Piękna choć dramatyczna historia narodzin


Drodzy Państwo czytając list od Pani M., który zamieszczam poniżej przypomniałam sobie pewną rozmowę. Młodego księdza zapytano czemu modlił się przez całą noc? Odparł: moja siostra rodziła pierwsze dziecko i w ten sposób chciałem ją wspierać. Wierzę, że kiedy drzwi życia otwierają się bardzo szeroko to siłą rzeczy i drzwi śmierci muszą się uchylić. Pięknie powiedziane. Moment porodu to rzeczywiście szczególny czas. Bardzo mnie drażni nazywanie tego cudu „czynnością fizjologiczną”. Owszem jesteśmy istotami z krwi i kości, ale również nosimy w sobie boską cząstkę, która pozwala czuć i rozumieć więcej. Tekst jest dość obszerny, jednak zdecydowanie wart przeczytania i przemyślenia. Pani M. dziękuję za poświęcony czas, szczerość i dobrą energię !

„Od dzieciństwa towarzyszyły mi dziwne przeczucia, urywki wspomnień, zainteresowanie zupełnie innymi tematami niż te, które były poruszane w mojej rodzinie. Druga, ta nieznana strona, też mnie interesowała. Nie mniej jednak, teraz chciałam opisać i podzielić się z Panią i innymi forumowiczami, moim spotkaniem z aniołem.
Lat temu 16 zaszłam w ciążę- nie był to stan błogosławiony, ponieważ moja rodzina nie była tym uszczęśliwiona- fakt, ojciec dziecka postanowił nie mieć z nami nic do czynienia.  Nie byłam nastolatką ( miałam 23 lata), i naprawdę nie było to tragedią. W związku z atmosferą jaka towarzyszyła mojej ciąży, w trakcie miałam nadciśnienie tętnicze i cały czas miałam brać leki na obniżenie. Gdzieś w 6-7 miesiącu miałam sen, że moje dziecko jest już niemowlakiem, pływa w pięknym morzu i nagle zaczyna się topić. W ostatniej chwili zostaje wyciągnięte i uratowane. Do dziś pamiętam ten koszmar. Wtedy też w mojej świadomości zagnieździła się pewność, że to będzie syn- miałam kilkakrotnie robione USG, ale na żadnym nie było widać jakiej płci będzie moje dziecko.
Termin porodu wyznaczono na 10 września. 30 sierpnia zostałam odwieziona do szpitala, bo miałam strasznie wysokie ciśnienie. Na miejscu, ze względu na niesprzyjający czas- weekend, nie zrobiono ze mną praktycznie nic, poza podawaniem magnezu w kroplówce. Tak minęła sobota, niedziela, poniedziałek- stan mój nie ulegał poprawie, a wręcz przeciwnie- powoli ale sukcesywnie ciśnienie wzrastało. We wtorek rano młoda położna przestraszyła się podczas rannego pomiaru, nawet nie chciała mi powiedzieć ile, stwierdziła , że widocznie aparat się popsuł i błyskawicznie poszła po lekarza. I w tym momencie zaczął się koszmar- lekarze zaczęli się zastanawiać co zrobić- padła propozycja wywoływania porodu, nie podjęto żadnych działań , wszyscy czekali na moją reakcję czyli kopertę… Wtedy zaczęło do mnie docierać, że to chyba czas zawalczyć o siebie. Zdałam sobie sprawę, że zbliżam się do granicy, że to chyba jeszcze nie mój czas na umieranie, ale skoro ma być mój, to chciałam żebyśmy na tę drugą stronę przeszli razem, żeby mój synek nie był sierotą. I w pewnym momencie powiedziałam, że wychodzę na własne żądanie, jadę do innego szpitala, gdzie od razu wykonają mi cięcie. W tym momencie na salę wszedł kolejny, nieznany mi wcześniej lekarz i powiedział- zróbcie coś z nią natychmiast. Wszyscy wyszli , wrócili po chwili i ten nowo przybyły lekarz powiadomił mnie, że podjęto decyzję o cesarskim cięciu i on jako chirurg będzie mnie operować. Przewieziono mnie na salę operacyjną, podłączono kroplówki pod obydwie ręce- do 17 liczyłam, potem straciłam rachubę. Generalnie rozmawiał ze mną chirurg, reszta lekarzy nie, później zastanowiło mnie stwierdzenie opryskliwego anestezjologa, że mam tyle nie mówić… Po chwili od rozpoczęcia operacji zobaczyłam mojego synka- wyglądał tak samo jak w tym śnie. Chwilę przed tym zakołatała mi taka myśl w głowie, że jeśli będzie to syn, to będzie wszystko w porządku. Odetchnęłam z ulgą. Przewieziono mnie na salę pooperacyjną. Tam rozpoczął się kolejny akt tego przykrego przedstawienia- po tym znieczuleniu nie mogłam się ruszać, spadł mi koc ze stopy i ukazały się brunatne wręcz palce. Zdębiałam, bo skąd u mnie takie brudne stopy??? Gdzieś w okolicach głowy słyszałam jednostajny odgłos kapania i nagle koło pachy poczułam dziwne , lepkie ciepło. Okazało się , że leżę cała we własnej krwi, która wylewa się ze mnie litrami i kapie na podłogę. Nie chcę wspominać reakcji pań pielęgniarek, bo szkoda słów i nerwów, żeby wracać do tych przykrych zdarzeń. I znów pojawił się chirurg, znów to on mnie właściwie zaopatrywał, przekazał informację, że synek śliczny i zdrowy i że będzie dobrze. Przychodził na dół- sala poporodowa znajduje się w podziemiach szpitala – i w końcu , mimo nadal silnego krwotoku, podjął decyzję, żeby mnie przewieźć na normalną salę. Przeniesiono mnie na łóżko, nadal w stanie krytycznym, bo okazało się, że kilka godzin wcześniej powinnam odzyskać władzę w nogach po znieczuleniu, a ja nadal nie miałam czucia od pasa w dół. Lekarz stanął nade mną i powiedział, że jeśli do godziny 4 rano ( a było wtedy około północy) nie ustanie krwotok będzie musiał przeprowadzić reoperację i teraz prosi o podpisanie zgody. Powiedziałam , że podpiszę wszystko, ale musi dać mi słowo, że będę mieć ogólną narkozę. Po jego wyjściu pielęgniarka przyniosła mi synka i powiedziała, że według niej przy tak masywnym krwotoku nie obędzie się na pewno bez powtórnej operacji i doktor jest zbyt wielkim optymistą. O godzinie 3:59 krwotok ustał …. Obyło sie bez interwencji chirurgicznej. Mimo to , z powodu dużej utraty krwi zmuszeni byliśmy zostać w szpitalu tydzień- co wspominam jako coś okropnego. Cały personel tego, niegdyś renomowanego i do dziś znanego w całym kraju szpitala ;pacjentów, którzy nie mieli zwyczaju czy ochoty wręczać łapówek, traktował jak zło konieczne. Nastąpił dzień wypisu – w ten dzień, mimo że nie była to Wigilia, pielęgniarki przemówiły ludzkim głosem w oczekiwaniu na dowody wdzięczności. Ja chciałam odwdzięczyć się tylko jednej osobie- chirurgowi – operatorowi, dzięki któremu udało nam się przeżyć. I jakie było moje zdumienie , kiedy na karcie wypisowej nie było ani pieczątki, ani nazwiska , ani podpisu ….. Wzięłam moją kartę leczenia szpitalnego- tam też nie było śladu po tym lekarzu… Chciałam go poszukać na innym oddziale- ale nikt nie umiał mi udzielić informacji o człowieku- a może nie człowieku- który podarował nam szansę. Później , jak opadły pierwsze emocje związane z pojawieniem się dziecka, z nową sytuacją, zaczęłam analizować to, co mnie spotkało. Przypomniały mi się słowa anestezjologa, że mam tyle nie mówić, ten dziwny brak pieczątek, godzinę w której minął krwotok i włosy uniosły mi się na głowie. Bo to chyba był mój anioł stróż- nie miał skrzydeł, był wysokim, postawnym, przystojnym mężczyzną, bardzo sympatycznym, z poczuciem humoru, ale bardzo rzeczowym. Emanował z niego dziwny spokój i pewność siebie.
Nie wiem czy to było majaczenie, ja jestem pewna, że ON wpłynął na lekarzy na oddziale porodowym, żeby przeprowadzili zabieg, ON mnie otwierał, zaszywał rany, tylko ON schodził na salę poporodową i tam się mną zajmował. I od momentu kiedy memu życiu już nic nie zagrażało więcej się nie pokazał. Minęło tyle lat, a ja jestem przekonana, że ten anioł stróż uratował mi życie i to nie raz. Drugi raz ingerował dokładnie trzy lata później, w dniu trzecich urodzin mojego synka. Właściwie nie mogę mówić, że tylko mnie, bo zawsze to idzie w parze z moim dzieckiem. Wracając ze sklepu , praktycznie w drzwiach domu uświadomiłam sobie, że nie kupiłam chleba. Postanowiłam, że pójdę szybko do sklepu na dół. Synek był w wózku. Coś mnie tknęło, wyjęłam go z wózka, ale nie zabrałam ze sobą. Został w domu ze swoją babcią. Przestępując próg wiedziałam, że za chwilę dostanę czymś w głowę- wymieniali okna i ponadto trwały prace przy ocieplaniu budynku- wrażenie było tak realne, że niemal widziałam lecący odłamek. Ale wiedziałam ,że jest to nieuchronne, mogłam się cofnąć, ale nie zrobiłam tego. Musiałam przejść przez próg, musiał mi spaść kawałek betonu na głowę… Nie straciłam przytomności, nie zemdlałam, wróciłam do mieszkania, zadzwoniłam na pogotowie i policję… A na pogotowiu okazało się, że stał się cud, bo trafiło w najmocniejsze miejsce na czaszce- milimetr obojętnie w którą stronę i byłoby po mnie…. I tak sobie myślę, że gdybym się cofnęła, to ten kamień w innym czasie czy w innym miejscu trafiłby mojego syna …. Nie wiem dlaczego tak myślę, ale uważam , że tak musiało być.  Dodam, że gdybym wtedy wróciła z wózkiem, to kamień spadłby na moje dziecko…
I od tego momentu zaczęły powoli dochodzić do głosu inne , tłumione odczucia. Ale tam anioła już nie było, tylko zbiegi okoliczności, które uświadomiły mi, że warto słuchać tego co mówi nam wewnętrzny głos, że warto jest otworzyć się na nieznane, że  to ,co czego nie widzi „szkiełko i oko” jest o wiele bardziej prawdziwe od namacalnych, materialnych testów i doświadczeń. Ale to temat na zupełnie inną opowieść.”

Mój opiekun Tadeusz

Witam po przerwie!

Dzisiaj pragnę przedstawić Wam mojego Opiekuna, który towarzyszy mi podczas podróży poza ciałem. Użyłam takiego sformułowania gdyż tylko w ten sposób można wytłumaczyć kontakty z istotami bezcielesnymi. Spotkania na poziomie astralu są możliwe.

Mój towarzysz przedstawił się, jako Tadeusz i trwa przy mnie od wielu lat. Nie wiem czy to jego prawdziwe imię, ale szczerze powiedziawszy nie ma to dla mnie większego znaczenia.

Doskonale pamiętam nasze pierwsze spotkanie. We śnie przeniosłam się na ulicę, wydaje mi się, że była to uliczka na Saskiej Kępie. Głęboka jesień, zmrok, słabe światło latarni i mężczyzna idący przede mną. W takich to „okoliczności przyrody” znalazłam się w owej chwili. Nie wiem, czemu ale odczułam silny imperatyw, aby iść za nim. Mężczyzna zatrzymał się i odwrócił w moją stronę. Patrząc mi prosto w oczy zapytał – boisz się mnie? Odparłam, że nie. Uśmiechnął się i tym jeszcze bardziej mnie do siebie przekonał. Są na tym świecie urocze istoty obojga płci, które posiadają zadziwiającą zdolność uśmiechania się całą swoją osobą. Tadeusz stanowi sztandarowy przykład tego zjawiska. Zaprosił mnie do swojego ulubionego miejsca. Można się było domyśleć, że tak elegancko ubrany pan posiada równie wykwintnie urządzone lokum. Tak znalazłam się w jego gabinecie. Nie chcę Was zanudzać opisami wnętrza, ale (choć nie jestem znawczynią tematu) słowo „wyrafinowane” bezsprzecznie oddaje istotę sprawy. Moją uwagę przykuł obraz wiszący rzec można na honorowym miejscu. Był to portret młodej, bardzo ładnej kobiety o ciemnych włosach, w stylizacji  a’la Pola Negri.

Tadeusz przedstawił się i niejako podążając za moim wzrokiem, dopowiedział, a to moja żona. Musiała być od niego sporo młodsza. Zapalił papierosa i po krótkim wstępie zaczęła się jego opowieść.

Jestem lekarzem, który wielokrotnie złamał przysięgę Hipokratesa, a konsekwencje tych haniebnych czynów złamały mnie. Nie żyłem honorowo i tak samo zmarłem. Mam sobie wiele do zarzucenia. Zmarnowałem wszystkie dobrodziejstwa, jakimi hojnie zostałem obdarowany przychodząc na ten świat. Rozmyślam nad tym, co uczyniłem i czego zaniechałem, mimo, że moim świętym obowiązkiem było wykonać pewne zadania. Urodziłem się w zamożnej rodzinie, jako drugie dziecko. Byłem rozpieszczany do granic rozsądku. Rodzice bardzo dbali o naszą edukację. Jeśli ma się dwóch synów zwykle aspiracje rodziców to wykształcenie jednego, jako prawnika drugiego, jako lekarza. Tak też się stało. Mój brat zaraz po aplikacji ustatkował się i ożenił. Ze względu na splot wielu okoliczności rodzinnych wraz z żoną osiedli na stałe w Warszawie. Ja studiowałem we Wiedniu, praktykowałem za to we Francji i bardziej dla zabawy niż nauki podróżowałem po słonecznej Italii. Na krótką chwilę wróciłem do Paryża, gdzie wdałem się w burzliwy romans z mężatka. Jej mąż postawił warunek: albo wynoszę się do Polski ( odzyskaliśmy niepodległość, więc Polska nie była tylko przenośnią) albo on narobi mi kłopotów. Doskonale wiedziałem, co miał na myśli! Wiesz, lubiłem się zabawić, grać w karty, a to kosztuje. Rodzice opłacali naukę, ale ekscesów finansować nie zamierzali. Pojawiła się możliwość szybkiego zarobku i świetnych koneksji. Zacząłem jak to się mówi „wyciągać panny z kłopotu”. To nie były jakieś biedne dziewczyny, tylko żony, kochanki i córki znakomitych obywateli. Ich mężczyźni potrafili się zrewanżować nie tylko pieniędzmi, ale wsparciem i ochroną. Tym razem jednak trafiły się za wysokie progi, nawet na moje nogi. Wróciłem do kraju. Konkretnie zamieszkałem u brata i zacząłem organizować swoje życie w nowym miejscu. W odrodzonej Polsce o pracę dla lekarza nie było trudno. Z czasem stworzyłem własny gabinet, pracując jednocześnie w szpitalu. Pewnej mroźnej nocy pomogłem przyjść na ten świat mojemu bratankowi. Była to jedna z najpiękniejszych chwil w moim życiu. Radowałem się razem z jego rodzicami i wtedy po raz pierwszy pojawiła się refleksja na temat mojego dodatkowego źródła dochodu. Jak się domyślasz nie zaprzestałem świadczenia tych specyficznych usług. Przyśnił mi się mój profesor, który stał przede mną w wystudiowanej pozie i recytował przysięgę Hipokratesa, szczególnie dobitnie akcentując fragment:, jeżeli dochowam tej przysięgi, i nie złamię jej, obym osiągnął pomyślność w życiu i pełnieniu tej sztuki, ciesząc się uznaniem ludzi po wszystkie czasy; jeżeli ją przekroczę i złamię, niech mnie los przeciwny dotknie.

Postanowiłem zmienić swoje życie, założyć rodzinę i w pewnym sensie oszukać „los przeciwny”.

 

Historię Tadeusza będę kontynuować w następnym wpisie.

 

Efekt placebo,czy łaska wybaczenia ?

 

Czas na kolejną historię tym razem zawierającą wątek obyczajowy, nie mniej ważny od duchowego.

Marcin wrócił do domu po tak zwanym „ciągu dyżurów”. Przywitał się z żoną, która głosem pełnym rezygnacji poinformowała go, że młodsza córka zaraziła się od starszej i teraz obie mają anginę ropną. Rewelacja – szpital domowy. Jakby tego było mało, kontynuowała połowica, kilka razy dzwoniła twoja matka. Boli ją stopa i żąda żebyś: przyjechał, zbadał i wyleczył.

Ma sąsiada chirurga dosłownie vis a vis, mogła go poprosić!

Sugerowałam jej takie rozwiązanie, ale wykrzyczała mi w słuchawkę, że nie po to wydała krocie na twoją edukację, żeby się prosić sąsiada. Marcin nerwowo zacisnął szczękę – mama jak zwykle urocza!

Dasz radę z dziewczynkami? Wypiję kawę i pojadę zobaczyć, co jej dolega. Marcin zastał matkę leżącą na kanapie z prawą nogą opartą na poduszkach. Rzeczywiście stopa nie wyglądała dobrze, była zaczerwieniona i opuchnięta. -Mówiłem ci już sto razy, czas zrezygnować z butów na wysokim obcasie.

Miałam na sobie sandałki, kiedy to się stało. Poszłam na grób ojca i zobaczyłam, że krząta się tam kobieta. Schowałam się za drzewem i czekałam aż odejdzie. Kiedy sobie poszła, zbliżyłam się i zobaczyłam wielki bukiet z czerwonych róż. Ze złości wyjęłam go z wazonu rzuciłam pod drzewo i podeptałam. Kolec wbił mi się w palec i tak to właśnie było. Marcin pomyślał z goryczą, jakie to do ciebie podobne – mamo. Głośno powiedział: ewidentnie rozwija się infekcja, jesteś pewna, że to był kolec, a nie na przykład kawałek szkła, czy gwóźdź? To był kolec wyjęłam go sobie własnoręcznie.

Zabiorę cię do szpitala, zrobimy zastrzyk przeciwtężcowy i pomyślimy, co dalej. Marcin ty wiesz, że to była TA kobieta? Mamo nie czas teraz na roztrząsanie spraw rodzinnych, od wielu lat ty i ojciec żyliście każde swoim życiem, czy naprawdę masz mu za złe, że znalazł sobie kogoś innego? Matka zamilkła. Już w drodze do szpitala gwałtownie wzrosła jej temperatura. Po konsultacji z kolegami, Marcin postanowił zostawić matkę pod ich opieką, a sam pojechał do domu. Następnego dnia zrobiono komplet badań, które nie ujawniły przyczyny rozwijającego się stanu zapalnego. W dodatku najlepszy kolega Marcina, zatrzymał go na korytarzu i powiedział: nie gniewaj się stary, ale twoja mama, delikatnie mówiąc, ma trudny charakter. Mam nadzieję, że niebawem będzie można wypisać ja do domu. Ustawia wszystkich do koła z ordynatorem włącznie, a wiesz, że to się może zemścić na tobie. Marcin wszedł do izolatki i bez entuzjazmu rozpoczął tę trudną rozmowę. Matka obiecała nie ambarasować swoją osobą całego personelu i nagle wyznała:, kiedy wróciłam z cmentarza zasnęłam i śnił mi się ojciec. Był wściekły. Powiedział, że odpokutuje za to, co zrobiłam i nie chodziło mu bynajmniej o zniszczone kwiaty. Synu on chyba rzucił jakiś urok i teraz stracę nogę, jestem tego pewna! Ta nagła szczerość matki spadła na Marcina jak przysłowiowy grom z jasnego nieba. Jeszcze tego brakowało – czary jakieś! Mamo ja nie wierzę w takie rzeczy i w tym tonie rozmowy prowadzić nie zamierzam. Lada dzień będą wyniki z posiewu krwi, znajdziemy przyczynę i wyeliminujemy problem. Zachowujmy się jak ludzie wykształceni, żyjący w XXI wieku.

Wieczorem Marcin zwierzył się żonie z niedorzecznych wymysłów matki – klątwa, zemsta zza grobu – totalne brednie. Żona zamyślona milczała – tylko mi nie mów, że ty też w to wierzysz? Marcin wierzę, że twoja matką targają wyrzuty sumienia, wierzę, że istnieją choroby, które swój początek mają w psychice pacjenta, wierzę wreszcie, że badania przeprowadzono rzetelnie, a jednak nie wykryto żadnej jednoznacznej przyczyny wyjaśniającej jej chorobę. W to wierzę.

Minęło kilka dni, a stan matki pozostawał bez zmian. Mimo zmęczenia po nocnym dyżurze Marcin postanowił pojechać na cmentarz. Znalazł ową nieszczęsną wiązankę podeptaną i zaschłą. Jednak oprócz kolców nie doszukał się niczego, co mogłoby stanowić przyczynę infekcji. Usiadł na ławce obok grobu ojca i patrzył na jego zdjęcie. Bardzo mu go brakowało. Słońce świeciło coraz mocniej, zapowiadał się upalny dzień. Marcin zdrzemnął się i we śnie znalazł w domu rodzinnym. Siedział z ojcem przy stole, grali w szachy – jak zwykle przegrywał. W pewnym momencie ojciec podniósł wzrok z nad szachownicy i powiedział: przekaż jej żeby tu nie przychodziła. Rozumiesz? Nie chcę tego. Wybaczam twojej matce, ale nie chcę tych wizyt. Tato czy to ty zrobiłeś? No wiesz, chodzi mi o chorobę mamy. Synu przeceniasz moje możliwości. Jeśli chcesz jej pomóc – zastosuj placebo, najlepsze lekarstwo świata. Obudził go dźwięk dzwonka w telefonie. Dzwoniła żona: gdzie jesteś? Na cmentarzu i już wiem, co robić, teraz jadę po lekarstwo. Marcin pojechał wprost do swojego kolegi, właściciela apteki i świetnego farmaceuty. Wyjaśnił mu, sytuację i poprosił o pomoc. Kolega zaproponował maść o silnym, bardzo egzotycznym zapachu, która lekko rozgrzeje skórę, dzięki czemu chora nabierze przekonania, że specyfik działa. Aby pogłębić efekt psychologiczny polecił kupić jakieś egzotyczne puzderko w sklepie z rozmaitościami ze wszystkich stron świata.

 

Dzisiaj trudno powiedzieć czy na pacjentkę podziałała maść, którą( według zapewnień syna) sprowadzono aż z Ameryki Południowej ? Czy też przekaz od ojca – mówiący o wybaczeniu?

 

Jedno jest pewne Marcin wzbogacił swoją sztukę medyczną i zrozumiał, że wszystkie choroby zaczynają się w umyśle pacjenta.

Lekarz z powołania

Historia ta dzieje się na dwa lata przed wybuchem II Wojny Światowej, ale zdecydowanie mogłaby dotyczyć  czasów współczesnych.

Dwaj głowni bohaterowie to lekarze chirurdzy. Wiekowy, doświadczony Kazimierz i jego młodszy kolega Stanisław. Pan Kazimierz był bardzo szanowany za profesjonalizm i życzliwość okazywaną pacjentom. Po śmierci żony nieco zdziwaczał w wyniku czego, spędzał więcej czasu w szpitalu niż w domu. Pewnego razu jedna z pielęgniarek dość niefortunnie zażartowała, że jak tak dalej pójdzie to doktor umrze w pracy. Słowa te okazały się być prorocze. Kiedy przyjaciele i współpracownicy towarzyszyli Kazimierzowi w ostatniej drodze, Stanisław przebywał za granicą. Pojechał na zaproszenie swojego profesora z czasów studenckich. W klinice, którą profesor zarządzał przeprowadzano pionierskie jak na tamte czasy operacje. Kiedy Stanisław szczęśliwie wracał do kraju na dworcu czekała na niego ciotka Pela. Wyobraźcie sobie skrzyżowanie Hanki Bielickiej z postacią Natalii gospodyni księdza Mateusza z popularnego serialu. Jednym słowem osobowość nader wyrazista. Pelagia opiekowała się siostrzeńcem, dbała o jego mieszkanie i odzież oraz ustawicznie swatała z „odpowiednimi pannami”. Tonem nieznoszącym sprzeciwu zakomunikowała: dzwonili ze szpitala, tramwaj się wykoleił, jest wielu rannych, każdy chirurg na wagę złota, dorożka czeka, walizki sama odwiezie do domu. Stanisław zdążył jedynie powiedzieć – dzień dobry.

Dojechał do szpitala, gdzie praktycznie z marszu zajął się pacjentami. Operował wiele godzin, w życiu jeszcze nie był tak skrajnie zmęczony. Szczególnie dużo czasu poświęcił młodej dziewczynie, której  noga była złamana w kilku miejscach . Dziewczyna rozpaczała, bo za kilka miesięcy miała stanąć na ślubnym kobiercu. Stanisław dał jej słowo, że jako panna młoda zatańczy na swoim weselu. Wreszcie, po ostatnim zabiegu, oddalił się i zdrzemnął  w pokoju lekarskim. Nagle poczuł, że ktoś energicznie szarpie go za ramię.

Usłyszał głos Kazimierza – „ty tu śpisz a pacjentka się pogorszyła”.

Stanisław zerwał się na równe nogi i pobiegł za starszym kolegą, którego widział w całej okazałości. W stronę sali, gdzie przebywała wcześniej operowana dziewczyna spieszyła również pielęgniarka. Kiedy problem został zażegnany lekarz powiedział, dobrze, że mnie Kazik obudził. Pielęgniarka lekko pobladła i uświadomiła mu jak się sprawy mają. Lekarz był bardzo zakłopotany zwłaszcza, że wcześniej kpił z wojennych opowieści Kazimierza. Stary medyk często wspominał o duchach zmarłych żołnierzy, którzy odwiedzali go w lazarecie. Kilka miesięcy później podczas nocnego dyżuru Stanisław przyznał się innemu koledze do swojej „przygody z Kazikiem” i rozważał, jakie to figle płata mózg ludzki po wpływem  zmęczenia.

Odpowiedź zadziwiła go – ja też Kazia widziałem, był ze mną na sali operacyjnej, gdzie energicznie zganił mnie za brak precyzji podczas zabiegu.

Staszek to są rzeczy niezbadane, nie ma, co udawać chojraka, siostry mówią żeby za Kazia mszę zamówić, bo one również go widziały. Tak też się stało, odprawiono mszę, w której uczestniczyło wiele osób z personelu medycznego szpitala.

W niedługim czasie uwagę Stanisława przykuła urocza córka aptekarza, z którą spotkanie zaaranżowała niestrudzona swatka Pelagia . Życie toczyło się swoim rytmem, a Kaziu definitywnie przestał „wspierać” kolegów. Z resztą, kto by się wtedy skupiał na dobrej, choć zagubionej duszyczce. Na świat wypełzały okrutne demony wojny przeczuwając krwawą ucztę. One pochłaniały całą uwagę i niestety również energię ludzką.