi spokoju: oczy tego chłopca i ten „niedaleki kirkut „

Jedyny cmentarz wyznaniowy, jaki znałam był położony daleko od dworca, przyjęłam, więc, że dla istoty bezcielesnej 100 metrów czy klika kilometrów nie stanowi różnicy. Nie badałam sprawy dokładnie.

Jakież było moje zdziwienie, kiedy zupełnie przypadkowo dowiedziałam się, że ten cmentarz istnieje i rzeczywiście położony jest niedaleko dworca.Syn naszych przyjaciół zdobywał punkty w PTTK i jednym z miejsc, które zwiedzał był kirkut.Opowiadał o tym cmentarzu, jak malowniczą wyglądają groby porosłe bluszczem, a moje myśli uciekały do tego niezwykłego spotkania.