Powroty z Zaświatów – spotkanie we Wrocławiu

Miło mi poinformować Państwa, że w dniu 28.10.2018 we Wrocławiu odbędzie się ciekawe spotkanie  „Powroty z Zaświatów” – w którym wezmę udział.

Organizatorem jest Studio VTV :

Zaproszenie na wykłady o tematyce duchowej, mediumicznej:  „Powroty z Zaświatów” Spotkanie odbędzie się w dniu 28 października (niedziela) w sali konferencyjnej Hostelu THE ONE na IV piętrze budynku. Rozpoczęcie godz. 11:15 Program jest na razie poglądowy i może ulec zmianie. Sala mieści około 50-80 osób. Wstęp wolny – wolne datki na salę, nie zapewniamy poczęstunku.

 

Miłość – na granicy światów

Inspirację do napisania dzisiejszego artykułu zaczerpnęłam z listu otrzymanego od Romana.

Roman stracił ukochaną żonę Lidię i nie może pogodzić się z jej odejściem. Lidia zmarła zdecydowanie przedwcześnie (56 lat) w wyniku zakażenia szpitalnego, które w konsekwencji doprowadziło do sepsy. List ten jest doprawdy niezwykłym dowodem zarówno wielkiej miłości do kobiety jak i głębokiej, gnostycznej wręcz duchowości autora. Zawiera istotne pytania, które po prostu nie mogą pozostać bez odpowiedzi.

W tym miejscu, aż trudno nie przywołać fragmentu „Mistrza i Małgorzaty” autorstwa uwielbianego twórcy Michała Bułhakowa

Za mną czytelniku! Któż to ci powiedział, że nie ma już na świecie prawdziwej, wiernej, wiecznej miłości? A niechże wyrwą temu kłamcy jego plugawy język! Za mną, czytelniku mój, podążaj za mną, a ja ci pokażę taką miłość”[1]

 

„Biuro duchów odkryłem szukając informacji o życiu po życiu. Tego rodzaju zagadnienia interesowały mnie od dziecka, a zainteresowanie to wzrosło po śmierci mojej ukochanej żony Lidii, która zmarła całkiem niedawno – w styczniu tego roku.

Z jej śmiercią nie mogę się pogodzić i z tego powodu bardzo cierpię psychicznie. Ogromnie za nią tęsknię. Dużo o niej myślę, praktycznie bez przerwy. Nie jestem w stanie tego powstrzymać.

Lidka kilka razy mi się przyśniła. Nie będę opisywać wszystkich snów, ale o jednym z nich uważam, że warto wspomnieć. Otóż śniło mi się, że ja i Lidka staliśmy przytuleni do siebie. Lidzia była śliczna, odmłodzona o jakieś 25 lat. W tym przytuleniu, telepatycznie przekazała mi informacje, że to nasze spotkanie jest rzeczywiste i dzieje się naprawdę, natomiast moje obecne jeszcze życie to tylko okrutny sen. Kiedy w czasie snu uzmysłowiłem sobie, że Lidka nie żyje, że przecież był pogrzeb – sen mi się urwał i obudziłem się. Była godz.3.30. Nadmienię, że opisany sen nastąpił po tym jak dnia poprzedniego usilnie myślami prosiłem ją, aby mi przekazała jakąkolwiek wiadomość z tamtego świata. I jeszcze pozwolę sobie na inny przykład łączności ponadzmysłowej z moją Lidką. Tym razem to nie był sen. Otóż w dniu 24.lutego br. byłem na cmentarzu przy jej grobie. W zasięgu mojego wzroku nie było nikogo, dlatego pozwoliłem sobie mówić do niej na głos. Może niezbyt głośno, ale na głos. Gdyby był ktoś obok w pobliżu mógłby pomyśleć, że zwariowałem. Mówiłem jej o naszych wspólnych planach, których już nigdy razem nie zrealizujemy, o moich bieżących problemach, a także o tym, że jest mi bardzo ciężko bez niej żyć i ogromnie za nią tęsknię. Gadam do niej, gadam w nadziei, że może mnie słyszy. W pewnym momencie powiedziałem; Lidka czy ty mnie słyszysz, czy dociera do ciebie to co ja mówię? Jeżeli tak to daj mi jakiś znak. Wiesz co, poruszaj choćby jednym z tych kwiatów. Na grobie znajdował się kosz z trzydziestoma różami. Pogoda była tego dnia piękna i co ważne nie było absolutnie najmniejszego wiatru. Proszę sobie wyobrazić, że mniej więcej po ok. 15 sekundach zerwał się dość silny wiatr, solidnie potrzepał nie jednym, ale wszystkimi kwiatami na grobie. Trwało to przez ok. 10 sekund po czym nastąpiła absolutna cisza.

Innym razem przeżyłem również coś niesamowitego. Otóż aktualnie pracuję jako kierowca podmiejskiego autobusu. W dniu 01.marca do prowadzonego przeze mnie autobusu na jednym z przystanków wsiadła pewna kobieta, od razu zaznaczam, że w najmniejszym stopniu niepodobna do mojej Lidki. W trakcie jazdy mam zwyczaj spoglądać w wewnętrzne lusterko, aby obserwować pasażerów. Zwłaszcza interesuje mnie czy ktoś wstaje z siedzenia przed przystankiem, bywa bowiem, że nie ma powodów, żeby się zatrzymywać, bo nikt nie wysiada i nie wsiada. Tego pamiętnego dnia zamiast wspomnianej wcześniej kobiety ujrzałem w lusterku nie ją, ale wyraźne odbicie Lidki.

Odwróciłem na moment wzrok, nie wierzyłem własnym oczom, spojrzałem po raz kolejny w lusterko, nadal widziałem Lidkę. Trwało to co najmniej 30 sekund. Ponownie odwróciłem wzrok, bo zbliżałem się do przystanku i musiałem precyzyjnie zatrzymać się przy krawężniku. Na tym przystanku wysiadła ta kobieta, którą w lustrzanym odbiciu widziałem jako Lidkę. Zaznaczam, że jestem odpowiedzialnym kierowcą i zawsze zachowuję trzeźwość.

Z tych przytoczonych mich doświadczeń rozumiem, że Lidka żyje jako duch bez ciała, ale zachowując dotychczasową świadomość własnego jestestwa, z pamięcią jeszcze niedawnego cielesnego życia.

I tu nasuwa się moje zasadnicze pytanie, które zachęciło mnie do napisania listu do Pani. Proszę mi wyjaśnić, jak to właściwie jest z tym istnieniem po śmierci ciała. Są świadectwa, że ludzie rodzą się na nowo po raz kolejny. Ich dusze tracą znaczną część pamięci lub całą i zasiedlają ciała nowo narodzonych dzieci. Czyli następuje REINKARNACJA. Ale są również świadectwa, że ludzie po śmierci ciała istnieją jako te same osoby, którymi były na ziemi. W związku z tym, znane są przypadki spotkań ze zmarłymi wcześniej osobami jak; rodzice. Dziadkowie; rodzeństwo, małżonkowie i itd. Zatem, jeżeli wierzyć w istnienie ponownego narodzenia, to jak pogodzić tę teorię z otrzymywaniem przekazów z zaświatów od osób zmarłych- doświadczonych minionym życiem, niekiedy otrzymywaniem porad i ostrzeżeń, oglądanie ich w snach a także jako zjawy-fantomy. No bo jeżeli przyjąć, że moja Lidka ponownie się urodziła i istnieje gdzieś na świecie jako nowo narodzone niemowlę, to jak się ma do tego to że ukazywała mi się w kilku innych snach jako ona- Lidka -moja żona?

Ewentualne istnienie reinkarnacji na moim obecnym etapie świadomości bardzo mnie martwi, bo to oznacza, że po mojej śmierci nie będę mógł spotkać się ze swoją kochaną żoną Lidzią, z taką Lidzią jaką mam w pamięci po prawie 38 latach małżeństwa.”

Drogi Romanie, jestem przekonana, że spotkasz się z Lidią i razem ustalicie, jaka przyszłość jest dla Was najlepsza. Dla istoty duchowej, nad którą nie wisi miecz Damoklesa pod postacią nieuchronnego starzenia prowadzącego do unicestwienia ciała, upływ czasu nie ma najmniejszego znaczenia. Jak wynika z zapisu regresji do poprzednich wcieleń, między jedną a drugą inkarnacją może upłynąć nawet kilkaset lat. Owszem, zdarzają się osoby zdeterminowane do powrotu absolutnie wyższą koniecznością. Inkarnują się zatem, na własne życzenie, w tempie błyskawicznym. Najprostszy przykład dotyczy Lamów tybetańskich, którzy jako duchowi przywódcy i w ogóle osoby o wysokiej samoświadomości, poświęcają całe swoje istnienie (wszystkie wcielenia) do realizacji jednego celu, a jest nim służba i wpływ na rozwój duchowy ludzkości.

Proszę zwrócić uwagę, że istnieje wiele starożytnych pism, z których jasno wynika, że dusza ludzka po śmierci ciała fizycznego przechodzi pewien długi i skomplikowany proces, w trakcie którego, pozbywa się zarówno swoich ziemskich programów, jak i dokonuje swoistego rozliczenia dotychczasowych dokonań. Mam tu na myśli chociażby: Tybetańską księgę umarłych, Egipską Księgę umarłych lub Księgę bram, starożytne teksty wedyjskie, a także przekazy współczesnych Indian oraz ludów od zarania dziejów zamieszkujących obie Ameryki. Niestety dosyć kiepsko wypadają na tym tle judaizm, islam i chrześcijaństwo, rzecz jasna nie w swoich mistycznych odmianach (kabała, derwisze, gnoza), tylko w dogmatycznej, skostniałej formule. Tu niestety uproszczono ideę nieśmiertelnej duszy, czyniąc z niej lekkostrawną papkę. Taka „konsystencja myślowa” ma to do siebie, że każdy jest w stanie ją przyjąć. Pomijam w tym miejscu kwestię, jak symplifikacja procesu ewolucji duszy i sprowadzanie tak złożonej materii do trzech pojęć niebo/czyściec/piekło, posłużyło do manipulacji i nadużyć wobec wiernych.

Lidia zapewne przeszła w miejsce sobie należne, ale interesuje się mężem i używając siły, jaką jest miłość płynąca z głębi jej serca, pozostaje z nim w kontakcie. W miarę swoich możliwości przekazuje znaki, a relacje bezpośrednie prowadzi na bezpiecznej płaszczyźnie sennej. Dokonała również pewnych projekcji na planie fizycznym. Wszystko po to aby przekazać jeden prosty komunikat: Istnieję i jestem sobą. Kocham i czekam.

W naszym świecie, zdarzają się ludzie, którzy siłą umysłu potrafią przesuwać przedmioty, zatrzymywać ruch zegarów, odnajdywać zaginionych lub przewidywać przyszłość. Generalnie są to zdolności rzadkie, a i sami predestynowani muszą włożyć sporo wysiłku, aby ich próby odniosły oczekiwany skutek. Jednak to się udaje. Działają bez użycia mięśni, swój cel osiągają posługując się tylko siłą kryjącą się w ich świadomości.

Czemu zatem nie wierzymy, że kochająca osoba może poruszyć przedmiotem (w tym wypadku kwiatami), lub w jakikolwiek inny sposób zasygnalizować swoją obecność? Tu nie chodzi oczywiście o obecność rozumianą dosłownie jako przebywanie istoności duchowej w naszym świecie. Kurtyna oddzielająca życie i śmierć jest wystarczająco cienka, aby dusze mogły działać i zza tej zasłony. Manifestacje pośmiertne są bowiem jednym z najczęstszych zjawisk z kręgu aktywności paranormalnej.

Na temat fenomenu zjaw lustrzanych, niezrównany dr Raymond Moody napisał całe tomy, więc pozwolę sobie wątpiących odesłać do literatury tematu. Polecam zwłaszcza „Odwiedziny z Zaświatów” gdzie znajdziecie Państwo pełen rys historyczno -kulturowy opisujący zarówno spontaniczne widzenia jak i niezwykłe miejsca „psychomantea”, gdzie za pomocą luster przywoływano zmarłych.

Podsumowując: reinkarnacja to proces i jako taki ma swój rytm oraz zasady. Nie jest to na pewno akt nawykowy lub innymi słowy automatyczny. Wiele wskazuje również, że przed podjęciem decyzji o powrocie otrzymujemy wsparcie i radę istot, które nazwałabym duchowymi mentorami.

Zaufajmy zatem tej niepojętej sile, która choć jest tak potężna, nie uczyniła nas bezwolnymi bio-maszynami, tylko przeciwnie obdarzyła nas wolną wolą i swobodą myśli. Tak postępuje tylko ktoś kto kocha.

[1] M. Bułhakow Mistrz i Małgorzata, Kraków KGW, str. 229

Spokojnie, tylko spokojnie

 

Napisał do mnie Pan Roman:

„Od pewnego czasu czytam tego bloga i zastanawiam się czy istnieją ludzie, którzy są w stanie przeżyć spotkanie z duchem, tak na spokojnie? Jestem facetem po pięćdziesiątce i uchodzę za osobę odważną. W swoim czasie służyłem w Czerwonych Beretach, gdzie trzeba było pozostać twardym, a strachu żaden z nas nie znał. Jednak wydaje mi się, że w kontakcie z czymś tak dziwnym i niejednoznacznym, chyba bym skrewił. Nie byłem nigdy w takiej sytuacji. Podejrzewam, że gdyby niespodziewanie z ciemności wyłoniła się przede mną jakaś bladolica postać to (przepraszam za dosadność) obawiałbym się o swoje zwieracze.”

Panie Romku, jest Pan bardzo bezpośrednim człowiekiem, ale to dobrze bo takich ludzi lubię najbardziej. Postawił Pan ciekawe pytanie, a ja postaram się udowodnić, że istnieją osoby potrafiące przyjąć z otwartym sercem, również byty duchowe.

Trudno powiedzieć, co właściwie decyduje o postawie jaką przyjmujemy wobec istności duchowych. Z moich obserwacji wynika, że nie ma tu znaczenia ani wiara (rozumiana jako religijność) ani wiek osoby, doświadczającej takiego kontaktu, a już na pewno o jakości i rodzaju tegoż, nie decyduje postawa reprezentowana w codziennym życiu. Innymi słowy ktoś odważny jak żołnierz Czerwonych Beretów, może w relacji paranormalnej czuć się bezradny i przerażony. Natomiast osoba, która na samą myśl o skoku ze spadochronem blednie, przyjmuje bezcielesną obecność naturalnie i bez lęku. Być może, znaczącą rolę odgrywa tutaj jeden z rodzajów naszej inteligencji, a konkretnie inteligencja emocjonalna ze szczególnym uwzględnieniem typu interpersonalnego. Osoba spełniająca kryteria charakterystyczne dla tego typu doskonale rozumie potrzeby innych ludzi, jest wysoce empatyczna i znakomicie czyta mowę ciała. Taka osoba świetnie rozróżnia emocje i co istotne potrafi nad nimi panować. Można powiedzieć, że „czyta” innych ludzi niczym otwartą księgę. Czemu zatem nie miałaby sobie poradzić z rozpoznawaniem intencji w kontaktach między wymiarowych?

Oto relacja nadesłana przez Panią Jolantę:

„Historia miała miejsce po wojnie, na Ziemiach Odzyskanych, prawdopodobnie gdzieś na Dolnym Śląsku. Mieszkająca na wsi rodzina nauczycieli poszukiwała pani do prowadzenia domu. Młode małżeństwo z dzieckiem mieszkało na terenie budynku szkolnego. Babcia mojej koleżanki chętnie przyjęła tę posadę. Zdziwiła się wprawdzie, kiedy zaproponowano jej przestronny, ładniejszy pokój z dużym łóżkiem, a rodzice z dzieckiem pozostali w małym pokoju.

W wolnej chwili, babcia poszła zwiedzać urokliwe okolice. Dotarła na miejscowy cmentarz, gdzie jej uwagę zwrócił grób ulokowany pod płotem w dodatku jako jedyny pozbawiony krzyża. Zaintrygowało ją czemu ten grób nie ma krzyża. Nastała noc, babcia położyła się do łóżka, a po chwili ukazała się jej zakonnica. Po prostu stała w nogach łózka i odezwała się do babci: ”Ja się tutaj powiesiłam”.

Babcia nie przelękła się tylko spokojnie odpowiedziała tak: „To skoro się tu powiesiłaś, to ja się pomodlę za Twoją duszę”. Babcia koleżanki modliła się, a zakonnica przestała ją nawiedzać. Po pewnym czasie babcia dowiedziała się, że grób bez krzyża na cmentarzu był grobem tej właśnie zakonnicy.”

Proszę zwrócić uwagę, że bohaterka tej historii przyjęła duszę zakonnicy szlachetnie, odnosząc się z wielkim współczuciem do jej tragedii. Prawdopodobnie tak samo postąpiłaby również z żywym człowiekiem w potrzebie.

Pozwolę sobie przedstawić historię dotyczącą osoby z mojej rodziny. Rzecz dzieje się w Warszawie, po wyzwoleniu. W mieście rozpoczyna się może jeszcze nie odbudowa w pełnym tego słowa znaczeniu, ale gruntowne porządki. Lewobrzeżna Warszawa to jeden wielki cmentarz, pod gruzami leżą zwłoki, które trzeba pochować.

Julia przetrwała wojnę, ma dach nad głową, właściwie można powiedzieć, że wygrała los na loterii życia. Po pracowitym dniu kładzie się spać, marzy o wannie pełnej wody. Po raz kolejny śni ten sam sen. Młoda dziewczyna stoi wśród ruin. Jula poznaje to podwórko z charakterystyczną kapliczką. Przed wojną mieszkała tam jej najlepsza przyjaciółka. Dziewczyna ze snu jest wyjątkowo ładna. Prawą ręką wskazuje na kilka grobów, i mówi:

-Ten pierwszy jest mój, mam na imię Irena, powiedz moim rodzicom, że tu jest moje ciało. Proszę cię, oni się martwią, wszędzie mnie szukają. Powiedz im, niech wiedzą.

Dziewczyna podaje adres rodziców. Ten sen jest tak realistyczny, że trudno w niego nie wierzyć.

Julia się waha, nie wie czy odnajdzie tych ludzi, jak ją potraktują? Odkłada podjęcie decyzji. Przełom następuje w chwili kiedy dziewczyna ukazuje się jak żywa w kuchni i patrzy błagalnie, swoimi ogromnymi brązowymi oczyma. Jest środek dnia. Jula nie boi się umarłych, tylko reakcji żywych. Zdezorientowana idzie na plebanię. Ksiądz Marek to bardzo mądry człowiek, coś wymyśli. Ze względu na wieloletnią znajomość rozmowa odbywa się bez ogródek. Julia ma nadzieję, że ksiądz zaleci modlitwę za zmarła i zwolni ją z tej posługi (bo tak postrzega prośbę zmarłej). Tymczasem Marek słucha uważnie i mówi:

-Musi pani to zrobić. Sam nie wierzę, że to mówię, ale tak trzeba. Dwa lata temu śniłem o moim mentorze i przyjacielu, księdzu Piotrze. Był strasznie wyniszczony, blady, ale uśmiechnięty. Powiedział do mnie Marku całe życie walczyłem ze złem, ale ono mnie dopadło. Zemściło się okrutnie, moja męka trwała rok, ale dziś nadeszło wyzwolenie. Teraz już mnie nie dosięgną, nie skrzywdzą. Żegnaj.

Ja zapisałem datę tego snu. Dopiero niedawno dowiedziałem się, że ksiądz Piotr przebywał przez rok w obozie koncentracyjnym i tam zmarł na tyfus. Niemcy skrupulatnie zapisali datę jego śmierci. Obie daty są zgodne, nie mam wątpliwości, że są dusze, którym dana jest łaska łączności ze światem żywych. Jeśli pani chce, pójdziemy razem pod wskazany adres.

Julia zapytała: – czy to nie jest okrutne odbierać tym ludziom nadzieję, może tylko tym żyją? Ksiądz odparł:- ta dziewczyna zna ich lepiej niż my i skoro przyszła to wie, co robi. Załatwimy sprawę razem.

Tak właśnie się stało. Odnaleziono rodzinę Ireny. We wskazanym miejscu dokonano ekshumacji, a zachowane przedmioty pozwoliły na identyfikację. Nie było to zadanie łatwe, ale rodzice wykazali się ogromną determinacją i ciało córki, spoczęło w mogile obok jej dziadków.

Julia odwiedziła później ten grób. Zapytała też księdza Marka:

-Czemu ona przyszła do mnie? Czemu musiałam przeżyć, coś tak dla mnie trudnego?

Spodziewała się długiego wywodu o niezbadanych wyrokach Boga, a otrzymała prostą odpowiedź: To do ciebie przyszło, bo byłaś gotowa.

Moja Babcia mawiała, że Sprawiedliwi świecą jasnym światłem, widocznym dla świata nadprzyrodzonego. Wygląda na to, że jak zwykle miała rację.

Robert A.Gajdziński Dyktowania ludzi w duchu

Mam wielkie szczęście poznawać ludzi niezwykłych. Zupełnie jakby jakaś niepojęta siła kierowała ich w moją stronę. Co nie mniej ważne, mam również przyjemność przedstawiania niebanalnych postaci na tym blogu.

Niedawno los zetknął mnie z Robertem Aleksandrem Gajdzińskim, osobą ze wszech miar nietuzinkową. Robert przez wiele lat był korespondentem Newsweeka i Wprost, podróżował po świecie. Z czasem osiadł na stałe w Londynie. Tam poznał pewną szczególnie uzdolnioną osobę – medium Nell Halinę Noell.

Przez kilka lat wynajmował u niej mieszkanie, a z czasem stał się świadkiem dyktowań, jakie odbierała Pani Halina. Na dzień dzisiejszy Robert jest depozytariuszem ponad pięciuset dyktowań. Chodzi oczywiście o tak zwane dyktowania ludzi w duchu. Niespotykanie rzadko zdarza się medium obdarzone tym, nie bójmy się tego słowa, darem duchowym.

Co ciekawe media, mimo, że mieszkają w różnych, często odległych krajach otrzymują przekazy dokładnie tej samej treści. Spójność treści potwierdza, w mojej ocenie, ich autentyczność.

Część przekazów można odnaleźć i zapoznać się z nimi, pod warunkiem oczywiście dobrej znajomości języków obcych. Nie każdy jednak jest poliglotą, a przekład nie zawsze trafnie oddaje istotę rzeczy.

Pani Nell Halina Noel, (bo tak o sobie mówiła) spisywała swoje przekazy w języku polskim, mimo że od młodych lat mieszkała w Londynie, gdzie rzuciła ją wojenna zawierucha. Mamy, więc niepowtarzalną okazję czytać przekazy bez zniekształceń związanych z tłumaczeniami.

Tematyka dyktowań jest niezmiernie szeroka. Duszami dyktującymi byli filozofowie, artyści i naukowcy, ale także święci i mistycy. Szczególną kategorię stanowią, ze zrozumiałych względów, dyktowania Jezusa Chrystusa.

Oczywiście dla pewnej grupy osób dyktowania mogą mieć charakter kontrowersyjny. Pytam jednak: czy istnieje tylko doktrynalna Prawda o Bogu? Każdy z nas posiada rozum i sumienie, a to wystarczające narzędzia do poznania Prawdy.

Podkreślam też, że co do zasady dyktować mogą tylko czyste duchy, których intencje są szlachetne. Nawet dusze samobójców są z dyktowań wykluczone.

Szanowni państwo, obok tego tematu nie sposób przejść obojętnie. Robert poświęcił wiele lat życia, aby spuścizna Pani Haliny dotarła do większej liczby osób. Dzięki jego staraniom ukazały się dwie książki zawierające teksty dyktowań. Jest to jednak przysłowiowa kropla w morzu, zważywszy ilość zebranych materiałów.

Dzięki audycjom zrealizowanym przez Studio VTV1 możecie Państwo poznać Roberta Gajdzińskiego niejako osobiście i wyrobić sobie własną opinię, sugerując się czymś więcej niż mój, nawet wyczerpujący opis.

Zdaję sobie sprawę, że część z Czytelników nie korzysta z mediów społecznościowych. Ze względu na Państwa wygodę postanowiłam udostępniać kolejne audycje z Robertem Gajdzińskim.

 

Zapisz

Zapisz

Dziecko w konfrontacji ze śmiercią cz. II

 

 

Mili Państwo, po przemyśleniach postanowiłam uzupełnić poprzedni wpis i rozwinąć poruszony wcześniej temat. Istnieje bowiem jeszcze jeden bardzo ważny aspekt pojawiający się właśnie w konfrontacji dziecka ze śmiercią. Dotyczy on wszelkiego rodzaju kontaktów, jakie usiłują nawiązać z dziećmi osoby zmarłe. Zważywszy percepcję dziecka, które postrzega świat bez uprzedzeń i schematów właściwych osobom dorosłym, nie dziwi fakt, że to właśnie z dziećmi zmarli tak często nawiązują kontakt, a czasem wręcz budują trwałą relację. Dodać by można, co nieco na temat czakry korony i tego jak aktywna jest ona u dzieci, ale może to spojrzenie na sprawę nie każdego interesuje.

Zacznijmy od tak zwanego „wymyślonego przyjaciela”. Zjawisko znane i szczegółowo opisane w psychologii. Jeśli ów przyjaciel ma cechy przeciętnego dziecka w zbliżonym wieku lub w ostateczności jest elfem, albo jednorożcem to właściwie nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Sytuacja komplikuje się, kiedy przyjaciel jest kimś bardzo wyjątkowym. Przywołam w tym miejscu list od Pani Anny mieszkającej w Austrii.

„Mieszkamy w Austrii od piętnastu lat. Właśnie tam poznaliśmy się z mężem i po dwóch latach znajomości wzięliśmy ślub. Wkrótce potem urodziła się nasza córka Lena. Kiedy mała skończyła cztery latka postanowiliśmy się przeprowadzić. Mój mąż zajął się szukaniem nowego mieszkania. W końcu zabrał nas w miejsce absolutnie cudowne. Piękna duża kamienica w spokojnej okolicy, sąsiadująca z olbrzymim parkiem. W tym miejscu wcześniej mieścił się szpital dziecięcy, a właściwie jego oddział. Były tam leczone dzieci chore na gruźlicę i inne choroby zakaźne. Kiedy w mieście wybudowano nowy szpital, piękny budynek pozostał pusty. Wyremontowano go i przerobiono na budynek mieszkalny. Wprowadzałam się tam z głowa pełna marzeń. (…) Po jakimś czasie zauważyłam, że Lena z kimś rozmawia. Tak całkiem normalnie, jak rozmawiamy z innymi ludźmi. Znajoma lekarka wytłumaczyła mi, że dzieci tak mają i wymyślają sobie przyjaciół. Pierwszy szok przeżyłam przy śniadaniu, kiedy córka powiedziała: mamusiu Marlen siedzi koło ciebie i mówi, że jesteś ładna. Zbagatelizowałam sytuację, a jednocześnie zaczęłam wypytywać córkę o Marlen. Córka powiedziała, że Marlen zmarła w tym szpitalu, opowiadała różne anegdoty o lekarzach i innych pacjentach. Znała historię szpitala. Zaniepokoiliśmy się z mężem na poważnie. Zapisałam nazwiska lekarzy wymienianych przez Marlen i okazało się, że wszystkie są prawdziwe. Praktycznie wszystkie fakty się zgadzały. Przyjaźń między moją Leną, a tą zmarłą dziewczynką zacieśniała się, a my byliśmy bezradni.(…) Na dodatek okazało się, że jestem w ciąży. Oczywiście cieszyliśmy się z tego dziecka, ale mąż naciskał, aby przeprowadzkę, którą mi obiecał, przełożyć na później. Chciałam opuścić to miejsce. Ja się po prostu bałam, że ktoś usłyszy o Marlen i zainteresują się sprawą tutejsze urzędy do spraw dzieci. Autentycznie bałam się, że odbiorą nam córkę, albo jeszcze oskarżą o jakieś straszne czyny przeciwko niej.(…) Natychmiast po urodzeniu syna wyprowadziliśmy się w inne miejsce. Lena tęskniła za „przyjaciółką”, ale poszła do szkoły i tam jej jakoś przeszło. Do końca życia będę pamiętać tamte wydarzenia i nie zamieszkam w starym budynku, mało tego nie chcę żadnych antyków ani innych przedmiotów nieznanego pochodzenia.”

Doskonale rozumiem obawy Anny dotyczące odebrania dziecka. Nasi polscy dziennikarze śledczy dostarczają coraz to nowych materiałów na ten temat. Niestety łatwo jest odebrać dziecko Polakowi, zwłaszcza, jeśli nie ma obywatelstwa kraju, w którym mieszka.

Wracając do Leny, przy tak zaawansowanym kontakcie z istotą bezcielesną, przeprowadzka wydaje się być sensownym rozwiązaniem. Nie od rzeczy byłoby też wezwać kogoś, aby pomógł owej Marlence, tkwiącej między wymiarami i pewnie bardzo samotnej.

Bywa, że nasze dziecko tuz po śmierci dziadka czy innej bliskiej osoby twierdzi, że widuje ją/ jego w swoim pokoju. Jakże często bagatelizujemy takie słowa. Uciekamy przed problemem, wmawiając dziecku, że to przywidzenia lub, co gorsza, krzyczymy i upominamy by nie fantazjowało i nie opowiadało głupot. W końcu dziecko zamyka się w sobie i zostaje samo z czymś, czego nie rozumie, a instynktownie się tego obawia. Proponuję zapoznać się z historią Pani Karoliny.

Dom rodzinny Karoliny był dostatni, a rodzice rozpieszczali jedynaczkę, zatem dobrze wspomina ona swoje dzieciństwo. Ojciec zbierał zegarki i zegary. W kolekcji miał jeden szczególny, wygrywający bawarską melodyjkę. Babcia Karoliny szczerze lubiła zięcia, ale nie znosiła tego zegara, ponieważ przypominał jej dramatyczne chwile. Jako nastolatka została wywieziona wraz z matką na roboty do Niemiec. Wylądowała na wsi. Tam nikt nie liczył się z jej wiekiem i zmuszano ją do pracy ponad siły. W domu tego niemieckiego gospodarza wisiał taki sam zegar z kurantem. Babica zmarła, kiedy Karolina miała dwanaście lat. Wnuczka widywała ją w swoim pokoju niemal każdej nocy. Rodzice najpierw bagatelizowali sprawę, tłumaczyli jej, że duchów nie ma. Z czasem niechętnie wysłuchiwali kolejnych opowieści, a w końcu zaczęli krzyczeć. Sytuacja zagęszczała się aż do spektakularnych wydarzeń, jakie miały miejsce, pewnej marcowej nocy.

„Wydarzenia tamtej nocy to jak scenariusz z marnego horroru. Nie dość, że szalała burza to ja miałam gorączkę i ogólnie czułam się podle. Zdrzemnęłam się na chwilę, a kiedy się przebudziłam zobaczyłam babcię. Przedtem widziałam ją w rogu pokoju, a wtedy nachylała się nade mną. Zaczęłam krzyczeć. Rodzice przybiegli i znowu tłumaczyli, że żadnej babci tu nie ma, a ja po prostu majaczę z gorączki. Nie wiem, co we mnie wstąpiło, ale zaczęłam się szarpać z ojcem, przy czym krzyczałam: pokaż się, zrób coś, niech wiedzą, że tu jesteś, przez ciebie zrobią ze mnie wariatkę itp. W pokoju ojca coś grzmotnęło. Spadł ten nieszczęsny zegar i rozbił się na kawałki. Tej nocy wylądowałam w szpitalu. Mogę przyjąć, że majaczyłam z powodu gorączki, ale przecież wcześniej byłam zdrowa.

Od tamtych wydarzeń minęło 15 lat. Ojciec nie próbował nawet naprawiać tego zegara, a mama często zamawia msze za duszę babci. Ja wiem tylko, że człowiek to coś więcej niż ciało. Do dzisiaj czuję się jakoś tak niepewnie podczas burzy.”

 

 

Duszy nie ogranicza czas i przestrzeń

 

 

Otrzymałam bardzo interesujący list od Pani Marty mieszkającej na Florydzie. Ponieważ tekst jest dość długi postaram się go dla Państwa streścić.

Otóż Marta przebywa w Stanach już od kilkunastu lat. Ułożyła sobie szczęśliwie życie, ma męża i dwóch synów. W Częstochowie mieszkają jej rodzice i do swojej śmierci mieszkała również babcia, która odeszła w zeszłym roku dożywając sędziwego wieku.

Dzień, który zrelacjonuje, nie zapowiadał się jakoś niezwykle. Marta wprawdzie czuła dziwny niepokój i nawet przez moment pomyślała, czy aby z babcią wszystko w porządku? Jednak wir codziennych obowiązków wciągnął ją niemal natychmiast, nie pozostawiając miejsca na roztrząsanie duchowych rozterek. Wieczorem, padła ze zmęczenia i usnęła na kanapie przed telewizorem. Obudziła się w środku nocy. Zaniepokoiły ją odgłosy dobiegające z ogródka. Ich domowy pieszczoch, pies Skip, ni to skamlał, ni piszczał. W każdym razie coś było ewidentnie nie tak i Marta postanowiła to sprawdzić. Wiedziała, że Skip jest mądrym i ułożonym psem, który nie zachowuje się w podobny sposób bez powodu. Było tuż po pełni i księżyc świecił mocno. W ogrodzie rośnie duże drzewo. W jego cieniu, Marta ustawiła wiklinowe krzesła i sofę. Już z daleka zauważyła, że pies podbiega do jednego z foteli przez chwilę waruje i znowu oddala się o kilka metrów, cały czas obserwując fotel. Kiedy podeszła bliżej w fotelu zauważyła postać, odruchowo przywołała psa, ale nie zareagował. Marta mieszka w bardzo spokojnej okolicy, więc śmiało podeszła jeszcze bliżej. Dopiero wtedy zdała sobie sprawę, że tą postacią jest jej babcia. Martę zamurowało, to nawet nie był strach tylko ogromne zaskoczenie. Babcia uśmiechnęła się i powiedziała „pięknie się tu urządziłaś, teraz jestem spokojna”. Marta nie wydobyła z siebie ani jednego dźwięku, a zjawa babci po prostu się rozpłynęła.

Jak się Państwo domyślacie, Marta pobiegła do domu i zadzwoniła do rodziców. Babcia odeszła we śnie, bardzo spokojnie. Rodzice nie zdążyli jeszcze ochłonąć na tyle, żeby myśleć o powiadamianiu wnucząt.

Pani Marta zastanawia się jak to możliwe? Przecież od bliskich dzielą ją tysiące kilometrów!

Nie tylko Pani Marta dziwi się możliwościom, które osiągamy przebywając poza ciałem. Lata temu inna kobieta sięgnęła dla mnie do swoich wspomnień. Zofia, (bo tak miała na imię) mieszkała na Kresach. Jako „element szkodliwy” została wywieziona wraz z rodzicami na Syberię. (Jej dziadkowie mieszkali w Warszawie). Na „nieludzkiej ziemi” wegetowali w strasznych warunkach. Pewnej nocy obudził Zofię płacz matki, która niezwykle przejęta opowiadała ojcu Zofii, że śniła o swoich rodzicach, którzy pożegnali się z nią. Była pewna, że obydwoje nie żyją. Po latach, kiedy całej trójce udało się wrócić do kraju, ustalili, że dziadkowie Zofii zginęli dokładnie dzień lub dwa przed nocnym „widzeniem” jej matki. Była to egzekucja uliczna. Sąsiedzi, będący jednocześnie świadkami, ocaleli i zdali relację, co do szczegółów śmierci dziadków Zofii.

Jak widać dla duszy nie istnieją przeszkody mogące zatrzymać ją w drodze do celu.

Jeśli przyjmiemy, że dusza lub jak kto woli świadomość, jest niczym innym jak boską cząstką w nas samych to czy taką moc ograniczy czas i przestrzeń? Takie właśnie „widzenia” w pełni odzwierciedlają, czym w istocie jest dusza i co znaczy potęga jej woli.

Pani Marcie dziękuję za piękną, osobistą historię i ślę moc pozdrowień przez ocean czasu tudzież Ocean Atlantycki.

Dom z bogatą historią i elegancki duch

Wielokrotnie już na tym blogu publikowałam historie osób, które doświadczyły kontaktu z „druga stroną”, co w dłuższej perspektywie, owocowało zmianami w ich życiu. Utwierdza mnie to w przekonaniu, że nic nie dzieje się przez przypadek. Powiem więcej, dusze, komunikując się na poziomie werbalnym lub symbolicznym działają w naszym, dobrze pojętym interesie. Moim skromnym zdaniem, istoty duchowe doskonale wiedzą jak osiągnąć najlepszy efekt lub wręcz jak dozować napięcie, aby taki kontakt pozostawił niezatarty ślad w psychice obserwatora. Pomijając dusze zdegenerowane, oni nie chcą nas straszyć, ani bawić się naszym kosztem. Przekazują komunikaty, ostrzegają lub inspirują do działania.

Z wielką przyjemnością publikuje dzisiaj list od Pani Bożeny :

„Moja mama po rozwodzie z ojcem poszukiwała mieszkania. Znalazła u koleżanki z pracy – Pani Basi. Mieszkanie było podzielone na dwa -jedno i dwupokojowe ze wspólnym użytkowaniem kuchni i łazienki. Chodziłam wtedy do szkoły średniej.

Miałam 16 lat siedziałyśmy obie z panią Basią w kuchni przy oknie. Na kuchennym stole pani Basia kładła dla mnie pasjansa dwiema taliami holenderskich kart. Pięknymi kartami, mocno zniszczonymi, przedwojennymi, z graficznym przedstawieniem symboli i postaci.Był jesienny wieczór, zapalone światło, naprzeciwko stołu otwarte drzwi na ciemny przedpokój.

Nagle kątem oka zauważam postać, odwracam głowę i widzę jakiegoś mężczyznę przechodzącego przez przedpokój. Nie widać jego twarzy, na głowę naciągnięty kapelusz, podniesiony kołnierz długiego płaszcza trenczu, związanego paskiem. Szerokie spodnie z mankietami, brązowe, skórzane buty. Całość ubioru w kolorze khaki, mniej więcej w stylu lat trzydziestych. Ręce włożone do kieszeni.

Nie słychać było otwieranych drzwi, człowiek pojawił się bezszelestnie.

Pani Basia spojrzała na mnie i spytała:

-Widzisz to, co ja?

-Tak!

Wstałyśmy od stołu, złapałyśmy się za ręce, zapaliłam światło w przedpokoju – nikogo tam nie było….Otwierałyśmy drzwi do kolejnych pokoi, zapalałyśmy światło, ale w żadnym pomieszczeniu nikogo nie było…..

Pani Basia spojrzała na mnie:

-Gdybym była sama uwierzyłabym, że miałam jakieś przywidzenia, ale jesteśmy we dwie, więc na pewno ta postać przywidzeniem nie była.

-Gdybym była sama, bez pani, pomyślałabym tak samo.

Obie byłyśmy nieco zmieszane, w końcu nie często widuje się ducha.

Byłam wtedy świeżo po przeczytaniu książki ks. Klimuszki „Moje widzenie świata”, (księdza z mojego miasta), więc nabrałam jakiejś wewnętrznej pewności, że ten człowiek właśnie zmarł i przyszedł odwiedzić swoje dawne miejsce.

Wtedy szukałam informacji o moim domu, okazało się, że został wybudowany w latach trzydziestych dla pracowników stoczni Schichau w Elblągu (https://pl.wikipedia.org/wiki/Ferdinand_Schichau), produkującej później na potrzeby wojenne, stąd wynikła szybka budowa (spore osiedla w tym stylu) domów dwu- trzy-piętrowych z dwuspadowym dachem.

Wydawałoby się, ze to już koniec historii, a jednak….Minęło wiele lat (20?) od tamtego wydarzenia, wyszłam za mąż, miałam dzieci.

Któregoś dnia byliśmy na spotkaniu u przyjaciół.  Zebrało nam się na opowiadania historii z własnego doświadczenia – „nie z tej ziemi”. Niewytłumaczalne zjawiska z punktu widzenia nauki. Opowiedziałam swoją historię. W momencie opisu wyglądu „mojego ducha” koleżanka wykrzyknęła:

– Ten sam człowiek odwiedzał panią G. spod jedynki!

Okazało się, że rodzice mojej znajomej znali rodzinę mieszkającą pod nr 1.  Z relacji rodziny poznali historię wizyt tego osobnika w ich mieszkaniu. Byłam lekko wstrząśnięta, pani Basia już dawno nie żyła, więc nie było nikogo, kto mógłby potwierdzić czy uwiarygodnić moją historię, a tu jednak jest!

Przy okazji zaczepiłam sąsiadkę z zapytaniem o odwiedziny ducha. Pani G. potwierdziła, był kilkakrotnie u nich w mieszkaniu, nawet siadał na fotelu. W związku z tym prosili księdza o poświęcenie mieszkania.

I to jest koniec tej historii. Jednak od tamtego czasu miewam „kontakt” z bliskimi zmarłymi, którzy na krótki moment pojawiają się albo w mojej świadomości, albo we śnie, uspakajając mnie lub prosząc o coś. Nie czuję lęku, wiem, że świat jest o wiele bardziej złożony niż mój ludzki umysł jest w stanie sobie wyobrazić.

Nie tak dawno, jakieś 3 lata temu, zainteresowałam się metodą kwantową 2p. Zrobiłam kursy, można rzec weszłam na ścieżkę rozwoju duchowego ( cokolwiek pod tym pojęciem rozumiemy) a inaczej mówiąc – życia świadomego. Tylko nie wiedziałam, że fizyka kwantowa tak bardzo zbliży mnie do Boga, za to jestem wdzięczna. Za każde doświadczenie, które przyszło mi lub przyjdzie przechodzić. Te doświadczenia zawsze czemuś służą, nawet, jeśli nie jestem w stanie na dzień dzisiejszy zauważyć ich głębszego sensu.”

 

Autorce dziękuję za poświęcony czas oraz wielką szczerość i życzę samych sukcesów we wszystkich aspektach życia.

 

 

 

 

Kochaj i pozwól odejść !

Akcja dzisiejszej opowieści dzieje się w latach pięćdziesiątych na Podlasiu. Rodzina Pani L. wiodła tam pracowite, ale spokojne życie. Dziadek i babcia, wtedy jeszcze pełni sił mieszkali w niewielkiej miejscowości, gdzie prowadzili gospodarstwo rolne i wychowywali piątkę swoich dzieci. Oczkiem w głowie rodziców była siedmioletnia Felcia. Dziewczynka urocza, niezwykle bystra i chętna do pomocy. Choć wszystkie dzieci w tej rodzinie były kochane i zadbane to jednak z najmłodszą pociechą wiązano największe plany na przyszłość. Dumny ojciec często powtarzał, że jego córka na pewno zostanie kimś wybitnym.

W domu każdy miał swój zakres obowiązków i pomagał rodzicom, ale zawsze w miarę swoich możliwości. Pewnego razu matka poprosiła najstarszą, osiemnastoletnią córkę, aby przyniosła wiadro wody ze studni. Dziewczyna albo nie usłyszała, albo się ociągała, nie wiadomo. W każdym razie mała Felcia, niewiele myśląc pobiegła do studni. Wyciągnęła i próbowała przenieść wiadro do domu. Niestety podczas tej czynności doszło do uszkodzenia kręgosłupa. W tamtych czasach o lekarza specjalistę było trudno nawet w dużych miastach, a co dopiero gdzieś w małej mieścinie na Podlasiu. Czy to w wyniku powikłań, czy nie właściwiej opieki medycznej, dziewczynka zmarła. Cała rodzina pogrążyła się w rozpaczy. Zwłaszcza jej ojciec nie potrafił pogodzić się ze stratą córki. Trudno się dziwić, wszak naturalną koleją rzeczy to dzieci powinny chować rodziców, a nie odwrotnie. Śmierć dziecka generuje niewyobrażalne cierpienie i często staje się ciężarem, którego dźwiganie porównać można jedynie do bolesnej tajemnicy drogi krzyżowej. Zrozpaczony ojciec pragnął zobaczyć Felusię raz jeszcze i dowiedzieć się czy aby na pewno jest jej dobrze po tamtej stronie. Modlił się o to żarliwie każdego dnia. Widać było, że jego gorące pragnienie staje się pomału obsesją. Pewnej nocy córeczka przyszła do niego we snie i prosiła, aby uwolnił ją i nie przywoływał więcej swoimi myślami, gdyż nie może przychodzić do niego na zawołanie. Rano opowiedział sen swojej żonie, ale nie zaprzestał żarliwych próśb i przywoływania córki. Całkowicie zlekceważyła przesłanie zawarte we śnie. Wkrótce w całym gospodarstwie zaczęły dziać się rzeczy, które trudno byłoby racjonalnie wytłumaczyć. Najgorsze były noce. W domu rozlegały się dziwne trzaski, naczynia spadały z półek, a gliniane garnuszki pękały. Taki stan rzeczy utrzymywał się przez dłuższy czas.  Jak łatwo się domyśleć domownicy byli nie tylko przerażeni, ale też zwyczajnie fizycznie zmęczeni nocnymi hałasami. Wreszcie matka dziewczynki udała się po pomoc do miejscowej Szeptuchy, która niezwykle sprawnie zażegnała sytuację. Nocne odgłosy ustały, a ojciec modlił się już tylko o spokój duszy Felusi.

 

Drodzy Państwo, rozpacz po śmierci bliskiej osoby to naturalna część żałoby. Jest to również gigantyczna próba dla naszej wiary i światopoglądu.  Nic nie zmieni jednak faktu, że ciało fizyczne ukochanej osoby przestało istnieć, a świadomość (dusza) odeszła w miejsce jej należne. Zakłócanie tego spokoju nie jest najlepszym pomysłem i niestety bywa, że dla żyjących kończy się nieprzyjemnie.

Pani L. opowiedziała historię z życia swoich dziadków, nie dla sensacji, ale dla refleksji nad konsekwencjami naruszania przestrzeni duchowej. Jej dziadkowie zapłacili za to własnym zdrowiem i rozstrojem nerwowym.

 

 

Powołanie aż po kres czasu

 

Dzisiejsza relacja nawiązuje częściowo do poprzednio publikowanej. Również mamy do czynienia z bardzo dramatycznym porodem i niecodzienną interwencją, która być może uratowała życie świeżo upieczonej matki.

Pani Joasia, której zawdzięczmy tą opowieść, miała wykonany planowy zabieg cesarskiego cięcia. Dzieciątko ułożyło się poprzecznie i nie było innej możliwości, aby bezpiecznie przyszło na świat. Operacja odbyła się w wyznaczonym terminie i została przeprowadzona przez ordynatora oddziału. Teraz oddaję głos głównej bohaterce:

„ Zabieg wykonywany był w pełnym znieczuleniu, a ostatnią rzeczą, jaką pamiętam zanim zasnęłam była postać zakonnicy stojąca przy stole operacyjnym. Po odzyskaniu świadomości doszłam do wniosku, że zakonnica była wytworem mojej wyobraźni lub omamem wywołanym przez podane leki. Wieczorem poczułam się bardzo źle. Miałam gorączkę i bardzo bolał mnie brzuch. Nie potrafiłam przekręcić się z boku na bok. Poprosiłam pielęgniarkę, aby zawołała lekarza. Usłyszałam, że doktor jest sam i w tej chwili operuje. Jak skończy to przyjdzie. Minuty mijały, a ja czułam się coraz gorzej. Leżałam na sali jednoosobowej, był to luksus, za który zapłaciłam żeby mieć spokój W pewnej chwili przy moim łóżku pojawiła się ta młoda zakonnica. Krzyknęłam z emocji, a ona położyła palec na swoich ustach dając mi do zrozumienia, że mam być cicho. Zakonnica stanowczym tonem oznajmiła: zaszyli w tobie gazik, walcz o siebie, bo to się może bardzo źle skończyć. Nie poddawaj się! Zakonnica zniknęła, a do sali wszedł mój mąż. Byłam tak skołowana, że nie wiedziałam, co jest jawą, a co snem. Powiedziałam do męża: ja czuję, że oni coś we mnie zostawili. Mój mąż dotknął mojego czoła, oczywiście nie jest lekarzem, ale każdy wie, że gorączka w połogu nie wróży nic dobrego. Pominę karczemną awanturę, potworny ból i niewyobrażalną obojętność lekarza. Tak czy inaczej wylądowałam na stole operacyjnym. Rzeczywiście – gazik został we mnie i był przyczyna stanu zapalnego. Po tej drugiej operacji byłam strasznie słaba. Przyszła do mnie moja lekarka, która prowadziła ciążę i dość czarno przedstawiła przyszłość, szacując mój pobyt w szpitalu na tygodnie. Następnego dnia było już lepiej. Znowu wieczorem zobaczyłam zakonnicę, która uśmiechała się do mnie takim łagodnym uśmiechem i zapewniła, że teraz wszystko będzie dobrze i za kilka dni będę już z synkiem w domu.

Nie wiem czy to dziecko tak na mnie działało, ale mój stan poprawiał się w tempie ekspresowym. Wróciłam do domu i zajęłam się własną rekonwalescencją i moim maluchem. Sprawa zakonnicy nie dawała mi jednak spokoju. Było nie było sporo jej zawdzięczałam. Udało mi się ustalić, że jeszcze podczas wojny wśród personelu szpitala zakonnice stanowiły spory procent kadry. Czyli istniała szansa, że któraś z nich pozostała na stanowisku i nadal w ten przedziwny sposób opiekuje się chorymi. Na tym moja wiedza się kończyła.

Kilka miesięcy później mój mąż zachorował na zapalenie oskrzeli. Lekarz doradził, aby postawić bańki. Moja mama przyprowadziła do nas panią Leosię, emerytowaną pielęgniarkę. Byłam zaskoczona ile wigoru ma w sobie ta blisko siedemdziesięcioletnia kobieta. Pani Leosia nie chciała przyjąć pieniędzy, więc zaproponowałam jej kawkę i ciasto. Zgodziła się chętnie, bo jak sama stwierdziła najważniejsze to być między ludźmi. Wiedziałam od mamy, że pani Leosia pracowała w szpitalu, o który mi chodziło. W trakcie rozmowy postawiłam wszystko na jedna kartę i opowiedziałam, co mi się przytrafiło. Pani Leosia nie była wcale zaskoczona. -A to na pewno nasza siostra Róża pomogła. Pracowałam z osobami, które siostrę Różę znały i każdy mówił, że ona już za życia była święta. Pracowita niesamowicie, a przy którym chorym się modliła ten był uratowany. Nie przeżyła wojny, niestety. Po śmieci zaczęto ją widywać w szpitalu. Ja sama ją raz widziałam i uważam, że spotkał mnie zaszczyt. Najlepsza historia, jaką pamiętam wydarzyła się na początku lat osiemdziesiątych. Przywieźli na chirurgię takiego partyjnego barona z atakiem wyrostka. Operował go najlepszy chirurg. Oczywiście leżał w pojedynkę, a nam przykazano koło niego skakać. W noc po operacji ten pacjent zaczął krzyczeć: zabierzcie mi stąd tę zakonnicę, ja chcę normalną pielęgniarkę. Byłam na dyżurze z panią doktor i od razu żeśmy się zorientowały, o co chodzi. Żebyś zobaczyła jego minę, jak mu lekarz powiedział, że tu żadna zakonnica nie pracuje, a on widział ducha. Niesamowita to była sytuacja. Róża jeszcze niejedno życie uratuje, takie jej powołanie.

Znalazłam odpowiedź na nurtujące mnie pytanie. Kiedy o tym mówię wydaję się to nierealne, ale przecież wiem, co widziałam”.

Historie o lekarzach i pielęgniarkach pozostających na stanowisku nawet po śmierci nie należą do rzadkości. Większość szpitali z tradycjami, ma urzędującego ducha, który jest widywany nie tylko przez pacjentów. Jeśli miałabym pokusić się o osobistą refleksie to wydaje mi się, że te szlachetne dusze, przechodzą (po wyjściu z ciała) pewną transformację i dobrowolnie wracają, jako opiekunowie w wybrane przez siebie miejsca. Wracają, aby pomagać, kiedy nasze życie jest zagrożone.

Nietypowa realcja ze stanu poza ciałem

 

Dzisiaj przytoczę pewną historię spisaną już ładnych parę lat temu. Jest to opowieść bardzo nietypowa i przez to dająca do myślenia. Zwykle opuszczając ciało spotykamy świetlistą istotę, bliskich zmarłych lub wkraczamy bezpośrednio w nieznany nam świat. Bohater dzisiejszego artykułu opuścił ciało, aby stanąć twarzą w twarz z człowiekiem, którego zabił.

Tą opowieść zawdzięczam szczerości Anny, a jej głównym bohaterem jest jej dziadek Henryk. Otóż, kiedy Anna dostała się na swoje wymarzone studia medyczne jej dziadek nagle stracił przytomność, znalazł się w szpitalu gdzie jego stan się pogorszył. Przeżył tam dwukrotnie śmierć kliniczną, zapadł w śpiączkę, ale po trzech dniach obudził się i zażądał rozmowy w cztery oczy z Anną. W tej rodzinie życzenie dziadka było rozkazem. Dodać należy, że starszy pan przez lata zajmował wysokie stanowisko na szczeblu partyjnym, co nawet w warunkach szpitalnych zapewniało mu pewne przywileje. Był też zdeklarowanym ateistą, choć swojej żonie nie przeszkadzał w praktykach religijnych i nie oponował, kiedy chrzciła ich dzieci. Pan Henryk miał sześciu wnuków i tylko jedną wnuczkę Annę, którą zawsze rozpieszczał, dając pozostałym wnuczętom nieustające powody do zazdrości. Kiedy doszło do spotkania, Anna usłyszała swego rodzaju spowiedź, która brzmiała mniej więcej tak:

„ Powiedzieli mi, że umarłem i to dwa razy. Chyba mają rację i niestety muszę przyznać, że po drugiej stronie coś jest. Martwi mnie to, bo całe życie myślałem inaczej, a ja nie lubię się mylić. Jest jeszcze coś gorszego, ja po tamtej stronie spotkałem Mietka. Widzisz, nie wiem jak ci to powiedzieć, ale ja tego Mietka zabiłem. Stało się to jak byłem w partyzantce i nie było działaniem celowym. ( Henryk uciekł do lasu, kiedy Niemcy aresztowali jego brata. Brat wyrwał się z rąk żandarmów i po pewnych perypetiach również dołączył do oddziału. Starszy brat był dla Henryka niezwykle ważny. Od niego dowiedział się, że „religia to opium dla mas” i nie ma to jak komunizm).

Anna struchlała, bo do tej pory dziadek jawił się jej, jako wieczny święty Mikołaj. Nie wyobrażała sobie, żeby mógł kogoś skrzywdzić.

„W szpitalu na moment odzyskałem przytomność, a później wpadłem w taki czarny tunel, z którego wyleciałem niczym z procy. Upadłem na coś twardego. Kiedy otworzyłem oczy znalazłem się w miejscu tego całego nieszczęścia, a Mietek na mnie czekał. Podszedłem do niego, a ten bez niczego wykrzyknął:, że mnie zastrzeliłeś rozumiem, że zakopałeś byle gdzie to trudno. Woda już dawno kości po świecie poniosła. Mnie jest przykro, żeś ty mnie nie wspominał, nie żałował, jednej modlitwy nie zmówił. Tyle lat na ciebie czekałem w tym miejscu to sobie teraz razem tu posiedzimy. Nagle coś mnie wyrwało i odzyskałem świadomość. Uwierz mi ja go nie chciałem zabić. Wiesz, że do domu nie miałem powrotu. Przygarnęli mnie do oddziału. Najpierw byłem taki odnieś podnieś pozamiataj, ale mi zaufali, podszkolili i dostałem poważniejsze zadania. Tej nocy stałem na warcie. Wcześniej doszły nas słuchy, że Mietek nie żyje. Kiedy go zobaczyłem wpadłem w panikę i strzeliłem w jego kierunku. Szybko oprzytomniałem i podbiegłem do niego, ale już nie żył. Ze strachu wepchnąłem ciało do rowu i przykryłem gałęziami. Oczywiście koledzy przyszli sprawdzić, co się dzieje. Skłamałem, że broń sama wypaliła. Oberwałem po pysku. Przez kilka nocy szykowałem mogiłę dla Mietka. Zrozum byłem gołowąsem, w nocy nastała pełnia i w świetle księżyca wszystko wydawało się takie dziwne. Przypomniały mi się historie o różnych utopcach i duchach, które opowiadała moja babka. Wydawało mi się, że zaraz coś upiornego się pojawi, a tu bęc, Mietek. Jeszcze żeby, choć tej plotki nie było o śmierci Mietka to może sprawy potoczyłby się inaczej.

Nie roztrząsałem tego, co zaszło. Wielokrotnie brałem udział w wydarzeniach, które mnie przerastały. Kiedy wojna dobiegła końca pomagałem matce Mietka, bo tylko ona z jego rodziny żyła. Myślałem nawet żeby jakoś zorganizować mu porządny pochówek, ale przyszła powódź i krajobraz się zmienił, nie potrafiłem znaleźć jego mogiłki. Powiedz mi, co ja mam teraz zrobić? Anna nie potrafiła sama przeanalizować tej sprawy. Brat jej koleżanki był zakonnikiem. Przyjął imię Antoni. Pojechała do niego i poprosiła, aby rozmowę z nią potraktował na warunkach spowiedzi. Wysłuchał ją cierpliwie i zaproponował mszę gregoriańską za duszę Mietka, a w przyszłości również za jej dziadka. Dodał otuchy i wytłumaczył, że być może to widzenie na granicy życia i śmierci miało skłonić jej dziadka, aby przemyślał swoje postepowanie i pojednał z Bogiem. Anna zapytała: jak myślisz, czy ten zmarły rzeczywiście na niego czekał, czy dziadek spotkał dusze kolegi? Po długim namyśle zakonnik odpowiedział, że jeśli jakieś działanie może człowieka zbliżyć do miłości bożej to wszystko jest możliwe.

Po rozmowie z Anną dziadek zgodził się na spotkanie z Antonim. Anna była ciekawa reakcji dziadka. Henryk powiedział jej tylko tyle: gdyby mi Boga przedstawiano tak jak robi ten zakonnik to bym wierzył. Mnie Bogiem tylko straszono, no to się zbuntowałem.

W tej sprawie pewnie wiele do powiedzenia miałby psycholog. Wszak wyparcie powodować może konsekwencje rzutujące na całe życie człowieka. Nie jestem psychologiem. Wierzę, że Henryk spotkał swojego kolegę w świecie, który najmocniej go przyciągał i w realiach, z którymi rezonował. Pozostaje mieć nadzieję, że obydwaj doznali łaski spokoju.