Historia z Kresów Wschodnich

Ponieważ bardzo interesuję się historią, a okresem II Wojny Światowej w szczególności, chętnie oglądam programy poświęcone tej tematyce. W ten sposób trafiłam na niezwykle interesująca relację osoby ocalonej z rzezi wołyńskiej.

Świadkiem tragedii była pani Władysława Kamińska, która w momencie nagrywania programu miała ponad osiemdziesiąt lat. Jej opowieść była niezwykle szczegółowa i nacechowana ogromnymi emocjami. Natychmiast zaczęłam robić notatki, aby żaden szczegół, z tej bezcennej dla mnie opowieści, nie umknęły mojej pamięci.

Dramatu Polaków, mordowanych z niewyobrażalnym okrucieństwem przez bojówki UPA zapomnieć nie sposób. Na dom rodzinny pani Władysławy również napadnięto. Dokładnie 22.03.1943 rozegrały się sceny, których oczy żadnego dziecka na świecie nie powinny oglądać. Napastnicy zabili ojca, a pani Władysława, jej siostra Kazia, brat Staszek i matka cudem uniknęli śmierci, chroniąc się w pobliskim lesie. Z wielkim trudem dotarli do wsi Pendyki, gdzie Polacy usiłowali stawiać opór napastnikom. Niestety, obrońcy nie dysponowali wystarczającą ilością broni i amunicji. Kilka dni później również Pendyki zaatakowano, a nielicznie ocaleni, zbiegli do lasu.

W trakcie panicznej ucieczki, zaginął gdzieś brat pani Władysławy, a ona została w nieznanym sobie otoczeniu wraz z mamą i siostrą. Ten ogromny obszar leśny ciągnął się kilometrami, a przerażone kobiety nie miały pojęcia, gdzie się znajdują i jak dostać się do Cumania, miasteczka, w którym mogły liczyć na schronienie. Błądziły przez cały długi dzień, na mrozie, bez jedzenia. Usta zwilżały śniegiem. Ponieważ ich mama była bardzo słaba, utworzyły coś w rodzaju jamy z gałęzi i śniegu.

Pani Władysława wspominała, że przytuliły się do siebie, żeby nie zamarznąć, a jej starsza siostra modliła się i wzywała ojca, choć doskonale wiedziała, że on nie żyje.

„Tatusiu całe życie byłeś dla nas taki dobry. Wesprzyj nas i teraz, wyratuj nas z tej opresji. Błagam wyprowadź nas z tego lasu, bo my tu zginiemy albo z głodu, albo z zimna”.

Umęczona matka i pani Władysława w końcu usnęły. Rano, po przebudzeniu zauważyły, że Kazia jest niezwykle spokojna, wręcz uśmiechnięta. Były tym bardzo zdziwione. Kazia szybko wytłumaczyła, że w nocy tata do niej przyszedł i dał wskazówki jak dojść do Cumania.

„Ja jestem osobą wierzącą, ale do takich zjawisk podchodzę sceptycznie. Niemniej siostra moja do końca życia, przysięgała, że tej nocy nie spała, a nasz tata stał przy niej jak żywy. Starsza siostra, była poważna i rzetelna jako człowiek. Nie wiem jak to możliwe, ale stał się cud i dzięki otrzymanym wskazówkom uratowałyśmy się od śmierci. W tym ogromnym lesie nigdy byśmy sobie nie poradziły i nie odnalazły drogi, zwłaszcza, że w tym okresie wszystkie drogi i dróżki przysypał śnieg.” Tak skomentowała sytuację pani Władysława.

Dla umęczonych kobiet, informacje otrzymane od ojca były ostatnią iskierką nadziei. Szły zgodnie ze wskazówkami.

„Jak będzie świtać, skierujcie się na prawo od wschodzącego słońca. Pierwszym znakiem, że idziecie w dobrym kierunku będzie polana, a na niej jedna samotna sosna. Drzewko będzie pozbawione gałęzi tylko z kilkoma zielonymi gałązkami na czubku. Kierujcie się prosto na tę sosnę, a jak ją miniecie, to wkrótce, po prawej stronie znajdziecie tory kolejowe. Od lat nieużywane, zardzewiałe, ale poznacie, że tam biegła linia kolejowa. Teren się tam mocno obniża. Idźcie wzdłuż tych torów, jednak broń Boże nie wchodźcie na nie. Lasem trudniej iść, ale na torach będziecie za bardzo widoczne. Cały czas trzymajcie się torów. Dalej zobaczycie takie leśne jeziorko. Mimo, że tam jest śnieg, to je znajdziecie, bo wygląda jak głęboki dół, a wokół niego mniej drzew rośnie, tylko same krzaki. Tam jest taki teren, że jeziorko zwróci waszą uwagę. Droga wiodąca od tego jeziorka zaprowadzi was do Cumania.”

Z niewyobrażalnym wysiłkiem, wspierając matkę, która mdlała ze zmęczenia doszły do celu. Trasę pokonały zgodnie z instrukcją ojca.

Pani Władysława wspominała:

„Na skraju Cumania, stał mały kościółek, a wokół niego zgromadziło się sporo ludzi. Jak się okazało niektórzy nas znali i kiedy zobaczyli, że się zbliżamy zaczęli wołać: Boże, pani Sewrukowa z córkami idzie!

Mój brat Staszek ocalał i był w tym kościółku, a tam już odprawiano msze za nasze dusze, gdyż Staszek nie mając wiedzy o naszym losie był przekonany, że zginęłyśmy z rąk UPA. Myśmy z osłabienia padły na ziemię, a jeden z naszych znajomych wbiegł do tego kościółka i na cały głos krzyczał: Staszek, Staszek, twoja matka z siostrami przyszły, one żyją!

I tak już dalej w tej biedzie, tragedii i poniewierce trzymaliśmy się razem”.

Wzruszająca opowieść, ze wszech miar warta przytoczenia i zachowania dla potomnych. Cenne świadectwo opieki duchowej oraz prawdy historycznej, której ciężar i groza kładą się cieniem na pokolenia.

Na wielu pomnikach i obeliskach poświęconym ofiarom zbrodni wołyńskiej znajdziemy ten cytat:

Jeśli zapomnę o Nich, Ty Boże na Niebie, Zapomnij o mnie!

Adam Mickiewicz, Dziady

 

 

Historia pewnej niezwykłej kobiety

Historia, która opisuję została mi przekazana przez babcię mojej koleżanki podczas rozmowy telefonicznej dosłownie kilka dni temu. Moja rozmówczyni Pani Krystyna urodziła się na Kresach Wschodnich Rzeczypospolitej. Jej ojciec był weterynarzem, a mama położną. Te jakże praktyczne i potrzebne zawody w znacznym stopniu ułatwiły im przetrwanie najgorszych czasów. Mieszkali w pięknej, malowniczo położonej miejscowości, gdzie ludność ukraińska, polska i żydowska żyła bez większych konfliktów. Ich najbliższą sąsiadką była pani Żukowa nauczycielka matematyki. Wspaniały pedagog, osoba całym sercem oddana swoim uczniom. Po wybuchu wojny, kiedy ludność żydowska została pomordowana na miejscu lub wywieziona, a Polakom w niewybredny często sposób, dawano do zrozumienia, że „ich czas się zbliża”, rodzice Krystyny zapakowali najcenniejszy dobytek i po prostu uciekli. Gdyby tego nie zrobili zginęliby straszną śmiercią. Po wojnie dowiedzieli się od cudem ocalonych, że Pani Żukowa ratowała i ostrzegała wiedząc doskonale, na co się naraża. Żyła samotnie, a jedynym jej towarzyszem był wilczur Bej. Ta wspaniała kobieta za pomoc „Lachom” zapłaciła cenę najwyższą.

Po różnych perypetiach rodzina Krystyny zamieszkała na Górnym Śląsku. Minęło ładnych parę lat i Krystyna rozpoczęła studia na Politechnice. Pewnego razu wracała z zajęć wyjątkowo późno. Była jesień, mżyło. Dziewczyna marzyła tylko o tym, aby znaleźć się w domu. Pomyślała, że absolutnie wyjątkowo skorzysta ze skrótu przez „padoły” jak określano ten teren. Rodzice bardzo prosili żeby tego nie robiła. Znajdował się tam poniemiecki bunkier, w którym zbierało się szemrane towarzystwo. Poza tym stały ruiny jakiegoś budynku, rosły różne krzaki jednym słowem nie była to bezpieczna okolica. Młodzieńcza brawura zrobiła swoje. Krystyna skręciła w boczną uliczkę wiodącą wprost do „padołów”. Nagle zauważyła starszą kobietę z psem. Kiedy zbliżyła się do niej kobieta bardzo stanowczym głosem powiedziała – odejdź stąd tam źle się dzieje- wskazała jednocześnie ręką w stronę feralnego miejsca. Moja rozmówczyni stanęła jak wryta. Kobieta powtórzyła to samo zdanie. Krystyna jak na rozkaz zawróciła i zrobiła kilka kroków w przeciwnym kierunku. Dzisiaj nie potrafi tego wytłumaczyć, po prostu zachowała się jak automat wykonujący polecenie Po chwili uświadomiła sobie, że ta kobieta była niesamowicie podobna do Pani Żukowej. Odwróciła się, ale nikogo już nie było. Od strony „padołów” usłyszała dziwne odgłosy. Opanował ją nieopisany strach. Całą drogę do domu biegła, dopiero przed budynkiem zatrzymała się, aby nieco ochłonąć. Nie miała ochoty tłumaczyć domownikom swojego stanu. Następnego dnia dużo myślała o tym dziwnym zajściu. Kiedy wróciła do domu zastała rodziców bardzo poruszonych Okazało się, że na „padołach” znaleziono zwłoki kobiety. Po domach chodzili Milicjanci i rozpytywali ludzi o to czy w okolicy nie kręcił się ktoś podejrzany.

Pani Krysia w tym momencie nie wytrzymała, rozpłakała się i opowiedziała rodzicom o tym, co ją spotkało poprzedniego wieczora. Jej mama podsumowała sprawę krótko Pani Żukowa była wcielonym aniołem, a śmierć miała męczeńską wierzę, że ma szczególne łaski od Boga.

To nie koniec historii. Po ukończeniu studiów Krystyna podjęła pracę w dużym przedsiębiorstwie. Jej funkcja wiązała się z częstymi wyjazdami. Miedzy innym oddelegowano ją do Szczecina na zjazd branżowy. Jakież było jej zdziwienie, kiedy w gronie delegatów dostrzegła kolegę z lat dziecięcych. Andrzej – wyjątkowo żywy i psotny chłopak, takim go zapamiętała. Teraz był już lekko łysiejącym panem z zaokrąglonym brzuszkiem. Nie miała jednak żadnych wątpliwości, że to on. Był najgłośniejszy w całej grupie i miał charakterystyczne znamię na twarzy. Zaczepiła go pytając skąd pochodzi. Andrzej szybko skojarzył, jej osobę. Takie spotkanie po latach musiało mieć ciąg dalszy. Po zakończeniu części oficjalnej spotkali się na kolacji i wspominali czasy dzieciństwa. Wojenną tułaczkę. Rodzina Andrzeja kilkakrotnie zmieniała miejsce pobytu. W pewnej chwili Krystyna zapytała kolegę czy pamięta Panią Żukową? Potwierdził i z wielkim ubolewaniem odniósł się do okoliczności jej śmierci. Krystyna najpierw się zawahała, ale w końcu opowiedziała Andrzejowi zdarzenie z czasów studenckich. Kiedy mówiła kolega słuchał jej bardzo uważnie, przy czym dosłownie zmienił się na twarzy.

-Nie wierzysz mi, czy w ogóle nie wierzysz w takie rzeczy zapytała.

-Wiesz w tych sprawach jestem raczej sceptyczny, ale faktem niepodważalnym jest, że moja matka organizując nasz wyjazd w głąb Polski działała z inspiracji Pani Żukowej.  To znaczy miała taki dziwny sen, Pani Żukowa podała jej konkretną datę i zaznaczyła, że do tego czasu musimy znaleźć się u naszych krewnych w Galicji. Jeśli tego nie zrobimy wszyscy zginiemy. Mama moja bardzo wzięła sobie to do serca i wykorzystując wszystkie możliwości legalne i nielegalne doprowadziła do wyjazdu. Po drodze mieliśmy różne perypetie. W pewnym momencie zostaliśmy prawie bez grosza, a do przejechania był jeszcze szmat drogi. Rodzice sprzedali obrączki, aby nabyć bilety na pociąg. Spaliśmy w jakiejś szopie niedaleko dworca. Wtedy mamie ponownie przyśniła się nasza nauczycielka i powiedziała abyśmy nie wsiadali do tego konkretnego pociągu. Mama podobno zapytała, czemu mamy tego nie robić. Usłyszała, że stanie się coś złego. Przełożenie wyjazdu wiązało się z wieloma problemami. Mama w tym śnie płakała i powiedziała, że nie ma siły tak się męczyć. Pani Żukowa prosiła ją żeby była dzielna, bo przed nią długie życie, a z syna będzie bardzo dumna. Kiedy następnego dnia mama oznajmiła ojcu, że przekładamy wyjazd był wściekły powiedział, że z tego wszystkiego pomieszało jej się w głowie. Moja mama nie ustąpiła. Powiem ci tylko, że nie rozmawialibyśmy dzisiaj gdyby podróż odbyła się planowo. Mama rok rocznie o tej samej porze chodzi na cmentarz i w ten symboliczny sposób honoruje pamięć Pani Żukowej.

Staraniem kilku osób po latach udało się postawić symboliczny nagrobek dla tej niezwykłej kobiety.